Rozdział VII
Cała trójka szła ciemnym korytarzem, na którym nie dawno Peter spotkał morfa. Teraz wydawał się być całkiem opustoszały. Mrok, który zdawał się coraz bardziej pogłębiać, ograniczał widoczność na teraz, jak zauważyli, bardzo długim wręcz niekończącym się korytarzu.
-Nie ma go- wyszeptał Peter- a jednak go nie ma-
-Jest- odparł Doktor, wyjmując z kieszeni marynarki śrubokręt soniczny- ukrywa się-
-Przed czym? Przecież nie mógł się tak po prostu zacząć nas bać-
-Nie nas się boi- Doktor powoli obracał się wokół własnej osi- Boi się czegoś innego, silniejszego-
-Na przykład?-
-Na przykład swoich przełożonych-
Usłyszeli za sobą cichy szelest. Doktor odwrócił się jak na komendę.
-Dzień dobry- Morf odrzekł. Teraz nie był w żadnej postaci. Był tylko sobą.
-Dzień dobry- odparł Doktor- nie pozwólcie mu się dotknąć- zwrócił się w stronę towarzyszy.
-Sprytne zagranie- Morf ukłonił się lekko- w końcu każdy dotyk dostrcza mi tak cenne DNA. Bez nie przecież sie nie zmienię- podszedł wolnym krokiem do Doktora.
-Co knujesz?- rzucił Doktor bez wahania- jeden Morf nie ma szans podbić całej planety-
-Jeden?- kosmita uśmiechnął się drwiąco- Hmmm... Na to bym nie liczył- pstryknął palcami.
Ich oczom ukazały sie dwumetrowe lustra, zrobione jakby z płynnego srebra. Peter ze zdumieniem stwierdził, że nie odbijają one niczego.
-Nie- wyszeptał Doktor- nie, nie, NIE!
-Ależ tak!- wskazał na zwierciadło- wiesz co to jest?-
-Okna międzywymiarowe- odparł bezmyślnie Doktor.
-Otóż to. Oto tymi zwierciadłami przywołam
swoich braci i swoje siostry. Razem ustalimy nową erę. Erę Cienia-
Nagle lustra zaczęły płonąć niebieskim blaskiem. Z okien zaczęli wyłazić liczne osobniki pokroju stojącego przed Doktorem morfa.
~O cholera~ była to pierwsza myśl jaka przyszła Peterowi do glowy. Zresztą całkiem słusznie.
