Rozdział 9

-Na pewno wiesz co robisz?- spytał się po raz setny Peter.

-Tak! Popatrz!- Doktor wskazał jakieś urządzenie, przy którym majstrował od dobrych 10 minut- konwencjonalny przekaźnik metodyczny wysyłający fale gamma, rozumiesz?-

-Nie... Nie rozumiem i chyba wolę nie rozumieć...-

Jednak Doktor mu przerwał.

-To pozwoli na odwrócenie sygnałów cząsteczkowych portali i wywoła reakcję przeciwności! Ha!-

-Eeee... Że co?-

-Po prostu lustra zmienią swój kierunek działania. Zamiast wysyłania będziemy mieli odsyłanie!-

-A jak to nie zadziała?-

-No cóż... Morfy zaleją budynek, potem miasto, a na końcu całą planetę!-

-Świetnie!- wyszeptał podchodząc do urządzenia. Uważnie je zbadał. Nie przypominało mu to nic co pochodziło z Ziemii. Przyrząd wyglądał jak średniej wielkości stożek z wystającymi kablami, które dziwacznie pulsowały.

-A ty co o tym sądzisz?- Doktor, który dotąd majstrował śrubokrętem przy urządzeniu, spojrzał na chłopaka.

-To moje zdanie we wszechświecie ma jakieś znaczenie?- Peter uśmiechnął się blado- Obaj wiemy, że nie. Zresztą pieprzyć mnie! Ty wiesz co trzeba zrobić!-

Doktor uśmiechnął się lekko

-Więc Allons-y!

-Czyli po naszemu „naprzód"- westchnał Peter.

***

Za żadną cenę nie daj się dotknąć- przypomniał Doktor już chyba z dwudziesty raz. Teraz razem z Peterem przepychali się niebezpiecznię blisko okien.

Wiesz zapomniałbym o tym gdybyś od 10 minut nie powtarzał tego w kółko- odrzekł sarkastycznie Peter, który dotąd podążał za Doktorem w milczeniu. Weszli na kamienne podium , tak aby znajdowali się w bezpiecznej odległości od Morfów. Doktor wycelował swój stożek w zwierciadła- Peter stwierdził, iż nie trafi bo to jest najzupełniej w świecie nierealne. No bo niby jak można trafić z odległości 200m w punkt wielkości lustra, na dodatek przy prawie walącym się budynku. Warto dodać, że wszędzie wręcz roiło się od Morfów.

-Na trzy- powiedział Doktor, unikając morfa, który chciał go złapać za mankiet.

-Raz- Doktor uważnie wycelował w lustra- dwa- budynek zatrząsł się gwałtownie. Przeciążenie coraz bardziej się nasilało -TRZY- Peter wstrzymał oddech. Doktor wystrzelił ze stożka (siła uderzeniowa nieznacznie go odrzuciła) białym promieniem, który o dziwo trafił w sam środek lustra. Trzęsienia przybrały na sile. Z sufitu zaczął odpadać tynk. W podłodze zaczęły tworzyć szczeliny. Wszystko się zapadało.

-TEN BUDYNEK ZARAZ SIĘ ZAWALI-

-WIEM-

-TO DZIAŁA!- Peter zakrzyknął.

Zwierciadła, które dotąd płonęły złotym, metalicznym odcieniem, teraz mieniły się niebieskim blaskiem. Na dodatek zaczęły wystrzeliwywać z siebie ogniste, wielkie jak kule armatnie pociski. Płomienie buchały, a z nich rodziły się ognie, które w mig opanowały znaczną część pomieszczenia. Jednakże zobaczyli jak lustra wciągają w głąb siebie Morfy.

-Musimy uciekać- wrzasnął Doktor- Tędy!-

Pobiegli wąskim korytarzem, przecinającym sale z kamiennym podium na pół. Widać było na nim rdzawe szczeliny, które powstały w wyniku trzęsienia. Minęli ogromne aluminiowe beczki, z których ciekła dziwna substancja. Kiedy w końcu dobiegli do końca korytarza, ujrzeli wysokie, stalowe, pancerne drzwi. Doktor podbiegł do zamka, wyjmując swój śrubokręt. Przyłożył go do zamka, ale nic się nie wydarzyło.

-Nic! Zero! Kompletna pustka!- warknął do drzwi, tak jakby wyrządziłyby mu one największą krzywdę świata.

-Nie mów, że tu utknęliśmy!- krzyknął z przerażeniem Peter, który z trudem utrzymywał równowagę- Teraz to naprawdę zginiemy!-

-Na to wygląda...- Doktor, całkowicie bezsilny, osunął się po ścianie.

-Ale musi być jakiś sposób!- oznajmił Peter, który wciąż walczył o zachowanie równowagi- przecież nie po to przebyliśmy te rdzawe...- przerwał w połowie zdania, a potem uderzył się dłonią w czoło. Doktor zdziwiony spojrzał na twarz mężczyzny.

-Co się stało?- zapytał

-Rdza...- wyszeptał- RDZA! Te korytarze były pokryte rdzą- pobiegł podekscytowany w głąb korytarza, z którego właśnie przybyli. Po chwili wrócił niosąc jakąś wielką beczkę i pojemniczek, który- jak Doktor się domyślił- zawierał rdzę.

-Odsuń się!- nakazał Peter.

-Co ty wyprawiasz?-

-Twoje metody zawiodły, więc wykorzystam swoje- podszedł do drzwi, po czym postawił przy nich aluminiową beczkę. Właśnie odkręcał pojemnik, kiedy zauważył Doktora wpatrującego się w niego wzrokiem przygłupawego jaskiniowca.

-Nie łapiesz?- Peter pokręcił głową- Zobacz...- wskazał na beczkę- to jest aluminium, prawda? Gdyby udało mi się trochę tego świństwa zeskrobać, połączyć z rdzą- wyjął delikatnie pojemnik z rdzą, tak jakby to był jego najcenniejszy skarb- oraz spowodować wybuch, będziemy mieli szansę uciec-

Władca Czasu rozmyślał chwile oceniając szansę na powodzenia

-To może się udać- zauważył logicznie.

-Wiem, a teraz pomóż mi zeskrobać aluminium.- rozkazał Peter

Doktor poczuł się dziwnie wypełniając czyjeś rozkazy. Jednak nie było czasu na sprzeczki. Wyciągnął z kieszeni swój śrubokręt i trochę stopił aluminium z beczki. Nagle obaj poczuli jakiś ostry, gryzący zapach. Odwrócili się jak na komendę i zauważyli, że korytarz za nimi stoi w płomieniach.

-Odsuń się- krzyknął ponownie Peter, biorąc od Doktora stopione aluminium. Starannie połączył z rdzą, przyłożył mieszankę do drzwi, po czym podpalił to wszystko zapalniczką, którą właśnie wyciągnął z kieszeni. Następnie odsunął się na bezpieczną odległość. Substancja wytworzona prze Petera, zaczęła świecić niebieskim, przenikliwym światłem. Po chwili wybuchła białym światłem, wywarzając za sobą drzwi.

-TAK- wrzasnął Peter unosząc wysoko ręce w tryumfalnym geście. Wybiegł w stronę bladożółtych promieni słonecznych, które tańczyły po pomieszczeniu. Doktor wybiegł za nim. Teraz stali gdzieś na bujnych trawach Xorax2, wśród nich stała cała masa warnów, którzy zostali ewakuowani z płonącego budynku. Dostrzegli dziewczynę o imieniu Kendra, która krzątała się wśród rannych. Próbując im za wszelką cenę pomóc.

-Co z nimi teraz będzie?- odezwał się Peter cichym głosem.

Doktor zaczerpnął głęboki oddech- Rannych odwiozą do szpitala, pracowników wyślą na przymusowy urlop, budynek... myślą, że budynek zbudują sobie nowy, a potem wrócą do pracy.- teraz obserwował jak grupa ratowników medycznych pomaga pewnej kobiecie- w każdym razie nie będę mógł się tu pokazywać przez najbliższe 300 lat-

-Chyba nie będzieMY MOGLI- Peter wyszczerzył zęby w bezczelnym uśmiechu- Nie zapominaj, że to mnie oskarżyli o morderstwo. Ty jesteś tylko współodpowiedzialny za ten czyn- na te słowa Doktor cicho zachichotał pod nosem.

-Chodźmy-

-My?-

-No wiesz... myślałem... że mógłbyś podróżować... ale, jeśli nie...- Doktor gubił się we własnych słowach. Na jego twarzy malowało się zmieszanie. Przez dłuższą chwilę zapanowała się niezręczna cisza. Po chwili Peter się odezwał:

-Czy zawsze jest tak niebezpiecznie?-

Doktor uśmiechnął się blado- Peter mógłby się założyć o wszystkie skarby świata, że ten uśmiech nie był oznaką radości, ale wielkiego bólu i żalu.

-Zabawne... Kiedyś o to samo spytała się mnie moja przyjaciółka Rose- Doktor odpowiedział bardzo smutnym głosem.

~Rose... Rose... Cholera gdzieś już spotkałem to imię~ chłopak myślał gorączkowo, gdy nagle~ Rose Tyler! Czy to nie ta dziewczyna, u której wczoraj byłe, w domu! Ejże! Chwila moment! Przecież on ją kocha! TO przez nią się upił...-

-Tak, to bywa niebezpieczne. Dlatego, żeby było jasne, całą odpowiedzialność za swoje czyny bierzesz na siebie...-

-Przestań truć!- przerwał mu niegrzecznie- jakbyś nie zauważył: JA NIE MAM PRZY SOBIE ŻADNYCH RZECZY, UBRAŃ ANI NICZEGO W TYM STYLU!-

Doktor stał prze chwilę zamyślony.

-Moment, moment! Przecież ty mieszkasz w równoległym świecie!-

-Że co?-

-Ech... widzisz każda decyzja podjęta w tym świecie powoduję reakcję w innym równoległym świecie, Ty właśnie pochodzisz z jednego równoległego świata-

-Hej! Chcesz mi powiedzieć, że jestem alternatywną wersją siebie?- oburzył się gwałtownie Peter- O NIE! TO TAMTO COŚ JEST ALTERNATYWANĄ WERSJĄ MNIE!-

Doktor ponownie uśmiechnął się blado.

-Wiesz, trochę mi przypominasz moją przyjaciółkę Donne. Ona też była taka cięta w słowach.-

-Przepraszam, że pytam, ale to z czystej ciekawości. Co się stało z twoimi przyjaciółmi?-

-Nic. Absolutnie nic. Żyją spokojnie i szczęśliwie. Wybrały życie na Ziemii.- odpowiedział Doktor szybko. Trochę za szybko, by dać się na to nabrać.

-Już dawno nie słyszałem tańszej bajki- odparł Peter patrząc Doktorowi prosto w oczy.

-Skąd wiesz, że to nie jest prawdą-

-No wiesz... To było oczywiste... Tej nocy przeżyłem więcej emocji, niż przez całe swoje życie i idę o zakład, że podróżując z tobą, na tym się nie skończy- przerwał na chwilę- Poza tym trzeba być dziwnym... bardzo dziwnym, żeby rezygnować z przygody, podróży w czasie, wizyt na innych planetach... To co im się NAPRAWDĘ stało?-

Doktor milczał zastanawiając się czy powiedzieć prawdę. Po chwili zadecydował.

-Donna zupełnie nic nie pamięta... Musiałem wymazać jej pamięć, inaczej by umarła, A Rose... Ona ma teraz własnego Doktora, z którym będzie mogła wieść spokojne i szczęśliwe życie...- powiedział cicho, bardziej do siebie, niż do Petera. Peter instynktownie wyczuł, że nie powinien zagłębiać się dalej w temat.

-Mówiłeś coś o równoległych światach...-

-O tak! No więc każdy równoległy wszechświat jest od siebie odcięty, tak że podróżowanie między nimi jest niemożliwe. Kiedyś, jak moja rasa istniała to nie stanowiło większego problemu. A teraz? Świat coraz bardziej pogrąża się w chaosie.-

-To jak ja... ty... znalazłeś... znalazłem się w innym świecie?-

Mózg Doktora pracował na najwyższych obrotach, próbując sobie przypomnieć jak to możliwe, iż przeniknął on do równoległego świata... do nowego, a może już starego świata Rose...

-Osiemdziesiąt lat temu powstała dziura w powłoce ochronnej, która oddziela światy. Przeniknąłem, żeby zespawać tę dziurę, ale...- Doktor urwał. To było zbyt bolesne, żeby wypowiedzieć. Peter wiedział o co chodziło, w końcu był w willi Tyler'ów i widział jak pijany Doktor mu się zwierza- no, a potem spotkałem ciebie.- zakończył po chwili Władca Czasu- To co TARDIS?-

Peter uśmiechnął się szeroko.

-Mam zakrzyknąć „witaj przygodo"?-

-Powinieneś-

-A więc witaj przygodo!- zakrzyknął radośnie, po czym obaj z Doktorem skierowali się na wzgórze, do TARDIS. Byli w połowie drogi, kiedy...

-TO ONI! MORDERCY! NISZCZYCIELE MATKA! ŁAPAĆ ICH! ŁAPAĆ I SPALIC ŻYWCEM!-

Doktor i Peter instynktownie się odwrócili. Zobaczyli jak cała załoga MATKA biegnie za nimi z bronią w rękach. Jeden z nich strzelił, omal nie trafiając Doktor w głowę.

-BIEGIEM!-

Pobiegli ze wszystkich sił w nogach. Po chwili bardzo wzmożonego biegu i lekkiego zawału serca u Petera, dotarli do TARDIS.

-MAM JUŻ DOSYĆ TEJ PLANETY- wrzasnął wściekły Doktor, który trzymał się za bok- dostał kolki od tego biegu. -DO WIEDZENIA!!!-

-NIE BĘDZIEMY ZA WAMI TĘSKNIĆ PODŁE MUTANTY- dodał Peter- I NIE MUSICIE DO NAS PISAĆ! CO TO, TO NIE!- razem z Doktorem zamknęli drzwi TARDIS. Warni, którzy właśnie dobiegli do budki zobaczyli, że zaczęła ona zanikać w powietrzu. Po chwili po niebieskiej budce policyjnej nie było już najmniejszego śladu.