-Moglibyście przestać za mną łazić?- rzucił wściekle Peter za plecy. Szedł on teraz główną ulicą równoległego Londynu, w kierunku który wskazał mu Doktor. Ten Doktor, którego poznał.
-Nie, dopóki nam prawdy- odpowiedział beztrosko Doktor.
-I myślisz, że cokolwiek Ci powiem?- warknął, chociaż w myślach ciskał już w swoim kierunku przekleństwa, któremu nie jednemu szewcu przysporzyłyby rumieńca na twarzy.
-Prędzej czy później mi powiesz!-
Peter zatrzymał się i spojrzał na niego ze złością.
-Ja nie wiem, co ty w nim widzisz- odpowiedział w kierunku Rose – Głupie toto i beztroskie- Rose cicho zachichotała i spojrzała z uwielbieniem na Doktora.
-A tak na poważnie to już dawno powinniście się tego domyśleć- odwrócił się na pięcie kontynuując swój marsz. Wtem, wśród wysokich i ciemnoburych biurowców wypatrzył dziwny, bardzo dziwny budynek w kształcie walce. Był on sporo niższy, niż pozostałe drapacze chmur. Poczuł, że pragnie tam pójść. Wiedział, że tam coś jest. Nie wiedział tylko co. Po chwili poczuł drugie uczucie- jakby ktoś napierał na jego umysł. Wiedział, że ktoś próbuje bezczelnie wedrzeć mu się do głowy i odczytać jego najbardziej poufne, najbardziej skryte myśli.
-Ostrzegam Cię po raz pierwszy i ostatni: ANI. MI. SIĘ. WAŻ. CZYTAĆ. W MOICH. MYŚLACH.... Doktorze- odpowiedział Peter.
Nawet nie zwrócił uwagi na tryumfalne miny Doktora i Rose, które zagościły na ich twarzach. O wiele bardziej pochłonął go ten budynek, albo raczej coś co w nim było... jest... będzie... coś na kształt wielkiej tajemnicy, która zdawała się czekać aby ktoś ją odkrył. Tylko kto?
Ruszył żwawym krokiem zmierzając do swojego celu wytyczonego przez kogoś... nie, przez coś.. przez coś czego nie znał. Doktor i Rose podążyli za nim.
-A więc znasz mnie- bardziej stwierdził niż zapytał Doktor.
-Na to wygląda- odrzekł Peter, po czym przyspieszył. Teraz już prawie biegł pełen złych przeczuć, chociaż nie miał zielonego pojęcia skąd one się wzięły- ale nie oczekuj, że zacznę Ci opowiadać historię spotkania z tobą.
Doktor uśmiechnął się bardzo po doktorowatemu.
-Nie zamierzam, ale odpowiedz mi na jedno- urwał na chwilę- Powiedz mi dokąd ty właściwie idziesz?-
To pytanie wytrąciło chłopaka ze skupienia na swoim celu.
-A skąd ja mam wiedzieć?- była to czysta prawda i Peter to wiedział. Pytanie tylko czy Doktor i Rose wzięli to na poważnie.
Peter wziął głęboki oddech – Nie mam zielonego pojęcia, jak wam to wytłumaczyć-
-Najprościej jak tylko można- wtrąciła się Rose, obdarzając Doktora i Petera promiennym uśmiechem.
-Ech- westchnął chłopak – Powiedzmy, że coś każe mi tam pójść- wskazał na walcowaty budynek-
-Aaa, ciekawość!- rozmarzył się Doktor. Lubił on ludzi, którymi kierowała ciekawość. W końcu ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy (a nie do piekła jak twierdzi większość fanatyków religijnych).
-Nie. Nieprawda. Niezupełnie – Peter pokiwał głową w geście zaprzeczenia- To nie tyle ciekawość, co raczej coś co każe Ci tam wejść, coś co kusi jak szatan, ale nie wiem czy czymś dobrym czy złym. Wiem, że muszę tam wejść bo inaczej... bo inaczej...- wzruszył ramionami.
Nie znał sensownego dokończenia tego stwierdzenia. Postanowił kontynuować swój marsz. Przeszedł na drugą stronę ulicy, zgrabnie przeskakując niewielką kałużę. Teraz od celu dzieliło go raptem parę metrów. Z ogromnym zdziwieniem zauważył, że Doktor i Rose podążali za nim w milczeniu. Doktor spostrzegł zdumioną minę chłopaka.
-No co? W końcu jesteś moim towarzyszem, prawda?- odparł Władca Czasu – Musiałem zauważyć w tobie coś, co skłoniło mnie do zaproszenia na pokład TARDIS- zakończył z uśmiechechem Doktor.
Peter chciał mu właśnie odrzec, że sam z siebie wepchnął się na pokład TARDIS, jednak tego nie zrobił. Za bardzo był przejęty faktem, iż Doktor (nawet ten bardziej ludzki) nazwał go swoim towarzyszem. Do tej pory był raczej typem wilka-samotnika. Nawet w sierocińcu, w którym wychowywał się przez większość swojego życia, nie miał zbyt wielu przyjaciół. W końcu to może lubić mola książkowego zawsze sterczącego z nosem w książce. Teraz jednak poczuł dziwne zadowolenie, kiedy Doktor nazwał go swoim towarzyszem. Mrugnął przyjaźnie do dwójki stojącej wprost na przeciw niemu.
-A więc chodźmy!- odrzekł z usmiechem. Zobaczył jak Doktor Rose też się uśmiechają. Razem skierowali się w stronę teraz już ich wspólnego celu. Byli już na uliczce, na której dosłownie parę chwili temu był Doktor. Peter już był o kilka kroków od drzwi... Już sięgał klamki od drzwi. Widział ciemność panującą w środku.
-Czas rozwiązać twoją tajemnicę, skarbie – rzekł w sobie myślach. Chwilę potem cała trójka była już w środku.
***
Donna obudziła na czymś co z grubsza miało przypominać fotel- jednak nie przypominało. Wydawało się bardziej na nieudane dzieło jakiegoś szalonego twórcy mebli. Czuła na swoich przegubach metalowe zaciski- zapewne kajdanki. Na filmach, które oglądała wspólnie ze swoim dziadkiem często widziała jak psychopatyczni mordercy przykuwali swoje ofiary do najrozmaitszych urządzeń. Wyszydzała wtedy te wszystkie naiwne i głupiutkie dziewczyny, kpiąc z nich jak popadło. Teraz sama jednak znajdowała się w położeniu „głupiej i naiwnej bohaterki horrorów", jednakże nie miała zielonego pojęcia kto jest jej oprawcą. Z zamkniętymi oczami- wiedziała, że w ten sposób nie zdradzi tego, że jest nieprzytomna- próbowała się dowiedzieć tego gdzie jest. Usłyszała w tle kroki. Męskie kroki. Można to było poznać po ciężarze i nacisku z jakim mężczyzna je stawiał. Nagle poczuła tak silny ból głowy, że omal gałki oczne nie wypadły jej z oczodołów. Straciła dech w piersiach. Siłą woli starała się nie stracić przytomności. Mimo, iż zaciskała zęby to jednak nie udało się jej powstrzymać jęku, który wydała z bólu. Wiedziała, że to koniec... Że jej umysł spłonie...
Gdzieś w tle rozbłysły jej dziwne wizje. Poczuła , że wie więcej niż się jej wydawało, nieznane fakty nagle wydały jej się oczywiste, że ażniesamowite. Nie mogąc dłużej udawać otworzyła oczy. Zobaczyła przed sobą jakiegoś, który krzątał się wokół aparatury rozmieszczonej wokół
krzesła oprawczego. Miał on ciemne włosy, beżowy płaszcz oraz trampki.
-Doktor?- wyszeptała Donna kompletnie zaskoczona- co się dzieje... O MÓJ BOŻE- wykrzyknęła z przerażeniem, kiedy Doktor w pełni się do niej odwrócił ukazując swoje straszliwe oblicze- tam gdzie powinny być oczy znajdowały się tylko dwie, wielkie jasnozielone plamy. Na jego twarzy malował się nienawistny uśmiech. Nie było w nim nic z przyjaznego i inteligentnego Władcy Czasu- czyli takiego Doktora jakim go zapamiętała. To w ogóle nie był Doktor, nie ten, którego znała.
-Witaj Donno Noble- odrzekł zimnym głosem Doktor, patrząc swoimi bezlitosnymi oczami prosto w jej oczy.
-CO ZROBIŁEŚ Z DOKTOREM???- ryknęła Donna na cały głos.
-Doktorem?- odpowiedział obcy kpiącym głosem- Doktora już nie ma, podobnie jak zaraz nie będzie Ciebie, albo raczej cząstki Doktora która w tobie jest, a która jest tak cenna dla mnie- Doktor groźnie wyszczerzył swoje zęby.
-Nigdy jej nie dostaniesz!-
-Obawiam się droga DonnoDoktor, że ona JUŻ jest moja- Doktor zarechotał tak złośliwie, że aż Donnie zjeżyły się włosy na karku.
Mężczyzna obszedł powoli fotel z którym Donna zaciekle się szarpała.
-WYPUŚĆ DOKTORA! ON NIC CI NIE ZROBIŁ!-
-Przykro mi DonnoDoktor, ale zrobił- odpowiedział obcy- Czy ty zdajesz sobie sprawę jak umysł Doktora jest cenny?- ponownie złowrogo się uśmiechnął. Przez umysł Donny przebiegła myśl, że jak to możliwe, iż na tej zwykle pogodnej, łagodnej i uśmiechniętej twarzy mogło malować się tyle nienawiści i okrucieństwa- Ale ty to przecież wiesz Donno. Wiesz dlaczego Doktor jest dla mnie tak cenny?-
-Bo Doktor jest ostatnim z Władcą Czasu- odpowiedziała Donna przez zaciśnięte zęby- tylko Doktor ma całą wiedzę Władców Czasu-
-Doskonale! Doktor i ty DonnoDoktorze- obcy zaśmiał się cicho- Ale już niedługo. Jeszcze trochę i uwolnię Cię od tego ciężaru. Od ciężaru życia Doktora-
-Ani mi się waż zielonku!- wychrypiała kobieta patrząc w zielone oczy Doktora.
-Oczywiście, że się ważę... Wiesz co to jest?- Doktor wskazał na jakieś urządzenie.
Donna uważnie przyjrzała się urządzeniu, po chwili poczuła jak odpowiedź sama do niej napływa.
-Standardowy przekaźnik fal c'967-
-Brawo! Doskonała odpowiedź- powiedział chwytając urządzenie i podchodząc do Donny.
Płynnymi ruchami zaczął podłączać macki urządzenia do obydwu skroni kobiety.
-Przestań!- krzyczała Donna- Po prostu przestań!-
Jednak jej oprawca był nie ugięty. Gdy już skończył przypinać Donnę, swoją uwagę skoncentrował na panelu kontrolnym. Wcisnął kilka przycisków. Po chwili maszyna zaczęła pracować, przybierając kolor zielony i wydając z siebie okropne buczenie.
-PRZESTAŃ! SŁYSZYSZ PRZESTAŃ!- Donna rozpaczliwie szamotała się w swojej fotelowej pułapce zaciekle walcząc o ostatnie sekundy życia. Po chwili jednak poddała się ciemności która ją ogarnęła.
-A więc żegnaj Donno Noble. Witaj Wszechwielka Wiedzo Doktora!- Doktor zaśmiał się okrutnie, na myśl, iż zaraz zdobędzie swój ponad wszystko upragniony skarb. Teraz już nic nie mogło go powstrzymać. Wszystko szło zgodnie z planem. Prawie wszystko...
