RILEY
Pojechałam, ale nie od razu. Zrobiłam zakupy i zajrzałam do Alex. Moja przyjaciółka zasnęła nad książkami. Ostrożnie zaniosłam ją do łóżka i przykryłam kocem. Zostawiłam jej to, co kupiłam. Zamknęłam za sobą drzwi i podjechałam do Connorów. Zaparkowałam na podjeździe obok garażu i weszłam tylnymi drzwiami. Rzuciłam torbę na ziemię i otworzyłam lodówkę. Nagle usłyszałam skrzypnięcie podłogi. Moja prawa ręka „rozłożyła się" sama, palce wydłużyły się, a między łączeniami zabłyszczał metal. Ostrożnie wyjrzałam zza drzwiczek.
- Przepraszam. Myślałam, że to John.
Naprzeciw mnie stała dziewczyna o puszystych blond włosach i uśmiechała się niepewnie. Zmierzyłam ją wzrokiem. Oko zrobiło skan, ale nie miałam jej w swojej bazie danych. Zagrożenie? Mózg podał jakąś niewielką wartość, więc szybko „złożyłam" rękę i zamknęłam lodówkę, uśmiechając się do nieznajomej.
- Jestem Riley, koleżanka Johna ze szkoły. – Szybko podała mi dłoń; uścisnęłam ją.
- Erica – powiedziałam, zastanawiając się, co jeszcze powinnam dodać do swojej prezentacji.
- Poszłam do łazienki i usłyszałam, że ktoś otwiera lodówkę. Taki charakterystyczny dźwięk. Myślałam...
- ...że to John - dokończyłam. – Wiem.
- Nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze jest oprócz nas. – Włożyła ręce w kieszenie bluzy. – Fajna koszulka.
Już miałam coś powiedzieć, kiedy schody zaskrzypiały.
- Tutaj jesteś. – Obok dziewczyny zjawił się John. – Jesteście – poprawił się szybko, patrząc na mnie z ukosa.
- Chcecie lodów? – zapytałam, otwierając zamrażalnik.
- Byłoby cudownie! – Riley złączyła dłonie jak do modlitwy. – Prawda, John?
Mózg poinformował mnie o zbliżającym się samochodzie. Szybko dałam dziewczynie pudełko i dwie łyżki, spoglądając wymownie na Johna.
- Już was tu nie ma – rzuciłam, kiedy żwir wyraźnie zachrzęścił na podjeździe.
Chłopak pociągnął Riley za sobą. Kroki na schodach ucichły akurat w momencie, kiedy w zamku zabrzęczały klucze i do środka weszła Sarah, a zaraz za nią Derek i Cameron w mini.
- Impreza się udała? – zapytałam, kiedy mężczyzna minął mnie bez słowa.
- Chyba tak. – Cameron wcisnęła mi do ręki zwinek banknotów. – Wygrałam w bilard.
- Brawo. Dobra robota. – Wsunęłam pieniądze do kieszeni. Cudzą kasę wydaje się szybko.
- Gdzie są lody? – Usłyszałam głos Reese'a.
- Zajęli się nimi John i jego koleżanka – rzuciłam, wchodząc do kuchni.
- Co? – Sarah spojrzała na mnie uważnie. – Jaka koleżanka?
- Riley. – Odsunęłam sobie krzesło i usiadłam. – Ze szkoły. Dopiero ją poznał.
- I już zaprosił do domu? – Derek upił łyk mleka prosto z kartonu. – Szybki ten twój syn.
Sarah ruszyła w stronę drzwi, ale chwyciłam ją za rękę.
- Nie stanowi zagrożenia – powiedziałam szybko, patrząc na kobietę.
Chciała się wyrwać, ale przytrzymałam ją mocniej.
- Dasz mu trochę pobyć nastolatkiem czy wystarczy, że był dziś w szkole? – zapytałam.
Posłała mi zimne jak lód spojrzenie. Cofnęłam rękę. Wyszła z kuchni. Jej kroki zadźwięczały na schodach. Przełączyłam Oko i spojrzałam w górę. Sara zatrzymała się przy drzwiach do pomieszczenia, w którym pulsowały dwa źródła ciepła. Przez chwilę tam stała, po czym poszła do swojego pokoju. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi.
***
Muchę znalazłam niemal od razu. Zauważyła mnie i pomachała tak, jakby wcześniej nie powiedziała mi, że jestem wredna. Posłałam jej uśmiech. Roxy zajęta była flirtowaniem z Chrisem, a Rose siedziała na kolanach jakiemuś chłopakowi, którego nie znałam. Byłam ciekawa, czym dla Alex była impreza, jeśli nie spotkaniem tłumu ludzi w jednym miejscu przy obrzydliwym alkoholu i wyjącej muzyce z popsutego komputera.
- Erica! – Usłyszałam; Camille szła w moją stronę, lekko się zataczając; obejmowała w pasie wysokiego mężczyznę. Poznałam go od razu: słynny Derek Reese od Bedella. Nawet do siebie pasowali. To znaczy ten cały Reese i moja koleżanka. O Camille mówili, że ma urodę modelki. Ja tam się nie znałam, bo modelek nigdy nie widziałam, ale zawsze uważałam, że moja towarzyszka broni ma wyjątkowo piękną twarz.
Skrzyżowałam ręce na piersiach, kiedy Camille otoczyła mnie drugim ramieniem.
- Kochanie - zwróciła się do mnie; pachniała alkoholem – poznaj Dereka Reese'a.
Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, kiedy wymieniliśmy szybko uścisk dłoni.
- Derek, to Erica Williams. Nasza „stalowa dziewica".
Miałam ochotę ją kopnąć, ale to nie była jej wina. Po pijaku nigdy nie uważała na swój cięty język.
- Ciekawy opis – rzucił, uśmiechając się złośliwie.
- Bo Erica nie chce mieć faceta, wiesz? – Camille czknęła. – Uparła się. Nie chce i koniec!
- Skąd takie postanowienie? – zapytał mnie, unosząc brew.
- Jestem „stalową dziewicą" – mruknęłam – i muszę dbać o opinię.
- Mówi się „żelazną dziewicą". – Usłyszałam; odwróciłam się. – Tak nazywali Margaret Thatcher.
Mężczyzna był wysoki i chudy. Wyglądał dosyć staro, ale czułam, że za tą zniszczoną, pooraną bliznami twarzą kryje się ktoś przed trzydziestką. Jego oczy patrzyły bystro.
- Victor – rzucił Derek – daruj sobie tą lekcję historii.
- Kim była Thatcher? – zapytałam szybko. – Dlaczego ją tak nazywali?
- Jestem Victor Lancaster. – Wymieniłam z nim uścisk dłoni. – A kto pyta, nie błądzi.
- Erica Williams. – Posłałam mu uśmiech. – Pytać lubię.
- A ja uwielbiam odpowiadać. – Też się uśmiechnął.
- Ale nie lubi kobiet – wtrąciła Camille; jej włosy załaskotały mnie w policzek. – A ty nie lubisz facetów.
Ściągnęłam z siebie jej ramię i podeszłam bliżej do Victora.
- To kim była ta babka? – zapytałam wesoło, nie kryjąc ciekawości. Chciałam jak najszybciej znaleźć się poza imprezą, z dala od Camille i Reese'a, z kimś, kogo nie interesują kobiety. Victor uśmiechnął się szeroko i zaczął mówić. Oddaliliśmy się nieco, ale tak, żebym nadal miała oko na dziewczyny. Rozkaz to rozkaz.
***
- Nie skoczyłby ktoś po lody? – Derek usiadł naprzeciwko, wpatrując się we mnie wyczekująco.
- „Ktoś" nie znaczy „Erica Williams" – mruknęłam. – Wyślij Cameron, ja muszę wziąć prysznic.
Wstałam od stołu, podnosząc plecak. Zamknęłam się w łazience. Miałam ochotę na długi, gorący prysznic. Rozebrałam się i weszłam do kabiny. Umyłam włosy, po czym dość długo stałam pod ciepłym strumieniem. Wreszcie wyszłam, wycierając twarz dłonią. Piana dostała mi się do oka. Nagle poczułam chłodny powiew i podniosłam oczy. Znieruchomiałam. W drzwiach stała Cameron. Mózg przypomniał mi o jej awarii. Poczułam, jak elektryczny impuls przeszył moją prawą rękę. Szybko zacisnęłam dłoń na nadgarstku.
- Co się stało? – zapytałam, biorąc głęboki oddech.
Terminatorka przesunęła wzrokiem po moim nagim ciele, po czym spojrzała mi w oczy.
- Chcesz coś ze sklepu?
Patrzyłam na nią uważnie.
- Derek kazał mi zapytać – wyjaśniła, nadal stojąc w progu.
- Nie, nic nie chcę – odparłam powoli.
- Masz dużo blizn.
Drgnęłam.
- To nie blizny – powiedziałam powoli, sięgając po ręcznik.
Spojrzałam na Cameron. Czekała na odpowiedź. Zaczęłam się wycierać.
- To uratowani ludzie. Kreska na jednego. Są jak ordery. Za odwagę. Ale noszę je pod marynarką.
- To blizny – rzuciła twardo. – Widzę.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Skoro tak mówisz – odparłam powoli, obwijając się ręcznikiem. – Idziesz na zakupy czy nie?
Wycofała się i zamknęła za sobą drzwi. Usiadłam na brzegu wanny i spojrzałam na swoje nogi. Na syntetycznej skórze nie zostawały żadne ślady; wszystkie „rany" goiły się błyskawicznie. Ściągnęłam z siebie ręcznik i wstałam, patrząc w lustro.
Miałam ich kilkanaście. Mnóstwo jaśniejszych kresek na skórze bez ładu i składu, niczym szalona mozaika. Najdłuższa ciągnęła się od pępka do prawej piersi. Przesunęłam po niej palcem, przypominając sobie, ile to razy John rysował jej kształt swoim drapiącym kciukiem ze stopioną opuszką albo wargami. Lubił mnie o nie pytać. Pamiętałam dobrze, jak „dostałam" każdą bliznę i byłam z nich dumna. Większość była dowodem mojej waleczności jako żołnierz. Uratowałam wielu ludzi. I pewnie Alex miała rację: jedna blizna to jedno ocalone życie.
Skończyłam się wycierać i ubrałam się. Poszłam do kuchni z ręcznikiem na głowie. Derek stał oparty o kredens, nadal popijając mleko.
- Piwo się skończyło? – rzuciłam złośliwie, unosząc brew.
- Blaszak kupi – mruknął, odstawiając karton na półkę.
- Tak myślałam, że nie wysłałeś jej tylko po lody.
- Powiedziała mi, że się tniesz.
- Słucham? – Zmarszczyłam brwi, siadając na skraju stołu. – Nie tnę się. To jej nadinterpretacja. Zapytała mnie o blizny. Dla mnie to ważne pamiątki. Dla niej, hm, najzwyklejsze ślady na skórze?... Każdą bliznę, prawie każdą, „dostałam" w walce, a walczyłam dla ludzi, więc kreska za każdego uratowanego.
Przez chwilę wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Jesteś dziwna, wiesz?
- Już mi to kiedyś powiedziałeś.
- Taa. To było dawno temu.
- Musiałeś zrobić up-date w tej kwestii czy co?
Uśmiechnął się.
- Nic się nie zmieniłaś – powiedział powoli. – Nic a nic.
- Serio? – Przeczesałam włosy palcami. – Kiedyś nie patrzyłeś na mnie, jakbyś chciał mnie przelecieć.
- Nadal tak nie patrzę i pewnie nigdy nie będę. Też lubisz nadinterpretację, co?
- Aha – mruknęłam zaczepnie, biorąc plecak. Położyłam ręcznik na oparciu krzesła. – Spadam do siebie.
- Szerokiej drogi. – Skrzyżował ramiona na piersiach.
- Dobranoc.
Wyszłam na schody. Stanął w progu i patrzył, jak schodzę do samochodu.
- Czeka mnie kolejna noc na ciasnej kanapie – rzucił bardziej do siebie niż do mnie.
- Ja mam łóżko kingsize. – Otworzyłam auto. – Wpadaj, kiedy tylko chcesz.
- Marzenia, Williams. – Zatrzasnął drzwi.
Uruchomiłam silnik i wyjechałam na ulicę, uśmiechając się pod nosem.
***
Victor opowiadał naprawdę ciekawie. Miał przyjemnie ostry głos i nie był ani trochę przystojny. Polubiłam go od razu. Kończył właśnie opowiadać historię swojej rodziny, kiedy nagle ktoś objął mnie od tyłu w pasie, wbijając brodę w mój obojczyk.
- Erica śliczna jak zawsze. – Usłyszałam. Chris Land.
Spróbowałam się wyszarpnąć, ale chłopak trzymał mnie wyjątkowo mocno.
- Puszczaj, debilu – syknęłam.
- Zostaw ją, stary. – Głos Victora pobrzmiał groźbą.
- Zaraz, zaraz. – Chris zakołysał mną w swoich ramionach. – Nie skończyłem się witać.
- Skończyłeś. Puść mnie!
- Kiedy kobieta mówi... – zaczął Victor, ale Chris od razu mu przerwał.
- Erica nie jest kobietą, to znaczy, nie jest normalną kobietą.
- Jestem jaka jestem, do ciężkiej cholery! – Czułam rosnącą wściekłość.
Chris cofnął ręce, ale nagle poczułam, jak wyszarpnął mi z ucha kolczyk.
- Doczepię go do karabinu – roześmiał się. – Na szczęście.
Odwrócił się i pobiegł korytarzem. Drżałam ze złości. Co za kretyn! Niewiele myśląc, pobiegłam za nim, przeklinając pod nosem. Dlaczego ci ludzie nie dadzą mi spokoju?! Dlaczego nie pozwalają mi być sobą?!
Przeskoczyłam nad przewróconą beczką i ruszyłam dalej. Wzięłam zakręt i nagle z impetem na kogoś wpadłam, przewracając go na podłogę. Nie zdążyłam nawet przeprosić, kiedy czyjaś ręka chwyciła mnie za ramię i podniosła z ziemi, stawiając z łatwością na nogi, jakbym nic nie ważyła. Palce zacisnęły się mocno. Spojrzałam na właściciela silnej ręki. Wpatrywały się we mnie ciemne, beznamiętne oczy. Serce zabiło mi szybciej. Terminator?...
- Theo, puść ją! – Usłyszałam; mężczyzna od razu cofnął ramię i pomógł wstać swojemu towarzyszowi.
Patrzyłam na niego przerażona, nadal czując jego dotyk na ramieniu.
- Theo jest czasem nadpobudliwy, musisz mu wybaczyć.
Spojrzałam na właściciela męskiego głosu. Jego twarz zakrywały gogle i szal w odcieniu brudnego piasku. Był nieco wyższy ode mnie, ale za to Theo górował nad nim o głowę.
- W porządku? – zapytał chłopak. Patrząc na jego ubiór, uznałam, że jest Spawaczem.
- Pytasz, czy ze mną wszystko w porządku?
Potężny Theo mierzył mnie czujnym wzrokiem.
- Taak – odpowiedział powoli nieznajomy.
- Więc wiedz, że nie! – wyrzuciłam z siebie. – Nikt nie stara się mnie zrozumieć! Tyle osób ma mnie za wariatkę, że nawet nie warto się z nimi kłócić! Wszyscy chcą, żebym była inna! Normalna, jak mówią! Ale ja chcę być po prostu sobą! Uważają, że potrzebna mi pomóc! Gówno prawda! Jestem jaka jestem! Oto Erica Williams! Prawdziwa Erica Williams! I na bank się nie zmienię! Albo bierzecie mnie taką, albo w ogóle, do cholery! Wasza decyzja!
Wpatrywali się we mnie zdumieni, chociaż tak naprawdę nie potrafiłam uwodnić, że tak było, bo twarz Theo nie zmieniła wyrazu, a twarzy chłopaka nie widziałam. Czułam się jednak lepiej, wykrzyczawszy to wszystko z siebie komuś obcemu.
- Ja biorę cię taką, jaka jesteś – powiedział w końcu Spawacz rozbawionym głosem.
Spojrzałam na niego, krzyżując ramiona na piersiach.
- Może też powinnam zostać Spawaczem – mruknęłam, odchodząc zrezygnowana. – Nikt nie widziałby mojej twarzy i może daliby mi święty spokój.
- To byłaby wielka strata. – Usłyszałam za sobą. – Dla wszystkich.
Odwróciłam się.
- Ty nie znasz mnie, ja ciebie i niech tak zostanie.
- Wolałbym, żeby było inaczej. – Typowa odpowiedź na początek flirtu, podsumował mój mózg.
- Nienawidzę facetów! – krzyknęłam, zaciskając pięści.
- Ja czasem też. Bywają denerwujący, prawda?
Powiedział to tak łagodnym i wesołym głosem, że poczułam się dziwnie. Rozluźniłam ręce.
- Prawda – powiedziałam i odeszłam w swoją stronę. Czułam, jak ulatuje ze mnie cała złość.
Ja biorę cię taką, jaka jesteś, dźwięczało mi wciąż w uszach. Nie wiedział, jaka jestem!
***
Odpytałam Alex z materiałów, które mi podsunęła, a potem wysłuchałam jej narzekań odnośnie tego, że nie ma chipa w mózgu. Jak zwykle przypomniałam, że zazdroszczę jej studiów, a ona mi, że wciąż mogę pójść na jakiś uniwersytet. Stała część naszych przedegzaminacyjnych rozmów została załatwiona i obie czułyśmy się lepiej. Opowiedziałam jej o Greenway'u i kiedy zaczęła się podśmiewać z mojej „pracy", zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na moją koleżankę; ta tylko wzruszyła ramionami.
- W czasie sesji nikogo nie zapraszam – powiedziała. – Ktoś do ciebie.
Miała rację. W progu stał Matt z bukietem róż i sześciopakiem piwa. Uśmiechnęłam się.
- Dziwny zestaw – skomentowałam, kiedy podał mi kwiaty. Pachniały naprawdę niesamowicie.
- Nie przeszkadzam?
Przepuściłam go do środka, zamykając drzwi.
- Ty nigdy! – krzyknęła Alex z kuchni.
- Nie dawaj jej piwa. Uczy się – przypomniałam Mattowi, wlewając wodę do wazonu i wstawiając do niego czerwone róże. – Mój pierwszy bukiet w życiu.
- Naprawdę? – Mężczyzna uśmiechnął się; kiwnęłam głową, odchodząc od biurka.
- Wyjdziemy do ogrodu?
Po chwili zrzuciłam klapki i wciągnęłam nogi na bujaną kanapę, którą sama kupiłam. Alex powiedziała, że jestem za stara na zwykłą huśtawkę, więc musiałam zostać przy kanapie. Uwielbiałyśmy ją obie.
Matt usiadł obok mnie i podał mi piwo.
- Nie lubisz zwykłego, wziąłem więc jabłkowe.
- Dla siebie też? – W odpowiedzi stuknął swoją butelką o moją; były identyczne. – Co za poświęcenie.
Przez kilkanaście minut siedzieliśmy w zupełnym milczeniu, popijając piwo. Czułam się dziwnie. Zrobiło się chłodniej, więc przysunęłam się bliżej. Matt otoczył mnie ramieniem.
- Myślałem o tobie – powiedział wreszcie. – Dużo. Starałem się zrozumieć, dlaczego jednak jesteś tutaj, w tym czasie. Gdybyście mieli pięć minut więcej, gdyby John dał ci chwilę, żebyś mogła wszystko przemyśleć po tym, co powiedział ci Da...
- Matt – przerwałam mu szybko – nienawidzę „gdybania".
- Przepraszam. – Upił piwa. – Po prostu jestem ciekawy.
- Wiesz co? – Oparłam brodę o jego ramię i spojrzałam mu w oczy. – Pierwsze zdanie z „gdyby", które zawsze przychodzi mi do głowy to: „co by było, gdyby SKYNET nie rozpoczął wojny". Nie potrafię sobie powiedzieć, co by wtedy było, a wszystkie inne „gdybania" nie mają dla mnie sensu.
Kiwnął głową, odstawiając pustą butelkę na ziemię.
- Zostaniesz na noc? – zapytałam, całując go w szyję.
- A co, gdybym został?
- Przekonałbyś się, jak wielkie i wygodne jest moje łóżko.
- Chyba zostanę. „Gdybanie" nie ma sensu, zgadzam się. – Uśmiechnął się łagodnie.
Zaczęliśmy się całować.
Biorąc rano prysznic, myślałam o Matcie. Nadal spadł w moim łóżku. Było niewiele osób, które znały całą prawdę. On był jedną z nich nie do końca z mojej decyzji.
