LISTA
Pojechałam do elektrowni, nieco się spóźniając. Założyłam uniform i poszłam poszukać Sary. Cameron nie wiedziała, gdzie jest. Włączyłam Oko. Po chwili zbiegłam do maszynowni. Matka Johna zniknęła za jakimiś drzwiami, zanim zdążyłam ją zawołać. Przejechałam po czytniku kartą, którą zrobiła dla mnie Cameron i weszłam ostrożnie do środka. Mózg ostrzegł mnie przed bliskością materiałów radioaktywnych. Wyjrzałam zza rogu i zobaczyłam Sarę, wciągającą na siebie kombinezon ochronny. Obok niej stał szef zmiany, marszcząc brwi. Bez wahania poszłam w ich stronę.
- Karen! – krzyknęłam, robiąc groźną minę. – Gdzieś ty wcześniej sprzątała, do cholery?! U siebie w domu czy co?!
- O co chodzi? – Mężczyzna spojrzał na mnie uważnie. – Co ty tutaj robisz?
- O co chodzi?! – Oparłam dłonie na biodrach w buntowniczej pozie. – Co ja tutaj robię?! Szukam tej idiotki, która zostawiła włączony odkurzacz na środku korytarza, o który ciągle ktoś zawadza! Mówię sobie: „Jej odkurzacz, jej sprawa, wypieprzą ją, a co to, moja broszka?", ale niosłam wiadro i o mało nie potknęłam się o kabel! Więc wpieniłam się i poszłam jej szukać! Pan wybaczy. – Spojrzałam wreszcie na Sarę. – Na co czekasz?! Leć i zajmij się tamtym bajzlem. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja! Ktoś rozwalił ci odkurzacz, śmieci są wszędzie! Ja tego nie sprzątnę na pewno! To główny korytarz w dodatku. A co to? Kombinezon? Ty i radioaktywne substancje, złotko? Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Życie mi miłe, ot co!
Odwróciłam się na pięcie.
- Zaczekaj! – Usłyszałam. – Ty – wycelował palcem w Sarę – posprzątasz swój burdel, a ty – spojrzał na mnie – zakładaj kombinezon!
Czekałam, aż się rozbierze, przeklinając pod nosem. Mózg szybko sprawdził szczelność stroju. Znalazłam dziurę pod kolanem i włożyłam w nią palec na oczach zdumionej Sary.
- Dostanę coś w dobrym stanie? – zapytałam, wciskając kombinezon mojemu „pracodawcy". Ten przeklął pod nosem i rzucił strój na podłogę.
- Już was tu nie ma. Obu! – wrzasnął.
- Tak jest, sir. – Chwyciłam Sarę za ramię. – Masz coś do roboty, złotko.
Po chwili znalazłyśmy się na parterze. Sarah nadal wyglądała na przerażoną.
- Dziękuję – powiedziała słabo. – Ja...
- Idź i napij się kawy – poradziłam jej szybko. – Twoim odkurzaczem zajęłam się już dawno.
Poszłam na swoje piętro i podłączyłam się do komputera. Sprawdziłam raport odnośnie chemikaliów. W mojej głowie zadzwonił telefon.
- Tak?
- Greenway nie żyje. – Głos Sary zabrzmiał poważnie. - Powiesił się. Przysłali terminatora na jego miejsce. Reaktor działa bez zarzutów. Zajmij się blaszakiem!
- Rozumiem. – Odłączyłam się i szybko zbiegłam na dół.
- Hej, sprzątaczka! – Usłyszałam za sobą. – Ktoś przewrócił fikusa w biurze numer czternaście.
- Jego problem – rzuciłam, pokonując kolejne stopnie. Po drodze rozbiłam szybkę, włączając alarm przeciwpożarowy. Korytarze zapełniły się uciekającymi ludźmi.
Oko znalazło maszynę. Zeskoczyłam z metalowych schodów, lądując bez problemów cztery metry niżej i chwyciłam „Greenway'a" za ramię, zatrzymując go. Zaatakował mnie od razu. W ostatniej chwili uchyliłam się przed ciosem w twarz. Nie był najnowszym modelem, ale dawno nie walczyłam z blaszakiem. Uderzył mnie pięścią w brzuch. Wiedział, gdzie celować, żeby sprawić mi ból. Wykręciłam mu rękę, ale moje żebra zatrzeszczały złowrogo. Musiał kilka złamać. Cofnęłam się do tyłu. Ruszył w moją stronę. Objęłam brzuch lewym ramieniem i zaatakowałam. Kopnięcie było celne i uszkodziło jego nadgarstek, ale podciął mnie i przewrócił. Chwycił mnie za włosy i zaczął ciągnąć po podłodze. Wtedy zjawiła się Cameron i odepchnęła go ode mnie.
- Gdzie jest Greenway!? – Usłyszałam w głowie.
- Jest z nami, załatwimy go – powiedziałam szybko, patrząc, jak Cameron uderza cyborgiem o masywne rury. – Saro, zostań tam, gdzie jesteś, rozumiesz?! Poradzimy sobie! Pilnuj reaktora!
Nagle Cameron została odepchnięta. Terminator ruszył w stronę pokrętła. Stanęłam na jego drodze. Mózg „rozłożył" moją rękę. Błysnęły ostrza i po chwili zatopiłam ramię w jego torsie. Chwycił je i przytrzymał w sobie. Zaczął się cofać. Próbowałam się wyszarpnąć, bezskutecznie. Nagle zauważyłam, że ciągnie mnie w stronę siatki pod napięciem.
- Cameron! – Krzyknęłam; terminatorka Johna siedziała na podłodze; włosy zakrywały jej twarz.
Wtedy Mózg przypomniał mi o jej awarii.
- Cameron! Rusz się! Cameron! Błagam!
Podniosłam nogę i kopnęłam „Greenway'a" w kolano. Usłyszałam dźwięk gniecionej stali, ale to go nie zatrzymało. Pociągnęłam ramię.
- Złóż palce. – Usłyszałam. Podniosłam oczy; Cameron znalazła się za maszyną, zaciskając dłonie na jego rękach. Zaczęła odginać jego nadgarstki z głośnym zgrzytem.
Wyszarpnęłam rękę. Z impetem upadłam na podłogę. Cameron pchnęła terminatora na ogrodzenie. Posypały się iskry; krótka eksplozja oślepiła mnie na chwilę. Zakryłam twarz ramionami. Nagle Mózg ostrzegł mnie przed zagrożeniem. Otworzyłam oczy. Przede mną stała Cameron i wpatrzyła się we mnie tak samo, jak wtedy... tamtej nocy... Serce zabiło mi szybciej. Nagle wyciągnęła w moją stronę dłoń.
- Wstawaj – powiedziała; dałam sobie pomóc.
Syknęłam w bólu. Objęłam się ramieniem.
- Masz złamane dwa żebra. – Usłyszałam. – Czwarte z lewej i ósme z prawej strony.
- Wiem – szepnęłam. – Muszę wejść do systemu.
W głowie wybrałam numer Sary.
- Załatwione – powiedziałam. – Idź do pokoju ochrony. Zajmij się taśmami.
Rozłączyłam się.
- Musimy pozbyć się blaszaka.
Stałam za drzwiami i patrzyłam, jak Cameron chowa resztki maszyny do beczki. Pulsujący ból w żebrach przypominał mi, że gdyby nie terminatorka, byłyby ze mną kiepsko. Znowu „gdybanie"!
- Fuck! – rzuciłam pod nosem. – Fuck, fuck, fuck!
Po chwili siedziałam w jakimś biurze z kablem w potylicy. Zostawiłam w systemie wirusa. Kiedy przyjdzie czas, ujawni się. Elektrownia będzie nasza.
Spojrzałam na Cameron. Bez problemów poradziła sobie z inną maszyną i nie czuła bólu. Gbybym...
Z furią cisnęłam o podłogę kubkiem z kawą, który stał obok mnie.
- Żadne „gdyby"! – krzyknęłam; na szczęście Cameron o nic nie zapytała.
Kiedy znaleźli nas strażacy, zdążyłam wykasować wszystkie nagrania z systemu. Na poczekaniu wymyślałam jakąś historyjkę, dlaczego nie ewakuowałyśmy się razem z innymi. Cały czas się uśmiechałam, a kiedy tylko znalazłyśmy się poza budynkiem, dostrzegłam dodge'a Dereka i od razu pociągnęłam w jego stronę Cameron. Na fotelu pasażera siedziała Sarah, ściskając w rękach pełny plecak.
- Reaktor działa bez problemów – poinformował mnie Derek, uruchamiając silnik.
- I będzie działać, aż go przejmiemy – powiedziałam. – Właściwie to już jest nasz.
Uśmiechnęłam się, osuwając na siedzenie i próbując uspokoić nadal szybkie bicie serca.
- Ała – syknęłam z bólu, kiedy Sarah kończyła obwijać mnie bandażem.
Siedziałam w staniku na kuchennym stole i czułam zapach swojego spoconego ciała.
- Gotowe.
- Dzięki – rzuciłam.
- Szybko się zrosną. – Usłyszałam; John podszedł do mnie i oparł się o blat.
- Taa, ale Matt mnie chyba zabije. Miałam na siebie uważać.
- Matt? – John spojrzał na mnie z ciekawością.
- Riley? – Sarah stanęła naprzeciw nas. – Tak ma na imię ta twoja nowa koleżanka?
- Tak, mamo. – Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. – Riley.
- Ładnie – powiedziała wreszcie Sarah bezbarwnym tonem; jej syn drgnął, ja zresztą też. – Erica, możemy porozmawiać w cztery oczy?
Wstałam, zakładając na siebie koszulkę. Stojący w drzwiach Derek posłał mi długie spojrzenie.
- O tym właśnie mówię. – Posłałam mu uśmiech. – To było TO.
- Niby co?
Wyszłam za Sarą na zewnątrz i zeszłam po schodkach na podjazd. Kobieta zatrzymała się i objęła się ramionami. Patrzyła na mnie uważnie.
- Cameron powiedziała, że umrę na raka – wyrzuciła z siebie.
Wytrzymałam jej spojrzenie.
- John kazał jej tak powiedzieć. Nie umarłaś na nowotwór, Saro.
- Więc jak?
Zawahałam się.
- Postrzelili cię.
Jej wargi rozciągnął jakiś upiorny uśmiech. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Kłamiesz.
- Wszyscy kłamiemy. – Podniosłam oczy i spojrzałam w niebo, unikając jej wzroku.
- Jesteś tutaj, żeby zatrzymać tą kulę? – zapytała cicho.
- Nie. – Spojrzałam na kobietę z uśmiechem. – Jestem tu po to, żeby w ogóle jej nie wyprodukowano.
- Dziękuję. Za dziś.
Skinęłam głową w odpowiedzi. Z pewnością rzadko dziękowała.
- Piękne niebo – powiedziałam. Sarah milczała.
Wróciłam do domu. Na stole leżała pizza. John oblizując palce, sięgnął po kawałek. Poszłam jego śladem.
- Riley została na noc – zaczął ostrożnie. – I uprzedzając twoje następne pytanie: nie, do niczego nie doszło.
Uśmiechnęłam się pod nosem, zajadając się pizzą.
- Czeka mnie ostra przeprawa z mamą. Ale jestem gotowy. Powiem jej wszystko.
- Tak trzymaj.
- Pożycz mi powodzenia.
- Powodzenia, Johnie Connorze.
Uśmiechnął się.
- Wychodzę. – Dobiegł nas głos Dereka, kiedy mijał kuchnię.
- Czekaj! – zawołałam za nim.
Zajrzał do środka. Przez ramię miał przerzuconą torbę.
- Gdzie wybywasz? – zapytałam.
- Chcę się przespać na porządnym łóżku – rzucił. – Takim, jakie ma blaszak.
- Możesz spać na moim – wtrąciła Cameron.
Posłał jej chłodne spojrzenia.
- Zostań – powiedziałam szybko. Powinien zostać i być blisko. Mózg zaczął przeliczać lata. – Proszę.
- Chodźcie tutaj! – Dobiegł nas nagle głos Sary.
Derek rzucił torbę i wybiegł jako pierwszy na zewnątrz. Sarę znaleźliśmy w przybudówce.
Lista zadań. Dla nich, nie dla mnie. Mózg podsunął mi moje priorytety. Kilka się pokryło.
Siedziałam na kanapie, wsłuchując się w prowadzoną w kuchni rozmowę. Temat? Riley, oczywiście.
Ściągnęłam spodnie i wysunęłam ostrze z palca wskazującego. Ostrożnie wycięłam kawałek syntetycznej skóry poniżej kolana po wewnętrznej stronie nogi i zaczęłam ryć w metalu litery. N, I, K, O, L, A, Y.
- Co ty robisz?
Derek stał w drzwiach i wpatrywał się we mnie.
Poklepałam się po nodze.
- Uzupełniam moją własną Ścianę Chwały.
O nic więcej nie pytał. Usiadł obok mnie i sięgnął po pilota, włączając telewizor. W wiadomościach mówili o sukcesie w elektrowni i fałszywym alarmie pożarowym.
K, L, E, I, N. Schowałam ostrze i przetarłam palcem metal. Spojrzałam na drugie nazwisko. Jerry Brown, ojciec Rose. Nie udało mi się go uratować. Przyłożyłam kawałek skóry do nogi, czekając, aż się przyklei.
- Zostaję. – Derek wpatrywał się w moją mechaniczną protezę. – Śpię tutaj, na kanapie.
- W porządku. Spadam. – Poklepałam nogę i wstałam. – Dobranoc.
- Dobranoc.
KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ
