Wrzesień 1918
W latach 1918-1919 epidemia hiszpanki zabrała od 50 do 100 mln istnień na całym świecie
Pani
Masen umierała. Nie straciła jeszcze przytomności, ale wiedziała,
po prostu czuła, że jej czas się kończy. Resztkami sił uczepiła
się życia, które jeszcze jej pozostało, jakby samą siłą woli
mogła przetrwać. Być może faktycznie przetrwałaby, gdyby warunki
były inne. Ale tego doktor Cullen nie mógł jej w tej chwili
zapewnić. Jedyne, co mógł tej kobiecie jeszcze zaoferować to
współczucie i podziw.
- Edward? - zapytała.
Carlisle
westchnął. Nie wiedział, jak miał ją poinformować, że jej syn
się poddał i gorączka odebrała mu przytomność znacznie
wcześniej, niż można by się tego spodziewać.
- Śpi –
skłamał w końcu gładko. Pani Masen najwyraźniej uwierzyła,
chociaż tego lekarz nie mógł być pewien. Nie potrafił zajrzeć
do jej głowy i z całą pewnością stwierdzić, że uspokoił ją
tym jednym słówkiem. Niezwykła kobieta.
- Wyzdrowieje? - Głos
pani Masen, ochrypły i słaby, ledwie wydobył się spomiędzy jej
bladych warg. Carlisle najpierw chciał częściowo skłamać i
powiedzieć, że nie wie. Potem zapragnął wyrzucić z siebie prawdę
– Edward raczej nie przeżyje. W końcu niczego nie powiedział i
jego pacjentka sama wszystkiego się domyśliła.
- Proszę go
ratować. To mój syn.
Wiedział o tym i ścisnął go żal.
Szkoda mu było tej rodziny, tak jak każdej innej pokonanej przez
epidemię.
- Postaram się. Nie wiem, czy zdołam – plątał
się zupełnie po ludzku. Od dawna nie czuł takiej niepewności i
nie było mu z tym dobrze. Pomyślał, że lekarz-człowiek
poradziłby sobie z tym lepiej. A jego nagle ogarnęła słabość.
Gdyby mógł, to by prychnął, ale wstrzymał się.
- Wiem, że
pan może go uratować. Proszę. Nie chcę, by Edward umierał –
szeptała gorączkowo pani Masen, zaciskając słabe ręce na jego
dłoni. Ledwo czuł ten uścisk. Zastanowił się natomiast, czy
kobieta czuje, jak zimne są jego ręce. Może skupiła się na samej
ochłodzie, może nie do końca wiedziała, że chwyta go za
dłonie.
- Zrobię co w mojej mocy – obiecał w końcu.
- Nie
– powiedziała pani Masen, zaskakująco twardo. - Pan go musi
URATOWAĆ.
Wbił w nią zaskoczony wzrok. Czy ona wiedziała...?
Czy się domyślała...? Czy dała mu pozwolenie na...?
Wstał z
krzesła stojącego przy wąskim łóżku pacjentki. Opuściła ręce.
Leżała nieruchomo, ale wciąż wpatrywała się w niego
intensywnie. Carlisle czuł dziwny dyskomfort, jakby oczy tej kobiety
przejrzały go na wylot. Niemal słyszał jak mówi „Wiem, czym
jesteś". Ale, oczywiście, niczego takiego nie
powiedziała.
Poprawił fartuch i włożył ręce do kieszeni.
Powiedział, że musi już iść, więc odszedł, ale czuł na
plecach palące spojrzenie pani Masen. Chyba jednak wiedziała.
Nie
pamiętał, jak znalazł się na morzu. Tak jakby był tu cały czas.
Od początku życia? Może dopiero od miesiąca? Malutkie fale
leciutko kołysały statkiem. Nie było wiatru. Obok niego stał
wysoki blady człowiek i przyglądał mu się z niepokojem. A może
tylko mu się zdawało?
Mężczyzna ubrany był na biało. Miał
jasne włosy, a jego skóra przywodziła na myśl albinosa. Cienie
pod oczami sugerowały problemy ze snem.
Edward patrzył na
niego, nie starając się nawet z tym kryć. Wiedział, że mężczyzna
go widzi, doszedł więc do wniosku, że nie będzie udawał, iż go
nie dostrzega. Tak, rodzice mówili mu, że to nieładnie tak się
przyglądać, ale chłopak nie mógł oderwać od niego oczu. Ten
człowiek wyglądał jak duch.
Słońce prażyło tak, że trudno
było wytrzymać. Edward nie schodził pod pokład. To śmieszne, ale
nie wiedział, jak tam zejść. Wszyscy najwyraźniej znali drogę, a
on nie. Nie widział nigdzie kapitana statku, żeby móc go zapytać.
Czuł się opuszczony. Nikogo nigdzie nie było widać. Tylko ten
dziwny mężczyzna stał obok nieporuszony i przypatrywał się
Edwardowi. Jego usta poruszyły się i chłopak zrozumiał, że
tamten coś do niego mówi. Chciał go poprosić, by powtórzył,
lecz nim to zrobił usłyszał głos tego człowieka, przytłumiony,
jakby dochodził z bardzo daleka, a nie z odległości kilku
metrów.
- Mój Boże, ale gorączka...
-
Mój Boże, ale gorączka – westchnął, dotknąwszy czoła
leżącego na łóżku chłopaka. - Agatha, przynieś mokre
prześcieradła, postaramy się go trochę ochłodzić...
Pielęgniarka
zakręciła się jak fryga i popędziła w stronę łazienki.
Trzasnęły gdzieś drzwi, słyszał tupot czyichś stóp w głębi
korytarza i ciche „Psst!" po chwili. Najwyraźniej Agatha
zawołała do pomocy którąś z dziewcząt. Po chwili obie już
biegły z mokrymi prześcieradłami. Carlisle skrzywił się na widok
Cate. Nie lubił jej. Miała zawsze minę, jakby chciała dać sobie
ze wszystkim spokój. Nie raz widział jej naganne spojrzenie,
mówiące „I po co się, doktorku, wysilasz? Przecież oni wszyscy
i tak umrą". Owszem, wiedział. Epidemia zgarniała coraz większe
żniwo, a odsetek zarażonych grypą, którzy przeżywali, boleśnie
malał z każdym dniem. Ale to nie znaczyło, że nie należało
próbować.
Od jakiegoś czasu brakowało mu już pomysłów na
to, jak ratować kolejnych pacjentów. Rozgorączkowany, majaczący
Edward Masen prawdopodobnie też umrze. Prawdopodobnie? Na pewno.
Carlisle zacisnął z całej siły zęby. Uważał, że to
niesprawiedliwe. Ile ten chłopak miał lat? Siedemnaście? Nie
należało umierać u progu życia, to zwyczajnie... nieetyczne.
Zachciało mu się śmiać z własnej myśli. Powstrzymał się
jednak. Agatha przyzwyczajona była do niecodziennych nastrojów
lekarza, ale Cate zapewne rozniosłaby jakąś nieprzyjemną plotkę,
że doktor Cullen zwariował. Akurat plotki nie były mu potrzebne.
-
Przykryjcie go prześcieradłami.
Kiedy
zrobiło się odrobinę chłodniej? Edward tego nie wiedział, czuł
tylko, jak zmęczone gorącem ciało otula coś chłodnego i
przyjemnie mokrego. Wiatru nadal nie było, statek delikatnie się
kołysał. Robiło mu się do tego niedobrze, chciałby zejść na
ląd, ale nigdzie nie było widać ziemi, tylko bezkresne morze
dookoła. Słońce prażyło bezlitośnie, pokonując chwilową ulgę.
Skóra znów rozgorzała ogniem. Rozejrzał się. Mężczyzna w bieli
wciąż stał tuż obok, patrząc na niego z troską.
- Jak zejść
pod pokład? - zapytał. Ledwie słyszał swój własny głos.
Chciało mu się pić, gardło miał wysuszone niemal na wiór.
-
Słucham? - zapytał mężczyzna.
-
Co on powiedział? - zapytała Cate. - Jaki pokład?
- Cicho bądź
– syknęła Agatha, za co Carlisle był jej bardzo wdzięczny. - Ma
gorączkę, bredzi.
Cullen spojrzał na chłopaka. Pacjent jęknął.
- Pić...
- Cate, przynieś wodę – powiedział natychmiast
do pielęgniarki. - Szybko! - dodał, widząc że dziewczyna się nie
spieszy. Kiedy w końcu wyszła z salki, Carlisle przewrócił
oczami. - Co nią kierowało, kiedy wybierała zawód?
Agatha
wzruszyła ramionami.
- Pewnie konieczność chwili. Brakuje rąk
do pracy, nie miała niczego innego do roboty.
Cullen pomyślał,
że szlag by trafił całą tę epidemię, ale powstrzymał się
przed głośnym komentarzem. Maruda czy nie, Cate była pielęgniarką
i przydawała się. A teraz przyniosła wodę.
Zanurzyła czubki
palców w szklance i opryskała nieco twarz pacjenta, po czym
wzruszyła ramionami.
- To chyba nie pomaga.
Zamknął
oczy ze zmęczenia. Morze zniknęło i nie było już statku. Wokół
panowała ciemność i cisza. Nie widział gwiazd, stąpał po
omacku. Słyszał tylko szum, gdzieś wewnątrz swego ciała.
Wszystko go bolało. Był spocony. Coś prysnęło nie wiadomo
skąd. Woda! Chciwie zlizał kropelki z ust.
Boże, jeszcze!
Na
ustach znów pojawiła się wilgoć. Coś było nie tak, wszystko
sprawiało wrażenie nierealnego, ale w tej chwili nie zwracał na to
uwagi.
Wody!
Agatha
zawinęła wokół szpatułki bandaż, po czym zamoczyła go w
szklance i zwilżyła usta chłopaka.
- Napić to on się nie
napije – zauważyła kwaśno Cate.
- Inaczej się udławi –
odparła dziewczyna, powtórzywszy zabieg. Spokojnie zwilżała usta
chłopaka, starając się nie zwracać uwagi na marudzenie Cate.
-
Odwadnia się – mruknął Carlisle. - To za mało – powiedział,
kiwnąwszy głową w stronę szklanki. Wstał, zapewnił, że zaraz
wróci i wyszedł z sali numer pięć.
Korytarz był ciemny i
cichy. Nie palono tu więcej światła niż było to absolutnie
konieczne, ale Carlisle go nie potrzebował. Nawet w kompletnej
ciemności widziałby przeszkodę, gdyby się taka pojawiła.
Czuć
było zapach środków dezynfekujących wymieszany z wonią wciąż
świeżej farby. Na krótko przed powrotem epidemii odmalowano
szpital, dzięki czemu ściany nie straszyły odpadającą farbą, a
przybywający pacjenci nie mieli wrażenia, że tu umrą. Niewielka
to pociecha, ale Carlisle uważał, że jeśli można komuś zapewnić
choćby dobry humor, to już jest wielki krok naprzód.
Jego węch
wyławiał także zapach ludzi, coś, co dezynfekcja miała
przytłumić. Ludzkie zmysły faktycznie nie czuły aż tak mocno
woni potu czy innych, znacznie bardziej nieprzyjemnych, ale wampirze
nie dawały się tak łatwo przytępić. Cullen jednak nie zwracał
na to uwagi – oswoił się.
Na końcu korytarza znajdowało się
małe pomieszczenie, które lekarze ochrzcili gabinetem. Było to
jedyne miejsce, oczywiście poza korytarzem, w którym nie leżeli
pacjenci.
Carlisle wszedł do środka. Za szafką stał kufer z
lekami, na jego wieczku widniała mała kłódka. Kiedyś go nie
zamykano, ale po kilku bezczelnych kradzieżach morfiny zdecydowano
się bardziej pilnować skromnych zasobów leków. Cullen skrzywił
się. Na dobrą sprawę te wszystkie bromki i cynki w niczym nie
pomagały. Modlił się, by lepsze czasy dla medycyny szybciej
nadeszły, by zaczęły powstawać skuteczniejsze leki, bo inaczej
całą ludzkość wybije kolejna zaraza. O ile obecna się z nią
ostatecznie nie rozprawi. Z westchnieniem wydobył klucz spod koszuli
i otworzył kufer. Przypomniało mu się, jak któregoś wieczoru
ordynator przytaszczył to cudo do szpitala, oznajmiając, że jego
ciotka i tak go nie potrzebuje, a im się bardziej przyda. Carlisle
pokręcił głową. Ordynator leżał teraz pod dziesiątką. Jego
sen przerywały sporadyczne napady kaszlu. Trzymał się lepiej niż
większość pacjentów. Z pewnością miał większe szanse niż
młody Masen. Rodzice Edwarda... nie było ich już. I chłopak nawet
o tym nie wiedział.
Głowę Carlisle'a wypełniały myśli o
niesprawiedliwości tego świata, kiedy brał do rąk sól. Trzeba
było wspomóc nieco organizm Masena.
Dlaczego
było tak ciemno? Światło nie przebijało się przez powieki.
Kołysało. Czy wciąż był na statku? Nie słyszał mężczyzny w
bieli. Nawet nie czuł jego obecności. Dziwne. Do tej pory nie
zdawał sobie z tego sprawy, ale to, że ktoś obok niego stał, dało
się wyczuć. A teraz wysilał wszystkie zmysły i nie mógł go
wyłapać.
- Proszę, otwórz oczy.
Trząsł się cały. Nie
był pewien, czy było mu zimno, czy gorąco.
- Nie mogę –
jęknął słabo, ale uczynił wysiłek.
-
Doktorze! Obudził się! - krzyknęła Cate.
- Cicho – syknęła
Agatha. - Wszystkich pobudzisz.
Cate rzuciła jej kose spojrzenie,
ale wzruszyła ramionami. Mogłaby tu z armaty strzelać, a i tak
nikt by na to nie zwrócił uwagi. Przecież lekarze mówili, że
gorączka sprawia, że pacjenci śpią jak zabici.
Doktor Cullen
przybiegł tak szybko, że obie pielęgniarki wstrzymały oddechy.
Nikt nie poruszał się z taką prędkością jak on.
W rękach
trzymał kroplówkę, na jego twarzy malowała się ulga.
- To
dobrze – powiedział cicho i podszedł do pacjenta. Nachylił się
nad chłopakiem. Młody Masen popatrzył na niego nieco nieprzytomnym
wzrokiem. Zmarszczył brwi w wyrazie zdziwienia.
- Co się stało
ze statkiem? - wychrypiał.
Carlisle nie odpowiedział. Nie
wiedział, co ma rzec. Statek zapewne był jednym z majaków, które
przyśniły się chłopcu.
- Kim pan jest? - usłyszał nowe
pytanie. Popatrzył pacjentowi w oczy i powiedział wyraźnie:
-
Jestem doktor Carlisle Cullen. Wiesz, gdzie jesteś?
Chłopak
przełknął ślinę, rozejrzał się niepewnie, po czym skupił
wzrok na lekarzu.
- Byłeś na morzu – szepnął i zamknął
oczy.
- Śpi? - zapytała niecierpliwie Cate, przypominając
Cullenowi, że nie jest sam.
- Nie, stracił przytomność –
odparł, kładąc rękę na rozpalonym czole Masena.
Śniło mu się, że człowiek w bieli pochyla się nad nim i mówi mu, że jest lekarzem. Poznał też jego imię. Nie wiedział, kiedy się ocknął. Rozejrzał się. Był na statku. Zamknął oczy – ciemno. Znów je otworzył. Słyszał czyjąś rozmowę, ale nie rozumiał jej. Ktoś prosił, by otworzył oczy. Przecież miał otwarte! Nie zwracał na te głosy uwagi. Miał niejasne przeczucie, że były skierowane do niego, ale jako pozbawione sensu nie miały dla niego żadnego znaczenia. Mocniejszy wiatr przyniósł piasek. Skąd się tu wziął? Rozsypał się wokół, maleńkie ziarenka uczepiły się jego rąk. Poczuł ukłucie.
Kroplówka
zeszła. Cate czuwała nad pacjentem. Mówiła coś do niego,
prosiła, by otworzył oczy, ale jakoś bez przekonania i wielkiej
wiary w sens swoich słów. Carlisle uśmiechnął się pod nosem.
Widocznie Agatha kazała swojej koleżance to robić, przekonując
ją, że to działa.
Zrobił obchód. Pacjenci spali. Wyniesiono
ciała Masenów. Spoczną w zbiorowym grobie. Przy takiej ilości
zgonów nie było czasu bawić się w pogrzeby i nagrobki dla każdej
ofiary epidemii.
Carlisle zamyślił się, siedząc na krześle w
gabinecie, wertując historię choroby młodego Masena. Spędził
przy łóżku Edwarda ładnych kilka godzin i teraz odczuł pewne
wyrzuty sumienia. Innym pacjentom nie poświęcał tyle czasu. Musiał
przyznać sam przed sobą, że chciał, by Edward przeżył. Modlił
się o to bardziej niż o wszystko inne. Gdyby chłopak miał
umrzeć...
- A umrze – przyznał w końcu ze smutkiem.
Jeszcze
dziś albo może następnej nocy. Cullen nie miał co się łudzić.
Może gdyby trafił do szpitala wcześniej albo gdyby zachorował na
wiosnę*, teraz byłby odporniejszy.
Nieprzyjemna myśl, która
krążyła w jego głowie od jakiegoś czasu, w końcu znalazła dla
siebie ujście. Carlisle poddał się jej przez chwilę, dając się
ponieść pragnieniu. Przecież ten chłopak wcale nie musiał
umierać...
Otrząsnął się szybko niczym pies, który wyszedł
z wody. Nie ma mowy. Nie odbierze mu życia. Kiedy do głosu doszła
kolejna myśl, że życia już mu odebrać nie zdoła, gwałtownie
zamknął teczkę, chcąc ją w ten sposób zagłuszyć. Odetchnął
głęboko.
- Uspokój się, Carlisle – warknął do
siebie.
Pani Masen prosiła go o uratowanie syna, ale z pewnością
nie mogła mieć na myśli TEGO. Odrzucił myśl, że kobieta
domyśliła się prawdziwej natury lekarza. Nonsens! W dodatku jedną
z wielu rzeczy, które zapamiętał ze swoich „narodzin" był
potworny ból, który temu towarzyszył. I dezorientacja. Sam nie
wiedział, co było gorsze. Nie umiał tego nikomu zrobić. Zresztą
Edward był wykończony chorobą, nie miałby sił przetrwać jeszcze
tego...
- Boże, o czym ja w ogóle myślę? - jęknął.
Zdał
sobie sprawę, że wstrzymuje się tylko dlatego, że Edward mógłby
nie przeżyć przemiany. Kwestie moralne zeszły na dalszy plan. Z
drugiej strony rozważał, dlaczego ten chłopak miałby umrzeć w
trakcie przemiany? Nie wiedział zbyt wiele na ten temat. W końcu
przemiana to przemiana. Nie znał żadnych przypadków, w których
człowiek nie zamienił się w wampira tylko odszedł z tego świata.
Fakt, akurat tej gałęzi wiedzy o krwiopijcach nie studiował zbyt
wnikliwie, ale...
Wewnętrzny głosik śpiewał mu, że z
pewnością by o takim przypadku usłyszał, usiłując zagłuszyć
rozsądek, który jeszcze wzbraniał się przed ostatecznym
rozwiązaniem kwestii Edwarda Masena. Carlisle zacisnął zęby,
powiedział sobie, że jego myślami kieruje zwykły egoizm. Nie
okłamywał się, nie było takiej możliwości. Po prostu nie
dopuszczał do siebie innego powodu, dla którego Edward miałby stać
się taki sam jak on – tęsknoty. Carlisle nie miał odwagi
przyznać się przed samym sobą, że chciałby mieć towarzysza.
Syna. Przyjaciela. Kogoś, kto by wiedział, czym się stał wieki
temu.
Potarł czoło. Nie, nie mógł tego zrobić.
Gorąco.
Tak bardzo gorąco, że nic nie mogło go ukoić. Statek kołysał,
było mu niedobrze. Czekał, aż coś się stanie. Myślami błądził
po pokładzie modląc się, by ktoś otworzył jakieś ukryte drzwi i
pozwolił mu się schować. Leżał z zamkniętymi oczyma, przez
powieki nie dostawało się światło. Ogarniała go coraz większa
ciemność. A jednak wciąż czuł spiekotę słońca i dzikie
pragnienie. Ruszył ręką. Wciąż mógł to zrobić. Wstanie, nim
będzie za późno. Za burtą jest tyle wody. Tyle wody...
Powolnymi
ruchami spróbował się podnieść. Opierał się dłońmi o
drewniany pokład, chociaż nie umiał powiedzieć, czy go dotykał
czy też nie. Kiedy wstał, zachwiał się na nogach i otworzył
oczy, wychylił za burtę i spojrzał w dół. Przechylił się
mocniej. Nie spadł – zsunął się prosto w ciemną toń. Otoczyła
go ciemność i absolutna cisza.
Dla
Agathy i Cate Edward Masen już zmarł. Dokładnie rzecz biorąc
jeszcze oddychał, ale już ledwie dawał radę. Chłopak zwyczajnie
gasł w oczach. Wyszły, kiedy jego oddech stał się zupełnie
płytki, niemal niezauważalny. Nie chciały być przy ostatniej
chwili. Poza tym nie było co się rozczulać nad kolejnym zmarłym.
Nie on pierwszy i nie ostatni odszedł z powodu hiszpanki.
Kiedy
Carlisle usłyszał na korytarzu szybkie kroki Agathy, wiedział już
co się stało. Poczuł ulgę, ale i żal. Gdyby się nie wahał tak
długo i schował swoje bezcenne sumienie... być może Masen wciąż
by żył.
- Doktorze? Już – szepnęła Cate. Tak jakby
umawiali się, że da mu znać, kiedy chłopak umrze. Nie miał siły
nawet się zdenerwować. Bez słowa wstał i poszedł za Cate do
salki numer pięć, gdzie spoczywało ciało Edwarda Masena.
Dziewczyna zatrzymała się przed drzwiami. Nigdy nie chciała
wchodzić do pomieszczeń, gdzie leżał ktoś nieżywy. Zazwyczaj
Carlisle nie miał w sobie tyle delikatności, by pozwolić jej
rozczulać się nad sobą, ale tej nocy postanowił machnąć na
wszystko ręką. Zmarnowana szansa sprawiła, że nie reagował na
otoczenie tak jak zwykle.
Wszedł do środka. Powiedział Cate, by
odeszła i zostawiła go na chwilę samego. Pielęgniarka chciała
zaprotestować, ale Carlisle rzucił jej takie spojrzenie, że
śmignęła w głąb korytarza. Kiedy zniknęła mu z oczu popatrzył
na łóżko, na którym miał zastać zwłoki. Zrobił tylko jeden
krok do przodu, gdy uderzyła w niego oczywista prawda. Zauważył
nieznaczny ruch klatki piersiowej, coś, czego człowiek być może
już by nie dostrzegł, ale oczom wampira nie umknie. Podszedł
szybko i skupił się. Słyszał delikatne trzepotanie serca. Edward
wciąż jeszcze żył! Może to jego ostatnie chwile, zapewne w tej
chwili już umierał, ale jeszcze trzymał się życia.
Carlisle
nie zastanawiał się już. Nasłuchiwał przez kilka sekund – po
korytarzu nikt nie chodził, nawet Johnson, drugi lekarz, utknął
gdzieś w innej części oddziału. Cate na pewno nigdzie w pobliżu
nie było, nie czuł jej zapachu ani nie słyszał oddechu.
-
Zabieram cię stąd – szepnął tak cicho, że tylko drugi wampir
by go usłyszał.
Wsunął ręce pod bezwładne ciało i uniósł
je. Wybiegł ze szpitala, ciesząc się chyba po raz pierwszy, że
może tak szybko się poruszać. Nikt go nie zauważył. Najwyżej
ktoś pomyśli, że przez szpitalny korytarz przeleciał wiatr.
Biegł
ciemnymi ulicami. Edward w jego ramionach nie poruszał się, nie
wydawał najmniejszego jęku. Jeszcze dwie przecznice i będzie u
siebie w domu. Już się nie zawaha. Miał go uratować za wszelką
cenę, więc uratuje.
- Zabieram cię stąd – usłyszał, a potem ktoś szarpnął go za ramiona i wyciągnął z wody. Nie chciał znów znaleźć się w spiekocie słońca, ale brakowało mu już sił. Zaprotestował dopiero wtedy, gdy całe jego ciało opanował ból nie do opisania. Nie wiedział, czy łamano mu kości czy też palono żywcem, ale nagle znalazł w swoim ciele siłę, by szarpnąć i wić się. Otworzył usta i wrzasnął.
Pierwszy
raz był najgorszy. Krew Edwarda spływała mu do gardła i Carlisle
upajał się chwilą. Czuł, jakby życie do niego wracało, a nowa
energia wypełniała całe jego ciało. Przytrzymał mocno chłopaka,
gdy ten szarpnął się i krzyknął ze wszystkich sił. Edward
instynktownie usiłował odsunąć od siebie źródło bólu, ale nie
miał szans wyrwać się z uścisku wampira. Jeszcze raz szarpnął
ciałem, ale już bez krzyku. Cullen wciąż go trzymał, upajając
się krwią. Dopiero gdy ciało zwiotczało, przestał.
- Boże –
jęknął, puszczając chłopaka.
Edward leżał, dysząc. Miał
otwarte, przerażone oczy. Nie wiedział, co się dzieje i z
pewnością nie pojmie tego w tym stanie. Kolejna fala bólu
zaatakowała jego ciało. Chłopak zamknął oczy i zacisnął zęby,
by nie krzyczeć, jakby dzięki temu mógł wytłumić wszystko w
zarodku.
Carlisle nie wiedział co dalej ma robić. Ugryzł
Edwarda, pamiętając swoją przemianę. Zbyt dokładnie. Czy jeden
raz wystarczy? Cullen przyjrzał się szyi chłopaka. Taka mała
ranka, to będzie zbyt długo trwało... Przypomniał sobie wszystkie
rany, które on odniósł. Ramiona.
Zawahał się. Co, jeśli tym
razem się nie powstrzyma? Bał się, że zabierze mu całą krew i
zabije go. Pomyślał, że miał się już nie wahać. Chwycił rękę
Edwarda i zacisnął na niej zęby.
- Doktorze Cullen, gdzie
pan był? - zapytała Cate, gdy tylko zobaczyła Carlisle'a stojącego
na korytarzu. Otrzepywał fartuch.
- Na zewnątrz – powiedział
cicho, jakby ze smutkiem.
Cate przyjrzała mu się ciekawie.
Zapytała, czy dobrze się czuje. Odparł, że nieźle, chociaż
chyba i jego dopada go grypa.
- Będę musiał zrobić sobie
wolne. Jeśli się odizoluję już teraz, może uda mi się uniknąć
losu większości pacjentów – odparł, uśmiechając się
smutno.
- Losu Edwarda Masena? - zapytała Cate z przekąsem.
-
Między innymi – odparł Carlisle, omijając dziewczynę. Będzie
musiał wziąć wolne na kilka dni, by przypilnować młodego
wampira, który właśnie powstawał w jego domu. Musiał go zostawić
tam, samotnego, walczącego z potwornym bólem. Na szczęście mógł
chociaż krzyczeć, by poczuć jakąś ulgę. Kamienica, do której
wprowadził się Cullen, od kilku tygodni stała pusta, bo i jej
mieszkańców zabrała choroba.
Czekał do świtu, kiedy przyszli
lekarze z dziennej zmiany. Carlisle powiadomił ich o odejściu pani
Masen i jej syna. Zapewnił, że zajął się wyniesieniem zwłok
Edwarda, po czym zrobił zmęczoną minę. Nie było trudno –
faktycznie był wycieńczony. Decyzja, którą podjął tej nocy,
odebrała mu część energii, a krążąca w jego żyłach ludzka
krew sprawiała, że miał wyrzuty sumienia, które tłumiły
pierwotną radość.
Zdjął fartuch i powiesił go w szafce w
gabinecie. Szybkim jak na ludzkie możliwości krokiem opuścił
szpital i skierował się w stronę domu. A potem, kiedy już nikt go
nie widział, ruszył biegiem.
KONIEC
* Pierwsza fala hiszpanki wybuchła na wiosnę i zebrała mniejsze żniwo niż jesienna. Ci, którzy wtedy zachorowali wykazywali potem większą odporność na grypę.
