Trochę czasu minęło od opublikowania pierwszego rozdziału, ale czy ktokolwiek się tym przejął? Chyba tylko ja, przez złość na moje lenistwo. Nieważne, przedstawiam kolejny rozdzialik tego opowiadania, następne raczej nie będą dłuższe, bo i po co?
-----------
Kanda właśnie kończył zapinać koszulę, kiedy usłyszał łomotanie w drzwi. Odsunął zasuwę zamierzając otworzyć z wyrazem twarzy, który odstraszyłby każdego, kto ważył się zapukać, jednak nim zdążył to zrobić, drzwi otworzyły się same i siłą odbicia zatrzasnęły z powrotem, a sam Kanda został przygwożdżony do przeciwległej ściany przez Laviego.
-Czego tu? – warknął, próbując się uwolnić.
-Nie pożegnasz przyjaciela wyruszającego na misję, z której przecież może nie wrócić? – zapytał rudzielec, lekko przekrzywiając głowę.
-Żegnam. I wynoś się z mojego pokoju. – stwierdził sucho Kanda, odpychając Laviego. „Wyruszającego na misję... Też sobie powód znalazł." Tamten jęknął i przybrał smutny wyraz twarzy.
-Yuuuuuuu...
-Nie zwracaj się do mnie po imieniu! – warknął wcześniej wymieniony, przykładając Laviemu ostrze do gardła.
-Nie bądź taki!
-Czego jeszcze chcesz? – spytał nieuprzejmie Kanda, sięgając po płaszcz i zamierzając wyjść z pokoju.
-Całus na drogę. – stwierdził Lavi spokojnie, zastępując mu drogę i uśmiechając się szeroko.
-Zwariowałeś. – skomentował Kanda, próbując ominąć intruza, a kiedy mu się to nie udało, sięgnął po Mugena. Na jego nieszczęście Lavi był szybszy i złapał go za oba nadgarstki. Pomimo wyraźnej irytacji malującej się na twarzy Kandy, rudzielec ucałował go w usta, po czym rzucił się do ucieczki (czyniąc bardzo rozsądnie, gdyż po chwili konsternacji ciemnowłosy rzucił się pościg za nim, deklarując, że gdy tylko go dopadnie, zabije).
Wreszcie jednak Laviemu udało się umknąć na łódkę, którą wypływał z Kwatery Głównej.
Kanda oparł się o zimną ścianę gdzieś w podziemiach i odgarnął włosy z czoła.
„Zanosi się na ciężki dzień" – westchnął zrezygnowany, po czym udał się do lasu na swój poranny trening.
