No to siup.


Po wyjściu Erica spędziłam trochę czasu na myszkowaniu po mieszkaniu, próbując zająć się czymś innym niż zamartwianie. Mieszkanie było funkcjonalne i w pełni umeblowane, ale widać było, że nikt w nim nie mieszkał. Niestety nie było tu zbyt wiele do zwiedzania. Próbowałam oglądać telewizję (o tak, był tam telewizor, a w drugim pokoju nawet nowiutki laptop!), ale byłam zbyt spięta, żeby na czymkolwiek się skoncentrować. W końcu dałam za wygraną. Wmusiłam w siebie lekką kolację i wzięłam prysznic – to ostatnie faktycznie pomogło mi się trochę odprężyć. Moje myśli od razu powędrowały do innego prysznica, który dawno, dawno temu dzieliłam z Erikiem. Miałam tylko nadzieję, że w przyszłości czekało na niego jeszcze wiele pryszniców, jeśli wiecie, co mam na myśli.
W domu była tylko jedna sypialnia, która mieściła się w sporym pokoju bez okien (ze zrozumiałych względów), więc nie miałam w tej kwestii zbyt wielkiego wyboru. W głębi ducha byłam zadowolona, że nie muszę ważyć w sobie decyzji, czy wdrapać się Ericowi do łóżka, czy pójść spać gdzie indziej – wobec braku gościnnej sypialni nie było nad czym dywagować.
Szafa wypchana była ubraniami, których wygląd kazał podejrzewać, że należą do Erica, ale niepoodczepiane metki świadczyły o tym, że nigdy nie były używane. Podejrzewam, że Eric kupił je na wypadek, gdyby musiał spędzić tu dzień, a z jakiegoś powodu nie udało mu się wcześniej spakować. Było też trochę damskich ubrań, również fabrycznie nowych, w których zgadywałam własność Pam. Mimo to i tak zdecydowałam się wziąć do spania jedną z podkoszulek Erica. Była wygodna i miała wystarczającą długość, żeby służyć mi zamiast koszuli nocnej.
Próbowałam zasnąć, albo przynajmniej odpocząć, ale mimo że byłam porządnie zmęczona wieczornymi wydarzeniami, że już nie wspomnę o pracy w Merlotte's, prawdziwy sen nie wchodził w grę. Byłam zbyt zdenerwowana żeby zasnąć głębiej, wierciłam się i bez przerwy się budziłam. Nie mogłam przestać myśleć o tym, co działo się w Fangtazji.
W końcu, po godzinie czy dwóch, udało mi się zapaść w nieco głębszą drzemkę. Nie wiem, jak długo spałam, ale obudziłam się gwałtownie: na początku nie wiedziałam, co mnie zaalarmowało, ale potem zdałam sobie sprawę, że była to więź. Eric był blisko i biła od niego mieszanina wyjątkowo silnych emocji. Przypuszczalnie wciąż jeszcze był nabuzowany po bitwie. Uniosłam się na łokciach i włączałam właśnie lampkę nocną, kiedy usłyszałam chrzęst przesuwanych rygli i ciche piknięcie sygnalizujące odbezpieczenie elektronicznego zamka. Parę sekund później stuknęła zatrzaskiwana klapa w suficie i wiedziałam, że Eric jest w środku. Moje oczy przywykły do światła w samą porę, bym zobaczyła jak jego sylwetka pojawia się na progu sypialni.
Pochwycił mój wzrok i już go nie wypuścił. Budzące się w nim pożądanie uderzyło mnie z nieoczekiwaną siłą. Musiałam aż skrzyżować nogi pod kołdrą. Nie odezwał się ani słowem, po prostu stał tam i świdrował mnie palącym spojrzeniem niebieskich, rozjarzonych oczu. Nawet nie mrugnął.
Omiotłam go wzrokiem od stóp do głów.
Był w opłakanym stanie.
Wciąż ściskał w garści miecz, tyle tylko, że klinga w międzyczasie zmieniła kolor na czerwony i przemknęło mi przez myśl pytanie, czy lecąc z Fangtazji zostawił po sobie ślad w postaci kapiących szkarłatnych kropelek przez całą drogę. Był zakrwawiony i brudny, i wyglądał jakby w pewnym momencie przetarzał się po podłodze. Potargane włosy spadały mu na oczy. Ubranie wisiało na nim w strzępach: materiał był zmięty, porozdzierany, a w kilku miejscach może nawet rozcięty. Ale pod spodem, gdzieś w środku całego tego bałaganu tkwił Eric – z gruntu doskonały.
Poczułam jak spływa na mnie ulga. Było widać jak na dłoni, że Eric wrócił w jednym kawałku i zdecydowanie w dalszym ciągu jak najbardziej nie-umarły. Ta świadomość, w połączeniu ze wszystkimi niewypowiedzianymi rzeczami, które się dziś między nami wydarzyły, wołającym do mnie dzikim pragnieniem Erica i moją własną, głęboko ukrytą tęsknotą, stały się przyczynami odpowiedzialnymi za to, co potem zrobiłam: usiadłam i wyciągnęłam do niego ręce.
Rzucił miecz na bok nawet nie patrząc dokąd.
Zanim zorientowałam się, co się dzieje, już pakował się do łóżka i prosto na mnie: zębaty i brudny, w butach i całej reszcie, witając mnie gorącym pocałunkiem – nie żeby jego umorusane ubranie miało jakieś większe znaczenie, biorąc pod uwagę, że nie ostało się zbyt długo na miejscu po tym, jak wydłubał mnie spod kołdry. Niemal natychmiast wziął się za usuwanie jednej sztuki odzieży po drugiej, zaczynając od własnych, a kończąc na podkoszulce, którą podkradłam mu do spania. Gdyby ktoś zapytał mnie nie dalej jak wczoraj, w życiu nie zgadłabym, że tak będzie się kończyć mój dzisiejszy dzień: z dala od domu, w łóżku z Erikiem, niecierpliwie nawigującym drogą prowadzącą prosto pomiędzy moje nogi.
- Potrzebuję cię – powiedział ochryple, kiedy oderwał się wreszcie od moich ust.
- Ja ciebie też, Eric – szepnęłam i zabrzmiało to, jakbyśmy tak naprawdę mieli na myśli zdanie z innym orzeczeniem.
A potem nie było już więcej słów, tylko gorączkowe pocałunki, niecierpliwe dotknięcia i głodne odgłosy. W zasadzie nie można powiedzieć, że było to zbyt romantyczne. Niespecjalnie słodkie – a w żadnym wypadku nie powolne. Ale kiedy Eric chwycił moje biodra i w końcu dotarł do celu, ogarnęło mnie nieodparte wrażenie, że znaleźliśmy się dokładnie w punkcie, w którym powinniśmy. Więź była jak otwarty nerw, a wszystko wydawało się tak intensywne. Eric – jak zawsze – nie spuszczał ze mnie wzroku. Moje wspomnienia bledły wobec rzeczywistości. Było mi tak dobrze. Mój oddech stał się cięższy i głośniejszy w miarę jak Eric przyspieszał. Przekrzywiłam głowę, żeby odsłonić szyję. Chciałam go nakarmić i pomóc mu się uleczyć. Chciałam być wszystkim, czego potrzebował. I w tej sekundzie wydawało się, że tak właśnie było.
Nie wiem, jak długo to trwało. Miałam wrażenie jakby czas minął w mgnieniu oka, a jednocześnie jakby były to całe godziny. Przypuszczam, że w rzeczywistości nie zajęło to tak długo, biorąc pod uwagę, jak bardzo byliśmy oboje rozpaleni. Czego jestem pewna, to tego, że finał był absolutnie spektakularny.
Czułam się lekko.
Czułam się wolna.
Czułam się – wreszcie – kompletna.
Po wszystkim leżałam próbując odzyskać oddech, ale rękami i nogami wciąż oplatałam Erica, przytrzymując go w miejscu. Potrzebowałam czuć na sobie jego ciężar jeszcze chwilę dłużej, zanim go wypuszczę. Uspokoić się, że był tu ze mną, tak niezaprzeczalnie prawdziwy. Wciąż jeszcze sączył powoli moją krew. Pogładziłam jego włosy. W końcu przetoczył się na wznak, razem ze mną. Pocałował mnie w czubek głowy.
- Więc... - powiedziałam. - Zakładam, że to znaczy, że wygrałeś?
Eric zatrząsł się od bezgłośnego śmiechu. Odwrócił się na bok w moją stronę i przysunął mnie bliżej. Wampiry się nie pocą, ale po bitwie zdecydowanie przydałby mu się prysznic. Szczerze mówiąc, mi również, chociaż z innych powodów. W tej chwili nic mnie to nie obchodziło. Było mi ciepło, czułam się bezpiecznie i... na swoim miejscu. Chciałam, by to uczucie trwało.
Jedną z rzeczy, którą lubiłam w tym Ericu, a której brakowało mi w nim, kiedy miał amnezję, były jego siła i pewność siebie. Mogłam na nim polegać i nie musiałam sama bez przerwy starać się być silna i podejmować samodzielnie wszystkich trudnych decyzji. Mogłam czasem na chwilę odpuścić i zaufać, że nie pozwoli, by coś złego przytrafiło mi się w międzyczasie.
- Owszem – powiedział. - Tak właśnie zrobiłem.
Jego palce głaskały lekko skórę powyżej mojego biodra. Miałam wrażenie, że jeszcze na dziś nie skończyliśmy.
- Wiktor nie żyje? - zapytałam.
- Zdecydowanie – poczułam falę głębokiej satysfakcji, która przetoczyła się przez niego kiedy to mówił, i która szczerze mówiąc powinna mnie obejść mocniej, niż obeszła.
Uśmiech Erica był zębaty.
- Czy Pam nic się nie stało? - zapytałam z kolei.
- Nic jej nie jest. Byłaby zachwycona, że o nią pytasz.
Jego dłoń przemieściła się w okolice mojego brzucha, tam gdzie zaczynają się żebra, by zacząć poruszać się po mojej skórze kojącym, kolistym ruchem.
- Powiedziała, że teraz już nie możesz narzekać na mój styl jazdy, skoro już zaprezentowałaś nam wszystkim, że wiesz, jak należy poprawnie skasować wampira – zażartował.
Jęknęłam i schowałam twarz w jego ramię. Zaśmiał się.
- Skoro o tym mowa, potrzebujesz nowego samochodu. Wygląda na to, że stary jest wreszcie definitywnie martwy – ta okoliczność zdawała się sprawiać mu okropną uciechę. Po czym dodał szybko – Nie martw się. Zajmę się tym.
- Eric, nie – zaprotestowałam unosząc głowę. - Nie mogę się zgodzić na tak duży prezent.
- Sookie – powiedział kładąc mi palec na ustach. - Zniszczyłaś ten samochód ratując. Mi. Życie. Pozwól mi to zrobić.
Pomyślałam o tym przez jakąś minutę. Nie mogłam odmówić mu racji. Jeśli to miało sprawić, że poczuje się lepiej...
- Okej – dałam w końcu za wygraną. - Tylko proszę, nie przesadzaj.
Nie żeby mogło go to zrujnować.
Uśmiechnął się przepięknie i pocałował mnie lekko.
- Jak sobie życzysz, kochanko.
Był tak słodki, jak tylko było to w jego przypadku możliwe.
- Co z innymi? - zapytałam, kierując rozmowę z powrotem w stronę bitwy. - Jak poszło?
- Straciliśmy Clancy'ego – powiedział, nieco poważniejąc. - Niestety. Na szczęście, był jedyną ofiarą śmiertelną po naszej stronie. Thalia odniosła dość poważne obrażenia, ale powinna być w stanie się uzdrowić w ciągu kilku dni. W sumie poszło dobrze. I... ach tak, Felicja zdecydowała się przejść na naszą stronę.
- Felicja?
- Była szpiegiem Wiktora w Fangtazji.
- Och – szepnęłam. - Nie wiedziałam. Co z nią zrobiłeś?
- Nic. Walczyła przeciwko niemu razem z nami. Powiedziała, że jestem lepszym szefem, więc wybrała pozostać lojalna wobec mnie, zamiast niego. Wzięła naszą stronę zanim można było przewidzieć, kto wygra, więc jej uwierzyłem.
- Cieszę się.
- Wiem.
Znów na chwilę zapadliśmy w milczenie. Głaskał mnie lekko po odsłoniętym boku.
- Czy już po wszystkim? - zapytałam po chwili, z lękiem i nadzieją zarazem.
Eric westchnął. Był to bardzo ludzki gest.
- Nie – powiedział tłamsząc moją nadzieję w zarodku typową dla siebie szczerością. - Nie jest po wszystkim.
- Co dokładnie masz na myśli?
- Wygraliśmy bitwę, ale Felipe był zwierzchnikiem trzech stanów – wyjaśnił. - Nikt z mojego obszaru nie będzie mnie kwestionować, ale w samej Luizjanie są jeszcze cztery inne. Nie ma możliwości, żeby ten bałagan sam się naprostował, jeśli nikt nie podejmie się uporania z nim, albo nie najedzie nas jakiś inny władca.
- Co zrobisz?
Nie odpowiedział od razu i nagle zrozumiałam:
- Chcesz zostać królem, prawda? - zapytałam słabym głosem.
- Nie, nie chcę. Nigdy nie marzyłem o rządzeniu stanem. Ale, biorąc pod uwagę okoliczności, to byłoby najlogiczniejsze posunięcie, żeby zapewnić sobie i moim ludziom możliwość wyjścia z tego obronną ręką i zawalczenia o swoje. Nie mogę mieć pewności, że następny kandydat do tronu będzie podzielać poglądy Felipe co do zostawienia mnie przy życiu, zwłaszcza że rzeczony Felipe skończył martwy, a ja mam się dobrze. Jestem jedynym szeryfem, który zdołał uniknąć śmierci przy okazji upadku dwóch kolejnych reżimów, i, wyłączając Thalię, po śmierci Sophie-Anne, Andre, Bertów, pozostałych szeryfów i samego Wiktora, najstarszym wampirem w Luizjanie. Szczerze mówiąc, sam byłbym podejrzliwi wobec kogoś takiego jak ja, gdyby role się odwróciły. Więc, mimo że niespecjalnie palę się do objęcia tego stanowiska, tak byłoby rozsądnie.
Rzecz jasna miał rację. Nie mogłam się z nim kłócić, nie kiedy stawką było jego przetrwanie. Oczywiście, że nie chciałam żeby ryzykował życiem. Mimo to poczułam, jak wypełnia mnie pustka.
Czy to był... koniec? Miałam stracić go tej samej nocy, kiedy go odzyskałam?
To nie mogła być prawda. Nie było we mnie zgody na to, by to była prawda.
- Więc... co teraz? - zapytałam.
- Wszyscy nowi szeryfowie zostali powołani przez Felipe. Nie wiem, jak zareagują. Spodziewam się natomiast, że większość wampirów rezydujących w Luizjanie mnie poprze. Dzwoniłem do Rasula, żeby poinformować go o sytuacji – od czasu przewrotu jest moim najbardziej zaufanym kontaktem w Nowym Orleanie. Oddzwonił do mnie tuż zanim tu wróciłem i powiedział mi że... rozwiązali sprawę między sobą i Obszar Pierwszy jest mój. Nie mogę mieć pewności, czy uda nam się wypracować pokojowe rozwiązanie z innymi Obszarami, czy też dojdzie jeszcze do kilku siłowych konfrontacji. Kilka najbliższych dni okaże się kluczowe.
Jego wolna ręka przesunęła się w stronę mojej piersi, ale byłam zbyt zatroskana tym co mówił, żeby w pełni docenić jego starania.
- Zamierzasz przejąć wszystkie terytoria, które podlegały Felipe, czy tylko Luizjanę?
- Luizjanę. Będzie mnie to kosztować i tak aż nadto kłopotu. Poza tym, wkraczając do niestabilnego stanu lepiej mieć dwóch sąsiadów borykających się z równie niepewną sytuacją niż brać sobie na głowę większy, jeszcze słabszy obszar, otoczony silnymi królestwami.
Wzięłam głęboki wdech i zadałam pytanie, na które bałam się usłyszeć odpowiedzi.
- Przeniesiesz się do Nowego Orleanu.
- Tak, prawdopodobnie.
Oczy zaczęły mnie lekko szczypać. Eric poruszył się nagle i przeturlał nas tak, że znalazł się nade mną. Ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi prosto w oczy.
- Jedź ze mną – powiedział niespodzianie.
Jego ton był poważny, a w oczach miał ogień.
- Że co? - zaśmiałam się zaskoczona, nie wierząc własnym uszom.
- Jedź ze mną – powtórzył niecierpliwie. - Nie zostawię cię tu.
Popatrzyłam na niego i zrozumiałam, że nie żartował. Serce zabiło mi mocno i o mało nie pękło, kiedy słuchałam jego propozycji.
- Aaa-ale, Eric... będziesz królem.
- I co z tego? Tylko mi nie mów, że nie chcesz mnie, jeśli nim będę.
Nie była to do końca prawda. Tak, nie chciałam, żeby był królem, ale wciąż chciałam jego, nawet jeśli miał zostać królem.
- To nie tak. Ja... To o wiele bardziej skomplikowane. Całe moje życie jest tu. Mój brat, wszyscy moi przyjaciele są tutaj. Jestem, kim jestem, Eric.
- Niezupełnie. Ja byłbym tam. Pam byłaby tam. Wiedźma prawdopodobnie wróci kiedyś do miasta. A cała reszta... jak często tak naprawdę widzisz się z większością z nich? Zawsze możesz ich odwiedzić.
Pochylił się nade mną i zaczął obsypywać moją twarz i tors lekkimi, przypadkowo rozmieszczonymi pocałunkami. Naprawdę trudno było stawiać mu opór. Znów poczułam szczypanie w oczach. Uśmiechnęłam się smutno w odpowiedzi na jego słowa. Eric widział sprawy w zupełnie innej perspektywie niż moja.
- Co bym tam robiła? - zapytałam słabo.
- Byłabyś moją królową.
- Eric... - wyszeptałam przez ściśnięte gardło.
Tak bardzo chciałam się zgodzić, ale nie mogłam. Nie potrafiłam wyobrazić sobie takiego życia.
- Czemu nie? - zapytał z uporem, niemal dotykając ustami moich ust.
- Jestem kelnerką z zabitego dechami miasteczka. Nie jestem częścią tego świata. Nie wiedziałabym, co ze sobą zrobić.
Wtedy mnie pocałował – tak naprawdę, naprawdę.
- Jesteś księżniczką i wróżką. Telepatką i wojowniczką. Zabijałaś dziesięć razy silniejszych wrogów i ratowałaś istoty potężniejsze od siebie. Nikt z odrobiną rozsądku nie będzie patrzeć na ciebie z góry, a jeśli to robi, to znaczy, że jest głupcem. Każdy wampir, który przetrwał Rhodes, zawdzięcza ci życie. Nikt nie powinien lekceważyć twoich możliwości, nawet ty. Możesz być kimkolwiek zechcesz.
Zamknęłam oczy. Moje serce było bliskie eksplozji od nadmiaru kłębiących się w nim emocji.
Eric wsunął dłoń pod moje udo i wśliznął się z powrotem pomiędzy moje nogi.
- Chodź ze mną, kochanko – szepnął całując mnie za uchem.
Wzięłam drżący oddech.
- Chcę, żebyś stała u mojego boku. Będę się z tobą dzielić wszystkim, co mam. Każdy wampir winien mi posłuszeństwo będzie cię poważać – zdałam sobie sprawę, że powtarza słowa, które usłyszałam od niego dawno temu i że nie mógł to być przypadek. Czułam się jak we śnie. - Pojedź ze mną do Nowego Orleanu. Wyjdź za mnie. Zostań ze mną, na zawsze. Śpij ze mną każdej nocy. Moglibyśmy żyć, jak tylko zechcemy. Moglibyśmy robić, co tylko sobie zażyczymy. Mógłbym cię kochać. Moglibyśmy być szczęśliwi.
Otworzyłam oczy kiedy mój mózg zarejestrował, co tak naprawdę powiedział Eric. Poruszał biodrami ocierając je delikatnie o mnie, więc zajęło mi dobrą chwilę, zanim zdołałam w pełni przyswoić sobie treść jego przemowy.
- Czy ty przypadkiem... właśnie... tak jakby mi się nie oświadczyłeś? - zapytałam.
Uśmiechnął się kącikiem ust.
- Tak jakby.
Zamurowało mnie. Wykorzystał moją konfuzję, żeby mnie pocałować i wsunąć się we mnie po raz drugi tej nocy. Wciągnęłam głośno powietrze.
Ale nawet to nie wystarczyło, żebym zapomniała, co przed chwilą powiedział. Pewnie, daleko temu było do oświadczyn, jakie roiły mi się kiedy byłam małą dziewczynką (to konkretne marzenie zawierało elementy takie jak: odświętna sukienka, pierścionek, kwiaty, cudną pogodę, trochę słodkich słówek, padanie na jedno kolano i może nawet restaurację i niech mnie gęś kopnie, jeśli się mylę, ale jestem pewna, że nie było tam nic na temat tego, że mój przyszły narzeczony miał w trakcie rozsuwać moje nogi albo błyskać kłem), ale to był Eric. Nigdy nie zgadłabym, że poprosi mnie o rękę. Cóż, może nie całkiem poprosił – raczej powiedział mi, żebym za niego wyszła – ale mimo wszystko.
Może jestem staromodna, ale dla mnie to robiło różnicę.
- Mówisz poważnie?
- Sookie, ostatni raz ożeniłem się z kimś, kiedy byłem człowiekiem. Nie mówiłbym tego, gdybym nie był poważny.
Zakręciło mi się w głowie. Nie byłam już niczego pewna. I wtedy Eric się poruszył. Prawie załkałam.
- Więc... co ty na to, kochanko? - zapytał, a jego głos obniżył się i pogłębił, przybierając tę nutę stanowiącą niemożliwe połączenie gładkości i szorstkości, która czasami w nim dźwięczała.
Ale ja nie byłam w stanie myśleć. Zarzuciłam mu ręce na szyję i po prostu go pocałowałam, prosząc go bez słów, żeby się ze mną kochał. Był wystarczająco bystry, żeby póki co nie odzywać się więcej i zwyczajnie odpuścić.
Ten drugi raz był przeciwieństwem pierwszego: powolny i czuły, niemal relaksujący, bez krzty dzikości. Poruszałam się razem z Erikiem, czując jak cała w środku się trzęsę, nie tylko z powodu tego, co robiliśmy, ale też dlatego, że właśnie wówczas, kiedy wspinałam się coraz wyżej i wyżej, coraz bliżej cichej rozkoszy, która czekała na mnie u celu, zaczęłam rozumieć, że kocham Erica. Nie byłam jeszcze pewna, co to wszystko dla mnie oznacza, ale wiedziałam, że chciałam znaleźć sposób, żeby go zatrzymać.
Zmarnowałam tyle czasu, a on zawsze tak naprawdę był tutaj, czekając na mnie aż się w końcu zdecyduję. Więc przytuliłam go mocno i otworzyłam się na niego, ciało i krew, starając się dać mu wszystko, co mogłam. Coraz trudniej mi było zachować spokój (i ciszę), bo Eric też nie szczędził wysiłków. Wyrwało mi się miauknięcie, poruszałam się gorączkowo łaknąc więcej; zawołałam go po imieniu i nie mogłam już przestać go powtarzać, raz za razem, zwłaszcza gdy spełnił moje życzenie i przyspieszył.
Przeniósł mnie z powrotem prosto do tego miejsca, gdzie wszystko poza nami dwojgiem przestawało istnieć. W końcu ucichłam, niezdolna dłużej odnaleźć głosu, mimo że moje usta otworzyły się jak do krzyku.
Spędziliśmy długie minuty leżąc w swoich objęciach. Żadne z nas nie próbowało się poruszyć.
Tym razem to Eric pierwszy przerwał milczenie.
- Powiedziałaś „tak" - oznajmił ni z gruszki ni z pietruszki, bardzo zadowolony z siebie
- Co- Wcale nie! - nagle pokojarzyłam, o czym mówił. - Niczego nie powiedziałam!
W odpowiedzi tylko wyszczerzył się do mnie w uśmiechu.
- Niby kiedy?
Jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Zarumieniłam się po same uszy, zgadując co miał na myśli i kiedy to mogłam mu to powiedzieć – a raczej wykrzyczeć. Wielokrotnie. Wraz z wieloma innymi nieskładnymi i dość bluźnierczymi sformułowaniami.
- To się nie liczy! Dobrze o tym wiesz! To był podstęp!
- Co nie zmienia faktu, że to powiedziałaś.
Nie mogłam się powstrzymać – roześmiałam się. Tylko Eric...
- Z bólem serca rozwiewam twoje złudzenia, ale to nie działa w ten sposób.
- Oczywiście, że działa. Po prostu starasz się niepotrzebnie skomplikować sprawy.
Potrząsnęłam głową ubawiona. Naprawdę sądził, że może dosłownie wycisnąć ze mnie zgodę jeśli będzie pieprzyć się ze mną wystarczająco długo?
W jego oczach paliło się światło, którego nie widziałam w nich już od dawna.
- Jesteś szczęśliwy – uświadomiłam sobie.
- Jak mógłbym nie być? - zapytał bez chwili zastanowienia. - Wszystko w moim świecie jest w doskonałym porządku. Dziś w nocy uniknąłem śmierci. Zwyciężyłem w bitwie. Obroniłem to, co moje. Zabiłem moich wrogów. Wróciłem bezpiecznie do domu – gdzie w moim łóżku czekała na mnie moja kobieta.
- Twoja kobieta, hm?
- Tak. Moja piękna... odważna... zmyślna... wspaniała... kobieta – powiedział akcentując każde słowo pocałunkiem.
- Przestań! - zachichotałam zakłopotana.
Spojrzał na mnie.
- Nigdy – powiedział z przekonaniem.