Hermiona wzięła głęboki oddech i spojrzała na niego, gwałtownie podnosząc głowę. Zdziwił się, widząc wypisany na jej twarzy gniew. Nie oczekiwał radości, ale to? To była furia.

Odepchnęła go i przeszła szybkim krokiem na drugi koniec pokoju. Przed drzwiami przystanęła, nie odwracając się. Gdy w końcu się odezwała, jej głos drżał; widoczne było, że próbowała mówić spokojnie.

- Te wakacje są dla mnie naprawdę trudne. Proszę nie dokładać mi ciężarów przez tak idiotyczne żarty. Jeśli spodziewał się pan po mnie gryfońskiej naiwności, to muszę pana zawieść. Wiem, jak wyglądam, wiem, że jestem molem książkowym, wiem, że mężczyźni na mnie nie patrzą. Jestem tego wszystkiego świadoma. A po panu spodziewałam się więcej taktu i ludzkich uczuć. Choć – jej głos wyraźnie się załamał. Gdy kontynuowała, łzy płynęły jej po policzkach. – Choć przecież pan nie ma uczuć, prawda? Zapomnijmy o tym wszystkim, tylko o tyle pana proszę – Położyła dłoń na klamce.

- Mio, stój – miękki, niski głos ją zatrzymał. Najpiękniejszy dźwięk na świecie – przebiegło jej przez myśl, zanim zdołała się powstrzymać. Zastanawiająca była – czułość? – coś w sposobie, w jaki wypowiedział te słowa. Odwróciła się.

- Jak mnie pan nazwał?

Miał dziwną minę. Jakby starał się zachować kontrolę, a równocześnie bardzo chciał wyrazić więcej, niż potrafił. Przełknął z wysiłkiem i na jego twarz powróciła zwykła, zimna maska, głos znów był szorstki.

- Panno Granger, proszę usiąść i to wypić – wyciągnął z kieszeni małą fiolkę. – To eliksir uspokajający. Rzeczywiście, musiała pani sporo przejść, a czeka nas jeszcze trudna rozmowa.

Hermiona posłusznie przełknęła gorzką miksturę. Efekt był natychmiastowy: poczuła, że gniew z niej ulatuje, a myśli stają się jaśniejsze. Ostrym tonem ponowiła pytanie.

- Jak mnie pan nazwał?

Mówiąc, patrzył jej prosto w oczy, wyzywająco, jakby w oczekiwaniu na jej śmiech czy oznaki obrzydzenia. Twarz pozostała jednak zimną maską bez emocji.

- To zaczęło się kilka miesięcy temu. Widzi pani, od bardzo dawna byłem sam. Częściowo z własnego wyboru, bo w roli szpiega nie pomagają osobiste zobowiązania… Ale przecież przez czternaście lat byłem wolnym człowiekiem. Nie znalazłem jednak żadnej kobiety, która by mi odpowiadała. Widzi pani, panno Granger – jestem wymagający. Pragnąłem znaleźć kobietę równocześnie piękną i inteligentną. Nie znalazłem.

Skrzywił wargi w pogardliwym wyrazie.

- W maju udało się pani ulepszyć eliksir przeciwbólowy. W tej chwili z wielkim zamiłowaniem używają go członkowie Zakonu, ilekroć zostają ranni. Doskonała receptura, muszę przyznać. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem, że nie jest pani zwykłym nadgorliwym uczniem o dobrej pamięci – nie. Z opóźnieniem dostrzegłem pani inteligencję, błyskotliwość, zdolność do logicznego myślenia i kreatywność. Albus, rozważając przyjęcie pani do Zakonu, wspomniał o pani dokonaniach. O rozwiązaniu mojej zagadki w pierwszej klasie, uwarzeniu eliksiru wielosokowego w drugiej, zdemaskowaniu Lupina w trzeciej, zasługach dla Gwardii Dumbledore'a. Zacząłem panią obserwować, a później podziwiać. Zauważyłem pani zdolność i zamiłowanie do trudnych, taktycznych i naukowych dyskusji. Pasję czytania. Przypomina mi pani mnie samego; od dziecka wolałem dokończyć czytanie książki, niż zjeść obiad. A przy tym determinacja, poświęcenie i odwaga okazane w walce z Czarnym Panem. W ten sposób po kilku tygodniach dostrzegłem również pani urodę.

Jej oczy nagle się zwęziły, ciało napięło. Snape, widząc to, usiadł w fotelu naprzeciw niej i machnięciem różdżki przywołał lustro.

- Jest pani najbardziej zdumiewającą i zjawiskową kobietą, jaką spotkałem w całym swoim życiu. Tak, kobietą – mimo swoich siedemnastu lat. Jeśli mi pani nie wierzy, proszę porównać swoją dojrzałość z pannami Brown czy Patil. A teraz spojrzy pani w lustro – spojrzy pani – i zobaczy się naprawdę, niezależnie od opinii, którymi obdarzają panią głupcy. Widzi pani te wielkie, ciepłe oczy? Delikatne rysy twarzy? Pełne usta? Wyraźnie zarysowane kości policzkowe? Gęste włosy ze złotymi przebłyskami? Nie jest pani może klasyczna, ale za to charyzmatyczna.

Podniosła na niego wzrok znad lustra. W jej spojrzenie wkradło się znów ożywienie, a wraz z nim nadzieja. Przygryzła jednak wargę i powiedziała niepewnym głosem:

- Ale tacy mężczyźni jak pan nie zakochują się w takich osobach jak ja – widząc wyraz jego twarzy zająknęła się. – No, nietypowych…

Tym razem zaskoczył ją zupełnie. Roześmiał się niskim, głębokim śmiechem, odchylając głowę do tyłu. Jednak dźwięk nie był czysty – pobrzmiewała w nim wyraźna gorycz.

- Spodziewałem się, że mnie pani odepchnie ze wstrętem. Jestem starszy o dwadzieścia lat, gburowaty, nie potrafię wyrażać uczuć – gdyby pani wiedziała, ile mnie kosztuje ta rozmowa! Jestem też złośliwy, nielubiany i zawsze zachowywałem się wrogo wobec pani i pani przyjaciół idiotów. Zakon wciąż powątpiewa w moją lojalność, ciążą na mnie niewybaczalne błędy przeszłości. Ludzie mnie irytują, stąd mój dystans i sarkazm. A przy tym przystojny nie byłem nawet za lat młodości. Jak to może wyglądać w pani oczach, panno Granger? Moje żałosne uczucia wobec nastoletniej uczennicy? A, jeszcze to głupie zdrobnienie… Pani imię zdawało mi się nie pasować do pani, jest zbyt zdystansowane i szorstkie. Więc w swoich myślach nazywałem panią Mio. Moją.

Hermiona zaczerwieniła się i odpowiedziała cicho, patrząc na swoje buty.

- Zawsze miałam pana z inteligentnego, wręcz genialnego. Słyszałam, że wymyślił pan wiele eliksirów i zaklęć, również obronnych… Przewyższa pan nas wszystkich swoją wiedzą, doświadczeniem, opanowaniem. Poświęcił pan na wojnie wszystko, nawet swoje dobre imię i nigdy niczego nie oczekiwał w zamian. Moja odwaga jest niczym wobec pańskiej, w końcu to nie ja staję co kilka dni przed Vol… Przed Czarnym Panem. A przy tym, choć nie jest pan najprzystojniejszym wśród czarodziejów, to jest pan bardzo męski. Pańskie oczy i… I głos

Zawstydziła się jeszcze bardziej, urwała więc, zasłaniając twarz rękami. Po chwili jednak kontynuowała, jeszcze ciszej.

- Czuję się przy panu bezpiecznie. Pańskie uczucia nie są pańską winą, nie może ich pan kontrolować. A ja mam świadomość, że nigdy by mnie pan nie skrzywdził. Pewnie nawet nie miał pan zamiaru mi o tym mówić – odważyła się spojrzeć na niego spomiędzy rozchylonych palców.

Snape wyglądał na wytrąconego z równowagi, zdumionego i zakłopotanego równocześnie.

- Rzeczywiście, gdyby nie te okoliczności, nigdy by się pani nie dowiedziała.

Zapadła kłopotliwa cisza. Wreszcie Hermiona zdecydowała, że w tak nietypowej sytuacji profesor raczej nie przeklnie jej za ilość zadawanych pytań.

- Więc nie jest pan już szpiegiem?

Nie spodziewał się tego pytania, to było widoczne.

- Nie, jestem wolny – zamilkł i odchrząknął. – Czarny Pan wyjechał; ostatnio robi to coraz częściej w poszukiwaniu środka, który zapewniłby mu nieśmiertelność. Skorzystałem z tego, że w kwaterach pozostało zaledwie kilku śmierciożerców; zabiłem ich, uwolniłem więźniów i wysadziłem budynek w powietrze. Tak czy siak musieliby zmienić miejsce spotkań po ujawnieniu mojej zdrady.

Drgnęła, słysząc te słowa, ale szybko się pozbierała. To była jego praca: bycie beznamiętnym, bezwzględnym. W ten sposób wygrywał dla nas tę wojnę. Okazywanie twojego przestrachu czy niezrozumienia w niczym nie pomoże. A potem uderzyła ją jeszcze jedna, wyjątkowo głośna i ostra myśl: A teraz mamy wygrać tę wojnę razem.

- Może to panią dziwić, panno Granger – kontynuował – że zrezygnowałem ze swojej pozycji w wewnętrznym kręgu zanim poznałem pani decyzję. Dyrektor uparł się jednak, by nie ryzykować dłużej mojego życia, które niespodziewanie nabrało tak wielkiej wartości. Dumbledore uważa, że pani gryfońska natura nie pozwolili pani odmówić tej… prośbie.

Hermiona powoli podniosła głowę i spojrzała na niego.

- Nigdy – podkreśliła – nigdy nie zawahałabym się przed zrobieniem czegokolwiek, co pozwoliłoby powstrzymać jego.

- Rozumiem więc, że jesteśmy teraz narzeczonymi, Hermiono – na ustach Snape'a pojawił się ironiczny uśmieszek.

- Tak, Severusie – odpowiedziała z podobnym wyrazem twarzy. – Kiedy weźmiemy ślub, by uwolnić Moc?

Zawahał się, chcąc ją oszczędzić. Może i była twarda, może i miała za sobą wiele gorszych doświadczeń, ale czy koniecznie musiał zwalać na nią i to? W dodatku w sytuacji, gdy winnym był jedynie on, ze swoimi niedorzecznymi pragnieniami?

- Dyrektor uważa, że nie mamy czasu do stracenia - oznajmił w końcu, poddając się. – Jutro wieczorem.

Twarz Hermiony pozostała nieruchoma, gdy wyciągała różdżkę. Szybko wypowiedziane zaklęcie spakowało cały jej dobytek do dwóch wielkich walizek, leżących nagle na środku pokoju.

- Czy ta rozmowa jest naprawdę konieczna? Tak czy siak niewiele ich obchodzę.

- Mio, wiesz doskonale, że najbezpieczniej dla nich będzie zerwać z tobą kontakty. A jeśli informacja o naszym ślubie może to sprowokować… Poza tym, łatwiej nam będzie utrzymać wszystko w tajemnicy.

Zamknęła za sobą drzwi i prowadząc Severusa korytarzem, szeptem kontynuowała rozmowę.

- A ta część z trzymaniem za rękę? Nie możemy po prostu…

Zatrzymał się i spojrzał na nią z góry.

- Będziesz moją żoną przez kolejne sto pięćdziesiąt, może dwieście lat. Naprawdę uważasz trzymanie za rękę za tak bardzo problematyczne? Musimy być wiarygodni, jeśli chcemy doprowadzić do wyrzucenia nas z tego domu.

- Niech będzie – westchnęła. – To dlatego tak dziwnie zachowywałeś się na dole?

- Dziwnie? Lepiej się do tego przyzwyczaj, nie zamierzam być dupkiem wobec własnej żony.

Uśmiechnęła się, wchodząc na schody.

- A więc przyznajesz, że twoje zachowanie…

- Odnoszę wrażenie, że powiedziałem to wyraźnie. Nie mam zamiaru niczego powtarzać.

W miarę jak zbliżali się do drzwi salonu, uścisk Hermiony stawał się coraz silniejszy, a kroki wolniejsze. Nagle zdawała się bardziej ufać jemu niż ludziom, którzy wychowywali ją od urodzenia. Starając się odwrócić swoją uwagę od nieprzyjemnych myśli, zapytała:

- Dlaczego właściwie chcesz być miły dla swojej żony, skoro nikt inny nie zasłużył na ten przywilej?

Zawahał się, ale zaraz potem wykrzywił usta w złośliwym grymasie.

- Odnoszę wrażenie, że to przyniesie mi pewne… korzyści.

Hermiona poczuła, że wraz ze zrozumieniem oblewa ją gwałtowny rumieniec. Jak mogła zapomnieć, że małżeństwo niesie ze sobą również takie konsekwencje? Zupełnie nagle zdała sobie sprawę, jak strasznie jest niedoświadczona. Bo co znaczyło te kilka pocałunków z Wiktorem czy Ronem wobec perspektywy życia ze Snapem?

To z kolei skierowało jej myśli na inne tory. Konsekwencji było więcej… Zmiana nazwiska? Zamieszkanie z nim? Wspólne konto, wspólne decyzje, wspólne plany na przyszłość. Dzieci. Przecież chciała jakieś mieć. Wspólni znajomi. Rodzinne spotkania. Życie, od jutra aż do śmierci, nierozdzielne. Zawsze blisko tego człowieka, którego ledwo znała. Zgoda, ufała mu. Szanowała i podziwiała. Przyciągał ją w jakiś sposób. Ale czy możliwe jest, że nie zwariują ze sobą po kilku dniach? Ba, godzinach! I będą spać w jednym łóżku. To do tego mężczyzny, Severusa Snape'a, nieczułej bryły lodu, jej własnego nauczyciela, będzie się przytulać nękana koszmarami, nieuniknionymi w czasie wojny? To jemu będzie się zwierzać, od niego oczekiwać pocieszenia, siły i wparcia? Z nim straci dziewictwo, jemu pozwoli się dotykać, oglądać, pozwoli poznać się bardziej, niż komukolwiek innemu, przed nim się odsłoni? Przed jednym kochankiem, jakiego kiedykolwiek będzie miała?

Ale przecież to on przed chwilą odegnał jej największe lęki i pomógł wyjść z tej umysłowej mgły, w której utknęła po pierwszej kłótni z rodzicami. Powiedział – choć może nie wprost, ale wystarczająco wyraźnie – że jest piękna. Nikt nigdy jej tego nie powiedział. Może nikt inny w to nie wierzył.

Właściwie, mogło być gorzej. Nie miała wątpliwości, że przepowiednia odnosiłaby się do niej i do niego niezależnie od uczuć, które żywił wobec niej. To w niej i w nim drzemały uśpione połówki Mocy. Co by było, gdyby jej nienawidził, gdyby gardził nią i został zmuszony do małżeństwa? Zadrżała na samą myśl. To byłoby przerażająco bolesne.

Ale czy ona jest na to gotowa? Na ślub? Jasne, zgodziła się, ale decyzja właściwie była już dawno podjęta bez jej udziału. Nie było innego wyjścia. Poczuła, że eliksir uspokajający przestaje działać i zalewa ją fala paniki. Nie mogła tego zrobić, nie mogła zaufać mu aż tak, był kompletnie obcym człowiekiem i o wiele starszym mężczyzną, do cholery! Nagle stała się malutka, zagubiona i bezbronna. Ale nie może pokazać się rodzicom w takim stanie. Pal licho plan, jej własna, świeżo odnaleziona duma na to nie pozwoli.

Tylko… Co może zrobić? Z jednej strony przerażająca perspektywa jutra, z drugiej miażdżące uczucie upokorzenia i niepewności co do spotkania z rodzicami. W końcu od kilku tygodni skutecznie unikali wszelkich kontaktów.

Przystanęła gwałtownie. Nie poradzi sobie z tym sama, stanowczo nie. Ale przecież nie musi.

- Severusie? – zaczęła niepewnie, lekko drżącym głosem. – Boję się. To wszystko mnie chyba przerasta.

Odwrócił się i zmierzył ją niepewnym spojrzeniem.

- Musisz mi wybaczyć, ale ja nie mam żadnego doświadczenia w pocieszaniu czy… W tego typu rzeczach. Jak mogę ci pomóc?

- Przytul mnie – wyszeptała. Wiedziała, że to dziecinne i głupie, wiedziała, że boi się jego obcego dotyku. Ale tak długo tkwiła tu sama, z nikim nie rozmawiając, nikogo nie dotykając. Potrzebowała

poczucia bezpieczeństwa, jakie zwykle dawali jej Harry czy Weasley'owie, a ciepły dotyk zwykle pomagał w odzyskaniu równowagi.

Ta sytuacja była dziwna. Nienaturalna. Niepokojąca.

Nigdy wcześniej nie był zmuszony do tak otwartego mówienia o własnych emocjach. A poczucie winy, że pozwolił sobie na podobne uczucia, nie ułatwiało sprawy.

Ledwo od kilku godzin był wolnym człowiekiem, a już zaczął inaczej postrzegać otaczające go miejsca i ludzi. Zaczynało mu się podobać to, że żyje – i to był wystarczający powód do niepokoju. Ale jeśli dodać do tego wszystko, co działo się z nim w pobliżu tej zjawiskowej kobiety…

Obserwował ją. Emocje migające w dużych, ciemnych oczach. Nerwowe ruchy palców, wędrujących do włosów i z powrotem, na kolana. Przygryzanie wargi, opuszczanie głowy, rumieńce. Obrysowywał spojrzeniem kształt jej szyi, piersi, brzucha, nóg.

Chciał jej dotknąć. Nigdy jeszcze nie pragnął tak bardzo dotyku, on nienawidził dotyku. To szaleństwo – powtarzał sobie. Ale gdzieś w tle pojawiała się myśl: będzie twoja, już jutro; będziesz pełen jej dotyku, będziesz ją miał tylko dla siebie.

To nie ułatwiało niczego. Była złamana ostatnimi wydarzeniami, wojną, odległością oddzielającą ją od przyjaciół. Powinien ją wesprzeć, dać siłę; wiedział o tym. Potrafił być odpowiedzialny za swoich uczniów. Ale nie potrafił robić takich rzeczy.

Więc informował ją tylko o najbliższych planach i podjął decyzję, gdy jej zabrakło stanowczości. Trzeba poinformować rodziców.

Gdy poprosiła o przytulenie, był zdziwiony. Wcześniej starała się unikać jakiegokolwiek kontaktu, najwyraźniej się go bała. Domyślał się, że nie miała doświadczenia w relacjach damsko-męskich i nie miała pojęcia, jak się zachować. A teraz tak nagła zmiana… Musiało jej być naprawdę ciężko.

Więc wziął ją w ramiona. Była spięta, sztywna; po chwili jednak oparła głowę na jego ramieniu.

Oboje to poczuli i, chwilę później, zobaczyli. Dreszcze, spowodowane fizycznym kontaktem, nagły skok adrenaliny, białe światło. Otoczyło ich delikatnie, wręcz pieszczotliwie, a ich skóra aż iskrzyła w miejscach, gdzie stykały się dwa ciała. Spojrzeli na siebie zdziwieni i zamarli pod wrażeniem bliskości swoich twarzy.

Jego oczy były tuż nad jej oczami. Ciemne i głębokie, jakby… Perfekcyjnie głębokie. Nie umiała myśleć ani złapać oddechu, a serce kołatało jej gwałtownie w piersi. Czuła, jak całe jej ciało odpręża się pod wpływem jego bliskości oraz przez ten dziwny blask.

Nic nie miało już znaczenia, nie było nerwowości ani strachu, a Hermiona chciała tylko jednej rzeczy na świecie. Gdyby zaoferowano jej teraz spełnienie jednego życzenia, nie wybrałaby pokonania Voldemorta. Nie, rzeczywiste było tylko to światło, pulsujące w powietrzu, w jego oczach, w jej krwi pragnącej…

Zrobił to. Bardzo powoli, obłędnie powoli pochylił się i dotknął wargami jej ust. To było delikatne muśnięcie, ale za nim natychmiast podążył pełen pasji, długi, głęboki pocałunek.

Nigdy wcześniej nie czuła się tak bardzo żywa ani tak szczęśliwa. Ani tak obłąkana. Ale to nie miało znaczenia, skoro całował ją nadal, drugi, trzeci i czwarty raz, w nieskończoność, w ciepło pulsujące białe światło.