Szedł, jak zwykle, szybko i pewnie. Do czasu, kiedy nagle się zatrzymał. Prawie na niego wpadła, całe szczęście udało jej się nie przewrócić. Miałby ubaw.

- Mio, musisz o czymś wiedzieć.

Patrzył przed siebie. I skrzywił usta. To nie będzie przyjemne, prawda?

- To wszystko jedno wielkie kłamstwo.

Nie wiedziała, o co mu chodzi. Co jest nieprawdą, przecież o niczym w drodze nie rozmawiali. Do czego mógł się odnosić? Bo przecież na pewno, na pewno nie do tego.

Wciąż na nią nie patrzył.

Tylko nie do tego.

Otworzył usta –

Proszę.

- Nie ma przepowiedni. Nie jestem w tobie zakochany. Albusowi zależało na twojej zgodzie. Wyczuł, że nasza magia się uzupełnia – to rzadkie zjawisko, które może otworzyć przed nami fantastyczne możliwości. Zaważyć na losach wojny. A zawsze łatwiej kontrolować urzeczoną, opanowaną przez hormony nastolatkę. Choć nie mam pojęcia, skąd wytrzasnął tak horrendalny pomysł… Jakbym nie miał nic innego do roboty, tylko uganiać się za uczennicami, stary dureń.

Hermiona milczała.

Pomógł ci przy rodzicach. Musiał udawać zakochanego. Powiedział ci prawdę. Prędzej czy później by się wydało. I nie musi więcej udawać. Obrażał dyrektora – ciebie nie. Ale to dopiero początek.

Zaraz, zaraz. Dyrektor…. Dumbledore. Zrobił coś takiego? Jak śmiał tak nią manipulować? Została potraktowana jak dziecko, małe dziecko niezdolne do spojrzenia na ogół spraw z perspektywy wojny. Cała ta historia o przepowiedniach, Trelawney…

Trelawney.

Harry.

Nie.

- A co z Harrym? Powiedziałeś, że jego przepowiednia się załamała, ale skoro nasza nie istniała…

- Naprawdę nie potrafisz połączyć tego w całość? Trelawney nie jest wróżbitką. Potter nie jest Wybrańcem. Ludzie potrzebowali nadziei, a Albus nie miał skrupułów. Dał im nadzieję, poświęcając chłopaka i jego rodziców. Na próżno, jak widać.

Odwróciła głowę, żeby nie widział łez w jej oczach. Całe życie Harrego, wszystko zniszczone przez… Przypadek. Bo akurat na niego padło. Niezasłużenie i bez rezultatów.

Nie myśleć o tym teraz… Trzeba się zmierzyć ze ślubem. Z nocą poślubną. Z niecierpiącym jej Severusem. Jak mogła dać się tak łatwo podejść i we wszystko uwierzyć? Gdyby nie te wakacje, rodzice… Nie myśleć. Trzeba iść dalej i uwolnić Harrego od zobowiązań. Wziąć zobowiązania na siebie…

Ale jeśli to pomoże wygrać wojnę, to warto.

Chyba.

Tak, warto. Nie może stracić przyjaciół. Ani nikogo z Zakonu. I urodzeni w rodzinach mugoli też powinni móc czuć się bezpieczni. I mugole.

- Tylko nie wygadaj się przed Albusem, że wiesz. Nie jest godny zaufania.

Wytrącił ją z zamyślenia i chwilę zajęło jej zrozumienie tego, co powiedział.

- Słucham?

- To nie zmienia naszych planów. I nie waż się histeryzować.

- Nie jestem typem histeryczki.

- Twoje szczęście.

- Ale zawsze mogę zacząć być.

- Mamy spędzić ze sobą całe życie. Oszczędź mi chociaż tego.

- A czego ty mi oszczędzisz?

Milczał przez chwilę, wreszcie na nią patrząc. Jakoś inaczej. Czyżby to było uznanie? W minimalnej ilości, rzecz jasna. Ale na eliksirach nie dostała nawet tyle.

- Życia w kłamstwie.

Szli dalej, tym razem równym krokiem, obok siebie.

- Jesteś dobrym aktorem.

- Żyję z tego.

- Bycia gwiazdą?

- Szpiegiem, Granger.

- Więc już nie Mio?

- Mio może zostać. Ale nie kiedy mnie irytujesz.

Weszli do zamku. Hermiona nagle nie była pewna, co ze sobą zrobić. Nie będzie chyba musiała spać już dziś w jego komnatach? Albo, co jeszcze gorsze, spotkać się z dyrektorem? Na to stanowczo nie była gotowa. Severus najwyraźniej zauważył jej niepewność, gdyż odezwał się zamykając za nimi drzwi wejściowe.

- Możesz się chwilowo rozgościć w pokoju Prefekt Naczelnej.

Jej oczy zrobiły się okrągłe. I wielkie.

- Masz na myśli…?

- Tak, tak, Granger. Oszczędź mi swoich zachwytów; dziś przeznaczeniem tego pokoju będą przygotowania do ślubu. Wiele radości ci nie dostarczy. Spotkamy się za jutro o szóstej rano w Wielkiej Sali. Panna Weasley dołączy do ciebie za kilka godzin.

Odwrócił się i zaczął iść w stronę schodów. I oczywiście szaty muszą powiewać. Czy on je jakoś czaruje? Hermiona postawiła stopę na pierwszym stopniu, potem na drugim, zmagając się z myślami. Gdy już prawie zniknął jej z oczu, krzyknęła za nim. Obrócił się, najwyraźniej zirytowany i podniósł brew.

- Już za mną tęsknisz, droga Mio?

- Chciałam cię tylko poprosić, żebyś zastanowił się, czy naprawdę życie ze mną jest perspektywą na tyle przerażającą, że stanowi zbyt wysoką cenę za uwolnienie cię od służby Czarnemu Panu, Severusie.

...

Ginny weszła do pokoju bez pukania i z zadyszką, po czym rzuciła się na Hermionę i entuzjastycznie ją objęła.

- Jak dobrze cię widzieć! Tak dawno nie pisałaś, już się zaczynałam martwić. Moje lato było kompletnie nudne, wiecznie albo pomagałam mamie w domu, albo grałam z Ronem w quiddicha… Ale jego często nie ma, bo pomaga bliźniakom w sklepie. Mnie oczywiście nie pozwolono, no gdzieżby, mała Ginny pewnie zrobiłaby sobie krzywdę gdyby postawiła stopę poza próg. A żebyś widziała, ile było pracy! Naprawdę współczuję mamie, w końcu ona zajmuje się większością spraw… Wiesz, że mieszkamy na Grimmauld Place? Tyyle gotowania, dla całego Zakonu, no i pranie, niektórzy wracają w zakrwawionych szatach, cud, że nikt jeszcze nie zginął; a ile sprzątania, Hermiono! Stworek jest absolutnie beznadziejny, ciągle odmawia współpracy. Ale kiedy byłam zmęczona albo niespodziewanie kończyły się zadania do pilnego wykonania, to nudziłam się straszliwie… Wszystkie prace domowe skończyłam trzy tygodnie temu i poprawiłam co najmniej… Ee, sama straciłam rachubę.

Ginny wreszcie ją puściła i Hermiona uśmiechnęła się lekko widząc, że dziewczynie najwyraźniej zabrakło powietrza. Weasleyówna niespodziewanie otrzeźwiała i przybrała poważny wyraz twarzy.

- No dobra, co ja tu robię i co ty tu robisz?

- To dość dziwna historia. I długa. I nieprzyjemna. No i zaskakująca, no bo przecież…

- Hermiono?

Wzięła głęboki oddech. I wtedy coś ją uderzyło.

- Jak to na Grimmauld Place? – krzyknęła ostro. Ginny aż się cofnęła, spłoszona. – Przecież Kwatera Główna jest remontowana?

- Mieszkam tam od początku wakacji i nic o tym nie wiem. Kto ci to powiedział?

Stary dureń. Może czegoś się od Severusa nauczę… To określenie pasuje idealnie, jakby skrojone na miarę.

- Nieważne, Ginny. Myślę, że mamy istotniejsze kwestie do omówienia. Po pierwsze: co to jest Perpetuum Amen? – spojrzała na liścik, który jakąś godzinę wcześniej przyniosła jej szkolna sowa. Widniało na nim tylko kilka słów: łacińska nazwa, godzina szósta rano, podpis S.S. I dopisek na dole, „spytaj swoją druhnę, niech się chociaż do czegoś przyda".

Ginny zmarszczyła brwi.

- Legendarna ceremonia ślubna. Nie czytasz w ogóle czarodziejskich romansów? – wzrok Hermiony dał jej wyraźną odpowiedź. – Wszystkie kobiety o niej marzą, jest podobno najpiękniejsza. No i najgłębiej wiąże małżonków – zaczynają dzielić swoje myśli poprzez telepatyczną więź, ich magia łączy się w jedność, no i niewiarygodnie intensywnie odczuwają obecność drugiej osoby. Fizycznie. Cała ceremonia polega na pocałunku… To niewiarygodnie romantyczne.

Hermiona przerwała jej rozmarzoną kontemplację mocno zirytowana.

- Dlaczego nazywasz ją legendarną?

- Bo ona nie istnieje. Magia pary młodej musiałaby być bajkowo silna, a na dodatek uzupełniać się. To tylko piękna opowieść, Hermiono… Ale o czym my w ogóle mówimy, chciałam się dowiedzieć, po co Dumbledore ściągnął nas do Hogwartu, w dodatku w tajemnicy przed resztą Zakonu.

Telepatia. I fizyczne oczarowanie. Jakby mi trzeba było kolejnych złych wiadomości. Nie dbając o delikatność i nie skupiając się do końca na swoich słowach, rzuciła:

- O szóstej rano wychodzę za Snape'a, połączy nas Perpetuum Amen, nikt się może dowiedzieć. Powiedz mi natychmiast, na gacie Merlina, skąd taka bzdurna godzina i na czym powinny polegać przygotowania do ceremonii?

Ginny usiadła.

Wstała.

Straciła równowagę i trafiła tyłkiem w fotel.

Otworzyła usta.

Zawahała się.

- Wiesz, Hermiono, ja chyba nie chcę nic wiedzieć. Dyrektor tak chce, obowiązuje was tajemnica, jesteście potężni – to musi mieć związek z wojną. Nie chcę niczego wiedzieć.

- Nawet tego, że Harry traci swój status Wybrańca na naszą… ee… korzyść? Będzie zwykłym członkiem Zakonu, Ginny. Cały twój. Obojętny Voldemortowi.

- Ty nie żartujesz, prawda?

- Nie. Korzystaj z życia, póki możesz. Razem z nim… Harry zasługuje na odpoczynek.

- A ty?

- A ja do końca życia będę towarzyszką życia Severusa, jego kochanką i partnerką w walce. Cholernie się boję. Czyli pora zająć się czym innym – wytłumaczysz mi wreszcie procedury ślubne?

Ginny spojrzała na nią wymownie, z wyraźnym przesłaniem: mam poważne wątpliwości co do twojego stanu umysłowego. Ale tak, tak, jestem twoją przyjaciółką i ci pomogę.

- Śluby czarodziejów zawsze odbywają się rano, wraz z wschodem słońca. To symbol: wchodzisz w nowy etap życia wraz z wejściem w nowy dzień. A co do przygotowania… Ta konkretna ceremonia nie jest bardzo wymagająca, ale to mimo wszystko twój ślub. Więc teraz usiądziesz grzecznie na fotelu i pozwolisz mi zrobić cię na bóstwo. Nawet Snape'a zachwycisz.

Hermiona prychnęła pogardliwie.

- Nie obchodzi mnie, co Severus o mnie myśli. Jestem dla niego głupią małolatą i nigdy nie zobaczy we mnie kobiety. Nie żeby mi na tym zależało. Jakie to ma znaczenie? – przy ostatnim zdaniu głos lekko jej się trząsł i Ginny, zajmująca się już włosami panny młodej, spojrzała na nią zmartwiona.

- Sama przed chwilą powiedziałaś, że będzie twoim kochankiem. Jak mogłoby ci nie zależeć na tym, by zobaczył w tobie piękną kobietę?

- Problem polega na tym, Ginny, że ja nie jestem piękną kobietą.

Weasleyówna pokręciła tylko głową i wymamrotała:

- Jeszcze się przekonamy, Hermiono.

...

- Wiesz, nie dziwi mnie twój strach – Ginny wtuliła się w fotel, zmęczona po całonocnej pracy nad wyglądem Hermiony. – Przecież to obcy człowiek. Dorosły mężczyzna. Profesor Snape, jakby tego było mało.

- Dreszcz mnie przechodzi, kiedy sobie uświadomię, że już na zawsze będę jego. Chcę być swoja. Chcę być wolna. Nie poświęcać niczego dla wojny, nie ryzykować życiem, nie zmieniać z dnia na dzień życiowych planów. Jesteśmy takie młode, Ginny. Powinnyśmy cieszyć się przyjaźnią z Harrym i Ronem, szaleć z niepokoju przed egzaminami, spędzać wolny czas w bibliotece i na błoniach, zakochiwać się. A nie planować bitwy. Nie opłakiwać tragicznie zmarłych. To zupełna paranoja… Mój siódmy rok, OWTMy, a ja nawet na naukę nie znajdę wiele czasu przy treningach.

- Treningach?

- Będę dzielić magię z Severusem… Z pewnością minie wiele czasu zanim opanujemy sposoby kontroli nad jej potęgą.

- Gdyby on jeszcze nie był taki zimny i wredny…

Hermiona odezwała się szeptem, niepewnie.

- Miałaś rację wcześniej…

- Co mówisz?

- Że wcześniej miałaś rację. Chciałabym zdobyć jego podziw. Swoim charakterem, osiągnięciami. I żebym nie wzbudzała w nim pogardy. I żebym nie była taka brzydka. Co ja mu mogę zaoferować oprócz magii? Wiem, że on sam nie jest przystojny, ale nie chcę, żeby wstydził się pokazać z własną żoną.

- Krum cię kiedyś wybrał. Mógł mieć każdą, a wybrał ciebie. Chcesz zobaczyć, kogo w tobie zobaczył?

Hermiona spojrzała na nią niepewnie. Rzeczywiście, mógł mieć każdą. Więc dlaczego…?

- Co masz na myśli, Ginny?

- Chodź do lustra. No chodź, głuptasku. Jesteś dziś panną młodą. Spójrz na nią. Spójrz na młodą kobietę – tak, kobietę – która dziś sprawi, że jej narzeczony po raz pierwszy w życiu zaniemówi. Nie, żeby się do tego przyznał. No, chodź.

Jeszcze jeden krok. Odwagi, Granger, jesteś Gryfonką. Nie boisz się lustra.

Tylko zawodu.

No trudno, już się niczego nie zmieni. Za kilka minut powinny pójść no Wielkiej Sali. Objęła wzrokiem Pokój Wspólny – ciepłe barwy ścian, kominek, w którym Harry rozmawiał z Syriuszem, fotele, na których siedząc podejmowali swoje najważniejsze decyzje – jak pójście z Harrym po kamień filozoficzny; na resztki kolacji, przyniesionej przez Zgredka. Naprawdę to zostawia, wraz z dzieciństwem. Pora stać się kobietą. Żoną. Podporą mężczyzny, szczęściem mężczyzny. Podporą i szczęściem Severusa. Patetyczne. Utopijne.

Chciała tego.

Ale nie wszystko można mieć.

Wzięła głęboki oddech i podeszła do lustra.

...

Wielką Salę rozświetlał wschód słońca, gdy weszły do środka i ramię w ramię podążyły do podwyższenia, na którym siadywali nauczyciele. Tym razem było puste, a na jego środku stał dyrektor, ubrany w prostą białą szatę, podobnie jak Ginny – oraz Severus. Zły, zaniepokojony, wbrew sobie samemu cholernie przerażony. Miał na sobie srebrną szatę, która tradycyjnie i symbolicznie ogłaszała, co takiego wnosi w małżeństwo. Ten konkretny kolor oznaczał siłę, pewność, męskość, pasję, ochronę i prowadzenie. Nie zastanawiał się nad wyborem długo; poszedł za instynktem; pozwolił się poprowadzić swojej magii. I nawet przyznawał jej rację. Umiarkowanie.

Podnosząc wzrok, zobaczył Hermionę kilka metrów przed sobą i zamarł. Jego mózg analizował informacje: głęboki szafir, symbol bogactwa wewnętrznego, hojności, otwartości, czułości i oddania. Dziwne. Mógłby się po niej spodziewać pierwszej cechy – ale reszta? Może była dojrzalsza, niż mu się zdawało. Na pewno była dojrzalsza. I traktowała ich ślub poważnie. Suknia delikatna, opięta, długa do kostek, opcja najbardziej klasyczna i elegancka. Tylko ten głęboki dekolt… Daje mi znać, że nie zamierza poddać się konwenansom i naciskom. I że potrafi myśleć samodzielnie. Ale to był tylko mózg: nieznaczna część Severusa. Reszta była całkowicie pochłonięta jej widokiem: wyrazisty, ciemny makijaż oczu dodawał jej powagi i zdecydowania – i seksapilu. Nie, wróć, tej myśli nie było, nigdy w życiu by tego nie pomyślał. Miała piękną figurę. W końcu był tylko mężczyzną, nie można go za to obwiniać. Nawet włosy częściowo opanowała, długie fale sięgały prawie do pasa. Oznaka siły. Tak, siła ci się przyda…

Hermiona widziała jego spojrzenie, nagle zupełnie otwarte. Aprobujące i prześlizgujące się po jej ciele. Musiała to przyznać, wyglądała niewiarygodnie. Początkowo poczuła opory na widok makijażu i przedłużonych włosów, ale widok panny młodej w lustrze był czymś, czego nie należało niszczyć ani naruszać. Po raz pierwszy czuła się tak piękna i kobieca.

I szczęśliwa, kiedy napotkała jego wzrok. Uśmiechnęła się delikatnie i stanęła przed nim.

...

Białe światło otaczające całującą się parę wydobyło z półmroku Wielkiej Sali dwie sylwetki, unoszące różdżki i wypowiadające zaklęcie ślubne. Gdy kilka minut później opuściły pomieszczenie, nic się nie zmieniło. Mężczyzna wciąż trzymał swoją żonę w ramionach, obejmując ją w talii i przyciągając do siebie, ona wplotła palce w jego włosy. Pocałunek trwał nieprzerwanie, gdy słońce przesuwało się na niebie i rozjaśniało dzień, podczas gdy biel osnuwająca parę stawała się coraz słabiej widoczna.