Część || „Gdy czekałeś wewnątrz, dni odchodziły obok."
Miłość jest fundamentem idealnej egzystencji człowieka. Tylko ona potrafi obdarować szczęściem dwie osoby naraz i sprawić, by stały się bogate. Oparta jest na wzajemnym zaufaniu, które zdobywa się po czasie trwania u boku drugiego człowieka. Dzięki niej na świecie można poczuć choćby namiastkę szacunku i przyjaźni. Każda miłość wystawiana jest na próbę, ponieważ tylko wtedy można dostrzec jak wiele błędów zostało popełnionych i otrzymać czas na ich poprawę. Im człowiek więcej kocha, tym więcej będzie w stanie zrobić. Należy pamiętać, że po każdej burzy zza ciemnych chmur zawsze wyłonią się delikatne promienie słońca.
John uniósł zaspane powieki i dotknął ręką drugiej strony łóżka. Westchnął, gdy poczuł jak natrafił na zimną i wystygłą już pościel. Blondyn postanowił jeszcze chwilę pozostać pod kołdrą i rozkoszować się błogim ciepłem łóżka. Przeciągnął się i ziewnął leniwie. Wiedział, że gdy jego ranny ptaszek, Mary, tylko go ujrzy, od razu wynajdzie mu jakieś zadanie do wykonania. Doktor zerknął na wiszący nad jego biurkiem kalendarz i uśmiechnął się szeroko. Jutrzejszy dzień, 11 lipiec, był zakreślony czerwonym markerem w idealne koło. Ich pierwszy wspólny wyjazd na wakacje. Ella, jego terapeutka, przyjęła tą wiadomość z wielkim entuzjazmem. Stwierdziła, że John trzyma w swoich dłoniach, choć jeszcze nie do końca pewnie, swój ster. Blondyn wiedział, że jedyną osobą, która pomogła mu tego dokonać była Mary. To ona była jego życiowym napędem po śmierci Sherlocka. Choć minęło półtora roku on nadal w pełni nie pogodził się z jego odejściem. Nadal tęsknił. I to cholernie. Za jego grą na skrzypcach, doprowadzającymi do szału sarkastycznymi ripostami, czy nawet popisami intelektualnymi, za które naprawdę miał ochotę przywalić detektywowi w twarz. Po prostu tęsknił za tą wszystkowiedzącą marudą.
Doktor uśmiechnął się smutno i z wysiłkiem zsunął się z łóżka. Położył stopy na podłodze i potarł dłońmi niewyspane oczy. Zarzucił na siebie szlafrok, który stał się nieodzownym elementem wśród jego odzieży, wsunął stopy w kapcie i wyszedł z sypialni. Od razu poczuł zapach przyrządzanego jedzenia, od którego kiszki w jego brzuchu zaczęły grać wszystkie marsze na świecie. John wszedł do kuchni i ujrzał Mary, która przyrządzając śniadanie nuciła wesoło jedną z melodii zespołu The Beatles. Nie wiadomo dlaczego blondynowi przeszło przez myśl, że wygląda niczym anioł. Być może to jej ubiór – biała, zwiewna sukienka sięgająca do kolan, a w pasie przepasana czerwonym paskiem - lub może dlatego, że kobieta była jak jego własny anioł stróż.
- Dzień dobry – mruknął do ucha blondynki i objął ją w pasie.
Kobieta uśmiechnęła się i cmoknęła go delikatnie w czubek nosa.
- Omlet francuski ze szparagami dla pana Watsona raz! – zawołała wesoło i położyła na stole talerz z porcją jedzenia.
Doktor uśmiechnął się i usiadł wygodnie na krześle. Wziął do ust kawałek jedzeniai poczuł jak smak rozpływa się w jego ustach.
- Mówiłem ci już jak bardzo cię kocham?
- Wspominałeś kiedyś – odrzekła z uśmiechem kobieta i usiadła naprzeciwko doktora. – Myślałeś już kto mógłby doglądać mieszkania podczas naszej nieobecności?
- Mówiłaś, że Lara będzie wtedy dostępna.
Mary pokręciła przecząco głową i upiła łyk kawy.
- Wyjeżdża wraz z mężem na dwa tygodnie do Dartmoor.
Blondyn zamarł, a kawałek szparagi utknął mu w gardle. Popukał się kilka razy w klatkę piersiową i zakaszlnął. Zauważył pytający wzrok kobiety, więc szybko wziął kilka łyków herbaty i odchrząknął.
- Co powiesz na Molly? – zapytał – Znasz ją. Jest uczciwą osobą i na pewno nie wyniesie nam plazmy z domu jak twój poprzedni kuzyn.
- Ostrzegałam cię przed nim! –zaprotestowała blondynka. – Poza tym, przypominam, że to TY podsunąłeś mu ten pomysł.
- To był sarkazm. Nie wiedziałem, że weźmie to na poważnie.
- Ostatnimi czasy większość ludzi bierze twoje sarkazmy zbyt poważnie, ponieważ one właśnie tak brzmią z twoich ust, John. Czasem potrafisz być niezwykle złośliwy.
Mężczyzna spojrzał zaskoczony na Mary. On i złośliwość z jego ust? Owszem, momentami zdarzało się, że gdy ktoś za bardzo go irytował on po prostu mówił mu co o nim myśli ubierając słowa w sarkazmy, ale nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał. Czyżby trzy lata mieszkania z socjopatą ujawniały właśnie swoje efekty?
- Myślę, że to dobry pomysł – stwierdziła po chwili kobieta.
- Hm? – mruknął wyrwany z zamyśleń doktor.
- Powiedziałam, że to dobry pomysł. Molly jest rozsądną dziewczyną. Skontaktuję się z nią później. Tymczasem ty nawet nie śnij o pakowaniu naszych bagaży podczas mojej nieobecności – zagroziła mu przed nosem palcem i wstała od stołu.
- Dlaczego? Przecież wrócisz późno zmęczona z pracy. Chociaż w czymś cię wyręczę.
Mary westchnęła i spojrzała z politowaniem na partnera.
- Ponieważ jesteś mężczyzną, skarbie. Istoty takie jak ty mają zupełnie odwrotne spojrzenie na takie rzeczy. Do tego potrzeba skupienia i pewnego kobiecego punktu widzenia.
John pokiwał głową śmiejąc się. Dokończył swoją porcję jedzenia i umył swój talerz.
- Poza tym, – odezwała się Mary i położyła głowę na ramieniu doktora – gdy będę bardzo zmęczona zawsze będziesz mógł to zrekompensować w pewien inny sposób.
Kobieta uśmiechnęła się zalotnie i pocałowała go w policzek. Założyła swój czerwony płaszcz i opuściła mieszkanie. Blondyn odprowadził kobietę wzrokiem i uśmiechnął się. Mary nie miała pojęcia jak bardzo zawładnęła jego sercem.
- Paryż - miasto miłości, sztuki, kultury i mody. Każda przybywająca tu dusza odnajdzie dla siebie miejsce na chwilę wytchnienia. Romantyczne zaułki, wąskie uliczki, czy wypielęgnowane parki są idealnym miejscem dla serc, do których wkradł się amor. Pobyt w tym mieście rozpala nasze uczucia, dodaje tajemniczości i budzi w nas dziką namiętność – przeczytał głośno John trzymając przed sobą ofertę wycieczki. – Zapowiada się ciekawie. Szczególnie podoba mi się ostatnie zdanie.
Mary cmoknęła mężczyznę w usta. Chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą. Oboje wyszli na niewielki taras, z którego rozciągał się widok na Pola Elizejskie. Doktor przytulił do siebie kobietę, a ona oparła głowę na jego piersi. Wziął głęboki wdech i zaciągnął się paryskim powietrzem. Ta wycieczka była spełnieniem ich obojga marzeń. W końcu udało im się oderwać od zabieganego życia w Londynie i odetchnąć w tym magicznym miejscu. Przez ostatnie kilka miesięcy w prywatnej klinice Johna, którą udało mu się utworzyć, było nie małe urwanie głowy. Zdarzało się, że zostawał w pracy nawet po dziesięć godzin, a gdy wracał do domu brał tylko szybki prysznic i zakopywał się w łóżku od razu zasypiając. Z Mary było podobnie. Jako jeden z anestezjologów w Bartsie pracowała na najwyższych obrotach. Szpital i klinika stały się ich drugimi domami. Dzięki temu ich majątek znacznie się powiększył i mogli sobie pozwolić na krótkie, choć niezapomniane wakacje. Jako że ich urlop trwać mógł tylko cztery dni, oboje zdecydowali, że za dnia będą poznawać zabytki kulturowe tego miejsca, a zwiedzanie miasta pozostawią dla uroków nocy.
Pierwszy dzień spędzili w hotelu. Łóżko wydawało się nazbyt zachęcające, by z niego nie skorzystać. Kochali się długo i namiętnie. John chłonął wzrokiem każdą część i każdy fragment ciała kobiety. Podobało mu się, że w łóżku pozwalała mu dowodzić, jednak nie była do końca tą bierną stroną. Z chęcią przejmowała inicjatywę doprowadzając blondyna do wielkiej rozkoszy. Gdy dochodził już po raz drugi myślał, że jego ciało eksploduje swoją lawą niczym pobudzony wulkan. Oboje opadli na siebie, mokrzy i rozgrzani, oddychając głęboko. Było to zdecydowanie najlepsze rozpoczęcie urlopu jakie kiedykolwiek miał.
Rano obudziło go łaskotanie w usta. Zacisnął je i uniósł powieki. Ujrzał rozpromienioną twarz i wpatrujące się w niego błyszczące, niebieskie oczy.
- Śpioch – stwierdziła Mary i zsunęła się z łóżka, gdy John chwycił ją za dłoń.
- Chodź tu do mnie.
- Myślałam, że mój doktorek wyczerpał już wszystkie siły wczorajszego wieczoru.
Blondynka puściła do niego oko i wstała. Uniosła żaluzje do góry, a poranne słońce przedostało się do pokoju oświetlając twarz blondyna.
- Ruchy, skarbie! Mamy cały Paryż do zwiedzenia, zapomniałeś?
Ściągnęła kołdrę i odkryła Johna. Wyszła z pokoju znów nucąc pod nosem jakąś starą melodię, tym razem z repertuaru Franka Sinatry. Doktor westchnął. Taka drobna osóbka, a potrafiła mu nieźle dać popalić.
Na zegarku żołnierza wybiła północ. Położył głowę na oparciu ławki i spojrzał w bezgwiezdne niebo. Przed nim rozciągał się widok na bazylikę Sacré - Coeur – idealne miejsce do zadumy i obserwacji niesamowitej panoramy Paryża. Zerknął w stronę, gdzie przed piętnastoma minutami zniknęła Mary. Ruch o tej porze nie był zbyt wielki, więc zakup dwóch kaw nie powinien trwać tak długo. Mężczyzna wyjął telefon – żadnej wiadomości. Wstał i ruszył w stronę oświetlonej uliczki. Przeszedł kilka metrów, gdy usłyszał oddalone odgłosy szarpaniny. Zamarł. Jego serce zaczęło walić jak szalone. Nie Mary. Tylko nie Mary. Rzucił się biegiem w stronę dochodzących odgłosów i dotarł do zaciemnionego zaułku. Ujrzał dwójkę, na oko wyglądających na dwadzieścia parę lat, mężczyzn, a obok nich przerażoną kobietę. Gdy ujrzał, że po jej bladym, niewinnym policzku leci krew poczuł jak wzbiera się w nim gniew. Zacisnął dłonie w pięści i podbiegł do mężczyzn.
- Nie dotykaj jej! – wrzasnął i wymierzył ostry cios w tył głowy jednego z napastników. Tamten lekko się zatoczył, ale w tym momencie drugi obezwładnił blondyna i przyszpilił go do ziemi. Doktor poczuł mocne kopnięcie brzuch i jęknął cicho. Spojrzał na Mary, która krzyczała, żeby uciekał. Nie mógł. Nigdy w życiu, by jej nie zostawił. To, że pozwolił jej oddalić się samej na kilka minut do sklepu już wywołało u niego duże wyrzuty sumienia. Doktor uniknął kolejnego ciosu, przekręcił się i wstał. Uderzył mężczyznę w brodę, ale ktoś nagle chwycił go za ramiona. To drugi napastnik otrzeźwiał. John został przyduszony do ściany. Zauważył jak mężczyzna wyjął nóż i przyłożył mu go do gardła. Burknął do niego coś po francusku, gdy zza rogu wyłoniła się jakaś postać. Przez moment światło księżyca oświetliło ją i John ujrzał wysokiego mężczyznę. Był chudy, ale silny, co udowodnił, gdy wymierzył kilka krótkich, lecz niebywale mocnych ciosów w napastnika, który przedtem pobił blondyna. Doktor wykorzystał tę chwilę i powalił na ziemię drugiego mężczyznę. Gdy ten stracił przytomność John odwrócił się i ujrzał znikającą już postać ich wybawiciela. Nawet nie zdążył mu podziękować, a wiedział, że gdyby nie on nie udałoby mu się uratować kobiety. Prędko spojrzał w stronę swojej dziewczyny i natychmiast do niej podbiegł czując pulsujący ból w podbrzuszu. Mary siedziała na betonie skulona i próbująca opanować swoje przerażenie.
- Chryste, Mary, tak bardzo cię przepraszam – wyszeptał mężczyzna przytulając roztrzęsioną kobietę. – Skąd to masz? – spytał widząc przylepiony plaster do rany na policzku i trzymającą w jej ręce chusteczkę.
-T-tamten m-mężczyzna mi dał… John… John. –wyjąkała kobieta i ukryła twarz w dłoniach. – Zabierz mnie stąd, proszę.
Pocałował Mary w czubek głowy i zerknął jeszcze raz na plaster. Ten mężczyzna musiał być niezwykle szybki. Powalił na ziemię napastnika i jeszcze zdążył opatrzyć jego partnerkę. John był mu dozgonnie wdzięczny. Szkoda, że tak szybko uciekł. Zapewne bał się problemów w razie, gdyby na miejsce zdarzenia przyjechała policja.
Doktor pomógł swojej dziewczynie się podnieść i oboje jak najszybciej oddalili się od tego przeklętego zaułku. Dotarli do hotelu i doktor zaprowadził kobietę do pokoju. Pomógł jej zdjąć ubrudzone rzeczy i dokładnie obejrzał jej twarz. Zbliżył się, by oczyścić ranę i nagle zakręciło mu się w głowie. Poczuł go. Poczuł Sherlocka. Jego zapach. On tu był. On… Blondyn zamknął oczy. Musiał się uspokoić. To niemożliwe. Wydawało ci się. John wziął kilka wdechów. Musiał myśleć racjonalnie.
- Co się stało? – zapytała cicho blondynka, która wpatrywała się w niego ze zmarszczonymi brwiami.
Doktor przełknął ślinę.
- Mary, pamiętasz jak wyglądał ten mężczyzna, który cię opatrzył?
Blondynka zamyśliła się.
- Był wysoki i blady… I miał blond włosy.
- Blond? Jesteś pewna? Może źle spojrzałaś? Jesteś pewna, że blond?
Mary spojrzała z irytacją na doktora.
- Zostałam zaatakowana i prawie zgw… - przełknęła ślinę. – Prawie zgwałcona, John. Byłam przerażona. A ty myślisz, że siedziałam tam sobie i starałam się zapamiętać wygląd jakiegoś mężczyzny? – Głos jej się załamał i kobieta znów się rozpłakała.
Mężczyzna natychmiast objął ją i przytulił mocno do siebie.
- Przepraszam. Po prostu pomyślałem o kimś… O kimś, kto to mógł być. – szepnął doktor - Ale to już nie ważne. To nie był on. Nie mógł być.
Ponieważ zginął cholerne półtora roku temu.
John skierował ciepłe strumienie wody na swoją twarz. Zamknął oczy i wsłuchał się w otaczającą go ciszę. Wydarzenia ubiegłej nocy nadal świeżo tkwiły w jego pamięci. Gdyby nie spojrzał na zegarek, gdyby przyszedł trochę później… Mary mogłaby zostać pobita, zgwałcona, a nawet zamordowana. Leżałaby martwa w jednej z uliczek lub jej zimne ciało leżałoby porzucone w lesie. Blondyn wzdrygnął się i uderzył pięścią w ścianę. Najgorszą rzeczą w tym wszystkim było to, że przez moment, podczas wczorajszego zajścia, poczuł odrobinę adrenaliny, za którą tak diabelnie tęsknił. Mężczyzna nie potrafił przyznać się przed samym sobą, że mu się podobało. Na litość boską, jego dziewczyna była w niebezpieczeństwie, a on zachowywał się jak narcystyczny arogant myśląc o swoich zaspokojeniach. Jednak ta postać, która wyłoniła się niczym cień zza rogu i uratowała ich obu przed dwoma osiłkami, nadal nie dawała mu spokoju. I jeszcze ten zapach. Mógł przysiąc, że były to perfumy Jean Paul Gaultie, których używał jego przyjaciel. Wiele razy zostawiał je na umywalce, przez co John wielokrotnie trącał je i niemal zrzucał przez nieuwagę na podłogę. Dzięki temu zapamiętał ich unikatowy zapach, a także nazwę. Czy to możliwe, że istniały aż tak wielkie zbiegi okoliczności? Jeśli tak, czemu musiały być tak bolesne? Przez chwilę poczuł nadzieję na to, że jego przyjaciel wrócił, że Sherlock Holmes znów tutaj był. Że wrócił do niego. Sfrustrowany doktor zakręcił wodę. Wiedział, że jego myśli są niedorzeczne. Całe jego życie po śmierci Sherlocka należało do tej kategorii. Sam na własne oczy widział jak jego najlepszy przyjaciel popełnia samobójstwo. Słyszał przez telefon jego załamujący się głos, jego ostatnie słowa, po których nastąpił skok. John zamknął oczy. Poczuł wzbierające się pod powiekami łzy. Wiedział, że nie mógł się rozpłakać. Mary była bystra i od razu zauważyłaby, że coś jest nie tak.
- Kochanie, wszystko w porządku? - odezwała się nagle kobieta wchodząc do łazienki. – Jesteś już tutaj od czterdziestu minut.
Blondyn szybko otarł kąciki oczu i chrząknął.
- Chciałem rozgrzać trochę mięśnie brzucha po wczorajszej nocy. Tamten facet miał naprawdę niezły zasięg.
Owinął swoje ciało ręcznikiem i otworzył drzwi kabiny. Ujrzał zmartwioną twarz partnerki, więc uśmiechnął się do niej i pocałował w delikatną ranę tuż na łukiem brwiowym. Ona wyjęła z apteczki maść i delikatnie nasmarowała nią siniak zdobiący podbrzusze doktora.
- Mój bohaterze – mruknęła mu do ucha i złożyła pocałunek na jego szyi. Uniosła głowę i uśmiechnęła się zalotnie. Pocałowała go w usta delikatnie rozchylając jego wargi i wsuwając w nie swój język. John odwzajemnił pocałunek, ale nie do końca przekonany czy jest gotowy w tej chwili na seks. Przed oczami nadal widział rozbitą na chodniku głowę, wokoło pełno krwi, pusty wzrok przyjaciela…
- Mary, przepraszam, nie mogę – wypowiedział te słowa najdelikatniej jak mógł, ale wiedział, że zabrzmiało to żałośnie. Kobieta odsunęła się i spojrzała z wyrzutem na mężczyznę.
- Znowu o nim myślisz?
Zaskoczony blondyn uniósł brwi. Czyżby blondynka czytała mu w myślach?
- Widzę jak często leżysz w łóżku i nie śpisz, ponieważ coś cały czas zaprząta ci głowę. W twoich oczach jest wtedy tak wiele smutku – powiedziała cicho. – Nawet przez sen wypowiadasz jego imię.
Spuściła wzrok i odłożyła maść na umywalkę. Odwróciła się i odeszła w stronę drzwi.
- Mam nadzieję, że Sherlock Holmes nie zawładnął tak bardzo twoją głową i nadal pamiętasz o naszej kolacji w L'estrapade – rzuciła na odchodnym i wyszła z łazienki. John oparł się o umywalkę i westchnął. Wszystko co powiedziała kobieta było najszczerszą prawdą. Śnił o Sherlocku. O nowych sprawach, o nowych morderstwach i podekscytowanym z tego powodu detektywie. A czasem doktor siedział tylko w fotelu i słuchał monologu swojego przyjaciela. Co dziwne zawsze mówił on o Johnie. Jak podczas ich pierwszej jazdy taksówką, gdy to Sherlock wydedukował połowę jego życia. Jednak nie mógł nic na to poradzić. Nie potrafił usunąć tego ze swojego umysłu. Jego dysk twardy nie był tak unowocześniony jak przyjaciela. Nagle przyszła mu do głowy jedna myśl. Myśl, która sprawiła, że John wiedział iż będzie to jego najważniejsza i najlepsza decyzja w jego życiu. Prędko ubrał przygotowane wcześniej rzeczy i wyszedł z łazienki. Nie mógł popełnić błędu, który niemalże popełnił za życia Sherlocka. Nie mógł stracić Mary.
Jak to na dżentelmena przystało, John musiał sprawić, by jego kobieta poczuła najpiękniejszą damą na świecie. Chciał pokazać jej jak wiele dla niego znaczy. Wybrał jedyny stolik znajdujący się na dworze, z którego rozpościerał się widok na symbol Francji – więżę Eiffla. Gdy wraz z Mary dotarli do restauracji on wręczył jej bukiet czerwonych róż i pocałował ją czule w usta chcąc przeprosić ją tym za niezbyt dobrze rozpoczęty poranek. Odsunął dla niej krzesło i usiadł naprzeciwko. Do ich stolika podszedł sędziwy kelner w okularach pytając o zamówienie. Oboje poprosili o kotlet jagnięcy z faszerowanym pomidorem i butelkę czerwonego wina.
- Szystką? – zapytał piskliwym głosem kelner i spojrzał na Johna.
- Tak, wszystko, dziękuję – odparł tamten z uśmiechem słysząc jego akcent. Przez moment spostrzegł, że mężczyzna mu się przygląda, jednak, gdy spojrzał na niego, starzec odwrócił się i oddalił szurając nogami po podłodze. Mary położyła swoją dłoń na ręce blondyna i splotła z nim swoje palce.
- Przepraszam cię za dzisiejszy poranek – powiedział szczerze blondyn. Kobieta nie odpowiedziała, ale spojrzała na niego ze zrozumieniem. - I za wczorajszą noc także. To moja wina. Gdybym to ja poszedł po…
- John – przerwała mu Mary. – nie jesteś w żaden sposób winien temu co się stało. Nawet do niczego nie doszło. Uratowałeś mnie.
- Nie tylko ja – mruknął doktor – Nasz tajemniczy wybawiciel zmył się zanim nawet ujrzałem jego twarz.
- Ale to ty znalazłeś mnie pierwszy.
Nie odpowiedział. Spojrzał na rozciągający się przed nimi widok na miasto i oświetloną wieżę. Dotknął dłonią małej kieszonki w garniturze i zacisnął usta.
- Znów to robisz – odezwała się blondynka. – Znów masz ten wyraz twarzy.
Doktor wbił swój wzrok w kobietę.
- Nie potrafię nad tym zapanować, Mary. Po prostu… Ta wczorajsza noc nie daje mi spokoju. Ten ktoś… Jego sylwetka była taka podobna, a potem poczułem na tobie jego perfumy i…
- Uważasz, że tym kimś był Sherlock Holmes? – spytała kobieta z niedowierzaniem. – Co się z tobą dzieje? Twój przyjaciel odszedł – rzekła delikatnie. - Wiem jak trudno się z tym pogodzić, ale kiedyś musi nadejść ten czas. Okres niedowierzania powinieneś mieć już za sobą. – Mary cofnęła swoją dłoń. – Czasem odnoszę wrażenie, że mimo iż jego już nie ma to nadal ma w twoim sercu pierwsze miejsce. Jakby to on był najważniejszy. Jakby tylko on się liczył.
John zmarszczył brwi i spojrzał na nią zdziwiony. Wtedy zdał sobie sprawę, że nadszedł już ten czas. To był odpowiedni moment.
- Mary – Blondyn wstał zdecydowanie i podszedł do kobiety. – Nie chcę byś uważała, że znajdujesz się w moim życiu na drugim planie. Jesteś moim aniołem, który los zesłał mi w najgorszym momencie życia… - Uklęknął na jedno kolano i wyjął z kieszeni malutkie pudełko. – Mimo iż nasze pierwsze spotkanie nie należało do udanych to już wtedy moje serce wywinęło niezłe przewroty na twój widok. Kocham każdy dzień spędzony z tobą. Pokazałaś mi, że na tym świecie nawet najbardziej szare życie wypełnić można tysiącami najróżniejszych barw. – John otworzył pudełko. – Kocham każde twoje wypowiedziane słowo, każdy twój dotyk i każdy uśmiech, dzięki któremu staję się najszczęśliwszą osobą na świecie. Kocham cię jak wariat… - Uśmiechnął się delikatnie. - Mary Morstan, czy uczynisz mi ten honor i zostaniesz moją żoną?
Kobieta uśmiechnęła się, a z okrągłych, niebieskich oczu popłynęły łzy. Uniosła dłoń i przesunęła palcem po lśniącym w świetle paryskich lamp pierścionku, który wprost odebrał jej mowę. Uniosła głowę, by spojrzeć na partnera i powoli skinęła głową.
- Tak – wykrztusiła z siebie i pocałowała mężczyznę czule. On oddał pocałunek i ujął jej rękę wsuwając na palec srebrny pierścionek.
- Kocham cię – wyszeptała Mary przez łzy i spojrzała głęboko w oczy żołnierza. Do ich stołu podszedł kelner i położył na stole dania. Blondyn podziękował mu i ujrzał, że tamten puścił do niego oko. John uśmiechnął się z wdzięcznością. Musnął raz jeszcze usta kobiety i wstał, by nalać wino do kieliszków. Wiedział, że podjął najlepszą decyzję w swoim życiu. Pragnął przeżyć szczęśliwie swoje życie. A dokonać mógł tego tylko u boku Mary. Podał napełniony kieliszek blondynce i zauważył na stoliku pod jego daniem mały zwitek papieru. Chwycił go i rozwinął. Widniało na nim tylko jedno słowo. Szczęścia.
