Część ||| „Zaufać jeszcze raz."

Zmagamy się z tęsknotą za tymi, którzy tęsknić już nie mogą. Odeszli, zniknęli, zostawili nas na otaczającym nas oceanie wspomnień. Ci najbardziej wytrwali, z kruchą nadzieją, czekać będą na cud powrotu. Choćby cały świat negował naszą wiarę w to, my w duchu nigdy nie ustąpimy. Wciąż będziemy pragnęli powrotu – szczególnie tych, którzy zranili nas najbardziej, by zrozumieć dlaczego. Dlaczego rozdarli nasze serca? Dlaczego dopuścili, by zalęgła się w nich nić zwątpienia? Z czasem zaczynamy oszukiwać samych siebie. Spoglądamy w okno i oczekujemy powrotu utraconej osoby. Choć wiemy, że nikogo nie ujrzymy, w głębi serca czekamy na nią każdego dnia.


John skinął głową na powitanie kilku starszym pacjentkom zanim skierował się do recepcji. Jako lekarz i dyrektor swojej kliniki cieszył się dobrą opinią. Wiele razy jego pacjenci przynosili mu w podzięce drobne upominki. Zawsze uwielbiał te, które otrzymywał od dzieci. Przeważnie były to najróżniejsze rysunki, które zawsze sprawiały, że choć niewiadomo jak ciężki dzień miał przed sobą na jego twarzy zawsze pojawiał się szeroki uśmiech. Cieszył się, że jego życie nie stało w martwym punkcie tylko ruszyło do przodu.

Doktor odłożył kartoteki w recepcji, gdy w jego kieszeni zawibrował telefon. Wyjął go i przeczytał wiadomość.

Wyjdź, gdy będziesz gotowy. Czekam pod kliniką. MH

Uniósł brwi w zdumieniu. Schował telefon i założył kurtkę. Nie miał pojęcia, czego mógł chcieć od niego Mycroft. Nie miał z nim kontaktu przez ponad dwa lata. Odkąd poznał Mary, starszy Holmes zniknął z życia mężczyzny, co bardzo mu odpowiadało. Nie miał ochoty znów spotkać się z tym zapyziałym facetem. Choć mijał już prawie trzeci rok od śmierci Sherlocka John nadal nie potrafił wybaczyć mu błędu, który popełnił. To on był winny śmierci jego przyjaciela. To przez niego świat uważał detektywa za oszusta i podejrzewał o uprowadzenie dwójki dzieci.

Lekarz wyszedł z budynku i zaśmiał się z ironią na widok czarnej limuzyny zaparkowanej po drugiej stronie ulicy. Z pojazdu wysiadł wysoki mężczyzna. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który sprawił, że John poczuł ciarki na plecach. Przemknęło mu przez myśl, że ten facet musi wyglądać okropnie, gdy śmieje głośno. To tak jakby leniwiec nagle zerwał się z drzewa i zaczął biegać w kółko jak szalony.

- John – powiedział na powitanie mężczyzna ściskając wyciągniętą dłoń blondyna.

- Mycroft.

Holmes cofnął się o kilka kroków i bacznie obejrzał doktora od stóp do głów.

- Jak widzę miłość ci służy.

- A tobie chwalenie się wysoką sumą pieniędzy na koncie jeszcze się nie znudziło.

Mycroft uniósł kąciki ust. Poprawił swój kołnierz przy płaszczu, co sprawiło, że John zacisnął pięści i odwrócił wzrok. Przez ułamek sekundy wszystko znów powróciło. Blondyn wziął głęboki wdech i chrząknął.

- Czego ode mnie chcesz? – spytał chłodno wbijając wzrok w mężczyznę.

- Proponuję mały spacer, John.

Brunet ruszył do przodu nie bacząc na protesty doktora, który z frustracją uległ mu i przeklinając jego osobę podążył w znacznej odległości za mężczyzną.

- Po co te nerwy? – spytał Mycroft. – Złość piękności szkodzi.

John zacisnął zęby i spojrzał na niego ze złością.

- Nie mam dużo czasu, jestem już umówiony. Mów co chcesz i kończmy to… spotkanie.

- Mnie także czas goni. Kto by pomyślał, że perspektywa finansowa wywoła tyle sporów wśród władz Unii Europejskiej? – pomyślał na głos brunet i spojrzał na lekarza. – Przeglądałeś ostatnio gazety?

- Tak, prenumeruję wszystkie numery „Vogue" – warknął tamten kopiąc czubkiem buta leżący na chodniku kamyk.

- Czyżbym wyzwalał w tobie oznaki agresji?

Blondyn westchnął i włożył ręce do kieszeni.

- Oprócz tego, że gdy cię widzę i mam ochotę stłuc twoją twarz na kwaśne jabłko nie zauważyłem innych symptomów.

Brunet pokiwał głową z delikatnym uśmiechem.

- Na łamach Timesa oczyszczono imię mojego brata. Możesz dodać ten najnowszy artykuł do swojej kolekcji. Oprócz tego do pracy przywrócono inspektora Lestrada.

Doktor spojrzał z zaskoczeniem na mężczyznę. Ucieszył się na wieść, że policjant wrócił do pracy. Po odejściu Sherlocka wyższe władze dowiedziały się o współpracy ze słynnym detektywem i zwolniły większość pracowników, którzy pracowali w Scotland Yardzie. W największych kłopotach znalazł się Lestrade, ponieważ to przez niego korzystano z pomocy Sherlocka Holmesa.

- Myślałem, że sąd zawyrokuje inaczej – odezwał się John. – Dziwne, że nie wydali mu zakazu wykonywania zawodu.

- Podjęli taką decyzję, aczkolwiek wysłałem kilku prawników w jego obronie, by złagodzili karę.

Lekarz zmarszczył brwi.

- Po co miałbyś to robić?

- A po co ludzie robią jakiekolwiek rzeczy, John? Dlaczego w tej szarej kwinte…

- O, proszę cię – żachnął doktor. – Nie wyjeżdżaj mi tu teraz z takimi życiowymi tekstami. Pytam wprost i oczekuję od ciebie prostej odpowiedzi. Po co pomogłeś Gregowi? Niby jaki ty miałbyś w tym cel?

Mycroft popatrzył na niego. Czyżby John zauważył w jego oczach smutek?

- Z wiadomych mi źródeł wiadomo iż ten mężczyzna należał do kręgu mojego brata.

Blondyn nie odpowiedział. Zatem starszy Holmes chciał zrekompensować się za swój błąd. Żałosne, co poczucie winy robi z człowiekiem, przemknęło doktorowi przez myśl.

Brunet przystanął i westchnął. Spojrzał na zegarek i wysłał do kogoś wiadomość poczym schował telefon do kieszeni.

- Wybacz, premierzy nie lubią czekać – rzucił z uśmiechem, na co John jedynie prychnął. – Jest jeszcze jedna rzecz. Wasza była gospodyni, pani Hudson, wróciła wczoraj ze szpitala.

John wybałuszył oczy.

- Co? Dlaczego? Co się stało? Dlaczego nikt mnie nie powiadomił?

- Być może dlatego, że ostatnimi czasy nie jesteś szczególnie dostępny – odparł beznamiętnie Holmes. – Och, nie przejmuj się. Pogoń za pracą jest rutyną w dzisiejszych czasach. Czasem tak wielką, że zapominamy o otaczających nas ludziach, ponieważ jesteśmy zbyt pochłonięci naszymi biznesami.

- Ja nie zapominam o najbliższych mi ludziach – rzekł chłodno blondyn, ponieważ obecność mężczyzny zaczęła mu grać na nerwach.

- Gdyby tak było wiadomość o powrocie twojej gospodyni tak bardzo by cię nie zaskoczyła.

John odwrócił twarz w stronę polityka.

- Chcesz ode mnie coś jeszcze?

Tamten popatrzył spod przymrużonych powiek na doktora.

- Myślę, że na tym możemy zakończyć naszą rozmowę. Pozdrów ode mnie przyszłą panią Watson.

- Zaraz skąd… - Doktora nagle olśniło i uderzył się otwartą dłonią w czoło. – To byłeś ty. To ty podłożyłeś tą kartkę w restauracji!

Mycroft zmarszczył brwi, by po chwili wolno pokiwać głową ze zrozumieniem.

- Polityka zagraniczna wymagała kilku rozmów z francuską partią polityczną. Skorzystałem z okazji i zajrzałem w tamtejszy monitoring.

- Mam dosyć twojego śledzenia mnie na każdym kroku, Mycroft! – zdenerwował się John. – Moje życie powinno przestać cię interesować w momencie śmier… - Zacisnął usta. – Od momentu, gdy Sherlock odszedł nie masz prawa ingerować w moje prywatne sprawy.

- Przypominam, że panna Morstan była moją pracownicą.

- A teraz jest moją narzeczoną – odciął się blondyn. – Konwersacja skończona. Do nie zobaczenia.

John odwrócił się na pięcie i prędko odmaszerował w stronę parkingu. Dotarł do swojego samochodu, jednak nie wsiadł do środka. Schował kluczyki do kieszeni i zawrócił. Wyszedł na główną drogę i z dziwnym uciskiem w żołądku ruszył do przodu. Nie mógł zostawić pani Hudson.


Doktor przełknął nerwowo ślinę, gdy ujrzał tabliczkę z napisem Baker Street. Z wielkim trudem wszedł na schodki i zastukał kołatką. Jego serce waliło jak szalone. Zacisnął spocone dłonie w pięści i wziął głęboki w dech, gdy usłyszał zbliżające się kroki. Usłyszał przekręcenie zamka i ujrzał w drzwiach bladą twarz byłej gospodyni. Wyglądała na zmęczoną i mocno czymś przejętą. Gdy zobaczyła przed sobą Johna uśmiechnęła się szeroko i klasnęła w dłonie. Jej twarz rozświetlił uśmiech, a drobne ręce objęły blondyna.

- John, mój drogi! – zaszczebiotała mu do ucha i pocałowała w policzek. W tym momencie doktor poczuł jak nogi się pod nim uginają, a on w ostatniej chwili chwyta się framugi drzwi. Starsza kobieta zaprowadziła go ostrożnie do swojego mieszkania, jednak to tylko pogorszyło sprawę. Widok ich starego domu i zapach spowodowały, że blondyn ledwie mógł złapać oddech.

- P-przep-praszam… Ja nie p-powienienem… Za wcześnie… Przyszedłem za wcześnie… - mamrotał do siebie półświadomie.

- Spokojnie, kochanieńki. Usiądź tutaj i złap trochę oddechu – poradziła gospodyni i wstawiła w czajniku wodę. – Do czego to doszło, John, żeby stara kobieta po powrocie ze szpitala musiała jeszcze dźwigać takiego starego pryka jak ty?

Mężczyzna uniósł lekko kąciki ust. Wziął kilka głębokich wdechów i poczuł się jak ostatni idiota. Ta starsza kobieta przeszła zawał, a on na widok jego starego mieszkania niemalże zemdlał na jej oczach. Czasami naprawdę nie wierzył, że kilkanaście lat temu najechał Afganistan. Wstał i zdołał utrzymać równowagę. Lekko chwiejnym krokiem dotarł do kuchni i usiadł na jednym z wolnych krzeseł.

- Przepraszam – rzekł i potarł dłonią zmęczoną twarz.

- Nie masz za co przepraszać, mój drogi. Nawet jeśli myślimy, że znamy nasze własne ciało ono w pewnym momencie potrafi nas nieźle zaskoczyć, a nawet sprzeniewierzyć się.

Doktor skinął głową i dopiero teraz poczuł jak bardzo jego serce za tym wszystkim tęskniło. Tak strasznie korciło go, by zajrzeć do mieszkania na górnym piętrze, jednak wiedział, że wtedy wszystkie wspomnienia powrócą na nowo.

Gospodyni położyła na stole filiżankę herbaty i uśmiechnęła się czule do Johna.

- Cóż to za dziwny zbieg okoliczności… - mruknęła bardziej do siebie niż doktora. – Zanim zabierzesz się za picie herbaty zajrzyj do łazienki.

Zaskoczony uniósł brwi.

- Dwie godziny temu odwiedziła mnie twoja narzeczona – wyjaśniła mu pani Hudson wzdychając. – Nie wiem, co się stało. Powiedziała, że przyszła mnie odwiedzić, ponieważ dowiedziała się, że wróciłam ze szpitala.

- Pewnie Mycroft ją powiadomił – wtrącił posępnie John.

- Widziałam po jej twarzy, że coś jest nie tak, ale nie chciała mi nic powiedzieć. Potem zamknęła się w łazience i dotąd nie wyszła – powiedziała zmartwiona kobieta i dotknęła ramienia doktora. – Proszę, kochanieńki, sprawdź czy wszystko z nią w porządku.

Lekarz natychmiast podniósł się z siedzenia i skierował w stronę łazienki. Przystanął i rozejrzał się dookoła. Mieszkanie nic się nie zmieniło.

- Mary? Wszystko w porządku? – spytał pukając cicho do drzwi.

Nikt nie odpowiedział. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Ujrzał siedzącą na podłodze blondynkę, która opierając głowę na kolanach łkała cicho.

- Jezu, Mary, co się stało? – zapytał kucając obok kobiety. – To Mycroft? Powiedział ci coś? Obiecuję, że urwę mu łeb, jeśli tak.

Blondynka pokiwała jedynie głową i spojrzała zaczerwienionymi oczami na mężczyznę. Chwyciła obie jego dłonie i spojrzała mu w oczy.

- Jestem w ciąży.

Na początku słowa ledwo do niego dotarły, odbijały się tylko echem w jego głowie. Powoli ścisnął dłonie narzeczonej i uśmiechnął się do niej. W tej chwili sobie uświadomił. Uświadomił, że będzie ojcem. Ta wieść sprawiła, że zaczął się śmiać. W jednej chwili poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Przytulił do siebie kobietę i pocałował w głowę. Czuł, że trzymał w ramionach cały swój świat.


John ukucnął i położył za ziemi bukiet kwiatów. Przyjrzał się z głębokim smutkiem złotym literom na płycie nagrobowej - Sherlock Holmes. Westchnął cicho i uklęknął na dwa kolana.

- To już trzy lata, przyjacielu – szepnął – Wiesz… Czas płynie zbyt szybko. Jeszcze niedawno dzieliliśmy razem mieszkanie, pamiętasz? Czy może wykasowałeś to ze swojego twardego dysku? – Blondyn uśmiechnął się ponuro. – Tak wiele rzeczy uległo zmianom… Za sześć miesięcy będę ojcem. JA, ojcem. Czy ty to słyszysz, Sherlock? Za trzy tygodnie biorę z Mary ślub. To wspaniała kobieta. Nie wierzę, że to mówię, ale… jestem wdzięczny twojemu bratu. To on zesłał ją do mojego życia. Mój jedyny powód do teraźniejszej egzystencji. – John rozejrzał się dookoła i westchnął. – Brakuje mi ciebie. Nadal tęsknię do naszych przygód, wiesz? Za małym skokiem adrenaliny w żyłach. Tak wiele ci zawdzięczam.

Nagle coś trzasnęło. Tuż za nim. John pomyślał, że to jakieś zwierzę, więc nie odwrócił głowy. Zaraz potem usłyszał zbliżające się kroki i nagle zasłonił go cień osoby, która stanęła za nim. Nie poruszył się. Rzadko kto odwiedzał grób Sherlocka. Ostrożnie zerknął za siebie jednak obcy stał do niego tyłem. Doktor podniósł się z ziemi i spojrzał na wysoką posturę mężczyzny. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie należał on do przeciętnie zarabiających ludzi. Spodnie choć prostego kroju należały do jednej z lepszych marek, a świadczył o tym specjalny firmowy znak na prawej nogawce. Czarną koszulę rozpoznał od razu, ponieważ Sherlock zawsze ubierał się w rzeczy produkowane w tej firmie. Kroczoczarne, kręcone włosy mężczyzny powiewały lekko na wietrze.

- Przepraszam, ale chyba pan pomylił groby – odezwał się w końcu doktor.

Mężczyzna prychnął i zdjął z nosa okulary.

- Ja nigdy się nie mylę, John – odpowiedział niskim głosem i odwrócił się.

Lekarz poczuł, że traci grunt pod nogami. Upadł z powrotem na kolana i zaczął głęboko oddychać. Świat wokół zaczął niebezpiecznie wirować, więc zamknął oczy. To niemożliwe. Widziałeś go. Widziałeś jak skacze. Widziałeś jego zwłoki. Nie oddychał. Nie żył. Może się pomylił? Może to jakiś cholerny żart? Może się przewidział?

Nie. Może i jego wzrok zaczął szwankować z wiekiem, aczkolwiek głos, jego głos, rozpoznałby wszędzie. Przed nim stał umarły trzy lata temu Sherlock Holmes. Blondyn poczuł jak ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu.

- John, wszystko w porządku. Oddychaj. To pierwsza faza szoku. Jesteś w stanie oszołomienia. Powinno minąć za parę minut. Mam nadzieję, że nie pojawi się u ciebie zaburzenie emocjonalne lub psychoruchowe - mruknął detektyw i wstał. - Och, pamiętaj, żeby się nie kłaść, bo wtedy nastąpi kolejna faza przejściowa, a nie wziąłem chusteczki, gdybyś się zaczął ślinić pod wpływem zaburzeń, które mogłyby nastąpić w twoim organ…

Sherlock nie dokończył, ponieważ poczuł silne uderzenie w nos, które spowodowało, że jego głowa przekręciła się w prawą stronę, a ciało zatoczyło do tyłu. John nie baczył na pulsujący ból w ręce tylko pchnął detektywa na ziemię i przygniótł jego klatkę piersiową jednym kolanem.

- Trzy lata! Trzy cholernie długie lata! – wydarł się prosto w jego twarz. Chwycił go za koszulę i przymierzył do jeszcze jednego ciosu, ale zobaczył, że z nosa mężczyzny zaczyna lecieć krew, więc zacisnął zęby i powstrzymał się. Spojrzał na wystraszony i oszołomiony wzrok przyjaciela. Nagle tyle pytań pojawiło się w jego głowie. Jak przeżył? Dlaczego go okłamał? Gdzie uciekł? Czemu nie powiedział mu prawdy? Dlaczego go zostawił?

John poczuł wzbierające się pod powiekami łzy, które prędko stłumił. Siłą chwycił rękę detektywa i podwinął mu rękaw koszuli. Dwoma palcami dotknął jego nadgarstka. Wyczuł puls. Przyspieszony. Puścił go i wstał. Oddalił się kawałek i zasłonił dłonią oczy. Nie mógł już dłużej tłumić w sobie płaczu. Poczuł jak po jego policzkach popłynęły łzy, a z ust wyrwał szloch. Wiedział, że brunet bacznie go obserwuje, ale miał to gdzieś. Kazał mu czekać. Kazał mu trwać. Przez trzy lata. Słaniał się po świecie, niczym zmora, myśląc, że jego najlepszy przyjaciel nie żyje. A po tylu latach stoi tuż za nim, jak gdyby nigdy nic. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nigdy nie skoczył. Jakby nigdy go nie zranił. Blondyn odwrócił się i spojrzał załzawionym wzrokiem na detektywa, który podniósł się z ziemi i stał teraz w bezpiecznej odległości od niego. Spojrzał na krwawiącą twarz i zacisnął usta.

- Dlaczego? – zapytał zachrypniętym głosem i zbliżył się do mężczyzny, na co tamten cofnął się jak oparzony.

- Nie zbliżaj się jeśli znów masz zamiar wykazać się swoim prawym sierpowym – ostrzegł go Sherlock.

Doktor nie posłuchał go tylko podszedł do przyjaciela. Nadal nie mógł uwierzyć, że on wrócił, że on stoi tuż przed nim, że pozostał żywy. Poczuł kolejne łzy na swoim policzku. Uniósł ręce, wspiął się na palce i delikatnie objął Sherlocka. Jego osoba, jego zapach, jego bycie – wszystko to spowodowało, że poczuł się jakby wrócił do domu. Jakby na to czekał przez te trzy lata.

- John… - odezwał się cicho detektyw.

Lekarz poczuł jak jego przyjaciel nieśmiało kładzie ręce na jego plecach. Wiedział, że tamten nie miał pojęcia jak ma się zachować i walczył, by się nie odsunąć, dlatego John wziął głęboki wdech i zwolnił uścisk. Zdał sobie sprawę, że cały ten czas Sherlock wstrzymywał oddech.

- Oddychaj, idioto – rzekł do niego i cofnął się.

Brunet wypuścił powietrze z ust i spojrzał skonfundowany na przyjaciela. Rękawem koszuli otarł twarz.

- Tego się nie spodziewałem – mruknął zerkając na Johna.

- Ja także nie spodziewałem się, że okażesz się drugim Jezusem – odciął się tamten i skrzyżował ramiona na piersi.

Detektyw skrzywił się, gdy dotknął miejsca, w które uderzył go przyjaciel.

- Co to w ogóle było? Mówiłem, żebyś się uspokoił. Ta faza była przejściowa – warknął nadal walcząc z krwotokiem.

- Och, to były zaburzenia emocjonalne lub raczej psychoruchowe, które jednak się u mnie pojawiły.

Brunet zerknął na doktora i uśmiechnął się lekko.

- Trzy lata, Sherlock – odezwał się zbolałym głosem John. – Słyszałem jak płaczesz. Pożegnałeś się ze mną każąc mi wierzyć w te wszystkie steki kłamstw! Kazałeś mi uwierzyć w pierdolonego Richarda Brooke'a!

- John, to nie jest dobre miejsce na tą rozmowę…

- Mam w dupie, czy nas ktoś usłyszy czy nie! Mam dosyć kłamstw, rozumiesz? Żyłem w nim przez te ostatnie lata i wiesz co? Gardzę nim – warknął przez zęby doktor. – Myślałeś, że tak po prostu ci uwierzę? Że ot tak zapomnę o wszystkim? Nie masz pojęcia przez co przechodziłem! To nawet nie było życie! To było jak słanianie się po tym cholernie pustym i samotnym świecie. Niby miałem ludzi wokół siebie, ale ich nie czułem. Nie czułem nic. Byłem wrakiem człowieka. – John wziął kilka wdechów. – Wtedy poznałem Mary. Dzięki niej powróciłem do życia. Dała mi coś co ty pozwoliłeś sobie wziąć. – Blondyn spojrzał prosto w oczy Sherlocka. – Dała mi wiarę. Wiedziałem, że mam osobę, dla której mogłem żyć i nie musiałem bać się straty.

Detektyw przełknął ślinę i zbliżył się do przyjaciela.

- Przepraszam, John.

Doktor roześmiał się.

- Proszę cię, nawet nie próbuj. – Uniósł obie dłonie i pokiwał głową. – Ty wcale nie masz tego na myśli. Ty nie przepraszasz. Chcesz tylko mnie z powrotem, by twoje życie nie stało się znowuż nudne.

- Zrozum, musiałem to zrobić. Musiałem! – syknął Sherlock i chwycił Johna za ramiona. – Pomyśl choć przez chwilę. Naprawdę uważasz, że zrobiłbym coś takiego specjalnie?

- Podobno socjopaci są zdolni do wszystkiego.

Brunet westchnął z irytacją.

- Wysil swoje szare komórki, John. Pomyśl!

Blondyn wpatrywał się w zdesperowany wzrok przyjaciela i po chwili wyrwał się z objęć.

- Nie muszę, a nawet nie chcę. Mam dosyć takich zgadywanek – rzekł chłodno i odwrócił się.

- Dokąd idziesz? Chciałeś wyjaśnień. Możemy pójść do pewnej restauracji, jeśli jesteś głodny.

John zaśmiał się z ironią i odwrócił głowę.

- Wracam do domu. Do mojej przyszłej żony i dziecka. Mam teraz nowe życie – oświadczył John.

- Chciałeś wyjaśnień – powtórzył z naciskiem detektyw i spojrzał na niego z zawodem.

- Jak na razie to potrzebuję ochłonąć. A ty rób ze sobą co ci się żywnie podoba. Z tego co wiem Baker Street stoi dla ciebie otworem. Tylko nie doprowadź pani Hudson do zawału, ponieważ niedawno wróciła ze szpitala.

Po tych słowach lekarz odwrócił się i odmaszerował. Nie chciał tego robić, ale wiedział, że tym razem Sherlock nie może wygrać. Musiał wiedzieć, że nie jest pępkiem świata i, że w świecie Johna pojawiła się osoba, która jest dla niego równie ważna. Widział w oczach przyjaciela ten sam ból, który on także odczuwał. Nie miał pojęcia, czy będzie w stanie wybaczyć mu to, co zrobił. Oszukał go. Zranił. Zostawił. Czas leczy rany, ale nie pozwala zapomnieć o tym co było.