I dont own Harry Potter and this story belongs to Danae3 !

Za zbetowanie dziękuję mocno Evelyn z Rivendell!

Rozdział 2

Okropną męką jest obudzić się i nie czuć nic poza bólem w tych paru, wydawałoby się, niekończących się sekundach, kiedy umysł próbuje wrócić do stanu świadomości. Niespodziewanie, najbardziej spokojne sny przybierają straszliwy obrót, stając się koszmarami. Wtedy nie dryfujemy. My spadamy. A nasze ciało desperacko próbuje obudzić się, by uniknąć czekającej na niego śmierci.

Dokładnie w takim stanie obudził się Harry. Bezradnie spadał w bezkresną przepaść, nim gwałtownie wylądował na łóżku. Jego oczy były szeroko otwarte i przez chwilę zastanawiał się, czy aby ciągle nie śni. Sięgnął po okulary, tracąc oddech, gdy ból przeszył jego rękę. Z całą pewnością nie był to sen.

Chłopiec podniósł się obejmując swoją prawą rękę lewą i obrócił się na bok, by móc dosięgnąć okularów. Wiedział, co zobaczy, zanim jeszcze je założył.

Jego przedramię było opuchnięte wystarczająco mocno, by mogło boleć. Jednak to nadgarstek i dłoń go martwiły. Nadgarstek spuchł do podwójnych rozmiarów i przez noc nabrał fioletowo-szarego odcienia. Spuchły również dłoń i palce, na tyle mocno, iż nie mógł ścisnąć dłoni w pięść, jedynie zdołał lekko zgiąć. Jego mały i serdeczny palec były intensywnie fioletowe.

Harry dotknął ostrożnie opuchnięte miejsca. Czuł jedynie ból, który przenikał całe jego ramię. Odetchnął krótko, zanim mocno zagryzł dolną wargę, starając się powstrzymać krzyk. Wiedział, że będzie musiał sobie poradzić zwykłymi mugolskimi sposobami, bez żadnej magicznej pomocy. Wyślizgnął więc się z łóżka i zakradł na dół, by wziąć trochę lodu na swoją rękę.

Niestety, cała rodzina Dursleyów zgromadziła się już w kuchni. Przeszedł obok nich w stronę lodówki, modląc się, by nikt go nie zauważył.

- Co ty niby robisz? - usłyszał, gdy otwierał drzwiczki zamrażarki. Wuj Vernon surowo wpatrywał się w niego znad gazety.

- Ja…Mój nadgarstek jest spuchnięty. Potrzebuję trochę lodu.

- A w jaki sposób zraniłeś swój nadgarstek? - niewinnie spytał się Dudley.

Harry przeszył wzrokiem Dudleya, po czym popatrzył znacząco na swojego wuja.

- Zraniłem się, wychodząc wczoraj z samochodu – wymamrotał, zaciskając zęby.

Ciotka Petunia chwyciła gwałtownie jego spuchniętą rękę, wywołując okrzyk bólu z ust Harryego, i zerknęła na ramię.

- Przestań się mazgaić. Nie jest aż tak źle. - Włożyła mu łopatkę do lewej dłoni. - Skończ smażyć jajka. I uważaj, nie spal ich. - Zbliżyła się do Dudleya i objęła ramionami jego potężne bary. - Dziś jest pierwszy dzień powrotu Dudziaczka do domu i chcę, żeby był wyjątkowy. - Dudley najpierw uśmiechnął się anielsko do matki, potem szyderczo do Harryego.

Harry westchnął i odwrócił się do kuchenki. Nie mógł złapać łopatki prawą ręką (bolała wystarczająco nawet bez dotykania), więc był zmuszony do mieszania lewą. Rozmieszał jajka niezręcznie wokół patelni, rozpryskując je na kuchence raz czy dwa. Papierowym ręcznikiem wytarł ukradkiem plamy, po czym, nie zdoławszy podnieś patelni i podać jajek, wziął talerz ze stołu, położył na tafli kuchenki i wypełnił go jedzeniem.
Z chwilą, kiedy przenosił pojedynczo talerze z powrotem na stół, poranne wydarzenia przybrały zły obrót.

Gdy Harry stawiał zapełniony talerz Dudleya, kuzyn niespodziewanie kopnął jego krzesło, tym samym uderzając opuchniętą rękę Harryego, którą ten trzymał blisko klatki piersiowej. Harry wrzasnął, upuszczając talerz na stół i łapiąc się za zranioną dłoń. Porcelana uderzyła o brzeg stołu i roztrzaskała na parkiecie, rozrzucając kawałki jajek i bekonu po czystej podłodze.

- Patrz, co narobiłeś, ty idioto! - krzyknął wuj Vernon, trzepiąc Harryego po głowie tak mocno, że zrzucił mu okulary.

Harry stał, próbując złapać powietrze i mrugał intensywnie, by pozbyć się białych plam, wirujących mu przed oczami.

- Moje okulary - wykrztusił, szukając wzrokiem ich zarysu na podłodze.

TRACH!

- Tutaj są, Harry. - oświadczył Dudley, upuszczając skrzywione oprawki oraz szkła w ręce chłopaka. Harry przyłożył je do twarzy, ale nie chciały nawet na niej pozostać. Włosy na karku zjeżyły mu się ze złości.

- Stłukłeś mi okulary! - Harry wrzasnął na swojego otyłego kuzyna. - Stłukłeś je celowo!

- Nie krzycz na Dudleya! - Wuj Vernon ryknął.

- Ty tłusty wieprzu! - Harry ciągnął, nie mogąc powstrzymać słów wylatujących z jego ust. - Ty gruby, bezmózgi mugolu - Waza na stole roztrzaskała się.

- HARRY!

- Ty przebrzydły przygłupie!

- WYSTARCZY! - ryknął Vernon, uderzając Harryego mocno w bok głowy. Chłopak upadł na podłogę, waląc głową o stół. W uszach mu dzwoniło, twarz paliła. Gdy się odwrócił i spojrzał w górę, zobaczył wiszący nad nim buraczany łeb wuja Vernona. Ten chwycił chłopca za kołnierz i wywlekając z pokoju, warknął na Petunię i Dudleya, by zostali tam, gdzie są.

Harry zmagał się z uściskiem swojego wuja, walcząc o łyk powietrza, pomimo wżynającej mu się w szyję koszuli. Vernon uwolnił go dopiero wtedy, gdy z powrotem znaleźli się w pokoju chłopaka. Zamknął drzwi za sobą i odwrócił swoją twarz do siostrzeńca leżącego w rozgardiaszu na podłodze, łapiącego z trudem powietrze i masującego swoją szyję,

-Jak śmiesz grozić mojej rodzinie - powiedział przerażająco spokojnym głosem. -- Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem, od kiedy twoim rodzice umarli: przygarnąłem cię, karmiłem i ubierałem. I jak mi się odwdzięczasz? Grożąc mojemu synowi!?

- Nie groziłem mu! - wrzasnął Harry.

- Więc teraz nazywasz mnie kłamcą, tak?

- Nie, sir - ciągle siedząc Harry odsuwał się od Vernona nogami aż jego plecy dotknęły łóżka. Jednak wciąż znajdował się niewystarczająco daleko. Masywna łapa Dursleya owinęła się wokół szyi chłopca, na tyle mocno, by utrudnić mu oddychanie, nie pozbawiając go powietrza. Jego wielka twarz była parę cali od twarzy Harryego.

- W tej chwili mógłbym zacisnąć i zakończyć twoje nędzne, nic nie warte życie.

- I wielu wielkich czarodziei ścigałoby cię, żebyś za to odpowiedział - odpowiedział Harry, próbując powstrzymać strach wkradający się do jego głosu.

- Dlaczego? Ponieważ jesteś cholernym Harrym Potterem? - Ręka zacisnęła się.

- Nie. Ponieważ byłbyś mordercą. - Ręka poluzowała uścisk. Harry odetchnął głęboko, próbując uzupełnić tlen w płucach i upadł, krztusząc się. Schował twarz w zgięciu lewej ręki, kiedy wił się w skurczach, próbując wciągnąć więcej powietrza.

- Myślisz że jesteś od nas lepszy, co nie? - Vernon ciągnął. -Ponieważ jesteś małym dziwadłem, które macha dookoła patykiem i sprawia, że rzeczy się zdarzają. Myślisz, że możesz robić wszystko, co ci się podoba, gdy jesteś w tym domu. - Nadepnął mocno obcasem na prawą rękę Harryego, przenosząc w to miejsce cały ciężar swojego ciała. - Nie możesz używać magii, jeśli nie możesz trzymać różdżki!

Harry nie słyszał ostatniego okrzyku. Jego mózg był przepełniony białymi błyskami straszliwego bólu.

- Wstawaj, chłopcze! - ryknął jego wuj. Mimo iż chciał, Harry nie mógł się ruszyć. Vernon wymierzył szybki kopniak w żebra młodego czarodzieja – Powiedziałem: wstawaj! - Kolejny silny kopniak wylądował na jego plecach. - Wstań, chłopcze! - Chwycił tył koszulki Harryego i podniósł go na nogi. Chłopak wywrócił się do tyłu, nie mogąc ustać o własnych siłach.

Myśli miał niejasne. Ręce szukały jakiejkolwiek podpory mogącej go utrzymać. Jego trzęsące się nogi zrobiły krok ku drzwiom, nim pięść wuja Vernona zderzyła się z jego twarzą. Harry znowu upadł na podłogę, kaszląc mocno i plując krwią. Czuł się, jakby tonął.

- Znowu chcesz uciec? - Czy on rzeczywiście tonął? Głos zdawał się dochodzić z wielkiej odległości. Harry znów próbował się podnieść, by stawić czoło swojemu napastnikowi, którym był jego wuj. Ciemność zaczynała go pogrążać. - Chcesz być zdany na własne siły? Proszę bardzo. Ale tym razem nie wracaj! - Chwycił tył koszulki Harryego, wywlekając go z pokoju i w dół korytarza. Zatrzymując się na szczycie schodów, po raz ostatni zwrócił się do chłopaka. - Wynocha z mojego domu! - ryknął, spychając go z najwyższego stopnia schodów.

Nieważkość owładnęła Harryego, zanim usłyszał krzyczącą kobietę. Przez chwilę myślał, że to jego matka. Wtedy jego ciało obróciło się w powietrzu i zobaczył pędzące na niego schody. Więcej już nie myślał.