I dont own Harry Potter and this story belongs to Danae3 !

Za zbetowanie dziękuję mocno Evelyn z Rivendell!

Rozdział 6

By nie skłamać, pani Weasley nie była pod wrażeniem pomysłowości bliźniaków stworzenia Uszu Dalekiego Zasięgu. Prawdę mówiąc, była oburzona. W ramach kary Fred i George musieli bez pomocy magii wypolerować marmurowe posadzki salonu. Ginny z Hermioną wymknęły się na dół, by pomóc im w ramach podziękowania za nie wydanie reszty podsłuchiwaczy. Nie, żeby tego żałowały. Pozwoliło im to być bliżej zebrania, dzięki czemu wiedziały, że trwało jeszcze kolejne trzydzieści minut, nim cała grupa rozeszła się i opuściła dom. Wszyscy, oprócz pani Weasley i Syriusza. Wiedzieli, że pani Weasley tu jest, bo przyszła sprawdzić jak idzie chłopcom (Hermiona i Ginny się wtedy schowały). Z głównego korytarza było zaś słychać Syriusza kłócącego się (ku rozpaczy wszystkim budząc tym panią Black) z Dumbledorem, że powinien być dopuszczony do poszukiwań. Ach, a więc szukali ciała Harryego.

Praca była dobra, odsuwała myśli wszystkich od usłyszanych wiadomości, dała im powód, by zachować milczenie wśród reszty.

Harry umarł.

Zamordowany.

Te słowa kłębiły się w umyśle Hermiony godziny później, gdy nie będąc w stanie zasnąć leżała w swoim łóżku. Ginny płakała, nim zasnęła z wyczerpania jakiś czas temu, ale Hermiona nie odnalazła w śnie pocieszenia. Wylała swój przydział łez, słuchając Ginny i próbując pocieszyć ją, choć w głębi duszy sama próbowała odnaleźć nadzieję.

Harry nie mógł być martwy. Nie po tym wszystkim, co przeszedł. Nie po tym wszystkim, co przeżył. Jeśli ktokolwiek miał to przeżyć - odrodzenie Voldemorta, był to Harry. Pomimo wszystkiego, co mówiła sobie przez ostatnie pięć lat, on nie był tylko Harrym.

On był Harrym Potterem, Chłopcem, Który Przeżył.

Było dopiero parę godzin przed świtem, gdy załamała się ponownie, słysząc otwierające i zamykające się drzwi w śmiertelnej ciszy, panującej w domu. Wrócili. Pan Weasley, Charlie i Lupin wrócili z poszukiwań ciała Harryego. Usłyszała głosy na schodach, gdy pan Weasley spotkał na nich swoją żonę.

- Znaleźliście go, Arturze? – głos Pani Weasley brzmiał, jakby ona również nie spała całą noc.

- Obawiam się, że nie. Znaleźliśmy dużo błota i chwastów, ale ani śladu Harryego.

- Ale co…

- Jestem zmęczony, Molly. I zimno mi. Chodźmy do łóżka. – Słychać było krótką sprzeczkę, ale ton jej głosu powiedział Hermionie, że Pani Weasley była po prostu spragniona wiadomości w takim samym stopniu, jak i ona. Czekała, dopóki nie usłyszała, jak drzwi ich sypialni zamykają się, podniosła się z łóżka i owinęła szatę wokół ciała. Nie odnajdzie dziś spokoju.

Wyślizgnęła się z pokoju i prawie krzyknęła, kiedy Stworek przemknął obok niej, mamrocząc pod nosem.

- Brudne Szlamy, plugawiące dom mojej Pani. Skradające się w ciemnościach. Stworek ją widzi. Splamiła imię czarownicy. Będzie…

Hermiona poszła w odwrotnym kierunku. Pokój Rona był dwa pokoje dalej. Może już nie spał?

Zapukała łagodnie, zaczekała i jeszcze raz zapukała, cicho wołając jego imię. Parę chwil później drzwi otworzyły się i przez szparę wślizgnęła się do pokoju, nim zamknęła je stanowczo za sobą. Odwracając się odkryła, że pokój pogrążony jest w ciemnościach, ale gdy jej oczy po paru sekundach przystosowały się do zmroku, mogła dostrzec zarys Rona siedzącego na swoim łóżku.

- Ron? – Kiedy nie odpowiedział, podeszła do podnóża jego łóżka i usiadła na nim, czując jak Ron oddala swoje stopy, gdy ciężar jej ciała opadł na materac.

- Co tu robisz, Hermiono? – Brzmiało to prawie jak zarzut.

- Ja… - Przerwała. Po raz pierwszy w życiu nie znała odpowiedzi. Czemu tu była? By go pocieszyć? Tak dokładnie to wcale nie prosił by przyszła, ani też nic nie wskazywało na to, że potrzebuje pocieszenia. By porozmawiać? Nie z tym ściśniętym gardłem. Z pewnością nie po to, by planować. Co tu było do planowania? Harry nie żył. Nie istniały plany, które byłyby w stanie go ocalić.

Policzki Hermiony zrobiły się gorące. Kłuło ją w oczy. Nie mogąc opanować emocji, które odczuwała przez ostatnie dziesięć godzin, pozwoliła sobie nareszcie zupełnie się załamać. Nie tylko płakać. Już płakała. Uczucia wzięły górę, ciało było zbyt wyczerpane, by próbować zwalczyć dygotanie, które ogarniało jej ciało z każdym cichym, ale wstrząsającym serce szlochem.

Była zmęczona graniem tej silnej, tej racjonalnej. Nie chciała być tą, która zajmie się problemem i znajdzie rozwiązanie. Po prostu chciała płakać, przeklinać, krzyczeć i szlochać. Niestety godzina pozwalała jedynie na to ostatnie.

Ronowi zajęło chwilę uświadomienie sobie, co się dzieje, że Hermiona załamała się u podnóża jego łóżka. Jego własny żal został zapomniany, gdy przesunęła się na materacu i ukryła twarz w dłoniach. W przed świtowych ciemnościach mógł zobaczyć jej ramiona delikatnie trzęsące się, gdy podciągnęła kolana zwijając się w kulkę.

- Miona? – wyszeptał, wyciągając ręce do jej ramion.

- Nie…- odparła, wycierając oczy i twarz rękawem szaty. – Nie mów mi, że zachowuje się głupio czy zbyt emocjonalnie. I proszę, proszę nie mów mi, żebym sobie poszła. – Drżący oddech opuścił jej wargi - Wiem, że nie chcesz mnie tutaj, ale nie mogę znieść, gdy jestem sama tylko z umysłem powtarzającym… - Nowy potok łez popłynął z jej oczu.

- Nie zamierzam tego powiedzieć – powiedział jej, przyciągając ją i owinął swoje ramiona wokół niej pocieszająco, przyciskając ją do siebie. Ron trzymał swoją przyjaciółkę mocno ciesząc się, że jego własne zapasy łez już się wyczerpały. Przez nieobecne głaskanie ją po plecach i szeptanie jej cichym głosem, pocieszał ją i swój własny zamglony umysł, chociaż nie mógł sobie później przypomnieć, co dokładnie powiedział.

Gdy czerwień świtu zalała pokój, Hermiona zaczęła się uspokajać.

- Dziękuję ci – szepnęła, uwalniając się z uścisku Rona i ponownie siadając na łóżku. – Chyba po prostu potrzebowałam jakoś się wyładować.

- Tak – odpowiedział niezręcznie – Zrobiłem to samo, gdy tu przyszedłem – Zarumienił się, gdy uświadomił sobie, do czego się właśnie przyznał.

- To dziwne – powiedziała Hermiona, przyciągając kolana do piersi i obejmując je ramionami, wcześniej poprawiając swoją szatę tak, by ją zakryła. – To wszystko nas jakoś zaślepiło. Całe to ryzyko, które podejmował, a teraz to. Ciągle myślę sobie, że po prostu źle zrozumieliśmy wszystko, co usłyszeliśmy.

- Czego nie zrozumiałaś w „ Vernon Dursley zabił Harryego Pottera"? Harry nie żyje. On nie powinien umrzeć.

- Ron?

- Nie powinien. Wiem, że w szkole on jest tylko jednym z wielu dzieciaków, ale w czarodziejskim świecie Harry to zupełnie inna sprawa. Sama widziałaś jak ludzie reagują na jego widok – nawet dorośli. To tak, jakby nie był prawdziwą osobą, a jedynie ideałem, do jakiego powinny dążyć wszystkie grzeczne, małe, magiczne dzieci. Chodzi mi o to, że my wszyscy wiedzieliśmy przed nim, kim jest. Założę się, że to dlatego wszyscy od razu rozeszli się – by znaleźć jego ciało. Nikt bez dowodu nie uwierzy, że już go nie ma.

- Ty zdajesz się przekonany – odparła Hermiona.

- Mówisz więc, że on nie umarł? – Ron wyskoczył z łóżka i zaczął chodzić tam i z powrotem po drewnianej podłodze, pidżama odsłaniała parę centymetrów bosych stóp – Naprawdę myślisz, że Harry żyje? Że wszystko, co słyszeliśmy, jest kłamstwem? – Zatrzymał się, spoglądając na nią jak gdyby zachęcał ją by odpowiedziała – Naprawdę myślisz, że ten jego głupi mugolski wujek byłby zdolny kłamać po wypiciu Serum Prawdy?

- Nie. Jedyne, co mówię to…

- Harry nie żyje. Nie zostanie ponownie zbawcą czarodziejskiego świata. Nie jest jednym z wielkich czarodziei. Jest zwykłym dzieciakiem, takim jak my.

- Jest jak najdalszy od bycia zwykłym dzieciakiem. – zadrwiła Hermiona.

Ron pociągnął nosem.

- Nie, Harry nie jest zwykłym dzieciakiem. – Podniósł zmiętą koszulę z podłogi, gniewnie zgniótł ją kulkę i rzucił przez pokój – Nigdy nie był. – Stał w bezruchu, wpatrując się w jakiś nieokreślone miejsce na podłodze.

- Ron?

- Nienawidziłem go. Nienawidziłem Harryego.

- Ron, wcale tak nie uważasz.

- Był moim najlepszym przyjacielem i kochałem go jak brata. – Odwrócił się i spojrzał na Hermionę. – Ale też nienawidziłem. Był wszystkim, czym ja nigdy nie będę, tylko dlatego, że był cholernym-Harry'm- Potterem. Ale wiesz co? Gdy dzień się kończył, ciągle był moim najlepszym przyjacielem. Ciągle był Harrym – jedynie Harrym.

- Oczywiście, że był, Ron.

- Ale część mnie ciągle go nienawidzi. – Jego głos zadrżał, gdy wrócił do wpatrywania się w daleką plamkę na ścianie. – Wiedziałem, że nigdy nie chciał nic z tego – tej uwagi i sławy, ale…ale…- Ron zamknął oczy, chcąc by ciepłe słone łzy zostały na swoim miejscu, ale jedna uciekła spod jego długich rzęs i wolno spłynęła po jego policzku. – nigdy nie chciałem, by umarł, Hermiono. Uwierz mi, ja nigdy, nigdy…

- Wiem, Ron. – Owinęła swoje ramiona dookoła jego talii, pocieszając go tak, jak on wcześniej ją.

- On był moim najlepszym przyjacielem – wykrztusił Ron, kryjąc twarz w jej ramieniu. – On był moim najlepszym przyjacielem, i nigdy nie życzyłem mu śmierci. Przyrzekam. Dlaczego musiał umrzeć?

Albus Dumbledore siedział za biurkiem w swoim Gabinecie Dyrektora Hogwartu. Jego długie, cienkie palce nieobecnie pieściły Fawkesa, który przysiadł na poręczy jego krzesła. Jego niebieskie oczy, często opisywane jako błyszczące, migoczące czy iskrzące, w rzeczywistości żadne z powyższych, były dosyć zmęczone i bez wyrazu, gdy bezmyślnie wpatrywały się w przestrzeń.

- Albus.

Zawołany, Dumbledore obejrzał się na swoje Głowy Domów, które już jakiś czas temu zebrały się w jego gabinecie. Trzy z nich, McGonagall, Flitwick i Sprout, były po przeszukiwaniach pola Cranleigh w poszukiwaniu ciała Harryego ciągle oblepione błotem. Snape jednakże został wezwany i teraz stał, oddalony nieco od reszty, ubrany ciągle w swoją czarną pelerynę, a jego maska śmierciożercy została wsunięta do jednej z wielu kieszeni, ukrytych między fałdami szaty.

- Nie znaleźliśmy jego ciała, Severusie.

Snape podniósł brew.

- Wiem to, Albusie. Powiedziałeś mi o tym, kiedy spytałem prawie dwadzieścia minut temu.

- Dziwne. Bardzo dziwne. – Dyrektor przymknął powieki, mamrocząc miękko do siebie. – Wiele możliwości…wyjaśnień…

- Albusie – powiedziała McGonagall – nie powinniśmy powiadomić Ministerstwa? Prasy? Kogokolwiek?

- Nie – odpowiedział stanowczo Dumbledore, jego oczy ciągle zamknięte – Nikogo nie poinformujemy.

- Ale to z pewnością przecieknie. Zostało jedynie trzy i pół tygodnia do końca wakacji. Kiedy wrócą uczniowie…

- Dokładnie o to chodzi, Minerwo. Dopóki uczniowie nie wrócą, nie ma powodu…

- Albusie! Nie możesz…

- Posłuchaj mnie. Ogłoszenie śmierci Harryego światu jutro czy w następnych tygodniu spowoduje więcej zła niż dobra. Nie mamy niepodważalnych dowodów, nie mamy ciała, a bez tego - kto w to uwierzy, nawet z historiami, które serwuje Prorok Codzienny? Dla tych, co wierzą w to, że Voldemort się odrodził, śmierć Harryego będzie śmiercią tego, czego był symbolem – nadziei. Nie, zaczekamy do pierwszego września. Do tego czasu, o ile szczęście nam dopisze, problem sam się rozwiąże.

- Sam się rozwiąże? – Flitwick pochylił się do przodu na swoim krześle. – Co masz na myśli, Albusie?

- Takie tam puste słowa – Dumbledore odparł z lekkim uśmiechem.

- Ty ani razu nie powiedziałeś pustych słów.

- Zawsze musi być ten pierwszy raz – zripostował Dumbledore, a słaby błysk w jego oczach szybko znikł. – Nic nie ogłosimy przed pierwszym września, zezwalając oczywiście, by Severus dla własnego bezpieczeństwa powiadomił wcześniej Voldemorta.

- Dziękuję. – odparł złowrogo Snape, woląc nie myśleć o złości Czernego Pana, gdyby nie dowiedział się on o tym od niego. Mimowolny dreszcz wstrząsnął jego ramionami, niezauważony przez nikogo oprócz dyrektora, którego oczy były skupione wyłącznie na nim. – Skończyliśmy już tu? –spytał – Jestem pewien, że nie jestem jedynym, który nie ma ochoty zostać w obecnym stroju dłużej, niż to konieczne.

- Tak, skończyliśmy. Idźcie, odpocznijcie.

Snape podążył za innymi, by wyjść z pokoju, lecz zatrzymał go głos Dumbledora.

- Severusie, czy mógłbyś wstąpić do mojego biura jutrzejszego popołudnia na herbatę? Chciałbym przeprowadzić z tobą rozmowę.

- Rozmowę? – Dziwny zwrot. – O czym?

- Filozofii, teorii, eliksirach i prawdzie – powiedział te słowa z nutką stanowczości, zostawiając Snape'a, by zastanowił się nad ich znaczeniem.