Moja sprawa

Rozdział II - Wizja lokalna

- O, Roy, nad aktami?
- Tak, George. Jutro muszę zdać raport szefowi, a nie zabrałem się wcześniej za niego.
- Chyba jeszcze nikomu nadmiar kobiet nie sprawiał tyle kłopotów co tobie… Dobra, do jutra.
Za George'em zamknęły się drzwi do gabinetu Mustanga, zostawiając agenta samego z myślami. Słowa kolegi przywiodły mu na myśl dzisiejsze przesłuchanie.

-… trochę czasu. Kończymy na dzisiaj.
Sheska odetchnęła i z wyraźną ulgą przeciągnęła się nad maszyną do pisania. Ross wyszła za drzwi i przywołała dwóch funkcjonariuszy, którzy mieli zaprowadzić podejrzaną do celi. On sam wstał powoli, obracając się w stronę drzwi.
- Ma pan randkę tak wcześnie? - spytała aresztowana.
Odwrócił się i spojrzał na nią.
- Nie, żona czeka z obiadem - skłamał odruchowo.
Przez jej twarz przebiegł jakby grymas bólu.
- Może udzieli mi kilku lekcji gotowania jak już mnie wypuścicie? - uśmiechnęła się sztucznie.
- Może - prychnął, po czym obrócił się do niej plecami i wyszedł.

Ta sprawa go zaciekawiła. A konkretnie nie sprawa, ale podejrzana. I to z kilku powodów.
Po pierwsze, była w jego typie. I to cholernie. Szczupła, wysportowana, ładna. Ciągle mu się odcinała i miała w sobie to coś. Gdyby spotkał ją nie w charakterze zatrzymanej, umówiłby się z nią bez zastanowienia. Zapewne odmówiłaby, ale za taką kobietą warto pochodzić. Szczególnie, że dla niego odmowa byłaby interesującą odmianą.
No właśnie, drugim powodem, dla którego go zaciekawiła był fakt, że nie robiła na jego widok maślanych oczu. Wydawało się, że wcale nie zrobił na niej wrażenia. Zachowywała się tak, jakby znała go dobrze i w dodatku od dawna. Jej uwagi trafiały jak szpile w jego poczucie godności.
Gdyby tylko nie była podejrzana o szpiegostwo… Niestety, podejrzenie to wydawało mu się całkowicie słuszne. Całe jej życie było świetnie ułożoną historią, ale parę szczegółów nie zostało dopracowanych. A może miała to zrobić z czasem, wszystko powoli dotrzeć i doszlifować?
Tak, to nie musiało koniecznie oznaczać, że szpieguje dla obcego wywiadu. Mogła po prostu być ukrywającą się morderczynią. Mogła, ale nie była. Mustang odniósł wrażenie, ze podejrzana zna doskonale procedury przesłuchań. Umiejętnie odpowiadała na pytania, nie kłamiąc, ale też nie mówiąc nic ponad odpowiedź. Musiała brać udział w wielu takich przesłuchaniach, pewnie większość z nich nawet sama prowadziła.
Te ostatnie przemyślenia zapisał nawet w raporcie. Jeśli jest tak, jak przypuszcza, to po następnym przesłuchaniu poprosi o środki radykalne.

Hawkeye leżała na pryczy i starała się łykać łzy jak najciszej, aby nie zaniepokoić strażników. To, co usłyszała dziś od tego Mustanga bardzo ją bolało. Uświadomiła sobie, że oni już jej nie wypuszczą. Zostanie tu uwięziona na zawsze. Nie mogła liczyć na ratunek, bo nawet jeśli wyślą po nią ludzi, nikt jej nie znajdzie w więzieniach FBI. A tym bardziej nikt jej stąd nie wyciągnie.
Nie zobaczy już Eda, Ala, Winry, Havoca, Bredy, Armstronga, Fuery'ego, Sheski, pani Hughes, Elysi…
Ani Hayatego…
Ani swojego generała.

Przesłuchanie trzecie, tajne.
Forma zmieniona.
Śledczy - agent Roy Mustang.
Świadków brak.
Nagranie magnetofonowe.

Agent Mustang: To jak? Namyśliła się pani w sprawie tej protezy?
Podejrzana: Jak mogę powiedzieć cokolwiek o przedmiocie, o którym nic nie wiem?
AM: Chyba nigdy nie jest tak, że nie wie się kompletnie nic na dany temat. Zawsze są przynajmniej jakieś skojarzenia. Pani nie ma żadnych?
P: Raczej nie.
AM: Hm… Szkoda. Szczególnie, że pani amnezja wyraźnie ogranicza liczbę tematów, na które moglibyśmy porozmawiać. Jakie są pani zainteresowania? Literatura, kino, teatr?
P: Bardzo lubię teatr.
AM: Na czym pani ostatnio była?
P: Na "Hamlecie".
AM: I jak wrażenia?
P: Bardzo dobre. Podobała mi się uwspółcześniona inscenizacja. Uwielbiam tego typu zabiegi.
AM: Ja też. Z kim pani zazwyczaj chodzi do teatru?
P: Sama.
AM: Naprawdę? Czemu?
P: Cóż, nikt ze znajomych nie podziela mojej pasji do Shakespeare'a.
AM: A na coś prócz Shakespeare'a pani chodzi?
P: Na różne nowoczesne sztuki, ale już mi się tak nie podobają. Są strasznie udziwnione. A u Shakespeare'a przynajmniej zawsze wiadomo, o co aktualnie chodzi w fabule. Właściwie dlaczego dziś przesłuchuje mnie tylko pan?
AM: To moja słodka tajemnica, ale chyba może to pani określić jako "standardową procedurę". Ale rozmawiamy o pani życiu. Lubi pani zwierzęta?
P: Bardzo.
AM: A ma pani jakieś?
(chwila ciszy)
P: Nie.
AM: Czemu, skoro je pani lubi?
P: Tak, lubię, ale zwierzaka trzeba wychować. A ja nie mam czasu i cierpliwości. Całymi dniami nie ma mnie w domu, bo pracuję. I co wtedy taki piesek ma robić? Zdemolowałby mi mieszkanie z nudów.
AM: A jako dziecko miała pani pieska lub kotka?
P: Ile razy jeszcze mam panu tłumaczyć, że nie pamiętam?
AM: A pani ulubiona książka?
P: Nie mam. Chociaż nie, ostatnio czytałam bardzo ciekawą, rosyjską chyba… Tylko jak ona… chyba coś z morderstwem… a, wiem, "Zbrodnia i kara" Dostojewskiego.
AM: Ulubiony sport?
P: Żadnego nie uprawiam.
AM: Ma pani jakieś plany na przyszłość?
P: Przede wszystkim wyjść stąd.
AM: A potem?
P: Znaleźć dobrze płatną pracę.
AM: A rodzina? Dzieci? Mąż?
P: Nie planuję.
AM: Jaką kawę pani lubi?
P: Z mlekiem i cukrem.
AM: Co pani myśli o komunizmie?
P: To szaleństwo, nie idea. Podjęli jeden wielki zryw, jedną rewolucję, a ile osób zginęło…
AM: Pani ulubiony program w radiu? Słucha pani w ogóle radia?
P: Oczywiście, że tak. Zawsze słucham "Kronik kryminalnych".
AM: Kiedy to leci?
P: W piątki, po dwudziestej pierwszej.
AM: A co było w ostatnim odcinku?
P: Jakieś dziwne morderstwo szpikulcem do lodu…
AM: Dobrze, to będzie koniec naszej rozmowy na dzisiaj.

Mustang wstał z krzesła i otworzył drzwi, by zawołać strażników.
- Proszę pozdrowić żonę - powiedziała do niego podejrzana.
Ale on wyszedł, nie spojrzawszy nawet w jej stronę.

- A jak tam sprawa tej dziewczyny? Wyciągnął pan z niej coś?
- Nie - odparł ze swoim złośliwym uśmieszkiem Mustang. - ale wiem już na pewno, że jest agentką. Widać po jej odpowiedziach na pytania. Poza tym zero głębszego życia towarzyskiego, niczego, do czego by była przywiązana. No i ta amnezja… wspaniała przykrywka.
- Zbieg okoliczności wykluczony?
- Definitywnie. To czyjaś agentka, w dodatku świetnie wyszkolona. Nic dziwnego, że ktoś próbował ją odszukać. Co więcej…
- Wiem, czytałem pański raport. Odwalił pan już kawał dobrej roboty. Mam dla pana ciekawszą sprawę, tę zaś najlepiej będzie przekazać agentce Ross.
- Szczerze mówiąc, wolałbym doprowadzić ją do końca. Bardzo mnie ta sprawa wciągnęła.
- Nie wątpię - odparł dyrektor departamentu poprawiając się w swoim fotelu za biurkiem. - Ale do drugiego zadania jest mi potrzebny pan.
Dyrektor wstał i zaczął przechadzać się wzdłuż okna.
- Widzi pan… kupiliśmy z żoną dwa dni temu domek na Florydzie. Nie jest duży - salon, dwie sypialnie, kuchnia… I bardzo ładny ogródek.
Mustang popatrzył w okno. Na dworze świeciło ostre, wiosenne słońce, zdające się wręcz prosić o wyjście na spacer. W jego promieniach bury, brudny wieżowiec, siedziba służb zarządzania kryzysowego, stojący vis-a-vis głównej siedziby FBI, wyglądał bardzo ponuro.
- Więc widzi pan… Za miesiąc odchodzę na emeryturę. Góra już wyznaczyła mi następcę. Przez te kilka tygodni mam go wdrożyć.
- A ja mam przejąć jego dotychczasowe sprawy?
- Niech się pan nie zgrywa - żachnął się dyrektor. - Obaj wiemy, że to pan jest moim następcą.
Mustang nawet nie usiłował udawać zdziwienia. Po prostu się uśmiechnął.
- W związku z tym, jutro rano stawi się pan bezpośrednio w moim biurze.
- Dobrze - agent skinął głową. - Ale mam jedną prośbę.
- Jaką? - spytał dyrektor, na powrót zajmując miejsce w swoim fotelu za biurkiem.
- Niech pan mi zostawi sprawę tej Hawkeye. Dam radę z jednym i z drugim naraz. Nie lubię pozostawiać niedokończonych spraw.

Obserwowanie mieszkania podejrzanej nie było zadaniem Mustanga. Od tego byli odpowiedni ludzie, odpowiednio niżej stojący w hierarchii agentów. Ale Mustang wiedział, że czasem lepiej po kilku przesłuchaniach samemu zlustrować miejsce zamieszkania podejrzanego, bo to ładnie uzupełnia obraz jego osobowości. Dlatego też zaraz po rozmowie z przełożonym udał się do małego mieszkanka przy jednej ze spokojnych, oddalonych od centrum uliczek.
Przed budynkiem minął jednego z agentów, siedzącego spokojnie w samochodzie. Wszedł do kamienicy i, po idealnie wypastowanych schodach, na górę. Kolejny agent, udający stróża, zamiatał piętro, na którym znajdowało się mieszkanie podejrzanej. Mustang machnął mu przed nosem odznaką i podszedł do drzwi lokalu numer 37. Złotawa, całkiem nowa tabliczka, dobrze komponująca się z brązowymi drzwiami, głosiła wszem i wobec, że zamieszkuje tu niejaka E. Hawkeye. Jeden komplet kluczy, ten dołączony do akt, Mustang miał ze sobą, więc otworzył drzwi bez większych problemów.
Mieszkanie było małe, ale przytulne. Maleńki przedpokoik, kuchnia, łazienka, pokój. W przedpokoju wieszak, na nim brązowy płaszcz i czarny parasol, obok kapcie i eleganckie, czarne półbuty. Na ścianie okrągłe lustro w drewnianej ramie. Parkiet. Na ścianach kremowa tapeta.
Pierwsze, co zrobił, to przeszukanie kieszeni płaszcza. Klucze już wyjęto z niego przy pierwszej rewizji. Reszta została na miejscu, tak jak była. Brązowe, skórzane rękawiczki. Sreberko od czekolady. Bilet tramwajowy. Jednym słowem - tutaj pudło. Wszedł do łazienki. Idealnie czysta, poza tym - zwykła łazienka. Na wannie mydło w mydelniczce, tak samo na umywalce, nad którą wisiało kolejne lustro. Tuż pod nim mała półeczka, a na niej pasta do zębów, szczoteczka, grzebień, krem do rąk, perfumy. Powąchał z ciekawości. Lekkie, kwiatowe, kobiece. Buteleczka wskazywała, że dobrego gatunku. Jeszcze tyko zajrzał za lustro, wręcz odruchowo, ale tam też nic nie było.
Wszedł do pokoju. Błękitne ściany, żółty dywan i kapa na łóżku. Widać było, że nie spodziewała się częstych odwiedzin, nawet nie było gdzie usiąść. Przy oknie stały biurko i krzesło, tuż obok łóżko. Po drugiej stronie pokoju szafa i komoda. Na ścianie nad łóżkiem w drewnianych ramkach wisiała kolekcja pocztówek. Kwiaty, zwierzęta i dzieci, popularna kolekcja, jedna z jego dziewczyn zbierała je i miała chyba wszystkie. Tę ze spanielem, tę z różami, tę z chłopczykiem i wielkim nowofundlandem, tę z dziewczynką i psem… Chwilkę, nie, tej nie miała. Zresztą ta kartka była inna. Zrobiona nie na dworze, nie w kwiatach, ale w jakimś domu, na kanapie. W tle fragment jakiegoś obrazu. Podszedł do obrazka i zdjął go ze ściany. Wysunął pocztówkę z ramki. Przeczucie go nie zmyliło - to było zdjęcie i w dodatku podpisane.

"Kochanej Rizie
Moja Elysia - wydanie z Hayatem.
(czyż nie jest piękna?)
M. Hughes."

Dziwna dedykacja. Na upartego można by powiedzieć, że Riza to Liza, czyli zdrobnienie od Elizabeth. Do śledztwa jako tako nie wnosiło to wiele, ale umiejętnie wykorzystane, może rozwiązać podejrzanej język podczas przesłuchania.
Z korytarza dobiegł Mustanga odgłos kroków, okrzyk "Stać!" i strzał. Ktoś zerwał się do biegu, ktoś drugi, pewnie podstawiony cieć, pobiegł za nim.
Mustang błyskawicznie odwiesił ramkę na ścianę, ale zdjęcie wsunął do kieszeni. Hałas przeniósł się z korytarza na zewnątrz budynku, zapewne schody przeciwpożarowe, które zobaczył z ulicy, więc agent podbiegł do okna i wyjrzał. Mężczyzna w szarym prochowcu i czarnym kapeluszu uciekał, a tuż po piętach deptał mu ów niby-cieć. Nie było sensu, by Mustang włączał się do pościgu, bo już i tak był za daleko w tyle. Może zamiast tego przeszukać biurko…
I wtedy skrzypnęły drzwi. A potem…
- Ała… wlazłeś mi na nogę!
- Przepraszam, ale chyba musimy się spieszyć, prawda? Ten gościu tu zaraz wróci…
- No to się rusz, nie stój w przejściu!
Stuk. To zamknęły się drzwi wejściowe.
- Mam nadzieję, ze coś znajdziemy, bo inaczej będziemy mieć problem.
- Taa… już słyszę te komentarze. Jak to będzie szło? "To, że nie jesteś w stanie zajrzeć na żaden wyższy mebel nie oznacza, że nie musisz tam szukać"… O, patrz, jabłuszka… Właściwie to głodny jestem..
- Wiesz, że generał jest sfrustrowany. Wyobraź sobie, jakbyś ty się czuł, gdyby zaginęła Winry…
- Nie wiem, o czym mówisz - wymruczał drugi głos, którego właściciel miał wybitnie pełne usta.
Wystarczy. Kimkolwiek oni są, resztę mogą dopowiedzieć w areszcie.
Mustang wyciągnął broń i przysunął się do drzwi do przedpokoju, plecami tuż przy ścianie. Spod płaszcza wyjął broń. Głęboki wdech, raz, dwa, trzy…
- FBI! Stać! - stanął w drzwiach, ogarniając spojrzeniem cały przedpokój.
Tuż koło drzwi stał młody chłopak, blondyn, którego szczęka na widok agenta zjechała lekko w dół.
- O w mordę… - wymruczał.
W tym momencie ktoś, wyraźnie stojący za plecami Mustanga, podbił mu mocno broń do góry. Mignęły jasne włosy, spięte w kitek.
- Al, w nogi!
Przez moment obaj szarpali się z drzwiami. Dość długo, by agent mógł wycelować i strzelić. Najlepszy cel to nogi, żeby nie mogli uciekać.
BANG! BZIU!
Mustang poczuł, że coś zimnego przeszywa mu ramię. A potem zrobiło się na nim dziwnie ciepło. Spojrzał. Na brązowym płaszczu rozlała się ciemna, brunatna plama. Krew.
- Cholera - zaklął.
Nagle zakręciło mu się w głowie. Wszystko wokół jakby przesłoniła mgła…
A potem ktoś wyłączył światło.

Rozdział III - Serum prawdy

Lekarz przyszedł rano. Miał miły uśmiech i okrągłe okulary.
- Proszę się nie obawiać - powiedział wyjmując strzykawkę. - To będzie tylko lekkie ukłucie.
- Co to jest? - spytała.
- Coś, co sprawi, że będzie pani chętniejsza do współpracy.
Wbił igłę w nakrętkę małej flaszki.
- Proszę się nie bronić - tłoczek strzykawki powędrował w górę powolutku, jak na zwolnionym filmie. Klatka po klatce, milimetr po milimetrze - bo będę musiał zawołać strażników na pomoc. No, a wtedy to może zaboleć… Proszę wyciągnąć rękę.
Odwinęła rękaw szarej koszuli i wyciągnęła przedramię w jego stronę. Może jej zrobić zastrzyk. Ona i tak nic nie powie. Kilka kropel wytrysnęło z czubka igły gdy lekarz sprawdzał jej drożność. Przez chwilę przyglądał się jej ręce, a potem wkłuł się, szybko i prawie bezboleśnie, prosto w żyłę. Gdy powoli wpychał płyn ze strzykawki do jej krwioobiegu poczuła, jak ręka powoli eksploduje jej od środka. Gorąco i ból rozlewały się stopniowo przez łokieć w kierunku barku.
- No i już po wszystkim - uśmiechnął się do niej, jeszcze raz, chowając strzykawkę i buteleczkę do małego, czarnego neseserka.
Ból trwał dalej i zaczął teraz rozlewać się od prawego barku przez klatkę piersiową na lewe ramię, brzuch i szyję.
Gdy za mężczyzną zamknęły się drzwi, skuliła się na małej pryczy i zaczęła łkać z bólu.

- Patrzcie, patrzcie - dyrektor Bowlman uśmiechnął się do Mustanga bez ironii po raz pierwszy od dłuższego czasu. - Dzień po postrzale i już z powrotem w pracy. I nawet raport z całego zdarzenia mi pan dostarczył.
- A co innego miałem robić po odzyskaniu przytomności? Skorzystałem z okazji i spisałem wszystko, co pamiętam z mieszkania podejrzanej. Nawet zrobiłem listę pytań na dzisiejsze przesłuchanie.
- Ma pan jeszcze do przejrzenia trochę sprawozdań od różnych agentów.
Mustang rzucił okiem na ponad półmetrowej wysokości stos papierów zajmujący połowę jego biurka.
- Mógłby pan zostawić to przesłuchanie agentce Ross. Chciałem powierzyć jej tę sprawę na okres pana rekonwalescencji. Właściwie to może lepiej mówiłbym panu po imieniu? - zaproponował dyrektor.
- To jest moja sprawa i nie oddam jej ani agentce Ross, ani nikomu innemu.
Kilka słów odpowiednim tonem i mimo jasnego, kwietniowego słońca, w gabinecie zrobiło się nagle mrocznie i zimno.
- No to musi się pan pospieszyć, bo chyba chciała zacząć przesłuchanie tak jakoś teraz.
Agent błyskawicznie znalazł się na korytarzu obok biura, ale nim zamknął za sobą drzwi, wsunął głowę jeszcze raz do biura przełożonego.
- Przepraszam, papierami zajmę się później - i już go nie było.
Dyrektor westchnął ciężko. Wstał z fotela i podszedł do okna. Palcami rozchylił żaluzje, aby wyjrzeć na dwór. Właściwie to potrafił zrozumieć Mustanga. Nie, można nawet powiedzieć, że rozumiał go bez najmniejszego problemu. Też dostał kilka razy kulkę od różnych typków. I żadnemu z nich nie przepuścił.

- Ross!
Głos wydał się agentce znajomy, więc odwróciła się, by zobaczyć, który z kolegów ją woła.
- O, Mustang - powiedziała zaskoczona. - Słyszałam, że ledwo dyszysz w szpitalu.
Skoro ironia działała w wypadku tamtej podejrzanej, to może jej też pomoże przykuć uwagę najprzystojniejszego mężczyzny w ich departamencie.
- To chyba powinnaś pójść do laryngologa.
Pudło, odciął się jej tak złośliwie jak to tylko on potrafił.
- Podobno przejęłaś sprawę tej Hawkeye?
- Bowlman mówił, że pewnie weźmiesz urlop, więc kazał mi się nią zająć - lekko nerwowym ruchem poprawiła włosy.
- Ale nie wziąłem urlopu, więc sprawa wraca do mnie. Co za tym idzie, odwołuję dzisiejsze przesłuchanie.
- To chyba nie jest dobry pomysł - stwierdziła Ross. - już jej podano skopolaminę. Nie przepadam za szpiegami, ale nikomu nie życzę częstych dawek naszego "serum prawdy".
- Słucham? - zdziwił się Mustang. - Kazałaś jej dać serum?
- No tak. Nie mów, że o tym nie myślałeś…
- Bo nie myślałem - odparł agent zdenerwowanym tonem. - Chciałem użyć na początku zwykłego wykrywacza kłamstw.
- Super - żachnęła się Ross. - Tak czy siak, jeśli chcesz, to podejrzana jest już w 07 chyba. Możesz ją przesłuchać. Skoro sprawa jest twoja, to ja wracam do biura.
- To na razie - minął ją idąc w stronę sal przesłuchań.
Ross nagle zdała sobie sprawę, że są na korytarzu absolutnie sami. Jedna szansa na milion, teraz albo nigdy.
- Roy…
Przystanął i odwrócił się w jej stronę.
- Słuchaj, w tym tygodniu grają "Jak wam się podoba" Shakespeare'a w Teatrze Nowym… Może miałbyś ochotę…
- Nie lubię Shakespeare'a - odparł i ruszył szybko w swoją stronę.
- Aha - mruknęła Ross, patrząc za nim, dopóki nie zniknął na schodach.

Przesłuchanie trzecie, tajne.
Śledczy - agent Roy Mustang.
Zapis i nagranie - Sheska Ashcroft.
Na dwie godziny przed przesłuchaniem podejrzanej podano 500 mg skopolaminy.

Agent Mustang: Jak się pani czuje?
Podejrzana: Świetnie
AM: Jeśli poczuje się pani słabo, proszę mówić.
P: Tak jest.
AM: Czy rozpoznaje pani kogoś na tym zdjęciu?
P: Nie.
AM: A na tym?
P: Nie.
AM: A na tym?
P: Nie.
AM: A na tym?
P: Tak, to Hayate i Elysia.
AM: Kto taki?
P: Hayate i Elysia. Hayate to mój pies, Elysia to córka majora Hughesa.
AM: Czy ta dedykacja "Kochanej Rizie" to dla pani?
P: Ależ oczywiście. Dostałam sporo takich zdjęć. Major dawał zdjęcia swojej córeczki wszystkim.
AM: Skąd pani zna tego majora? Służyliście razem?
P: Może nie konkretnie razem. On był w wywiadzie, ja byłam adiutantką w dowództwie.
AM: Jaki jest pani stopień wojskowy?
P: Porucznik.
AM: Czy w tej chwili pracuje pani w wywiadzie?
P: Nie.
AM: A więc gdzie?
P: W grupie naukowo-badawczej.
AM: Czy to w ramach jej działań przybyła pani do Stanów?
P: Tak.
AM: Czy to grupa wojskowa?
P: Z założenia nie, raczej wojskowo-cywilna.
AM: Dla jakiego kraju pani pracuje?
(cisza)
AM: No, dalej, proszę powiedzieć dla jakiego.
(cisza)
AM: Bardzo panią proszę, niech mi pani powie chociaż, w jakim kraju się pani urodziła.
(cisza)
AM: Nie wie pani, czy nie chce powiedzieć?
P: Chcę powiedzieć, ale nie mogę.
AM: Czemu?
P: Dostałam taki rozkaz.
AM: Od kogo?
P: Od twórców tego projektu.
AM: Byłoby miło, gdyby podała pani ich nazwiska.
P: Bracia Elric i pan.
AM: Ja? Co ja mam z tym wspólnego?
P: Ta grupa to pana pomysł i pan nią dowodzi.
AM: Ja?
P: Tak, pan, panie generale.
AM: Od kiedy niby jestem generałem?
P: Od rebelii na wschodzie, ale stały tytuł otrzymał pan po przewrocie.
AM: Po jakim przewrocie?
P: Tym, do którego doprowadził pan razem z podpułkownikiem Armstrongiem.
AM: Jak to się stało?
P: Zabił pan generała armii Bradleya.
AM: A co potem?
P: Nic. Władzę przejął parlament.
AM: A przywódcy buntu?
P: Podpułkownik został gubernatorem w Liorze, a pan zaginął na długo, by odnaleźć się we właściwym momencie i uratować Centralę przed najazdem.
AM: Jakim najazdem?
(cisza)
AM: Czemu pani się tylko uśmiecha.
(cisza)
AM: Czemu pani nie odpowiada na moje pytania?
P: Bo taki mam rozkaz.
AM: Czy nie mogę go odwołać, skoro jestem pani dowódcą?
P: Nie, bo nie jest pan sobą.
AM: Jak to? To niby jestem pani przełożonym, czy nie?
P: Jest pan sobą, ale nie takim samym sobą. Tak jak Sheska nie jest sobą.
AM: Skąd pani zna agentkę?
P: Należy do mojej grupy badawczej.
AM: A należy do niej może jeszcze ktoś imieniem Al?
P: Oczywiście, Alphonse Elric.
AM: Jak wygląda?
P: Na nastolatka. Niebieskie oczy, włosy ciemny blond.
AM: Czy jest teraz w Stanach?
P: Nie.
AM: A więc gdzie?
P: W Kwaterze Wschodniej.
AM: Mógł przybyć do Stanów z misją ratunkową dla pani?
P: Nie wiem.
AM: Jakie działania podejmujecie w wypadku utraty kontaktu z agentem?
P: Nie wiem.
AM: Jak to, pani nie wie?
P: Taka sytuacja jeszcze się nie zdarzyła.
AM: A co TO jest?
P: Ręka lalki.
AM: Jakiej lalki?
P: Jednej z tych, przez które kontaktowałam się z moim dowództwem.
AM: W jaki sposób kontaktowała się pani przez nie z dowództwem? Zostawiała w nich pani wiadomości?
P: Nie, rozmawiałam z Alphonsem przez nie.
AM: Zdawała mu pani raporty?
P: Tak.
AM: Czy pani kraj stanowi poważne zagrożenie dla Stanów?
P: Nie wydaje mi się.
AM: A czy Stany stanowią dla niego zagrożenie?
P: Z pewnością nie.
AM: Dlaczego?
P: Bo nikt nie pokona naszych alchemików.
AM: Kogo?
P: Alchemików.
AM: To jakiś specjalny oddział?
P: Tak można powiedzieć.
AM: Jaką bronią się posługują?
P: Alchemią.
AM: Czyli?
P: Jeśli pan nie wie, co to alchemia, to proszę zajrzeć do słownika, panie generale, a nie zadawać idiotyczne pytania.
AM: A jaka jest jej śmiertelność?
(damski śmiech)
P: Bardzo różna. Czasem giną setki, czasem setki zostają uratowane.
AM: Czy zna pani nazwiska tych "alchemików"?
P: Tak.
AM: To proszę mi je wypisać.
(słuchać odgłos pisania)
(nagle dźwięk upadającego ołówka)
AM: Coś się stało? Boli panią?
P: Tak…
AM: Skopolamina przestaje działać. Sheska, skocz po lekarza.
(koniec zapisu stenotypowego i nagrania)

- Nic pani nie jest? - Mustang podszedł do skulonej na krześle Hawkeye.
- Nie - odmruknęła. - Po prostu boli. - i jakby na potwierdzenie swoich słów podciągnęła kolana do brody i objęła je rękoma, kuląc się jeszcze bardziej.
Mustang przykucnął tuż koło niej, tak, żeby spojrzeć jej w oczy, i położył rękę na ramieniu.
- To się już więcej nie powtórzy, nie pozwolę już podać pani skopolaminy. Obiecuję.
Nawet nie podniosła głowy i nie spojrzała na niego, opierając cały czas czoło na kolanach.
- Czy pani mnie zna? - spytał.
- Przecież jest pan moim dowódcą - wyszeptała.
- Ale czy zna mnie pani prywatnie?
- Tak - skuliła się jeszcze bardziej.
- Jak blisko?
Nie odpowiedziała nic. Poderwał się na równe nogi, złapał ją za oba ramiona i potrząsnął.
- Proszę mi powiedzieć, jak dobrze mnie pani zna?
Nic nie odpowiedziała. Potrząsnął nią jeszcze mocniej.
- Kim pani dla mnie jest?
Nie chciała odpowiedzieć. Puścił ją i odwrócił się do niej tyłem. Nie widział, że podniosła na niego swoje orzechowe oczy, usłyszał tylko cichy, proszący głos:
- Generale…
Ale on już na nią nie spojrzał, był wściekły, że nie powiedziała mu najważniejszego.
Drzwi stuknęły, do środka wszedł lekarz, w białym fartuchu i z czarnym neseserkiem. Na szyi zawieszony miał stetoskop. Podszedł do podejrzanej i zbadał jej puls.
- Przyspieszone tętno - powiedział. - Zaczyna wychodzić spod działania skopolaminy.
Położył neseserek na biurku i otworzył go. Wyciągnął strzykawkę i buteleczkę.
- Podam jej mały koktajl - wyjaśnił, naciągając trochę do strzykawki. Wyjął drugą buteleczkę i z niej trochę też naciągnął. - Środek przeciwbólowy, coś na sen i roztwór kwasu acetylosalicylowego, skutecznego na wszystko - odstawił trzecią buteleczkę. Stuknął w strzykawkę palcami. - Proszę mi dać rękę.
Wysunęła do niego ramię, ale musiał odłożyć strzykawkę i sam podwinąć jej rękaw koszuli. Zrobił zastrzyk szybko i prosto w żyłę. Bolał o wiele mniej niż poprzedni.
- No, i już po wszystkim - uśmiechnął się do podejrzanej lekarz. - Może pan zawołać kogoś, kto odprowadzi ją do celi? - spytał Mustanga.
Agent wyjrzał na korytarz i skinął na dwóch stojących tam strażników.
- Odprowadźcie ją do celi.
Weszli do pokoju przesłuchań i wyprowadzili podejrzaną. Słaniała się lekko na nogach, więc obaj trzymali ją mocno za ramiona. Mustang miał wrażenie, że chwyt ten zadaje jej jeszcze dodatkowy, niepotrzebny ból. Za nimi wyszedł lekarz.
- Panie doktorze, mogę pana jeszcze na chwilę zatrzymać? - spytał agent. - Podejrzana zachowywała się na dzisiejszym przesłuchaniu dziwnie.
- Jak to "dziwnie"? Wie pan, po skopolaminie…
- Może lepiej wejdziemy do środka - zaproponował Mustang. - Znam dobrze działanie skopolaminy. Prowadziłem już sporo przesłuchań z jej użyciem. Jeśli powiem teraz coś źle, to proszę mnie poprawić. Dobrze?
- Nie ma sprawy – zgodził się lekarz.
- Osoba będąca pod działaniem skopolaminy jest w narkotycznym transie. Ma wrażenie, że wokół niej są ludzie będący jej przyjaciółmi, czuje się bezpieczna, nie ma żadnych barier w tym, co mówi i robi. Wprowadzenie i wybudzenie ze stanu są bolesne, a z czasu, gdy było się pod działaniem narkotyku, nie pamięta się nic. Czyż nie tak?
- Mówiąc językiem laików dokładnie tak.
- Właśnie. U niej natomiast przebiegało to dziwnie.
- Czyli jak? - spytał lekarz.
- Po pierwsze, nie chciała odpowiadać na pewne pytania.
- Jak to "nie chciała"? - zdziwił się lekarz.
- Kiedy zadawałem pytanie po prostu milczała - odparł Mustang.
- Dziwne… nigdy o czymś takim nie słyszałem.
- Ja też nie. W dodatku ona zachowywała się tak, jakby nas znała. I to nie w sensie, że już ją ze Sheską przesłuchiwaliśmy. Twierdziła, że ja jestem jej dowódcą, a Sheska z nią współpracuje. A potem sama sobie zaprzeczyła i stwierdziła, że my to nie my.
- Nie mam zielonego pojęcia, jak to możliwe - stwierdził lekarz. - Może jesteście podobni…
- Doktorze - przerwał mu Mustang - nie chcę pana urazić, ale po kilku latach pracy w FBI nie wierzę już w coś takiego jak podobieństwa czy zbiegi okoliczności.
- Mogę poszukać w aktach medycznych zatrzymanych, ale nie gwarantuję, że coś uda mi się ustalić - lekarz spojrzał na zegarek. - A teraz przepraszam, ale muszę już iść. W środy zawsze przyjmuję biednych za darmo w ramach wolontariatu w Armii Zbawienia. Za pół godziny zaczynam dyżur - wyjaśnił. - Miałem już wychodzić, gdy mnie pan wezwał. Jak coś znajdę to podrzucę panu najpóźniej w sobotę, agencie…
- Mustang. Roy Mustang.
- Marcoh. Do widzenia w takim razie, agencie Mustang - pożegnał się lekarz, ruszając szybkim krokiem w swoją stronę.

AN: Początkowo chciałam, żeby całą prowadziło CIA i tak było napisane w pierwszej wersji. Dopiero potem doczytałam, że CIA powstało dopiero po II Wojnie Światowej a CIA istniało już wcześniej. Dlatego musiałam zmienić CIA na FBI. Gdyby dalej jeszcze pojawiło się jakieś związane z tym zamieszanie – z góry przepraszam.

10