Rozdział IV – Rozmowa przez ocean
Kiedy wreszcie przebrnął przez wszystkie pozostawione mu przez Bowlmana papiery było już po dziesiątej. Wstał zza biurka i przeciągnął się, rozprostowując skurczone mięśnie. Jeśli po awansie jego służba ma się sprowadzać tylko i wyłącznie do czytania raportów, to nie jest to zbyt wesoła perspektywa.Ale kiedy ja tu będę szefem, to sam będę ustalał zasady dla siebie i dla innych, pomyślał podchodząc do okna. Teraz wreszcie miał chwilę by pomyśleć nad najważniejszą sprawą.Ulica pod oknami głównej siedziby FBI była wyjątkowo ponura. Latarnie świeciły brudnym, żółtym światłem. Niektóre nieprzyjemnie migały, jakby miały za chwilę się przepalić. Co jakiś czas tuż pod nimi przesuwał się jakiś czarny samochód, trochę częściej po chodniku przemykały ciemne sylwetki ludzi, którzy mimo bliskości głównej siedziby największego organu śledczego Stanów wyraźnie nie czuli się bezpieczni. Jakby byli wyrzutem sumienia tych, którzy nie potrafili im poczucia bezpieczeństwa zapewnić.Mustang przeciągnął się ponownie. Postrzelone ramię zareagowało na zmianę naprężenia mięśni gwałtownym bólem protestu. Dorwie tego drania, który go postrzelił i rozwiąże sprawę tej kobiety. Jeszcze raz rozprostował plecy i wrócił za biurko. Nadszedł czas, by przejrzeć zapisy dotychczasowych przesłuchań i wyciągnąć jakieś sensowne wnioski.Po pierwsze – była szpiegiem. Określenie którego sama użyła, grupa naukowo-badawcza, wskazywało, że jej celem nie było wniknięcie do sfer rządzących czy wojskowych, ale raczej szpiegostwo gospodarcze i naukowe. Chociaż nie, jako pracownica USC mogła pomagać we wnikaniu innych agentów. A może łączyła obie te funkcje? Nad tym jeszcze potem pomyśli. Poza tym znał już nazwisko jednego z osobników, którzy go postrzelili. Alphonse Elric. Ciekawe, po co przyszli do jej mieszkania – szukali jej czy może chcieli po prostu zatrzeć ślady? Jeśli mieli na celu to drugie, to będzie miał z nimi na razie spokój, jeśli to pierwsze, to… no cóż, mogą sprawić jakieś drobne problemy, ale to jednocześnie zwiększa prawdopodobieństwo, że uda się ich złapać. A wtedy, mając jej zeznania, uda się bez problemu skazać ich na krzesło. A propos tego chłopaka, Mustanga dziwiła jeszcze jedna rzecz. Hawkeye twierdziła, że ów Alphonse jest jej dowódcą. Agentowi niezbyt się to zgadzało, bo chłopak nie wyglądał na niczyjego dowódcę. Niby miał wyglądać młodo, ale mimo wszystko… Bo w kocu ile on mógł mieć lat? Piętnaście? Szesnaście? Nie więcej. Za młody, że by pełnić jakąkolwiek ważną funkcję, szczególnie w organizacji noszącej miano, jak to określiła, wojskowo-cywilnej. Nikt nie dopuściłby dziecka do tak ważnej operacji. Hawkeye mówiła, że wygląda na nastolatka…Stop. Nie HAWKEYE, ale PODEJRZANA. Bezosobowo. Jeśli zacznie się do niej odnosić jak do człowieka to nie będzie w stanie podjąć przeciwko niej żadnych działań. A podejrzany to nie człowiek, tak go w końcu uczyli, więc można z nim zrobić wszystko. Poniżać, dręczyć, doprowadzić do stanu załamania nerwowego, a gdy już powie co wie, zrobić z niego własnego agenta, eksperta, wsadzić do więzienia lub usadzić na krześle. Chociaż nie, w jej wypadku tego ostatniego zdecydowanie by nie chciał. Wolałby przerobić ją na własną agentkę, informatora w szeregach potencjalnego wroga. Zapewne grałaby wtedy na korzyść swojej pierwotnej strony, ale przynajmniej żyłaby. Musiałaby im oczywiście najpierw udzielić kluczowych informacji. Właśnie, ciągle nie wiedział najważniejszego – kto ją podstawił? Jaki kraj? Najpewniej Rosja, ale to nie było zupełnie pewne. Może Niemcy? Anglia? Francja?
Tak bardzo tęskniła… Ubiegając się o misję wiedziała, że będzie tęsknić, ale miała też nadzieję, ze będąc z dala od niego zdoła wreszcie o nim zapomnieć. Gdy wtedy po przewrocie opiekowała się nim przez kilka dni, myślała, że wreszcie zrozumiał. I to możliwe nawet, że zrozumiał, ale nie powiedział tego, tylko zniknął. Zaginął. Przepadł. By go odnaleźć poruszyła niebo i ziemię. Bez rezultatu. A potem okazało się, że Havoc, Armstrong, Fuery i kilkoro innych wiedziało gdzie jest generał. Tyle tylko, że zakazał im mówić komukolwiek, a jej w szczególności, o swoich planach.- Czemu mnie „szczególnie"? – spytała Havoca.- No bo przecież… - popatrzył na nią zdziwiony. – Czyli… ty przecież nie… skoro się pytasz, to znaczy, że nie…- Co „nie"? – próbowała z niego wydusić.- Właściwie to nie wiem – odparł w końcu.Nie pytała o nic więcej. A gdy generał powrócił, odmówił jej jedynego, czego tak bardzo pragnęła – być przy nim. Potem, gdy wrócił na stanowisko, zgromadził ich wszystkich wokół siebie tak, jak dawniej. I wszystko z pozoru wróciło do normy.W czasie jego nieobecności próbowała o nim zapomnieć. Bezskutecznie. Próbowała go znienawidzić, także bez powodzenia. Wystarczyło, że go zobaczyła i znowu była przy nim i dla niego. Jak zawsze.Myślała, że ta misja, ta samotność, coś da. Cokolwiek. Że coś w niej pęknie, że wreszcie będzie miała puste serce. Nic z tego.A potem zobaczyła go znowu. A raczej nie jego, ale jego lustrzane odbicie, kogoś niemal identycznego. Kiedy widziała go po drugiej stronie stołu podczas przesłuchań, myślała tylko o jednym – żeby podejść do niego, usiąść na jego kolanach i pogładzić po policzku. Może wtedy ten wyraz niespokojnego zamyślenia zniknąłby z jego twarzy. Spojrzałby na nią i uśmiechnąłby się. Miała to ochotę zrobić zawsze, ilekroć generał z czymś się martwił, ale nigdy nie starczyło jej na to odwagi. I dobrze, bo gdyby wtedy powiedział nie to pękłoby jej serce.Podświadomie wiedziała, że ten agent, choć podobny, to nie jest jej generał. To nie na niego czekała przez dwa lata, stojąc codziennie w oknie to Kwatery Głównej, to swojego mieszkania. To nie za niego oddałaby życie.Bolało ją, że agent Mustang z FBI jest żonaty. Bo światy po obu stronach bramy potrafią być zaskakująco podobne…A potem już tylko zasypiała, z zaschniętymi na policzkach łzami, tęskniąc jeszcze bardziej.
No i jest jeszcze cała ta alchemia. Nie miał zielonego pojęcia, co to może być, a na znalezienie jakiegokolwiek słownika czy encyklopedii w głównym budynku FBI w samym środku nocy nie miał co liczyć. Encyklopedię ma w domu. Właściwie to odwalił już całą papierkową robotę i mógł wracać do swojego mieszkania. Tylko po co? Prócz tego grubego tomiszcza nie czekało go tam nic. Ani niktDziwne, że nigdy do tej pory o tym nie myślał.Przejrzał kilka leżących na biurku kartek. Właściwie to nie ma tu już nic do roboty. Ale po co wracać do pustego domu?Wstał z krzesła i zdjął czarną marynarkę z oparcia. Zakładał ją powoli, aby nie urazić rannej ręki. Cały Waszyngton pogrążony jest w błogim śnie, pomyślał schodząc na parter. Moja podejrzana pewnie też już śpi.Ulica była puściutka, nie licząc jego i mężczyzny w szarym prochowcu, który szedł w przecisną stronę. Gdy się minęli, Mustang pomyślał, że było w nim coś dziwnie znajomego, choć postawiony kołnierz i nasunięty na czoło czarny kapelusz nie pozwalały dostrzec twarzy przechodnia. Gdy się mijali, nieznajomy jakby nagle skurczył się w sobie.To może być jakiś przestępca, pomyślał agent, ale nim zdążył się odwrócić, coś ciężkiego spadło na jego kark, zwalając go z nóg. No cudnie, pomyślał. Oberwać dwa razy, dwa dni pod rząd w dodatku. A potem znów zapadł w błogą nicość.
- Dzień dobry, agencie Mustang. O Boże… Co się stało z pana twarzą? – Marcoh zdawał się naprawdę zmartwiony.
- Wczoraj wieczorem dostałem po głowie od złodzieja i chyba dość niefortunnie upadłem… - westchnął Mustang, podnosząc się zza biurka by podać lekarzowi dłoń.- Jak to od złodzieja? – zdziwił się Marcoh ściskając wyciągniętą do niego rękę.- Gdy obudziłem się w szpitalu okazało się, że ktoś znalazł mnie nieprzytomnego na ulicy. Portfela i zegarka już nie miałem – agent na powrót zajął swoje miejsce za biurkiem.- I wypuścili pana ze szpitala? Nie obawiali się, że będzie pan miał wstrząśnienie mózgu?- Chyba tak, ale wytłumaczyłem pani doktor, że mam wiele ważnych spraw na głowie – odparł Mustang uśmiechając się lekko. – Proszę usiąść, doktorze – wskazał lekarzowi krzesło po drugiej stronie biurka. – Co pana do mnie sprowadza?Marcoh zajął wskazane miejsce i otworzył trzymaną w rękach teczkę. Jej zawartość położył na biurku.- Przejrzałem akta z testów nad skopolaminą. Jedno z przeprowadzonych badań polegało na tym, że osobę, której ją podano odpytano trzy razy z rzędu, za każdym razem zadając te same pytania. Pierwszym przesłuchującym był dobry znajomy badanego, drugim ktoś znany z widzenia, trzecim osoba zupełnie obca. Chciano sprawdzić, jak stopień znajomości przesłuchującego wpływa na prawdomówność przesłuchiwanego. Wynik był dość zaskakujący. Okazało się, że im bliżej przesłuchiwany znał przesłuchującego, tym więcej był w stanie przed nim zataić. Bardzo możliwe – lekarz poprawił się w fotelu i założył nogę na nogę – że obecność dobrze znanej twarzy nie pozwalała mu całkowicie odpłynąć. Więc w sprawie tej kobiety pozostają dwie możliwości – albo przypomina pan kogoś, kogo ona zna, albo jest pan sam szpiclem obcego wywiadu. Ale ta druga możliwość nie wydaje mi się realistyczna – Marcoh spojrzał Mustangowi prosto w oczy. Agent wytrzymał spojrzenie. – W przeciwnym wypadku rozmawiałbym teraz nie z panem, a z pana przełożonym.Mustang skinął głową, cały czas nie odrywając wzroku od lekarza.- Dziękuję za zaufanie, doktorze – powiedział.- Nie ma za co – uśmiechnął się Marcoh. – Proszę się zapoznać z dokumentacją testów skopolaminy, a potem niech je pan odda bezpośrednio do archiwum. Doszły mnie słuchy, że ma pan zostać wkrótce awansowany – dodał wstając z krzesła.- Zaprzeczanie byłoby kłamstwem – agent odwzajemnił uśmiech.- Nadaje się pan na to stanowisko. Do zobaczenia – jeszcze raz wymienili uścisk ręki, po czym lekarz zniknął za drzwiami.Mustang uśmiechnął się sam do siebie. Oparł łokcie na biurku, splótł dłonie i wsparł na nich podbródek. Rzucił okiem na akta, ale nie mógł się na nich skupić. Nie minął moment i jego myśli podryfowały znowu w najmniej odpowiednim kierunku – do osoby, którą zamiast nazywać jej właściwym imieniem tytułował nadal mianem „podejrzanej".
Przesłuchanie piąte.Częściowo z użyciem wariografu.śledczy: agent Roy Mustangnagranie i zapis stenotypowy: Sheska Ashcroft
AM: Witam. Jak pani samopoczucie po wczoraj?P: Dobrze, trochę mnie boli głowa, ale poza tym raczej nic mi nie jest. Co za świństwo mi daliście?AM: Ach, takie tam, nie warto mówić.P: Agencie, to naprawdę nie ma sensu. Możecie mnie torturować podając jakieś świństwa, ale nie powiem wam czegoś, czego nie wiem.AM: No nie, nie powie nam pani czegoś, czego pani nie wiem. Ale my sporo już o pani wiemy.P: Tak? A niby co takiego?AM: Wiemy na przykład, kto jest na tym zdjęciu. A pani wie?P: Nie.AM: Dziwne, bo jest z tyłu podpisane.P: Nie pokazał mi pan go od tyłu.AM: Nie, ale myślałem, że wie pani, kto jest na zdjęciu wiszącym w pani mieszkaniu.P: Dostałam ten obrazek w tak zwanym gratisie kiedy kupowałam pozostałe.AM: Ta dedykacja, "Rizie", nie jest do pani?P: Nie.AM: A czy Riza nie jest zdrobnieniem od Elizabeth?P: Nigdy nie słyszałam. Na mnie wołają raczej Liza albo Lizie.AM: I nie zna pani majora Hughesa?P: Nie.AM: Nie służyła pani razem z nim?P: Nie.AM: Jego córki też pani nie zna?P: Nie.AM: I nigdy nie służyła pani w armii?P: Oczywiście, że nie, co to w ogóle za pomysł?AM: Ale skoro nie pamięta pani niczego sprzed wypadku, to skąd może pani mieć taką absolutną pewność?P: (cisza)AM: Może przed stratą pamięci była pani czyjąś agentką?P: Teraz to pan przesadza. Najpierw oskarża mnie pan o manipulowanie aktami w USC, a teraz sugeruje, że wcześniej pracowałam dla obcego wywiadu. Wie pan, że te oskarżenia nie trzymają się kupy?AM: Trzymałyby się kupy, gdyby się okazało, że tylko udaje pani amnezję.P: Pan chyba naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jaką tragedią jest strata pamięci. Budzi się pan nagle w zupełnie obcym miejscu, wśród zupełnie obcych ludzi, i nie wie pan nic, nawet jak pan ma na imię.AM: Nie, tego nie wiem. Wiem za to, jak to jest budzić się w szpitalu jednego dnia z przestrzelonym ramieniem a następnego z rozbitą głową.
(punkt dla niego, adnotacja Sheski na jej kopii zapisu z przesłuchania)P: Widać to po panu. Kto pana tak załatwił?AM: Głowę rozbił mi jakiś uliczny rabuś, aż wstyd się przyznać, że na to pozwoliłem. Ale ramię przestrzelił mi pani znajomy, Alphonse Elric.P: Słucham?AM: Pani znajomy i, o ile się nie mylę, dowódca, Alphonse Elric. Czemu pani tak na mnie patrzy? Jego też pani nie pamięta?P: Nie znam nikogo o tym nazwisku.AM: Dziwne, bo doszły mnie wieści, że jest dowódcą projektu badawczego prowadzonego przez pewną grupę wojskowo-cywilną, do której pani należy, poruczniku. Co panią tak zdziwiło?P: To wszystko, co pan mówi… to jest niemożliwe…AM: Że dowiedziałem się prawdy?P: Nie, ale że wytrzasnął pan skądś taką niestworzoną historię. Przecież to czysty absurd.AM: A jakbym pani powiedział, że mamy owego Alphonse'a?P: Ja nie mam pojęcia, o czym pan w ogóle mówi!AM: Naprawdę? To skąd on panią zna?P: To niemożliwe, to musi być pomyłka, głupi żart, cokolwiek…AM: Tak? A więc skąd pani wie, jak nazywa się agentka, która przysłuchuje się naszej rozmowie?P: Nie wiem, nie pamiętam…AM: Nikt z nas się pani nie przedstawiał, a jednak wie pani, jak agentka się nazywa.P: Ja niczego takiego nie wiem!AM: Nie wie pani… To czemu pani ją tak nazwała?P: Nie mam pojęcia, o co panu chodzi.AM: Więc na pewno nie wie pani nic o przewrocie ani o najeździe na Centralę?P: Skąd niby mam to wiedzieć?AM: Bo przecież brała pani udział w tym wydarzeniu, prawda? Razem z majorem Armstrongiem.(cisza)AM: Tak, ale doskonale wiem już, że jest pani agentką. Ta niby-proteza, którą przechwycili moi ludzie to ręka lalki, przez którą komunikowała się pani ze wspomnianym Alphonsem.(długa cisza)AM: Obiło mi się też o uszy pojęcie alchemików. Niestety, nie miałem czasu dokładnie wypytać, co to jest. Może pani mi powie?P: Skąd ja niby mam to wiedzieć?AM: Wydaje mi się, że tam, skąd pani pochodzi to powszechna wiedza.P: Pochodzę z Memphis i nawet jeśli znają tam pojęcie alchemii, to ja tego niestety nie pamiętam.AM: Niech pani nie udaje idiotki, bo to do pani naprawdę nie pasuje. Jeśli chce mi pani dowieść, że mówi prawdę, to nie ma nic prostszego. Proszę to założyć.P: Co to takiego.AM: Wariograf. Inaczej wykrywacz kłamstw. Zakłada się i pompuje, jak przy mierzeniu ciśnienia. Nie odpowiada pani ten test?P: Po prostu nie wierzę w skuteczność takich cudów jak wykrywacz kłamstw. Co tam macie jeszcze w zanadrzu? Eliksir prawdy?AM: Na razie wykrywacz wystarczy. Pozwoli pani, że sprawdzę, czy go pani dobrze założyła. No, wygląda, że wszystko w porządku. Jeśli strzałka przesunie się w prawo i zapika, to znaczy, że skłamała pani. Możemy chyba zacząć? Aha, brak odpowiedzi na dane pytanie działa wybitnie na pani niekorzyść, więc niech pani lepiej odpowiada. Nazywa się pani?P: Elizabeth Hawkeye.AM: Oj, naszej maszynce coś się to nie widzi…P: Może jest popsuta?AM: O nie, tak dobrze nie ma. Powiedziałbym raczej, że przekręciła pani coś w swoim nazwisku. Może zechce pani podać prawdziwe dane?P: Elizabeth Hawkeye.AM: Tak się pani raczej nie nazywa, ale jeśli nie chce mi pani nic powiedzieć, to zadam następne pytanie. Była pani kiedyś w wojsku?P: Nie.
BIPIPAM: Wie pani, kim jest major Hughes?P: Nie.
BIPIPAM: Widziała pani to zdjęcie?P: Tak. AM: Dostała je pani od majora?P: Kupiłam.BIPIPAM: Czyli dostała je pani od majora. Kto na nim jest?P: Nie wiem.BIPIPAM: Czy włamała się pani do USC?P: Nie.BIPIPAM: Chciała pani ukraść to świadectowo urodzenia?(cisza)AM: A może podrzucić je?(cisza)P: Nie odpowiem już panu na żadne pytanie. Domagam się zakończenia tej farsy, którą nazywa pan przesłuchaniem.AM: Dam pani dobrą radę – niech pani odpowiada z własnej woli, bo inaczej przesłuchania nie będą dla pani przyjemne.P: Jakby teraz były. Przeżyję.AM: Może i pani przeżyje, ale nie będą to na pewno radosne chwile.(cisza)AM: Czyli dziś mi już pani nic nie powie?P: Nie.AM: No to w takim wypadku skończymy tę rozmowę następnym razem. Koniec na dzisiaj.
Gdy już wyprowadzono podejrzaną, Sheska podeszła do Mustanga.- Mamy ją, prawda? – spytała.- Raczej tak – uśmiechnął się.- Wie pan, blef z aresztowaniem tego Alphonse'a był naprawdę świetnym pomysłem – zauważyła zbierając zapisane kartki ze swojego biurka. – Lepiej, żeby mówiła na trzeźwo. Jej odpowiedzi po skopolaminie nie były w końcu całkowicie wiarygodne.- No cóż, z tego, co mówił ten lekarz, doktor Marcoh, jasno wynikało, że po prostu musimy jej jakoś przypominać współpracowników – wiedział, że nie mówił prawdy, ale musiał się jakoś wytłumaczyć, tak by agentka nie wracała już do sprawy skopolaminy.Sheska wykręciła z maszyny do pisania ostatnią kartkę. Starannie wyrównała maszynopis i ruszyła w kierunku drzwi. Mustang kulturalnie je przed nią otworzył i wyszedł za nią.- Dziękuję – agentka spojrzała na niego z uśmiechem, a po chwili spytała. – Co panu konkretnie jest? W sensie z twarzą?- Mówiłem przecież… podejrzanej – w ostatniej chwili zdążył ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć: Hawkeye.- No tak, ale czemu ma pan ten opatrunek? Pół twarzy panu zasłania – zauważyła, powoli ruszając korytarzem w stronę części biurowej. – Uderzenie chyba nie wymaga czegoś takiego?- Właściwie to mam zdartą skórę na policzku i połowie czoła. Założyli mi ten opatrunek, żeby nie wdała się infekcja i żebym jakoś wyglądał.Lubił Sheskę. Mógł z nią porozmawiać spokojnie, bez prób flirtowania z jej, ale też i ze swojej strony. Miła ulga dla kogoś, kto albo zawsze był podrywany albo sam podrywał.- Pan ostatnio naprawdę ma pecha… - westchnęła agentka współczująco. – Idę przepisać protokół i zaraz go panu podrzucę.Zniknęła w ocznym odgałęzieniu korytarza. Mustang wytrwale szedł przed siebie. Im bliżej głównych schodów, tym więcej ludzi się kręciło. Znał niewielu z nich, ale miał świadomość, że jako dyrektor departamentu będzie musiał mieć ich wszystkich, ich nazwiska, kwalifikacje, predyspozycje i wady, w małym palcu. Przy pierwszej okazji zrobi swoją sekretarką Sheskę, bo jej wyjątkowa pamięć mogła stać się jego zbawieniem.Wymienił standardowe dzień dobry z mijającą go Marią Ross. Może gdyby poszedł z nią na „Jak wam się podoba" nie miałby teraz obandażowanej prawej połowy twarzy. Ale naprawdę nie miał ochoty iść z nią. Shakespeare'a nawet lubił, ale po prostu nie odpowiadało mu towarzystwo akurat agentki Ross. To była całkiem miła kobieta, ale nie w jego typie. No bo kiedy spotkało się już kogoś, kto idealnie wpasowuje się w twój ideał, to nie tak łatwo jest zejść na ziemię, szczególnie gdy ta jedyna jest tuż na wyciągnięcie ręki. Tyle że, niestety, oddziela cię od niej bariera nie do przekroczenia – stół w sali przesłuchań.
A/N: Mam nadzieję, że się domyśliliście (tudzież doczytaliście), że działanie skopolaminy przysłowiowo wyssałam sobie z palca. Nazwę znalazłam w internecie. Podobnie z funkcjonowaniem FBI. Jak już mówiłam, miało być CIA, ale powstało trochę za późno. Przyjmijmy więc, że przed powstaniem CIA to właśnie FBI zajmowało się szpiegami i bezpieczeństwem państwa, przynajmniej wewnętrznym. Mam nadzieję, że rozdział się podoba :) Mam nadzieję, że szybko uda mi się wrzucić następny. Do zobaczenia :)
