Księstwo Que-Toyne
10/11 Marca 1640 Roku Kalendarza Centralnego/ Anno Domini 2021
1 Dywizja Piechoty Morskiej
11 Batalion Czołgów
Zapadła już gęsta noc, na niebie nie było widać ani jednej gwiazdy, nawet Księżyc nie mógł się przebić przez chmury, pomimo tego bitwa zaczęta jeszcze przed drugim śniadaniem trwała w najlepsze. Na maszerujące kolumny wojska Lourii uderzyły z zaskoczenia połączone siły 1 Pułku Piechoty Morskiej, 11 Batalionu Czołgów oraz dwie chorągwie rycerzy Que-Toyne wsparte przez kontyngenty chłopskie przyprowadzone przez ich panów i przezbrojone w polską broń.
„Dostał!" zakrzyknął Grupowy (Kapral) Karsten Blau, dowódca lekkiego czołgu 33TP. Była to mała żwawa maszyna, uzbrojona w potężne działo gładkolufowe 120 milimetrów, jedno działko laserowe i trzy wielkokalibrowe karabiny maszynowe. Potrafiła się z łatwością rozpędzić do ponad 80 km/h niezależnie od terenu.
Sam 33TP był pojazdem specjalnym, używany wyłącznie przez piechotę morską i powietrzno-desantową jako substytut czołgu, pełnił jego rolę wsparcia ogniowego choć w przeciwieństwie do potwora jakim był 70TP, może też przewozić ponad czterech żołnierzy desantu wewnątrz swego kadłuba niczym rasowy transporter opancerzony.
W zależności od typu formacji do jakiej ma trafić może posiadać również zdolność pływania lub też do desantu z powietrza z załogą wewnątrz pojazdu. Wszystko okupione względną średnią odpornością na ataki jak i ciasnotą przedziału załogi. Oczywiście pancerz można zwiększyć dodając dodatkowe płyty pancerza jak i pancerz reaktywny przez co może w takim wstanie podjąć walkę z czołgiem podstawowym jak równy z równym. Niestety wtedy traci się przewagę małej wagi a przez co prędkości jak i zdolność do pływania i zrzutu z powietrza.
Rozwiązaniem na tę bolączkę jest nowa wersja 33TP czyli 33(7)TP powstała w 2020 roku. W przeciwieństwie do 33 jest zrobiona nie z stali a z grafenu, będąc przy okazji pierwszym czołgiem z tego materiału. W ten sposób zbito wagę z 33 ton do ponad 7 stąd siedem w nawiasie, bowiem pełna nazwa to oczywiście Trzydziesto-trzy tonowiec polski. Prawie cała waga to podzespoły czołgu, amunicja oraz załoga, sam grafen to ledwie 1 procent całości wagi.
Niestety dla 11 Batalionu, są zmuszeni obejść się smakiem. Póki co nie słychać zamierzeń o wycofaniu obecnych 33TP w ich jednostce. Trudno się dziwić, 33TP jest w masowej produkcji od 5 lat, a pierwszy prototyp powstał w 2010 roku! Te czołgi są jak nowe, ledwie wyeksploatowane a już chcą czołgiści je wymieniać na nową wersję tej samej zabawki które różnią się głównie materiałem z jakiego jest zrobiona.
Zresztą Cwana Helga jak nazwała ją jej załoga, ma ledwie trzy lata odkąd wyszła z fabryki. Wymienienie jej na nową wersję byłoby nie uczciwe w stosunku do niej, szczególnie że dobrze się sprawdza a akcji a obecna bitwa jest tego dowodem.
Choć sam Blau nie nazwał by tego co widzi bitwą, na swoim centrum dowodzenia wszechświatem, jak powszechnie się nazywa stanowisko dowódcy w 33TP z racji że dowódca jest otoczony monitorami pokazującym mu obraz z kamer bezzałogowej wieży. Dla niego to była jednostronna masakra, brutalne bicie ofiary tak długo że straciła wzrok a pomimo tego jest ciągle atakowana.
Niemniej rozkaz to rozkaz, a zresztą na wojnie sprawiedliwości nie ma. Musiałby być skończonym idiotą by próbować z Lourianami walczyć uczciwie. Nie jest takim frajerem by na to pójść, jeszcze mu życie miłe. On jest czołgistą a nie rycerzem i łatwiej się zostaje tym pierwszym niż tym drugim.
„Kontakt! Piechota, 500 metrów azymut 50 stopni." szybko rzucił Blau zauważając kolejną formację piechoty próbującej uciec od stalowych potworów.
„Przyjąłem, piechota, 500 metrów, azymut 50 stopni." odparł strzelec czołgu, Szeregowy Alwin Stauss który zaczął celować zaraz po tym jak dowódca obrócił wieżę w stronę przeciwników.
„Ognia!" rozkazał Blau
Ledwie chwilę później pociągnął za spust a armata wystrzeliła. Do uszu strzelca szybko dotarł stłumiony odgłos wystrzału i eksplozji, w tym czasie w tle automat ładujący ładował kolejny pocisk odłamkowo-burzący.
Gdy tylko zabrzmiał dźwięk potwierdzający gotowość do wystrzału, znów przystawił oko do celownika. Wszystko pokryte w dwu-kolorze czerni i bieli, znów wymierzył w ocalałą kolumnę i na rozkaz dowódcy strzelił, i tak jeszcze raz zanim dowódca potwierdził zniszczenie wrogiej jednostki.
„Żadne to wyzwanie." odezwał się Alwin.
„Narzekasz?" zapytał go kierowca Stefan Mossor.
„Nie, stwierdzam oczywistą rzecz." odparł Alwin.
„To dobrze, jeszcze by brakowało byś ściągnął nam kłopoty." stwierdził Stefan
„Mniej pogaduszek panowie, Stefan rusz Helgę naprzód mamy ścigać wroga." wtrącił się Karsten.
„Tak jest." odparł Stefan, a po chwili silnik czołgu zawył głośniej ruszając trzydziesto trzy tonową bestię z miejsca. Obok Helgi jechały trzy inne maszyny ścigając wroga, od czasu do czasu poczet pancerny strzelał w ruchu do kolejnych oddziałów Lourian.
Nie było to zbyt trudne, przeciwnicy uciekali zwartymi grupami bez ładu i składu, nie mieli zbytnich szans z czołgiem, choćby i lekkim! Nie oznacza że nie próbowali zatrzymać ścigających ich czołgistów.
Kolejny łoskot rozległ się wewnątrz kadłuba Helgi, wrodzy magowie rzucali czym popadnie w pojazdy. Kule ognia, tnący wiatr czy też po prostu kawałki ziemi ciśnięte w pojazdy z ogromną siłą. Nic to nie dawało, pancerz zaprojektowany pod kątem armat BWP i KTO był więcej niż wystarczający by przyjmować takie ciosy bez problemu. Zaś fartuchy boczne skrywające gąsienice osłaniały przed próbami wpakowania czegokolwiek między koła by zatrzymać 33TP.
Nie żeby nie próbowali tak czy siak włożyć tak czegokolwiek, załoga Helgi może osobiście o tym poświadczyć.
Gonitwa trwała w najlepsze pomimo prób ucieczki, czołgi jechały względnie wolno by nie prześcignąć uciekających. W miarę jak upływał czas, coraz kolejni uciekinierzy odpadali od formacji. Najpierw pojedynczo, potem małe grupki po dwie-trzy osoby, by ostatecznie całe oddziały zaczęły padać na ziemię czy też zatrzymywać się.
„Zostaw ich!" krzyknął Karsten do Alwina gdy ten próbował wystrzelić w jedną z większych grup która odpadła. „Bierzemy ich jako jeńców." wytłumaczył strzelcowi.
„Wiem! To przyzwyczajenie." odwarknął Alwin
Karsten jedynie przewrócił oczami, Alwin nie umiał odpowiedzieć w takich sytuacjach normalnie.
„Kto ich złapie?" zapytał Stefan dla którego cała ta gonitwa była nużąca, jechał ledwie 20 km/h bez większego wysiłku pokonując przeszkody.
„Piechota za nami." odrzekł Blau
„To tam jest piechota?" zdziwił się Alwin
„Tak, Toyniańscy chłopi z rycerzami."
„No to wyjaśnia czemu ich nie widzę na Topazie." wtrącił Stefan który jako kierowca miał osobny panel na Topaza by widzieć w razie czego gdzie znajdują się inne czołgi.
„A nie mają oni przypadkiem oficerów łącznikowych?" zwrócił uwagę Alwin
„Mają mają, po prostu Stefan jako kierowca ma ustawionego na poziom poczetu Topaza więc ich nie widzi."
Stefan stłuknął się ręką o głowę „No tak!" po czym przestawił poziom na ogólny. Po chwili wyskoczyły znaczniki jednostek sojuszniczych. Dzięki czemu mógł się przekonać że ciągnie za nimi sojusznicza piechota. Przy okazji zauważył że pozostałe dwa poczety z roty podobnie jak jego ścigały czy też poprawniej zaganiały Lourian prosto na pozycje piechoty morskiej w lesie.
„Zapędzamy ich niczym zwierzynę łowną w zasadzkę." stwierdził Stefan
„Tak zgadza się, mamy zapędzić tę grupkę prosto pod lufy czwartej roty z trzeciego oddziału." potwierdził Karsten
„I co wtedy?" zapytał Stefan
„Spróbujemy zmusić ich do poddania się." odparł dowódca
„A co jeśli się to nie uda?" zapytał Stefan ale Karsten pozostawił go bez odpowiedzi. „Rozumiem, będzie jatka." mruknął ciszej.
Alwin postanowił zmienić temat „Czwarta Rota, czwarta Rota. To nie ci od Bramy i Łymian?"
„Tak to ci." potwierdził Karsten
„No cóż pora by i my mieliśmy swoją Rzeź. Ciekawe jak to Nippończycy nazwą? Rzeź Polany Księżyca?" zażartował Alwin nawiązując do szerzących się z prędkością błyskawicy plotek wśród 1 Pułku.
„Nippończycy? Skąd mieli by się tam wziąć Nippończycy?" zdziwił się Stefan
„A czemu mieli by się tam nie wziąć? Brama to Brama!"
Pozycje 4 Roty
Las
„Czemu tu do cholery jesteśmy?" zapytała Kuribayashi takim zjadliwym tonem że gdyby słuchanie tego było trujące, śmierć była by natychmiastowa. Trudno się dziwić, na swój letni mundur miała pożyczony płaszcz od Prusaków. Jej zimowa czapka uszanka z orzełkiem wojskowym na niej czyli czarny orłem trzymającym w ludzkiej dłoni miecz oraz o rozmiar za duże rękawice też były pożyczone.
„Przeprowadzamy zwiad za Bramą." odparł zwięźle Itami kompletnie nie zrażony tonem podkomendnej.
„Ale chyba nie za tą!" warknęła Shino
Itami wzruszył ramionami „Brama to Brama." Shino poczekała chwilę czy Itami próbuje coś dodać ale ku jej rozczarowaniu dla jej dowódcy była to wyczerpująca odpowiedź. Zirytowana warknęła coś nieartykułowanego i zaczęła spoglądać na polanę przed nią.
Siedzący z nimi jeden z Prusaków z sąsiedniej drużyny zachichotał po czym rzekł coś po niemiecku do swych kolegów. Reszta drużyny po chwili pękła z śmiechu.
„A ten co mówi?!" warknęła zła i przemarznięta Shino, płaszcz podobnie jak rękawiczki za duże trudno się dziwić, jedyne egzemplarze jakie pruski kwatermistrz miał były męskie a w wojsku Rzeczypospolitej kobiet prawie że nie ma a jak są to pełnią role pomocnicze z dala od frontu.
„Mówi żebyś ochłonęła i wzięła przykład z swego dowódcy który stoicko podchodzi do nowych wydarzeń." rzekł Itami.
„Skąd wiesz?" zdziwiła się Shino
„Bredzę." rzekł Itami bez problemu trzymając poważną twarz. Shino z całą siłą woli powstrzymała się od walnięcia swego przełożonego. Zważywszy zaś że mówimy tu o Kuribayashi, z oczywistego powodu wiemy że nie byłoby to lekkie uderzenie.
Na szczęście dla dobrych stosunków w Trzecim Oddziale Zwiadowczym, usłyszeli okrzyki w nieznanym języku i odległy tupot o zmarzniętą i zasypaną śniegiem ziemię. Zaś daleko w tle za nimi było słychać warkot silników.
„Idą!" zawołał jako pierwszy Kurata, oddział Japończyków szybko przeszedł w gotowość. Każdy sprawdził swoją broń wyczekując na możliwe niebezpieczeństwo. Oficjalnie zostali wysłani z misją zwiadowczą za Polską Bramę, mieli się przyjrzeć Polakom w akcji, poznać nominalnie Kontynent Roderius zanim wrócą i zdadzą raport dowództwu w Regionie Specjalnym.
Inna mniej oficjalna misja to po prostu pomoc w bronieniu tej strony Polskiej Bramy, dowództwo 1 Dywizji Piechoty Morskiej wysłało nieoficjalną prośbę o Japońską pomoc po ich stronie Bramy, siły tubylców w okolicy był ogromne a Prusaków za mało by wypełniać wszystkie zadania.
Generał Hazama zgodził się na tę nieoficjalną prośbę i przesłał parę oddziałów do pomocy. Uzasadnieniem dla tych działań miało być oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa Ginzie, Lourianie może to nie Saderianie, nie mniej gdyby odkryli Bramę i przedarli się przez Polską obronę mogli zagrozić obronie japońskiego przyczółka w Regionie Specjalnym.
Tak więc oddział Itamiego znalazł się między Prusakami z 4 Roty a tuż obok stał drugi Poczet kapitana Mutiga ten sam którego poznał na samym początku. Zaś żołnierzem który jako pierwszy zachichotał był oczywiście Florian Tenner.
Wbrew pozorom Itami całkiem dobrze odgadł co Tenner powiedział, choć sam zainteresowany ujął to w znacznie mniej miłych słowach. Trochę ponarzekał na sam sens kobiet w wojsku a szczególnie na pozycji liniowej zanim wraz zresztą przygotował się do obrony.
Gdy tylko znaczna część uciekających znalazła się mniej więcej pośrodku drogi do lasu, zasadzka uruchomiła się. Pierwsze poszły granaty uderzeniowe wystrzelone z granatników, po chwili wystrzelono flary. Zaskoczenie dla uciekających było totalne.
Zanim się zorientowali co się dzieje odezwała się salwa karabinowa, a po chwili zza pagórka wyskoczyły 33TP które zaczęły okładać ogniem Lourian. Ile czasu minęło od otwarcia ognia nikt nie wiedział, dla wielu ledwie się strzelanina zaczęła a już przez szeregi szedł rozkaz by wstrzymać ogień.
Ostatnim oddziałem który wykonał rozkaz był oddział Itamiego który z racji bariery językowej zareagował najpóźniej.
„Co się dzieje?" spytała Shino, z zdziwieniem zauważyła że nawet nie zmieniła magazynka. Szybki rzut oka pozwalał jej stwierdzić że pozostało jej około jednej trzeciej nabojów.
„Lourianie się poddali." wyjaśnił Kurata.
„Tak szybko? Saderianie maszerowali aż do swojej śmierci a ci goście od razu!"
„No cóż, Saderianie nie zostali wcześniej przez nas zamęczeni manewrem a ci tak. Polacy cały czas zmuszali ich do biegania." wytłumaczył Itami swej podwładnej.
„Serio?" zdziwiła się Shino
„Tak, widziałem cały czas wszystko na Topazie. Polacy zmusili ich do tańca po którym wróg się musiał poddać."
„Tańca?" tym razem Kurata się zdziwił
„Tak, tańca. Trudniej inaczej określić ich manewry niż jako taniec. Kręcili się, szli to do przodu, to do tyłu i poza wyznaczonymi miejscami nie pozostawali w miejscu. Lourianie z oczywistego powodu musieli zostać przez to wyczerpani." tłumaczył swe postrzeżenia Itami
„Dlaczego to zrobili?" zapytała Shino
„Bo im się spieszy a amunicję potrzebują w innym miejscu, pod jakiś Gim gdzie trwają zażarte walki." odparł Itami
Shino zmarszczyła czoło „To nie mogą jej po prostu przywieź…" przerwała gdy przypomniała sobie pewną rzecz. „No tak, mają bardzo daleko do domu! Nie mają tak miasta za Bramą jak my!"
„Zgadza się." zgodził się Itami „A teraz najlepsza rzecz, dostaliśmy nowe rozkazy. Jedziemy do Gim. Robota tutaj zakończona, znaczna część Lourian się już poddała."
„A co z resztą?" zapytał Kurata
Tutaj wtrącił się Kuwahara „Resztę albo złapią Polacy i Tubylcy albo…"
„Albo?" wszedł w słowo Kurata
„Albo po prostu zwieją." dokończył Kuwahara
W tym samym czasie
Południowy Gościniec
„Jebał taką służbę pies" warknął Adem „Wolne przejście, kurwa mać. Nie dopadną was bo jest ich za mało, kurwa mać. A jeb się wasza chujowość, chuj z tego wyszedł a nie wolna droga. Cała armia poszła w pizdu, a przecież nie wrócę tak po prostu do domu. Co to za generał który uciekł z życiem a podczas gdy jego armia nie?"
Tymczasem słońce powoli stawało nad światem, zwiastując kolejny poranek. Powoli światło słoneczne ukazywało skalę zniszczeń daleko w oddali. Adem zaś jechał sam na koniu, jakim cudem wydostał się z masakry to sam nie miał pojęcia. Gdy tylko wróg skupił się na innym miejscu, przeniósł się z swoim sztabem w jak sądził bezpieczne miejsce.
Źle sądził, ledwie już się znów rozstawili by kontynuować koordynację jednostek a coś przypieprzyło w jego sztab. Gdy się ocknął, okazało się że leży żywy paręnaście metrów od miejsca gdzie był sztab. Tam gdzie zaś był sztab, pojawiła się dziura a po okolicy walały się szczątki jego podkomendnych.
Widząc to, Adem kierowany bardziej emocjami niż rozumem, po prostu wziął nogi za pas. A kiedy strach zaczął ustępować, zaczął się złościć i przeklinać wszystko co się da. Gdzieś znalazł zagubionego konia który jakiś cudem przeżył podczas gdy jego pan nie, wsiadł na niego i ruszył przed siebie w stronę Lourii.
„No chuj, stało się. Teraz trzeba pomyśleć jak tutaj nie stracić głowy." zaczął się zastanawiać Adem, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego co go spotka. Lecz to historia na inną, przyszłą okazję.
Cesarstwo Parpaldii
15 Marca 1640 Roku Kalendarza Centralnego
Esthirant
Pałac Cesarski
Nerwowa cisza panowała w gabinecie Jego Imperialnej Wysokości Ludiusa VI. Sam Cesarz siedział na swym wygodnym fotelu zza biurkiem czytając niewzruszenie bardzo długi raport z tego co się dzieje na froncie w odległym Roderiusie.
Jak dotąd, Lourianie walili głową w mur, trzy armie zostały już utracone, dwie kolejne były wyniszczane, jedna zaś kompletnie zaginęła w czasie i przestrzenii.
Każdy w Pałacu Cesarskim jak i poza nim w wyższych sferach wiedział o cichej furii jaką emanował Ludius od ponad tygodnia. Pewien irytujący barbarzyński król zwany Harkiem skutecznie zagrał na nosie Jego Imperialnej Mości i wpakował Imperium w wojnę z Polską.
Musieli odpowiedzieć, to sprawa prestiżu Parpaldii jak i jej reputacji! Jeśli okazali by słabość wobec Polskich działań to bardzo szybko pod znakiem zapytania stanęły by wszelkie kolaboracje z Parpaldianami które władcy podbitych ziem podjęli w nadziei na zachowanie reszty swego ludu.
Bowiem skoro Polska może bezkarnie atakować Lourię, zmuszać Imperium do wycofania się z swego junior partnera i protektoratu. To czemu Polska nie może akurat im pomóc by odzyskać niepodległość, albo co gorsza stać się sojusznikiem w ramach anty-parpaldzkiej koalicji?
Przy czym nawet nie musiała by w takim scenariuszu brać bezpośredniego udziału w wojnie! Jeśli wziąć fakt że Polacy zaczęli sprzedawać swoją broń tym dzikusom z wschodniego Roderius swą broń bez problemu w przeciwieństwie do Nippończyków. Wystarczyło by żeby koalicja przyszła z listą zakupów do Polski. Jak również otworzyli się na Polskie i Nippońskie firmy. Bardzo szybko z desperackiej koalicji broniącej się przed Parpaldią, stali by się jej oprawcami.
Gdyby nie zareagował, to los Parpaldii byłby przypieczętowany. Sąsiedzi Parpaldii bardzo szybko wykorzystali by tę słabość szukając ochrony u Polski. Ta oczywiście przyjęła by tę propozycje a Parpaldia bardzo szybko została by otoczona wrogami i coraz bardziej nerwowa. Jest absolutnie pewny że w takim scenariuszu, głosy żądające krwawej rozprawy z Polską i przede wszystkim sąsiadami zdobyły by większość zmuszając go do rozpętania jakiejś wojny.
Nie wie, może jakiejś operacji specjalnej wojskowej w sąsiednim kraju na przykład w Riem. Mająca na celu powstrzymać ucieczkę Riem do Polskiej strefy wpływów która w oczywisty sposób zakończy się klęską i utratą wszelkiej reputacji przez Parpaldię a co za tym idzie możliwość wybuchu powstań narodowo-wyzwoleńczych które tylko dobiją Imperium.
Efektem tego czarnego scenariusza jest również fakt, że w takiej sytuacji Parpaldia nie występowała by jak teraz, jako czynnik stabilizujący złamanie stabilności międzynarodowej ale jako ten który właśnie burzy ten ład.
Pójście na wojnę teraz, nawet jeśli klęska jest pewna będzie dużo mniejszym ciosem dla Parpaldii bowiem występuje jako obrońca ładu, nawet jeśli nieidealnego i nastawionego pod zysk dla Imperium. Lecz jednak znanego i tolerowanego, a jego obrona jest teraz bardziej zrozumiała niż w czarnym scenariuszu izolowanej Parpaldii.
Oczywiście to nie jest wymarzony scenariusz Ludiusa, wymarzony to taki który najpewniej się ziścił gdyby nie, nieoczekiwany Czarny Łabędź w postaci tych przeklętych Saderian.
Mianowicie zakładał że, Parpaldia będzie wprowadzać Polskę i Nippon do tego świata starając się przy tym tak podzielić tort by Parpaldia mogła z pomocą tych dwóch nowych graczy unowocześnić się by móc stanowić trzeciego ważnego gracza. Louria najpewniej by skończyła podana na srebrnej tacy dla tej Rzeczypospolitej, jako akt dobrej woli z strony Imperium chcąc zachować pokój w trzeciej strefie cywilizacji. Dlatego wysłał swojego zaufanego człowieka, Daemonesa Centiusa który miał rozplątać obecnie upierdliwą umowę protektoratu z Lourią.
W ten sposób chciał przy oczywistym pożegnaniu się z możliwością zjednoczenia kontynentu, zachować to co już Parpaldianie zdobyli. Niestety ci cholerni dzikusy z nieznanej krainy musieli akurat wtedy przybyć, w czasach wojennego napięcia i doprowadzić do wybuchu wojny swymi idiotycznymi zachowaniami.
Powodując że ta bomba zaprojektowana jeszcze przez jego ojca a odziedziczona w spadku po nim wybuchła mu w twarz. Mało zabawna i przyjemna rzecz. Dodaj do tego że Ludius ślepy nie jest, i dobrze widział jak Hark dążył od samego początku tej nieudanej awantury do tego by Parpaldia też wzięła w tym udział.
Trudno nie być ciągle złym, szczególnie że ten długi raport potwierdzał jego przypuszczenia. Nikt w trzeciej strefie nie miał absolutnie szans z Polską. Przeklinał w duchu tych Saderian, życzył sobie by też mieli okazję posmakować Polskiej Techniki Wojskowej. Niech zapłacą za ten bałagan jaki rozpętali tutaj.
Na szczęście ta wojna miała jeden, bardzo przydatny plus dla Ludiusa. Odkąd zorientował się w potędze obu nowych graczy, zastanawiał się jak zlikwidować problem bardziej tępej części korpusu oficerskiego i dyplomatycznego który aż się rwie do ustawienia w szeregu nowych „barbarzyńców". Nie dało się im przetłumaczyć, że obaj nowi sąsiedzi w regionie są bardzo niebezpieczni.
Że nie należy dawać im pretekstu do siłowego przemodelowania ładu międzynarodowego. Bał się ekspansjonistów, owszem dotychczas korzystał z nich z zadowoleniem bo byli przydatną podporą dla jego reżimu ale jak każdy dobry władca. Nie trzymał wszystkich grzybów w jednym koszyku. W ten sposób mógł zawsze mieć margines błędu i wycofać się z katastroficznej drogi zanim będzie za późno.
Kiedy zaś okazało się że zbliża się zmiana świata dla Trzeciej Strefy, od razu zaczął korzystać z drugiej strony politycznego sporu, by przygotować Imperium do zmiany. Jedyny problem był właśnie w pozbyciu się tych politycznie niewygodnych, którzy najwyraźniej nie dostali notatki że wiatr polityczny się zmienił.
Oczywiście Ludius nie bez żalu porzucał swój plan pacyfikacji Altaras, ta cholerna wyspa zbyt długo wchodziła Imperium w paradę. Sam zresztą od nastoletnich lat, po pewnej lekcji historii zaczął snuć plany likwidacji tego problemu, stąd miał sentyment do tego obmyślonego planu.
Co innego plan z podporządkowaniem Roderius za pomocą Lourii, ten już takiego ładunku sentymentu nie miał. Nic dziwnego to był plan jego „kochanego" ojczulka który zakładał odcięcie Altaras od zasobów poprzez likwidację jego sojuszników na Roderiusie. Sam Ludius raczej preferował po prostu zbudowanie potężnej floty mającej przytłoczyć obrońców swą masą, ale skoro plan od wielu lat już funkcjonował i to całkiem dobrze to czemu nie wykorzystać go do osłabienia Altaras?
Lecz nie czas na wspominanie planów sprzed dwóch lat, zabawne jak jedno zdarzenie może sprawić że to co było nie tak dawno brzmi teraz jak odległa przeszłość. Ludius uśmiechnął się lekko na tę myśl, po czym natychmiast spoważniał i zwrócił się do swego Naczelnego Dowódcy Arde Gaiusa.
„Jak Nasze Siły Ekspedycyjne? Są gotowe do wymarszu?"
Arde niemrawo zareagował, biedaczyna pomyślał Ludius z dnia na dzień musiał się przestawić z bycia Naczelnym Dowódcą najpotężniejszej armii Trzeciej Strefy do bycia Naczelnym Dowódcą najliczniejszej armii i niczego więcej. Miał okazję być zaproszonym przez Polaków jako obserwator do Hetmanatu Dońskiego, ogromnego poligonu wojskowego Rzeczypospolitej, na manewry wojskowe.
Po tym co tam zobaczył, wrócić załamany jak i przerażony. Z jednego z orędowników pokazania miejsca Polakom, stał się największym zwolennikiem unikania wojny z nimi. Teraz zaś spełniał się jego najgorszy koszmar. Normalnie Ludius by go zwolnił, ale w takim stanie był dużo łatwiejszy do kontroli a armia obecnie to jego najmniejsze zmartwienie. Z chęcią się „pozbędzie" części „zbędnych" żołnierzy.
„Tak, wasza wysokość. Marszałek Polny Edgardius Preator mówi że może wyruszać w każdej chwili."
To była pierwsza od wielu dni dobra wiadomość dla Ludiusa. Nad wyraz szybko wojsko przeorganizowało się by dać kopa w dupę Polakom za wtrącanie się w nie swoje sprawy. Ludius nawet nie musiał „pomagać" w przenoszeniu się znanym zwolennikom wojny z Polską do sił ekspedycyjnych. Prawie każdy zgłosił się by zostać przeniesiony z swymi jednostkami. Wszyscy chcieli ukarać Polaków za wtrącanie się w nie ich sprawy.
Nie trudno dziwić się, Marszałek Edgardius był nad wyraz popularny w wojsku a jego opinia o tym że w tydzień dojdzie do Warszawy była powszechnie znana. Był wręcz główną ikoną wokół której organizowały wszelkie ekspansjonistyczne kręgi.
Mniej znaną rzeczą jest fakt że zaczął uważać Ludiusa za tchórzliwego słabeusza, po tym jak ten nie próbował wejść na kurs kolizyjny z nowymi „barbarzyńcami." Z tego co Ludius zasłyszał Edgardius potajemnie marzył o Imperialnej Koronie i uznaje tę wojnę za okazję by móc ją zdobyć.
Nie był by to zresztą pierwszy raz w historii Imperium gdzie ambitny dowódca wojskowy, po wielkim tryumfie nad uważanym za niepokonanego przeciwnikiem, przybywa do stolicy by obalić tchórzliwego Imperatora.
Niestety dla Edgardiusa, Ludius zawsze ustawiał talię pod siebie. Nie było żadnej możliwości żeby ten scenariusz się spełnił. W najlepszym razie Marszałek wróci do Ojczyzny w hańbie, za to że dał się złapać do niewoli jak i zniszczyć sporą część armii Imperialnej.
Oczywiście Ludius w takim scenariuszu zrobi wszystko by dzięki temu złamać ród Preator i ich zwolenników, bo wszak oczekiwał zwycięstwa dla Imperium. Przecież Imperator nie wysyłał by Marszałka i trzon Armii Imperialnej na pewną śmierć, prawda?
Rzeczypospolita
Korona Królestwa Polskiego
Polska, kraj powszechnie uważany za ten który ciągle znika i się pojawia, a przynajmniej w naszym świecie. Nie jest to prawda, gdyby Polska tak często znikała z map, to by po prostu nigdy by nie dotrwała do naszych czasów. Podzieliła by los wielu innych wymarłych ludów, a jednak pomimo czynionych w ostatnich trzech stuleciach by polskość wymazać, nie udało się.
W rzeczywistości te słynne znikanie z map, by zaraz się odrodzić niczym feniks z popiołów to mit, owszem poparty paroma zdarzeniami ale jednak mit. Ujmując dokładniej, Polska zniknęła trzy razy, w XIII wieku, XVIII wieku i XX wieku. Poszerzając definicję „zniknięcia" można dorzucić jeszcze jedno zdarzenie, upadek pierwszej monarchii piastowskiej w XI wieku ale to było krótko i bardziej było rozpadem dotychczasowej struktury naciskanej na zewnątrz i od wewnątrz niżli zniknięciem.
Jeszcze bardziej poszerzając definicję można dodać dwa wydarzenia z XIX wieku, likwidację Księstwa Warszawskiego, kadłubowego państwa polskiego będącego marionetką napoleońskiej Francji oraz likwidacji autonomicznego Królestwa Kongresowego, będącego od 1815 roku w unii realnej z Rosją. To drugie w zależności kogo zapytasz, dokonało się albo w 1831 po upadku Powstania Listopadowego albo w 1864 po upadku powstania styczniowego.
To daje łącznie używając bardzo luźnego podejścia jakieś sześć wymazań Polski z map. Można powiedzieć że to całkiem dużo, z drugiej strony ile ludów było w stanie podnieść się po nawet jednej takiej próbie?
Niemniej można zauważyć że ostępy czasowe pomiędzy zdarzeniami, pomijając okres powszechnie uznawany że Polski de facto nie było na mapach pomimo de iure mówiącego co innego, to jakieś sto lat między dwoma bliskimi przedzielone ponad czterysta lat ciągłej państwowości.
Co więcej czas bez własnego państwa to w zaokrągleniu sto lat zanim Polska wróci. Zważywszy na to że historia Polski to jakieś tysiąc lat, plus minus tysiąc lat powinno się dorzucić jeszcze jedno stulecie ale z racji że jedyne dowody twierdzące o tym można znaleźć wyłącznie w ziemi nie wlicza się do „oficjalnej" historii, to oznacza że z tysiąca lat tylko dwieście lat było bez państwa Polskiego na mapach.
Całkiem nieźle jak na kogoś kto ciągle „znika" i wraca.
Lecz to historia znanej nam Polski, tej okrutnie poniewieranej przez los, tej brutalnie katowanej, tej którą próbowano wymazać z map i to dwa razy na zawsze, czyli po rozbiorach w których Prusy, Austria i Rosja uzgodniły między sobą że odtąd tytuł Królestwa Polskiego ma zostać wymazany na szczęście nie udało się im to oraz znany szerzej przykład z XX wieku którego przedstawiać chyba nie trzeba.
Czyli to czego ta „SuperPolska" nie zaznała, ani nawet nikt nie próbował tego zrobić. Trudno się dziwić, wszak mówimy tu potędze porównywalnej z Stanami Zjednoczonymi. Realizującej to czym Rosja mogła być, lecz na szczęście dla Polaków upadła zanim stała się tym zagrożeniem dzięki oczywiście pomocy wywiadu Cesarskich Niemiec którzy podrzucili Lenina z jego chorobą zwaną komunizmem.
Nie jest to błąd, Carska Rosja przed I Wojną Światową była tym czym dla nas są dzisiaj Chiny, najszybciej rozwijającym się krajem świata który ma możliwość zdominowania go przez sam rozwój. Sami Niemcy poważnie obawiali się Rosji, dopiero I Wojna Światowa zatrzymała ten proces, najpierw wojenna zawierucha odebrała Rosji najlepiej rozwinięte tereny Imperium podcinając tlen reszty Imperium, po czym morderczy wysiłek wojenny doprowadził ją na skraj upadku.
Wystarczyło tylko lekkie popchnięcie by do tego doszło i tak się też stało. Niespodziewana rewolucja lutowa obaliła niepopularny carat, co w oczywisty sposób pogłębiło chaos, w ten sposób Rząd Tymczasowy dokonał niemożliwego i stał się tak niepopularny że kiedy bolszewicy z niewielką siłą tak naprawdę dokonał zamachu stanu, nikt nie bronił rządu pomimo że siły rządowe w Petersburgu miały miażdżąca przewagę we wszystkim poza determinacją nad Leninem i jego bandą.
To oczywiście dało rewolucję październikową zaczynając nieubłagany koniec Rosji, komunizm dorznął dawne Imperium Rosyjskie, wyciągnął z tego co miał wszystko co najlepsze w imię światowej rewolucji komunistycznej. Niestety dla Sowietów i na szczęście dla reszty świata, socjalizm wprowadzony jako etap „pośredni" a w rzeczywistości jako desperacja próba przedłużenia agonii dawnego Imperium, wreszcie osiągnął to co komunizm miał zrobić maksymalnie w kilka lat. Zniszczył kraj w którym został wprowadzony, a sen o Hegemonii znikł pozostawiając wyniszczone przez Związek Narody, na czele z Rosyjskim który stoczył się do najniższego stadium upadku.
Dzisiaj widzimy ostatni tego akt na Ukrainie, gdzie Rosjanie śpiewają swój łabędzi śpiew.
Lecz to nasz świat, w świecie Super Polski zwanej Rzeczypospolitą nic z tej katastrofy się nie wydarzyło. Co więcej, nawet nie ma coś takiego jak Rosja, jest za to Ruś, prawdziwa Ruś.
Owa Ruś dzieli się oczywiście na Wielkie Księstwo Moskiewskie, najbliższy odpowiednik znanej nam Rosji choć mocno się różniący od niej, na plus zresztą. Księstwo Białoruskie, będącego kondominium Litewskim i Moskiewskim, przy czym wbrew naszym przyzwyczajeniom to Księstwo leży nie tam gdzie my je znamy, ale tam gdzie dzisiaj jest Rosja. Dokładniej na obszarze zwanym przez Polaków Bramą Smoleńską, czyli ten obszar gdzie swoje źródła mają Dźwina i Dniepr ale które się nie łączą bezpośrednio tworząc wąski pas ziemi między rzekami i przy okazji jedyny szlak w Europie Wschodniej pozwalający bez przekraczania rzek dostać się do Rosji/Moskwy.
Stolicą tej Bramy zgodnie z nazwą jest Smoleńsk pełniący przy tym stolicę Księstwa. W dawnych czasach, większość wojen polsko-moskiewskich toczyła się właśnie o to miasto i o ten region, bowiem kto kontroluje Smoleńsk ten de facto kontroluje ziemie między Bałtykiem a Morzem Czarnym.
Trzecim krajem jest Wielkie Księstwo Ruskie, odpowiednik tego co my znamy jako Ukraina. Przy czym jest ono znacznie bardziej posunięte na wschód względem Ukrainy, to co my znamy jako Zachodnia Ukraina jest częścią Korony Polskiej czyli te ziemie należące do Rusi Czerwonej a odziedziczone przez Kazimierza III Wielkiego w XIV wieku.
Najbardziej wysuniętym na zachód dużym miastem jest dopiero Żytomierz, czyli gdzieś w centrum naszej Ukrainy. To co my znamy jako Chersoń oni nazywają Bilchowicze i jest głównym miastem portowym Rusi, dalej na wschód bezpośrednio na Dnieprze mamy Sicz stolicę Dzikich Pól czyli autonomiczną część Rusi gdzie rządząc się Kozacy Zaporoscy tworzący niezwykle zmilitaryzowane społeczeństwo.
Co więcej oba miasta czyli Bilchowicze i Sicz są również miastami nadgranicznymi, na południe od Dniepru zaczyna się Chanat Krymski a sama rzeka to granica wewnętrzna Rzeczypospolitej. Przy czym granica Rusko-Krymska w większości w ironiczny sposób pokrywa się z przebiegiem linii południowego frontu ukraińsko-rosyjskiego na stan styczeń 2023. Sam Bachmut to miasto graniczne z Krymem.
Dalej na Północ mamy Charków który tutaj nie jest miastem granicznym, co więcej jest najbardziej na wschód dużym miastem Centralnej Rusi! Ostatnimi dużymi miastami jest Czernichów które też nie leży tak blisko granicy jak ten Ukraiński, oraz Kursk i Woroneż leżące jakieś dwieście kilometrów od granicy Rusko-Moskiewskiej.
Ostatnim państwem Ruskim, a przynajmniej z racji że większość jego terytorium to Ruś, jest Litwa. Zajmuje ona praktycznie całość terytorium znanej Białorusi, co w oczywisty sposób sprawia że jest to bardziej ruskie niż bałtyckie państwo.
Tak zresztą jest, litewski, prawdziwy litewski wymarł, jedynie resztki ostały się w oddalonych od centrum cywilizacji. Wszędzie indziej mówi się po Polsku albo po Rusku. Z litewskich pozostałości pozostały jedynie pojedyncze słowa oraz akcent wyróżniając Litwinów od reszty Polaków. Przy czym Rusini na Litwie są bardziej spolonizowani niż gdzie indziej. Ich język brzmi bardziej jak dialekt języka polskiego niż ruskiego, nawet zresztą alfabet jest wzięty z Polskiego.
Choć tylko Moskale mogą pochwalić się tym że mówią samodzielnym językiem, a nie zdegradowanym do poziomu dialektu lub półdialektu polskiego. Pomimo tego, wydaje się być tylko kwestią czasu aż i ostatni z języków Ruskich zostanie zdegradowany niczym Kaszubski do poziomu dialektu.
Lecz zostawmy to, wróćmy do Korony, do tej właściwej Polski.
Ta dzięki dużo lepszym decyzją podjętym przez Polskich Królów, uniknęła większości nieszczęść znanej Polski. Nigdy nie wypuszczono Prus Książęcym z rąk, zresztą na życzenie samych Prusaków, nigdy nie doszło do tragedii potopu Szwedzkiego ani powstania Chmielnickiego. Przez co Korona zamiast pochwalić się trzystoma lat bez działań wojennych na jej terenie, mogła dodać kolejne dwie setki do czasów Wojen Rewolucyjnych toczonych na przełomie XVIII i XIX wieku.
Co oczywiście bardzo korzystnie wpłynęło na rozwój tych terenów.
Administracyjnie Korona dzieli się na pięć prowincji, owe prowincje oznaczają podział prawno-administracyjny Królestwa. Czyli mówiąc po ludzku, każda z prowincji ma swoje dedykowane wyłącznie statuty czyli zbiory praw. W większości odzwierciedlają one fakt że Polska składa się z kilku części przyłączonych w różnym czasie a co za czym idzie posiadającym wyewoluowane w innym kierunku prawa. Dokładniej mają źródło w polskim rozbiciu feudalnym, który z czasem został utrwalony jako podział administracyjny.
Owe pięć prowincji to Wielkopolska, Małopolska, Śląsk, Pomorze i Madagaskar. Dwie pierwsze wbrew oczekiwaniom są znacznie większe niż kraina geograficzna, Wielkopolska składa się z Prus, Mazowsza i Kujaw oprócz Wielkopolski właściwej.
Małopolska to oprócz zwykłej Małopolski również Ruś Czerwona, oraz ziemia Lubelska.
Śląsk przyłączony dopiero w XX wieku, składa się z 25 województw które przed przyłączeniem były księstwami śląskimi oraz dodatkowymi dwoma w Nowej Marchii.
Pomorze zaś obejmuje całą krainę o tej nazwie, czyli zarówno część Przednią leżącą w naszej Polsce jaki Tylną leżącą w Niemczech.
Madagaskar to zaś dziwna prowincja, składa się oczywiście wyłącznie z wyspy o takiej nazwie, formalnie jest to Autonomiczna Kolonia Koronna, choć w porównaniu do wielu innych koloni Koronnych, nie posiada de facto większej autonomii niż zwykłe województwo. Madagaskar jest efektem unii personalnej zmienionej w realną, bowiem Ranavalona III wyszła za mąż za polskiego króla elekcyjnego Władysława V Czartoryskiego próbując uchronić Madagaskar przed bardziej ambitnymi mocarstwami kolonialnymi. Głównie Francją ostrzącą sobie zęby na wyspę.
W pewien zaskakujący sposób historia zatoczyła koło, sama Ranavalona była wybrana z miejscowej szlachty na władczynię, ściągnęła (przy naciskach miejscowej szlachty) do korzyści politycznych władcę innego kraju jako męża by w ten sposób stworzyć silny sojusz który ostatecznie stał się unią. Aby dopełnić ironii, Ranavalona przeszła na Katolicyzm z Protestantyzmu przyjmując imię Jadwiga.
W ten sposób warstwa rządząca Madagaskaru przez przypadek powtórzyła to co zrobiła Polska w XIII wieku ściągając Jagiellonów na tron. Przy czym trzeba zaznaczyć że Czartoryscy są kuzynami Jagiellonów, sam Władysław II Jagiełło był bratem stryjecznym założyciela rodu Konstantego Czartoryskiego.
Efektem tej historii jest podwójny status jako Kolonii Koronnej dla formalności jak i bezpośrednia część Korony Polskiej. Wszystkie inne kolonie stanowią samodzielny byt.
Sam Madagaskar przybył wraz z innymi koloniami na ten świat, będąc najbardziej wysuniętą na południe częścią Rzeczypospolitej. Znajdował się z dala od znanej jako cywilizowana część świata. Niedaleko wyspy znajduje ignorowany przez tutejsze potęgi kontynent, znajdował się on zbyt daleko by ktokolwiek był zainteresowany jego podbojem. Wobec braku nazwy Polacy nazwali go Lechią.
Inną Kolonią była Morska Wola, czyli kawałek Brazylii wykupionej od Portugalii w XIX wieku. Owa kolonia znajdowała się w południowej części Brazylii blisko granicy z Argentyną i stanowiła źródło wszelkich egzotycznych owoców i warzyw. Choć główną specjalnością jest czekolada, wszystkie poważane Korporacje na czele z Fabryką Czekolady E. Wendel produkujące słodycze mają tam plantacje lub importują je od miejscowych.
Podobnie jak Kamerun, Morska Wola została przyłączona do kontynentu ale nie Roderius ale tego na zachód od niego, Westal nazwanego przez Polaków Sarmacją. O ile Lechia pozostaje raczej w sferze zainteresowania samych Madagaskarczyków, tak Sarmacja jest brana pod uwagę jako kontynent do skolonizowania przez prawie wszystkich w Rzeczypospolitej.
Ostatnimi Koloniami Koronnymi to Dalian będący polskim Hongkongiem przez Polaków nazywany Dalekie, ten region znamy dzięki znajdującemu się na zachód Portowi Artur dawnej bazie Rosyjskiej Imperialnej Marynarki, choć sami Polacy nazwali to Nowym Gdańskiem i podobnie jak Port Artur jest bazą Marynarki Wojennej tylko że Koronnej.
No i oczywiście Kolonia Koronna Alaski która wbrew temu co my znamy pod tym pojęciem, zajmuje obszar Alaski, prawie połowy Kanady do miasta Regina, oraz amerykańskie stany Waszyngton, Montana które przez Polaków odpowiednio są zwane Nowa Polska oraz Gória i północna część stanu Idaho która jest oczywiście tutaj podzielona między sąsiadów.
Sama Alaska zaś znajduje się tuż obok nieznanej ziemi, która z przyczyn oczywistych to jest ważne sprawy na zachodzie Imperium czyli tuż pod jego nosem stanowi na razie Terra Incognita. Nie stanowi to większego problemu, bowiem cała dawna granica z Związkiem Robotniczych Republik Amerykańskich jest ufortyfikowana i silnie zmilitaryzowana. Cokolwiek by spróbowało się dostać do Alaski musiało by przejść przez pole śmierci.
Dlatego też Jego Wysokość Witold II, na razie mógł zajmować się bardziej palącymi i wymagającymi uwagi sprawami.
Jak na przykład tą.
Zamek Królewski na Wawelu
Kraków
Witold uwielbiał Wawel, był przestronny, bogaty a czuć było w nim historię dawnych wieków Rzeczypospolitej i jej złotą erę z XVI wieku. No i też fakt że nie znajduje się tuż obok jednej z głównych arterii miasta jak Zamek Królewski w Warszawie też stanowił zaletę.
No i najważniejsze, nie musiał się tutaj użerać z posłami Sejmu Rzeczypospolitej którego stałą siedzibą obrad jest właśnie Warszawski Zamek Królewski. W Krakowie który choć jest prawdziwą stolicą Korony, Sejm Koronny nie obraduje zamiast tego zgodnie z tradycją zbiera się tam gdzie chce, choć głównie to są Radom, Piotrków, Toruń, Lublin, Sandomierz, Bydgoszcz, Parczew i od czasu do czasu Warszawa czyli miasta w których tradycyjnie zbierał się sejm.
Przy czym trzeba dodać że Sejm dosłownie się zbiera, bowiem nie jest on stale pracujący jak znane nam współczesne parlamenty, tylko zjeżdża się co jakiś czas zazwyczaj raz na dwa lata albo też w ważnej sprawie na przykład Przeniesienie oraz Wojna na Roderiusie które wymagały zwołania Sejmu Walnego by omówić daną sytuację i uzgodnić wspólny kierunek marszu. Oczywiście Król nie był w takim przypadku zobowiązywany do kierowania się instrukcjami sejmu, nie były go wiążące bowiem nie były prawem.
Efektem ubocznym oczywiście tego rozwiązania jest brak epidemii powstawania praw, bowiem posłowie nie czują że muszą koniecznie pokazać że pracując uchwalając jakiś nowy często durny przepis. Jeśli zamierzano uchwalić nowe prawo, tworzono wcześniej pod to podwaliny zanim Sejm się zbierze co było często sondowaniem opinii publicznej czy jest poparcie czy też nie jak i pozwalało sprawdzić czy akurat nowe prawo jest tak potrzebne.
Królowie z definicji woleli zwoływać Sejm jak najrzadziej, bowiem wiele razy zamieniało się to karczemną awanturę między posłami z różnych województw jak i litanią życzeń wobec władcy. Trzeba bowiem pamiętać że choć Sejm próbował sobie uzurpować władzę wykonawczą wiele razy, prawdziwa władza wykonawcza cały czas należała do Króla i wspierającego go Senatu.
Czym zaś był Senat? W dużym skrócie jest to polski odpowiednik Izby Lordów pełniący rolę rady doradczej oraz Sejm w razie potrzeby, w ten sposób pomijając Sejm przy rządzeniu, co pozwala w krytycznych sytuacjach takich jak pierwsze dni po przeniesieniu działać błyskawicznie bez czekania na Sejm aż się zbierze, bowiem Senat był stały a ponad 28 senatorów zawsze miało być pod ręką dla Króla.
Oficjalnie tych 28 miało pilnować władcy w imieniu Sejmu by ten nie przekraczał danych mu przez Sejm uprawnień, w praktyce jedynie co to dawało to powiększanie grona doradców i przybocznych Króla.
Na skład Senatu składali się wszyscy wojewodowie, biskupi, ministrowie i kasztelanowie w całej Rzeczypospolitej. Zważywszy zaś na fakt że poza Biskupami, wszyscy pozostali są mianowani przez Króla osobiście, czyniło to Senat zawsze lojalnym wobec monarchy i działających zgodnie z jego życzeniami.
I tutaj trzeba wtrącić trzy grosze, wbrew mylnemu skojarzeniu, Polska nawet jako anarchistyczna Rzeczypospolita była bardzo scentralizowanym państwem jeśli chodzi o administrację. Nigdy nie było wyborów ani dziedziczenia stanowisk z ojca na syna, każdorazowo każdego mianował osobiście król. Stąd brak analogicznej hierarchii szlacheckiej/arystokratycznej jak na zachodzie, bowiem nie było jak się jej wytworzyć skoro była pełnoprawna administracja cywilno-wojskowa!
Dlatego brak hrabiów czy książąt oraz całej z tym związanej otoczki skoro polskich odpowiedników czyli analogicznie kasztelanów/starostów oraz wojewodów zawsze mianowano odgórnie i nigdy się im nie udało uniezależnić od monarchy jak się to stało na zachodzie. Co ironicznie to autorytarne podejście stało się przyczyną mocno egalitarnych stosunków szlacheckich w Koronie Królestwa Polskiego.
I ta dziwna mieszanina autorytaryzmu i demokracji stała się podwaliną polskiego ustroju który trwa po dziś dzień a Witold korzysta pełną garścią. Bowiem dopóki jest w granicach prawa, może robić to co chce a Sejmowi nic do tego.
Stąd jak chce urzędować z Krakowa, to dopóki przybywa na sześć tygodni do Warszawy i Grodna na co dwuletni Sejm Wielki Rzeczypospolitej, może to robić pomimo faktu że posłowie bardzo nie lubią tego zachowania Witolda, szczególnie ci z wschodu bo to oznacza że muszą naprawdę daleko się fatygować do władcy.
Co oczywiście dla Witolda było plusem samym w sobie bo odsiewało tych co chcą mu zatruć życie od tych co przyszli z realnymi propozycjami. Tak było i teraz.
Do Witolda przybył młody Hetman Polny z Alaszki czyli Teodor Rózwelt wedle polskiego zapisu, w rzeczywistości jest to Theodore VI Roosevelt, prawnuk słynnego Teddiego Roosevelta brytyjsko-amerykańskiego polityka który w czasie Rewolucji Amerykańskiej walczył przeciwko komunistom w ramach Nowej Armii Kontynentalnej. Kiedy dla Białych Amerykanów, jak nazywano powszechnie wszystkich Nie-Komunistów walczących w Dawnej Brytyjskiej Ameryce, klęska wydawała się nieunikniona zebrał ocalałe siły które nie zdążyły uciec na Fundlandię i przebił się przez pół kontynentu w kierunku polskiej Alaski i terenów zajętych po wybuchu Rewolucji Komunistycznej.
Tam ostatecznie osiadł wraz z rodziną i wszystkimi pozostałymi uciekinierami, tworząc jedyną w swoim rodzaju anglojęzyczną enklawę w Rzeczypospolitej. Ci Wolni Amerykanie, jak powszechnie o sobie mawiają, żyjąc na najniebezpieczniejszej granicy Polski stanowiąc pierwszą linię obrony przeciwko komunistycznemu najazdowi.
Sam Teodor, który pod wieloma względami wydaje się być kopią swego słynnego pradziadka Teddiego, był oficerem dowodzącym 101 Legią Powietrzną-Desantową. Dowiadując się o „problemie" Parpaldiańskim zgłosił się z brawurowym planem szturmu powietrznego na Esthirant by jednym uderzeniem zakończyć wojnę.
„Więc mawiasz że twoi chłopcy wystarczą by zmusić Parpaldię do pokoju?" rzekł Witold wstając zza swego biurka.
„Tak, Wasza Wysokość. To jest operacja do której od dekad się przygotowała 101. W ten sposób unikniemy niepotrzebnych zniszczeń, kosztów i zabitych. Zarazem damy jasno Parpaldianom że my gramy w kompletnie innej lidze niż oni." rzekł Teodor bez wahania.
„Mam cały plan tutaj w teczce." pokreślił swą wypowiedź wyciągając zza pazuchy teczkę. „To efekt prac moich ludzi z sztabu przez ostatnie tygodnie."
Witold pokiwał głową z uznaniem biorąc teczkę z rąk Hetmana choć nie mógł się powstrzymać przed dodaniem. „Zgaduję że panu i pańskim sztabowcom nudziło przez ostatnie miesiące." Nawiązywał do faktu że Naczelne Dowództwo nakazało oddziałom w Alasce utrzymywać linię zamiast próbować penetrować nowy nieznany obszar.
Teodor powoli kiwnął głową „No cóż poradzić, Wasza Wysokość, wszak na razie poza nowym pograniczem nic o tych ziemiach dalej nie wiemy. A jednak trochę szkoda tak siedzieć na tyłku i czekać."
„Zgadzam się" odparł Witold przeglądając zawartość przyniesionych dokumentów. Plan nie był przesadnie skomplikowany, wymagał jedynie przeniesienia 101 Legii na dowolny nośnik z którego mogą wystartować z swym sprzętem, zrzucić na Esthirant i zająć miasto zdecydowanym atakiem.
Musiał przyznać że sztabowcy 101 odrobili lekcje, dali różne możliwe warianty skąd mogą zostać zrzuceni na przykład Altaras, Okinawa, Que-Toyne czy nawet lotniskowiec, miejsca ataku i ile niezbędnych będzie trzeba sił do danego miejsca. Obliczyli również niezbędne zaopatrzenie i wsparcie powietrzne.
Lecz to nie opracowany plan sprawiał że Witold był zadowolony, a raczej pewność siebie i nastawianie na cel jaką przejawia sam Rózwelt i czuć to samo również w samym planie. Sam plan nie był jakoś nowy, podobne widział w Sztabie Generalnym gdzie opracowywano założenie Operacji Nadciągająca Burza jak nazwano plan wojny z Parpaldią.
„Dobrze, bardzo dobrze." zaczął Witold kończąc czytanie „Chce pan sprawdzić się w akcji? Proszę bardzo, przedstawię to na następnym spotkaniu Naczelnego Dowództwa. Może być pan pewny że pan i pańska 101 pójdzie na szpicy." Rózwelt się uśmiechnął
„I jeśli Bóg da" dodał po chwili Król „spełni się założenie pańskiej operacji."
Rózwelt też taką miał nadzieję, choć nie móc oprzeć się dziwnemu wrażeniu że jakiś cichy głos rzekł w tle „Spełni się."
