Peter. Ten Peter, za którym gonił cały dzień, rozglądał się za stolikiem w towarzystwie dwóch osiłkowatych mężczyzn. Mieli brudne, mugolskie ubrania i podejrzliwe spojrzenia — nie wyglądali na niewinnych typów. Natychmiast go otrzeźwiło, myśli o Regulusie i Amelii rozmyły się, znikając z jego głowy.

Mężczyźni usiedli przy stoliku na drugim końcu sali i złożyli zamówienie u kelnerki. Syriusz miał wielką ochotę wstać i zapytać Petera, w jakie kłopoty się wpakował — wszystko, byleby utwierdzić się w przekonaniu, że to, o czym wcześniej pomyślał, nigdy nie miało racji bytu... Zdusił w sobie jednak tę chęć i postanowił go obserwować. Ich stolik był oddalony o kilkanaście stóp, a Peter siedział plecami do baru, więc nie było szans, żeby mógł go zauważyć.

Syriusz położył odliczoną ilość syklów na blacie, następnie wstał i skierował się do łazienki. Wyszedłszy z niej już jako pies, przebiegł pod nogami jakiejś pary i położył się za filarem w bezpośrednim sąsiedztwie stolika, przy którym siedział Peter. Niebo za oknami zasnuło się fioletowymi nitkami zmierzchu, Dziurawy Kocioł skąpany był zaś w półmroku, więc jego czarna sierść doskonale wtapiała się w mroczne wnętrze pubu.

— Teraz też szykuje się niezła akcja — rzekł prawie niesłyszalnym szeptem jeden z mężczyzn. Syriusz wysunął łeb i nadstawił uszu. Gdyby nie jego psi słuch, nie byłby w stanie wychwycić ani słowa.

— Nie mogę się doczekać — podekscytował się drugi mężczyzna i obrócił twarz w stronę Petera. — Swoją drogą, naprawdę nieźle ci poszła ta misja. On szukał tego od miesięcy...

Syriusz przechylił łeb z zainteresowaniem. Kim był on i czego szukał? W tyle głowy pulsowały mu obawy, że Peter naprawdę władował się w konszachty ze śmierciożercami...

— A to nic takiego — żachnął się Peter skromnie, choć w jego głosie Syriusz czuł wyłącznie dumę. — Bułka z masłem.

— No, zaskoczyłeś nas. A Mulciber postawił zakład, że pękniesz i zwiejesz przy pierwszej okazji, tak jak młody Black! To się doigrał. — Mężczyzna zarechotał grubiańsko i rąbnął kuflem piwa o stolik.

W pierwszej chwili Syriusz nie uwierzył w to, co usłyszał. Fala gorąca buchnęła mu w pysk. Postawił uszy na sztorc, zaskrobał pazurami po deskach i zawarczał. Starsza czarownica z sąsiedniego stolika podskoczyła w miejscu i złapała się za serce, celując palcem w jego skołtuniony łeb, ale on wcale się nie przejął. Mimo że w psiej postaci jego uczucia były o wiele mniej skomplikowane niż w ludzkiej, poczuł się, jakby ktoś go siarczyście spoliczkował.

Mulciber postawił zakład...?

Tak jak młody Black?

Resztki jego nadziei posypały się jak domek z kart. Przeczucie go nie zwiodło, najgorsze obawy potwierdziły się — Peter był śmierciożercą i musiał się z tym pogodzić.

— No co ty... Ja? — obruszył się Peter. Głos mu zadrżał, jego ton zmienił się. Nie brzmiał już tak pewnie, jak jeszcze przed chwilą.

— Swoją drogą, ciekawy jestem, gdzie Black się ukrywa i jak nas przechytrzył. Wszyscy myśleliśmy, że nie żyje, nawet on w to uwierzył...

— A nie pomyślałeś, że Ministerstwo karmi nas kłamstwami? — prychnął drugi mężczyzna. — Ja myślę, że on naprawdę go dopadł. Black był strasznym tchórzem, a pod koniec już mu do reszty odbiło. To, co myśmy robili bez mrugnięcia okiem, jemu przychodziło z wielkim trudem. Arystokracka mimoza, doprawdy. Myślał, że sobie rączek nie pobrudzi...

Syriusz w ostatniej chwili powstrzymał się przed rzuceniem się na oprycha. Złość kipiała mu śliną z pyska, czarna sierść nastroszyła się jak u niedźwiedzia. Wiedział jednak, że nie może nic zrobić — kłapnął tylko zębiskami, w milczeniu czekając na rozwój sytuacji.

Arystokracka mimoza, doprawdy. Myślał, że sobie rączek nie pobrudzi.

Gdy sens tych słów odnalazł drogę do jego psiego umysłu, olśniło go. Regulus musiał wycofać się już wcześniej! Jeżeli nie chciał wykonywać rozkazów Voldemorta, jeżeli brutalne akcje śmierciożerców wzbudzały w nim mieszane uczucia, a jego niechęć była na tyle widoczna, że nawet takie półgłówki, jak oni ją dostrzegali... To znaczy, że na którymś etapie musiał zwątpić w idee Voldemorta.

— Jego nazwisko znają, to je podali — ciągnął ze znudzeniem ten sam mężczyzna. — Innych nie mają, więc napisali, co wiedzieli. Tania zagrywka, żeby stworzyć pozory, że coś robią.

— Ministerstwo samo w sobie to może i nic nie robi. Za to Dumbledore... — Pierwszy mężczyzna wymówił imię dyrektora bardzo cicho, o wiele ciszej niż resztę zdania, i nachylił się, żeby skrócić odległość między towarzyszami. — Wyszkolił sobie dość konkretną armię.

— Daj spokój — żachnął się Peter. — Nie mają żadnych szans, zwłaszcza że teraz mamy sporą przewagę.

Nie miał już najmniejszych wątpliwości — to Peter zabrał jego świstoklika, to Peter przetrzepał mieszkanie Amelii i ukradł róg dwurożca... I co gorsza, był z tego dumny. Chełpił się swoją przebiegłością, wznosił w blasku chwały płynącej od pomruków aprobaty dwóch obcych mężczyzn, którym, sądząc po kontekście rozmowy, zaimponował dopiero po tym, jak buchnął róg i dostarczył go pod nos Voldemortowi... Syriusz wbił pazury w drewniane deski, czując ogarniającą go nienawiść.

— Szkoda, że nie możemy ich ostrzec. Może byśmy powalczyli trochę dłużej niż kilka minut.

Mężczyźni ryknęli rubasznym śmiechem, a serce Syriusza zakołatało boleśnie o żebra. Czyli zdrada Petera nie była w tym wszystkim najgorsza...

Dalsza rozmowa Glizdogona z mężczyznami nie traktowała o niczym istotnym, więc Syriusz postanowił wyjść z pubu, zanim któryś z kelnerów potknąłby się o jego kudłate cielsko i wyrzucił za drzwi. Niebo było już niemal czarne, a na wyludnionej Pokątnej migotały blado lampy uliczne. Syriusz schował się w cieniu rzucanym przez ścianę przeciwległej kamienicy, żeby mieć dobrą widoczność na gości opuszczających lokal.

Nie musiał długo czekać. Niecałe pół godziny później z Dziurawego Kotła wyłonił się Peter. Był sam — najwyraźniej mężczyźni, z którymi przyszedł, nadal nie opuścili pubu. Syriusz w mgnieniu oka poderwał się z ziemi, wysunął pazury i skoczył na Petera. Ten wybałuszył z niedowierzaniem oczy, później wrzasnął, przerażony, i gruchnął plecami o wyszczerbiony bruk. Syriusz zwalił się na niego całym ciężarem ciała, przyciskając łapy do jego piersi.

— Syriusz? — sapnął Peter.

Syriusz bez ostrzeżenia powrócił do swojej ludzkiej postaci i nie wypuszczając Petera z rąk, zerwał się z chodnika. Pettigrew natychmiast dał nura w bok, ale on nie dał się wyminąć — szarpnął go mocno za kołnierz i przyciągnął do siebie, następnie machnął różdżką za jego plecami, szepcząc formułę zaklęcia. Aportował się w pierwsze miejsce, które przyszło mu na myśl.

Znaleźli się na polanie Remusa.

— Syriusz... — powtórzył Peter. Miał krwiste rumieńce na twarzy, oczy szkliły mu się ze strachu. Nagle, jakby coś sobie przypomniawszy, sięgnął ręką do kieszeni spodni, próbując wymacać w niej różdżkę.

— TY OBRZYDLIWY, PODŁY, PARSZYWY ZDRAJCO! — wrzasnął Syriusz, unieruchamiając go na trawie twarzą w dół i przechwytując jego różdżkę, zanim ten zdążyłby jej użyć przeciwko niemu. — Źle ci było z nami? Co takiego naobiecywał ci Voldemort?!

— Sy... riusz... wysłu... ch-chaj mn-nie — wydyszał Peter, łykając spazmatycznie hausty powietrza. Jego policzki przybrały odcień dorodnego bakłażana. — Dus... sz... sisz mn-nie...

— I BARDZO DOBRZE! — ryknął Syriusz. Był tak wzburzony, tak wściekły i rozgoryczony, że targany spazmami drgawek, zaczął się trząść. — Jak mogłeś nas zdradzić, Peter? Byliśmy przyjaciółmi. Nie gryzie cię sumienie?

— Syriuszu, ja nie ch-chciałem... — pisnął, obróciwszy głowę w bok tak, by móc wydusić z siebie coś więcej niż niezrozumiały charkot. — Ja naprawdę nie... ch-chciałem... Oni mnie... zmusili!

— Naprawdę? — syknął jadowicie. Syriusz szczęknął zębami i ugiął mocniej kolana, które co rusz ześlizgiwały się ze spoconych pleców Petera. — Ciekawe, bo jakoś nie wyglądasz, jakbyś był pod działaniem Imperiusa.

— Groz-zili m-mi...

— TO TRZEBA BYŁO IŚĆ Z TYM DO NAS! — wrzasnął Syriusz, czując, że kolejna fala gniewu ogarnia jego ciało, paraliżuje je w amoku, zalewa od środka mieszaniną wrzawy, furii i goryczy. — MY... BYŚMY... CI... POMOGLI... ALE... TY... WOLAŁEŚ... NAS... ZDRADZIĆ!

— Ch-chciałem... Ja bard-dzo ch-chciałem — jęknął Peter, a jego usta wydęły się boleśnie. — Ale... nie... mogłem. Oni znal-leźli mnie, szant-tażowali, groz-zili... Nie miałem wyj-jścia...

Syriusz zawahał się, uścisk jego dłoni zelżał. Nieświadomie zsunął kolana z pleców Petera, który szarpnął ramionami i jednym, zdecydowanym półobrotem przewrócił się na plecy.

— Bzdura — wycedził Syriusz przez zęby, przygważdżając go całym ciężarem ciała i chwytając za ręce, którymi Peter rozpaczliwie wierzgnął, próbując uwolnić się z uścisku. — W Dziurawym Kotle nie wyglądałeś na zaszczutego.

— To tylko wrażenie! — Peter oddychał płytko przez usta, jego pucołowate policzki na powrót przybrały odcień żywej czerwieni. — Syriuszu, puść mnie, proszę, zabierz do kwatery... Ja ci wszystko wyjaśnię!

— Masz na to czas teraz — warknął i w bardzo krótkim momencie nieuwagi Petera strzelił różdżką nad jego rękami, by wyczarować mu na nadgarstkach więzy. — Jak długo to trwa? Ile informacji im sprzedałeś?

— Niedługo, na pewno nie miesiąc! — Kolejny, skrzekliwy pisk przyprawił Syriusza o ból uszu. — I nic im nie powiedziałem!

— Ile informacji im sprzedałeś?! — ponowił pytanie, chociaż w głębi duszy czuł, że wcale nie musiał go zadawać. I tak domyślał się odpowiedzi.

Peter pokręcił przecząco głową, ale Syriusz ani przez chwilę mu nie uwierzył. Prawdę mówiąc, wątpił w prawdziwość każdego słowa, które usłyszał od niego od momentu złapania go przed Dziurawym Kotłem.

— Nie jestem zdrajcą — wysapał, usiłując złapać Syriusza za przedramię, wciąż przypierające go do zimnej, twardej ziemi. — Nic nie mogłem poradzić...

— Jesteś, Pettigrew — skwitował Syriusz ponuro. Gorycz paliła go w żołądku. — Przy pierwszej lepszej okazji ukradłeś róg dla Voldemorta. Gdybyś był po naszej stronie, chyba byś się tak nie palił do tego zadania, co?

— Ja... musiałem! — pisnął. — Jego... zaufanie... zdobyć!

— O widzisz — warknął Syriusz, śmiejąc się chłodno, wręcz szaleńczo. — Czyli teraz przyznajesz się, że Voldemort to twój koleżka?

— Nie! — Peter szarpnął się gorączkowo. Po zarumienionym czole płynęły mu obficie strugi potu, żyła na skroni drgała konwulsyjnie. — Musiałem sprawić, żeby mi zaufał, to był jedyny sposób, żeby oszczędził mi życie!

— Przy okazji narażając nas wszystkich na śmierć. — Syriusz poprawił uchwyt różdżki przy jego szyi, mokra dłoń dygotała mu coraz to mocniej. — Wiesz, że to przez ciebie Fabian i Gideon nie żyją? Zastawiliście na nas pułapkę!

— Nic nie mogłem poradzić!

— Ciekawe, kto byłby następny — wypluł Syriusz pogardliwie. — Może James? Albo Remus? Pewnie nie miałbyś żadnych skrupułów...

— Ja to wyjaśnię, tylko daj mi szansę!

— My byśmy oddali za ciebie życie, Peter — wyszeptał cicho. Jego głos był jak brzęk tłuczonego szkła, pełen żalu i rozpaczy, bo Syriusz zbyt długo żył w świecie pełnym zdrad i wojny, żeby nie dostrzec oczywistości jego zdrady, i zbyt wiele podsłuchał w Dziurawym Kotle, żeby tak po prostu mu uwierzyć. — A ty nas sprzedałeś. Zawsze byłeś wygodny i żałuję, że dopiero teraz to zauważyłem. Kiedyś uczepiłeś się nas jak rzep i wiem, że to było celowe. Zapewniłeś sobie ochronę do końca szkoły. A teraz, gdy Voldemort rośnie w siłę i zwycięstwo jest po jego stronie, ty odwracasz się od przyjaciół i przystajesz do wroga z nadzieją, że on cię ochroni... W twojej tępej głowie ani razu nie pojawiła się myśl, że może jesteś tylko jego kukiełką, a on z przyjemnością wykorzysta informacje, które mu podasz, po czym bez mrugnięcia okiem zabije.

Peter oddychał ciężkim, nocnym powietrzem, ustami ronił obłoki siwej pary. W białym świetle księżyca jego blada, spocona twarz wydawała się Syriuszowi jak z wosku.

Syriusz zdawał sobie sprawę, jak brutalne były to słowa, ale ani trochę ich nie żałował. Chciał, żeby Pettigrew poczuł, czym był prawdziwy strach, ponad wszystko pragnął, żeby uświadomił sobie, co zrobił, żeby zrozumiał, na jakie niebezpieczeństwo ich naraził...

Nastrój Petera zmienił się diametralnie. Początkowy szok przeszedł w złość i rozżalenie, i w końcu Syriusz widział w nim już tylko rozpłomienioną wściekłość.

— Jesteś okrutny, Syriuszu — oskarżył go zimno, o wiele zimniej niż miał w zwyczaju, tak że Syriusz mógłby przysiąc, że nigdy wcześniej nie słyszał u niego tak oschłego tonu. — Niczym się nie różnisz od rodziny, którą tak gardzisz. James i Remus by mnie wysłuchali.

— Ja ciebie cały czas słucham — burknął Syriusz. — Ale od kilku minut nie jesteś w stanie powiedzieć mi niczego, co tłumaczyłoby twoją zdradę.

Prawie się zawahał i musiał przyznać Peterowi, że był cwany.

— Dobrze, w takim razie powiem ci — odrzekł Peter. — Któregoś wieczoru na Nokturnie napadli na mnie śmierciożercy. To byli Carrow i Rosier, pamiętali mnie ze szkoły. Rosier wiedział, że zawsze trzymałem się z wami. Domyślił się, że mam coś wspólnego z Dumbledore'em i Zakonem. Uprowadzili mnie. Zanim się obejrzałem, leżałem na podłodze w jakiejś piwnicy, a nade mną stał... No wiesz kto.

Syriusz skinął głową.

— Najpierw mnie torturował. Chciał wyciągnąć ode mnie informacje na temat Dumbledore'a. Potem zaproponował mi litość pod warunkiem, że zawrę z nim sojusz i będę dla niego szpiegował... Nie mogłem się nie zgodzić, inaczej by mnie zabił...

— Wolałbym zginąć, niż dołączyć do jego zgrai.

— Nie rozumiesz — bąknął Peter cichutko. — I nigdy mnie nie zrozumiesz, Syriuszu. Bałem się go tak samo mocno, jak boję się śmierci... Nie chciałem umierać, życie to wszystko, co mam...

— I z tego strachu oceniłeś je na więcej warte niż nasze? — Syriusz roześmiał się na głos. — Gdybyś był mądry, to byś od razu po szkole wyjechał z kraju. Po co w ogóle wstąpiłeś do Zakonu?

— Bo chciałem walczyć i walczyłem razem z wami!

— Bo miałeś z tego korzyści.

— Syriuszu, miej litość. — Peter utkwił w nim błagalne spojrzenie, oczy miał pełne łez. Syriusz nawet nie odnotował, że jakimś sposobem udało mu się poluzować więzy na nadgarstkach. — Powiadom Dumbledore'a, przecież wiesz, że nie jestem tym złym...

— Żeby ochronił ci tyłek przed Voldemortem? — prychnął Syriusz. — Jesteś żałosny, Peter.

Syriusz ani myślał mu pomóc — jedyne wyjście z tej sytuacji widział w jak najszybszym dostarczeniu go do Kingsleya. Tylko on spośród zaangażowanych w Zakon aurorów nie był zawieszony w swoich prawach, tylko on mógł zabrać Petera do Ministerstwa i zamknąć w celi na czas przesłuchania...

Syriusz podniósł się z trawy, gwałtownym ruchem ramienia pociągając za sobą Petera. Nagle poczuł, że szata pod jego palcami robi się wiotka, osuwa się miękko pod opuszkami, rozpada, topi, niknie... Po chwili już jej wcale nie trzymał. Peter zniknął mu z pola widzenia.

Serce zabiło mu mocniej w piersi, ale wiedział, że Pettigrew nie mógł się deportować, bo w dłoni nadal trzymał jego różdżkę. Natychmiast przemienił się w psa, wiedząc, że w ludzkiej postaci nie byłby w stanie odnaleźć niewielkiego szczura w nocy pośród traw. Zapach Petera był ledwo wyczuwalny, ale z całych sił wytężył swój psi nos i rzucił się za nim w pogoń. Jego wzrok był zbyt słaby, żeby mógł go dostrzec, i Syriusz zbyt głośno przebierał łapami, żeby cokolwiek usłyszeć, ale węch nigdy go nie zawodził. Miał tę przewagę, że był większy i szybszy, i musiał go znaleźć, ten parszywy zdrajca nie mógł mu tak po prostu umknąć...

Po przebiegnięciu kilkunastu jardów nie czuł już nic. Peter uciekł.

Syriusz powrócił do swojej ludzkiej postaci, następnie złapał za różdżkę i wymówił adres. Wieki minęły, zanim poczuł charakterystyczne, bolesne szarpnięcie, jakby pęd wiatru miał zaraz wyrwać mu pępek. W końcu zassało go w czasoprzestrzeń — żołądek wirował mu jak w młynie, Syriusz całą podróż walczył, żeby nie zwymiotować. Wreszcie plasnął stopami o błotniste pobocze drogi, rozświetlony koniec różdżki przygasł, informując o pomyślnej teleportacji. Był w Dolinie Godryka, parę ulic od domu Jamesa.

Pobiegł przed siebie, nie zważając na rozwiązane sznurówki, ślady ubłoconych butów pociągnęły się za nim aż do furtki. Otworzył ją zaklęciem, niemalże wysadzając zamek, i w dwóch susach doskoczył do domu. Adrenalina dodała mu niewiarygodnej siły — drzwi drżały w fasadach, gdy rąbał w nie zaciekle pięścią.

— JAMES! — ryknął na cały głos, czując, że gardło rozdziera mu się na kawałki. — JAMES!

Gdy drzwi otworzyły się przed nim na oścież i w progu pokazała się rozczochrana postać Jamesa w połamanych okularach i poplamionym dresie, Syriusz wskoczył do środka jak tygrys i rzucił mu się na szyję.

— Merlinie, Syriuszu, co się stało? — Zdezorientowany James cofnął się do przedpokoju, chwycił Syriusza pod pachami i postawił przed sobą do pionu.

— Pe... — Syriusz zarzęził nieskładnie i zakrztusił się śliną. Nie mógł wydusić z siebie słowa, zwinięty w kamień żołądek pulsował mu w gardle. — Pe... ter...

— Co z nim? — Oczy Jamesa zrobiły się ogromne ze strachu. — Ma kłopoty? Jest ranny?

— Jest zdrajcą — jęknął Syriusz, chowając twarz w złączonych dłoniach. James spiął się i osłupiał, jego twarz stężała w mieszaninie szoku i niedowierzania.

— Niemożliwe — szepnął po chwili ciężkiej, dramatycznej ciszy. — Peter nigdy by nas nie zdradził.

— On to naprawdę zrobił, James — zajęczał Syriusz żałośnie. Nabrał głęboko powietrza, zadrżał kurczowo i osunął się wzdłuż ściany. Cała sprawa przytłoczyła go tak bardzo, że nie mógł się opanować. — Widziałem go, rozmawiałem z nim. Peter jest śmierciożercą.

— Ale jak...?

James ujął Syriusza pod ramię i poprowadził go do salonu. Łapa przyjął jego uścisk z wdzięcznością. Był wykończony. Nie pamiętał, żeby Glizdogon kiedykolwiek miał tyle krzepy i złośliwie pomyślał, że w ostatnim czasie musiał sporo nad sobą popracować.

James ułożył go wygodnie na kanapie, następnie pobiegł do kuchni po dzbanek świeżej wody. W tym czasie Syriusz wyrzucał z siebie wszystko, co zapamiętał — pojawienie się Petera w Dziurawym Kotle, rozmowę ze śmierciożercami o rogu i informacje o Regulusie, aż wreszcie przeszedł do momentu kulminacyjnego opowieści, czyli rozmowy z Peterem na polanie. James słuchał go uważnie z kuchni, później, gdy nalał mu już wody i podgrzał w rondlu mleko z czekoladą, przeniósł się na kanapę. Syriusz wypił duszkiem pół dzbanka wody, z wdzięcznością przyjmując kubek gorącej czekolady. Oparzył sobie nią usta i prawie przypalił język, ale nie przerwał opowieści.

Z każdym kolejnym słowem twarz Jamesa spowijał coraz głębszy niepokój, ponura mgła zasnuła mu oczy. Pod koniec siedział skulony na sofie z podkurczonymi nogami i lustrował tępo ścianę nad kominkiem.

— Ja... — szepnął, gdy Syriusz umilkł. — Nie wiem, naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Byliśmy przyjaciółmi. Dla mnie zdrada Petera jest jak koniec jakiejś epoki.

— Koniec ery Huncwotów. — Głos Syriusza przepełniała gorycz. Nie mógł się bardziej zawieść.

— Merlinie, ale dlaczego? — James zdjął okulary i odłożył je na stolik. — A jeśli Peter naprawdę robił to wszystko pod przymusem Voldemorta i wcale tego nie chciał?

— Nie, James. Rozumiem cię doskonale, sam też bym tego chciał, ale wiem, co słyszałem, i byłoby głupotą dalej się oszukiwać. Peter powiedział, że stanął twarzą w twarz z Voldemortem. Że Voldemort darował mu życie za szpiegowanie.

— Zgadza się — przytaknął James niemrawo.

— To się nie trzyma kupy. Po co Voldemortowi taki szpieg jak Peter? Strachliwy, mało doświadczony w szpiegowaniu i raczej nietrudny do przejrzenia za pomocą legilimencji.

— Pewnie ma lepszych informatorów — słabym głosem zgodził się James. — Lepszych niż Peter.

— I według tej bajki Peter dostał od niego dużą autonomię. Skoro Voldemort wypuścił go na wolność, to tak naprawdę Peter mógł zrobić cokolwiek: pójść do Dumbledore'a i błagać go o pomoc, wyjechać z kraju, POWIEDZIEĆ NAM... Przecież my byśmy zrobili wszystko, żeby mu pomóc, ale on wolał wypełniać rozkazy Voldemorta i nas szpiegować.

— Masz rację — westchnął James, przymykając ciężko powieki. — Peter powiedział ci, że na Nokturnie rozpoznał go Carrow i Rosier, tak?

Syriusz skinął głową.

— Po pierwsze, co robił na Nokturnie? — James zmarszczył brwi. Syriusz zauważył, że zmęczenie na jego twarzy nieznacznie zelżało. — A po drugie, Rosiera złapaliśmy ponad miesiąc temu na akcji w Little Norton. Wychodzi na to, że całe to porwanie Petera musiało się wydarzyć jeszcze wcześniej.

— Sam widzisz, że to się nie klei.

James podniósł się nagle z kanapy.

— On na pewno im powiedział, gdzie jest kwatera główna Zakonu.

— To chyba oczywiste, skoro...

— Łapa, trzeba tam iść natychmiast! — zawołał James, sięgając do stolika po różdżkę i okulary, zanim Syriusz zdążył choćby zaczerpnąć tchu. — Musimy zasypać wejście do Wrzeszczącej Chaty, zburzyć korytarz, cokolwiek, byleby nikt z Zakonu więcej tam nie wszedł...

— James... — wyszeptał Syriusz, nagle przypomniawszy sobie coś bardzo, ale to bardzo ważnego. — Ci faceci w Dziurawym Kotle powiedzieli coś w stylu, że szkoda, że nie mogą nas ostrzec, bo może powalczyliby trochę dłużej niż pięć minut...

James rozchylił usta, ale nie dobył z nich ani słowa. Przez dwie sekundy — dwa urwane oddechy — otwierał je i zamykał, aż w końcu zamilkł z zastygłym na twarzy przerażeniem.

Syriusz nie miał najmniejszych złudzeń, że jego przyjaciel pomyślał o tym samym, co on.