.
Rozdział 12
Sekrety jak haki, przywiązania jak zatracenia
.
Rzucił z impetem gazetę na blat stołu, nie zważając na to, że miska owsianki podskoczyła, rozbryzgując ciepłe mleko po stole. Coś ciepłego, kleistego, niemożliwie nieznośnego zdawało się osiąść mu w gardle, kiedy w odbiciu patrzącym na niego z gładkiej powierzchni szklanki ujrzał grymas imitujący uśmiech i podkrążone oczy.
— Harry — zwróciła mu uwagę Hermiona, marszcząc na niego brwi; Harry odtrącił jej dłoń wyciągniętą przez blat i splótł palce, przyciskając mocno knykcie do nasady nosa — popiół sypie się nad tobą z sufitu. — Słowa Hermiony ledwie do niego docierały, jakby były wypowiadane w jakimś starodawnym, wymarłym języku. Pokręcił głową - raz, drugi - czuł dziwne, nienaturalne mrowienie na wierzchu dłoni, w miejscu drobnych, znienawidzonych przez siebie blizn, układających się w zdanie, które wryło się w jego umysł jak zaklęcie. — O co chodzi? — zapytała ostrożnie Hermiona, niepewnie biorąc do rąk porzuconą przez niego gazetę.
Głosy codzienności Wielkiej Sali wżerały się w jego umysł jak trucizna, pobrzdąkiwania naczyń, szuranie krzeseł, monotonny jazgot setek głosów - dzwoniły mu w uszach, doprowadzały do obłędu. Wbił paznokcie we wnętrza dłoni.
— Harry Potter — wypluł jak przekleństwo i roześmiał się pusto na myśl, jak absurdalnie musiało to zabrzmieć. — Prześladuje mnie. Harry Potter, wszędzie gdzie tylko spojrzę - Harry Potter, wyskakuje z szuflady, dręczy mnie, patrzy na mnie z plakatów, wynurza się z Czary Ognia, zieje z papierowych brukowców.
— Harry? — Niepewny głos przyjaciółki przebił się przez brzęczący, irytujący mętlik tłumu.
Harry nie potrafił przestać kręcić głową, jakby był kukłą, za której sznurki bez wytchnienia pociągano - w tę i we w tę, w tę i we w tę.
— Nie ścierpię kolejnego artykułu, w którym przeczytam o Harrym Potterze — spojrzał przez palce w zaczerwienione ze zmęczenia oczy zerkające na niego z powierzchni szklanki, próbując przełknąć ściskające uczucie miażdżące mu gardło i nie będąc w stanie tego zrobić.
— Te artykuły… nie są ważne — powiedziała cicho Hermiona, przestawiając nerwowo to tu to tam szklankę pełną soku dyniowego - jakby nie rozumiała. — Niech piszą o tobie, co chcą, to przecież bez znaczenia. To tylko plotki. Bujdy na resorach.
— Nie mam już siły — przecisnął przez gardło Harry, mając wrażenie, że słowa kleją się do jego podniebienia, wcale nie chcąc opuszczać ust — na to nie reagować — przycisnął knykcie do czoła tak mocno, że był niemal przekonany, że zostaną mu po tym czerwone ślady - pręgi znaczące skórę jak blizna. Powieki mu ciążyły. — Nawet nie wiem, co napisali — zamrugał, starając się pozbyć piekącego uczucia spod powiek. — Lawiruję między linijkami tych przeklętych, durnych artykułów, jakbym ślizgał się po lodzie, a i tak nie potrafię nie wyłapać jarzącego się pośród tego wszystkiego Harry'ego Pottera. Harry Potter za Harrym Potterem, na Harrym Potterze - jak Schody Penrose'a czy Siatka Hermana - pieprzona iluzja sławnego herosa, powtarzajmy jego imię w nieskończoność, przyglądajmy mu się jak odbiciu w zakrzywionym zwierciadle, jak kuriozum na wystawie dziwności.
— Harry, proszę — podniosła o oktawę głos Hermiona, strząsając palcami popiół z ramion, łypiąc niepewnie kątem oka na odwracające się w ich stronę głowy. — Nie widzisz, co robisz? — kiwnęła głową w stronę sufitu.
Harry prychnął gorzko i nie potrafiąc się opanować, wstał od stołu, wyciągając nieznacznie dłoń, spoglądając na spadające do jej wnętrza szare drobiny wirujące na przeciągu - ktoś mógłby pomyśleć, że to śnieg, że to płatki mrozu powoli opadały na jego ramiona, osiadając w zagłębieniach kołnierzyka — prawie: cud natury — pomyślał, krzywiąc się do własnych linii papilarnych.
— Nie czuję się już jak w domu — mruknął — w tym miejscu, w którym na głowy sypią się ludziom popioły.
-VVV-
— Mam prawo czuć się tak, jak się czuję — powiedział, śledząc płytkie zarysowania w kamiennej podłodze, kiedy - niedługo później - Snape znalazł go w jednej ze starych, dawno nieużywanych sal lekcyjnych, kiedy zdmuchiwał kurz i pajęczyny z ciężkich płacht przykrywających butwiejące meble (jakby go szukał, jakby próbował pomóc). — Mam prawo czuć.
— Nigdy ci tego nie zabraniałem, Potter. — Gładki głos Snape'a brzmiał w ciszy tego pomieszczenia jak uderzenie pioruna.
Harry kątem oka, bez większego zainteresowania, śledził, jak profesor rygluje drzwi zaklęciem i opiera się barkiem o wnękę w ścianie, licząc w myślach do pięciu, mając nadzieję, że to pomoże na drażliwe, rozrywające go uczucie beznadziei skumulowane gdzieś w jego piersi - jak powinien z góry przypuszczać: nie pomogło.
Snape bawił się różdżką, obracając nią w palcach jak dziecko, przyglądając mu się zza kurtyny rzęs i wyglądał przy tym, jakby rozwiązywał jakąś nieoczywistą, numerologiczną zagadkę. Jakby Harry nie był przykładem normalnego, zdrowego nastolatka. Jakby był przeklęty, jakby miał runiczne znaki wyryte na skórze - sieć przekleństw, której nie mógł w żaden sposób zapobiec.
Mięsień pod okiem Harry'ego drgnął, kiedy to sobie uświadomił: tą stabilną uwagę podążającą za nim jak cień; odchylił głowę do tyłu i wbił oczy w sufit, nie mogąc dłużej znieść tego natrętnego, przewiercającego go, czarnookiego spojrzenia - tego specyficznego wyrazu w ziemistej twarzy, który mówił mu, że jego cwany, przebiegły, spostrzegawczy profesor widzi cały skołtuniony mętlik jego duszy leżący przed nim jak na dłoni.
— Snape, ja się staram — wyrzucił przez dziwnie drętwiejące wargi; łzy kotłowały się w jego głowie, jakby zamierzyły rozłupać mu czaszkę - Harry nie pozwolił zamajaczyć im w kącikach oczu - Snape nie zobaczy go płaczącego nad swoim durnym losem, co to, to nie, nie tym razem; Snape i tak musiał uważać go za rozłupaną bryłę gliny, której nie można na powrót skleić bez pozostawiania na powłoce rys i pęknięć. Nie pozwoli swoim przesadnym reakcjom jeszcze bardziej go ośmieszyć, choćby głowa mu pękała od tłumienia w sobie tego wszystkiego, czego nie potrafił znieść ze spokojem, choćby pulsująca żyła zaczęła wybijać równomierny rytm o jego skroń.
— Starasz się co, Potter? — przechylił głowę Snape, przyglądając mu się; kilka kosmyków czarnych włosów opadło na ziemistą twarz; Snape odgarnął je niedbałym gestem.
— No wiesz — wzruszył ramionami - bardziej z poddenerwowania, niż z niedbałości; wytarł pospiesznie samotną łzę, która - wbrew jego modłom - skapnęła z rzęs i spłynęła po nierówności kości policzkowej, modląc się, aby Snape tego nie zauważył, równocześnie widząc doskonale, że modli się na próżno — wrócić do normy, zachowywać się, cóż… — zawahał się nad doborem słów Harry, strzykając nerwowo palcami — po ludku — wypróbował ostrożnie słowa na języku i sam nie potrafił ocenić, czy nie zabrzmiało to zbyt trywialnie.
Snape uniósł jedną brew; jego ramiona poruszyły się powoli, gdy opatulał się szczelniej peleryną, oczy śledziły jego twarz, jakby widziały w niej odbicie wszystkich jego myśli, wszystkich chęci i obaw, wszystkich emocji, kotłujących się wewnątrz niego jak wspomnienia w myślodsiewni.
— Potter, powiedz mi — jego głos - miękki jak dotyk opuszków palców na skórze - brzmiał zupełnie nieadekwatnie do sceptycznego wyrazu wpisującego się w linie jego twarzy — co wyczytałeś w tej głupiej, porannej gazecie, że zacząłeś panikować na środku Wielkiej Sali?
— Nie wiem — przyznał zgodnie z prawdą Harry, spuszczając wzrok, kiedy uświadomił sobie, jak żałośnie to brzmi. — Ja tego nawet nie czytałem, jeśli mam być szczery.
Brwi Snape'a zjechały się jak za sprawą zaklęcia, a on machnął na niego ręką, jakby domagał się jakiegoś rozwinięcia tej niejednoznacznej wypowiedzi.
Harry przygryzł wargę, czując się jak głupiec i odwrócił się w stronę kremowo szarych płacht częściowo przysłaniających meble, pociągnął jedną z nich i zakrztusił się mgiełką kurzu, która uniosła się wokół jego głowy jak aureola. Prychając i kaszląc jak kot, podciągnął się na blat jednego z biurek (drewno zaskrzypiało nieprzyjemnie pod jego ciężarem) i splótł nogi w kostkach, machając nimi w powietrzu jak dzieciak na huśtawce.
— Po prostu — zawahał się Harry, wpatrując się nieco otępiałym wzrokiem w ścianę — mam dość słuchania o Harrym Potterze, którego nie znam i którego nigdy wolałbym nie poznać. O Harrym Potterze, który jest bohaterem, herosem, bogiem czy kim tam jeszcze. Jakby pan, profesorze, zareagował, gdyby z raz na tydzień, tak gdzieś około, wyłapywał pan własne nazwisko w prasie, okraszone takimi sformułowaniami jak: „skandal", „paniczna reakcja" czy „kłamstwa"? Gdyby pańska podobizna wieńczyła pierwsze strony gazet? Gdyby przekręcano pańskie słowa, nadawano im jakieś nowe, absurdalne znaczenie albo dorabiano teorie co do tego, co też mogło się za nimi kryć, jakby sądzono, że mówi pan jakimś niezrozumiałym dla reszty populacji, tajemnym szyfrem? Jestem zmęczony oglądaniem zdjęć, na których uchwycono mnie z profilu jak jakiegoś więźnia, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy. Jestem zmęczony czytaniem wypowiedzi innych osób - perorujących o mnie - brzmiących, jakbym był jakąś postacią fikcyjną wyciętą ze stron starych książek, a nie: realnym człowiekiem. Potrafi pan to zrozumieć?
Snape wpatrywał się w niego przez jedną, uciążliwą chwilę, prawie bez mrugnięcia, prawie bez ruchu; a potem się uśmiechnął - i był to uśmiech niemal delikatny, niemal tkliwy - była w nim jednak jakaś rysa, jakaś sztuczna cukierkowość: jak ukryta prześmiewka, jak niebezpośrednia obraza.
— Och, Potter — westchnął Snape, przyglądając mu się; w jego oczach było coś, co Harry mógłby nazwać zjadliwym, gdyby nie ten niezrozumiały dla niego sentyment czający się gdzieś w cieniu tych słów. — Oni nie przestaną o tobie pisać. Jesteś tematem rzeką. Będą rozdmuchiwać twoje życie i przepisywać je na nowo na tysiące różnych sposobów. Będą ci dobierać pary, łączyć w trójkąty, gdybać i oceniać, i rozgrzebywać to, co masz za uszami.
— Nigdy się tym nie przejmowałem — zadrapał paznokciami kant biurka, spuszczając wzrok. — Nigdy mi to aż tak bardzo nie wadziło.
— Bo też nigdy nie miałeś tak wiele na głowie — skinął na niego Snape, odpychając się od ściany, zbliżając powoli ku niemu - jego kroki skrzypiały cicho na terakotowej podłodze; promienie słońca wpadające przez zakurzone szyby zdawały się odbijać w jego oczach — na sumieniu — dodał; jego cichy głos brzęczał w uszach Harry'ego jak rój pszczół. — Jeszcze nigdy nie byłeś w podobnym stopniu zmęczony psychicznie. Ta kumulacja zdarzeń odbiła się na tobie jak kolejna blizna — Snape przechylił głowę, przesuwając wzrokiem po jego ciele; Harry poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku - nerwowość uderzyła w niego jak wichura (to niedogodne, że Snape wiedział tak dużo, to niedogodne, że Snape tak dużo widział) — ale możesz ze mną o tym porozmawiać — potwierdził jego obawy profesor, podchodząc jeszcze bliżej; Harry przygryzł mocno wargę, ale nie podciągnął kolan pod brodę, jak w pierwszym odruchu nakazały mu reakcje obronne; mimo to uchwycił się kantu blatu tak mocno, jakby wisiał nad bezdenną przepaścią, resztkami nadziei wierząc, że uda mu się w nią nie wpaść — jeśli chcesz.
Czarna szata Snape'a zawirowała wokół długich nóg, gdy przystanął przed nim, nie zważając na to, że Harry, ani myśląc przestać machać nogami tylko dlatego, że poczuł się osaczony, całkiem celowo brudził podeszwami czarny jak heban materiał.
— Możesz mi powiedzieć o wszystkim.
Harry nie zatrzymał sardonicznego prychnięcia, choć pewnie powinien; odwrócił wzrok.
— Jestem całkiem pewny, że już co najmniej raz zdawałem ci to sprawozdanie, Snape. — W jego głosie pobrzmiewała nuta nerwowości.
— Nie chcę, żebyś zdawał mi sprawozdanie, ty głupi dzieciaku — pokręcił głową profesor, przyglądając mu się jakoś dziwnie, koślawo, jakby Harry był trudnym orzechem do zgryzienia, numerologiczną zagadką, którą od tak dawna próbuje rozwikłać — chcę, żebyś się zwierzył.
— Bo wtedy będziesz na bieżąco z informacją? — skrzywił się Harry, przechylając sceptycznie głowę.
Snape posłał mu skwaśniały uśmiech.
— Bo wtedy będzie ci lżej na duszy — wzruszył ramionami, jakby samopoczucie Harry'ego obchodziło go tyle, co zeszłoroczny śnieg, ale jego oczy - lawirujące po cieniach grających na twarzy Harry'ego - powiedziały mu więcej, niż słowa były w stanie. — Bo podzielisz się odpowiedzialnością.
Harry westchnął i spuścił wzrok na własne dłonie, skubiąc nerwowo skórki przy paznokciach.
— Po prostu źle się z tym czuję — mruknął, przez przypadek rozkrwawiając sobie palec; zassał kroplę krwi wzbierającą przy paznokciu — że wszystkie oczy skierowane są na mnie. Nie znoszę tej uwagi - przytłacza mnie, drażni mnie, doprowadza mnie do obłędu. Szczególnie teraz, kiedy, no wiesz, oczyścili z zarzutów Syriusza — przełknął ślinę Harry, mając wrażenie, że imię chrzestnego staje mu kołkiem w gardle; zaczerpnął głęboko tchu, starając się zebrać się do kupy. — Od kiedy ta sprawa stała się publiczna, od kiedy hipokryci w ministerstwie przyznali mu pośmiertny order Merlina, ludzie wodzą za mną wzrokiem, jakby szukali we mnie jego wpływów, jakby jego cień podążał za mną jak jakaś intensywna woń, jakby porównywali mnie do własnych wyobrażeń o Syriuszu Blacku, bazując na tym, co przeczytali w jednej z gazet - o nim, o mnie, o nas. To nieznośne, to zupełnie niesprawiedliwe.
— Życie zawsze było dalekie od sprawiedliwości, Potter, czyżbyś zapomniał?
Brzmiało to trochę oklepanie, jak tekst starej, dobrze znanej piosenki, zapętlonej na taśmie kasetowej. Piosenki, której słowa są tak wytarte, że utraciły swoje pierwotne kontury i zawarte w nich znaczenia. Zmęczenie osiałdo na ramionach Harry'ego jak kurz, a powietrze uleciało z niego niczym z przebitego balona. Pokręcił głową, przykładając knykcie do czoła.
— Proszę cię, nie częstuj mnie tego typu frazesami.
Snape fuknął na niego, jakby go ganił, ale jego głos był nieprawdopodobnie miękki, nieprawdopodobnie pewny własnej racji, kiedy się odezwał:
— Jesteś silniejszy od tego wścibstwa, Potter. Nawet z tym bałaganem w głowie i bólem w sercu - wciąż jesteś o wiele silniejszy od tego wścibstwa — pokręcił na niego głową, krzywiąc się, jakby Harry go rozczarowywał, jakby podał mu błędną odpowiedź na banalnie proste pytanie. — Tak w każdym razie mi się wydawało. A może się pomyliłem, co, Potter?
Harry podniósł na niego oczy i - niemal mechanicznie - uchwycił rękaw tej zwiewnej, czarnej szaty.
— Nie próbuj mi grać na emocjach — przecisnął przez gardło; jego głos był suchy jak papier ścierny i - niczym papier ścierny - zdawał się siekać jego słowa, przez co nie wypadły wcale tak stanowczo, jak sobie tego życzył.
Snape się roześmiał.
— Uwielbiam ci, Potter, grać na emocjach. Tyle akordów w tobie wybrzmiewa, że nudno by było, nie przywoływać ich, nuta po nucie.
— Nawet jeśli nieustannie chodzę rozstrojony jak stare radio? — zaśmiał się pusto Harry.
— Szczególnie kiedy chodzisz rozstrojony jak stare radio, dzieciaku.
Harry zamknął oczy i potarł dłonią czoło.
— Mam dość bycia skupiskiem bezradności szarpanej oczekiwaniami innych ludzi, rozumiesz? To frustrujące, doprowadzające do szału. Jakby drażliwe odrętwienie rozpuszczało się w moich kościach. Strzelam stawami w dłoniach, żeby się tego pozbyć, ale to nie znika, a ludzie patrzą na mnie i mówią, żebym przestał wykręcać sobie palce, bo nabawię się jakiejś choroby na stare lata — pokręcił głową, mocniej przyciskając czoło do wnętrza dłoni — idioci — wypluł — idioci. Nie znają mnie. Nie rozumieją. Potrzebuję… — zawahał się, przygryzł język, ściągnął okulary, odkładając je gdzieś za siebie, za plecy, na blat rozkołysanego biurka; potarł nasadę nosa.
— Potrzebujesz…? — ciągnął go za język Snape i brzmiał, jakby w tonach głębokiego głosu brzęczała magia, jakby wyciągał prawdę prosto z jego zmęczonego umysłu, przeciągał ją poprzez wszystkie jego osłony, przez wszystkie marne, chyboczące się bariery; był niczym wiatr, który wślizgnie się wszędzie, w najwęższą szparę, w najdrobniejsze pęknięcia.
— Kogoś — powiedział ostrożnie Harry, choć język stanął mu kołkiem w gardle.
— Mnie? — przechylił głowę Snape, przerywając mu; brzmiał jak zaciekawione zwierzę i Harry poczuł niemą frustrację uderzającą mu do głowy jak cierpkie wino; poczęstował Snape'a - tą czarną, rozmytą plamę wiszącą w powietrzu jak dementor - chłodnym spojrzeniem zza nieznacznie zmrużonych oczu.
— Kogoś — powtórzył; prawie wypluł te słowa — kto mnie ustabilizuje. Kto pozwoli mi być sobą. Kto będzie na mnie patrzył i nie będzie oceniał.
Snape przyglądał mu się długą chwilę bez słowa i Harry zastanawiał się, co widzi w jego zmarnowanej, zmęczonej twarzy i nieustannie podkrążonych oczach, których powieki ostatnimi czasy nienaturalnie ciążyły.
— Kto mi powie, że nie zostałem z niczym — odwrócił wzrok Harry; świat bez okularów rozmywał się jak kształty na obrazie impresjonistycznym — z nikim. Że życie, które wiodę, nie jest pozbawione sensu.
— I uważasz, że najlepszym materiałem na tego kogoś jestem ja, tak? — westchnął na wpół z kpiną, na wpół ze zrezygnowaniem Snape.
— Niczego takiego nie twierdzę — zaprzeczył Harry, krzywiąc się do podłogi. — Nie przeinaczaj moich słów, na litość Merlina.
— Nie bądź taki kwaśny jak ocet siedmiu złodziei, Potter. Ludzie będą przez to podchodzić do ciebie jak pies do jeża — skomentował Snape — a to dosyć niefortunne, wiesz? Musisz na nowo nauczyć się współistnieć z innymi, prowadzić nudne, głupawe rozmowy, uśmiechać się, kiedy trzeba i wypowiadać się tak, jak tego po tobie oczekują — na co Harry przewrócił oczami.
— Nie nadaję się do rozmowy z ludźmi.
— Potter… — pokręcił głową Snape, jakby go ganił, krzywiąc się przy tym, jak na kwaśnawy posmak w ustach; ten wyraz dziwnie wyglądał dla Harry'ego - patrzącego na to bez okularów - jak coś wyobrażonego, jak coś o płynnych, rozmazanych konturach.
— Poza tym, nie zamierzam z nikim rozmawiać — nie dał mu dojść do słowa.
Snape westchnął ciężko i potarł palcami brwi, a Harry, obserwując go, próbował tłumić w sobie kłującą frustrację przemieszaną z niepojętym, gorącym uczuciem kumulującym się na dnie jego gardła, gęstym i lepkim jak syrop na kaszel - uczuciem niebezpiecznie podobnym do wstydu, którego nie chciał, którego bał się odczuwać. Chaotycznym gestem potarł oczy wierzchem dłoni, pochwycił okulary i przetarł szkła rękawem szaty, zanim nasunął je z powrotem.
— Będziesz musiał, Potter, Dumbledore…
— Och, na litość Morgany! — przerwał mu sfrustrowany Harry, zgrzytając zębami. — Nie mieszajmy, do stu piorunów, w tą pokraczną rozmowę Dumbledore'a.
— Proszę cię, Potter, bądź rozsądny - on zawsze był we wszystko zamieszany.
— Jak na moje oko, wcale tak nie jest, a tak poza tym…
Tak pomiędzy wierszami, to jak wiele znaczą jeszcze słowa Dumbledore'a — zastanawiał się Harry, przyciskając palce do nasady nosa, nie zważając, że okulary zjeżdżają przy tym niemal na jego czubek — na tle faktu, że odmaszerowałem do Voldemorta? Bo jeśli Dumbledore wie, to dlaczego nie reaguje, a jeśli nie wie, to czy nie został zaburzony cały obraz jego osoby, który utworzył się w mojej głowie, czy nie stracił on dla mnie na znaczeniu, po tym, jak runęły fasady, które zbudowałem, gdy miałem jedenaście lat - fasady, trzymające całą konstrukcję, zbudowane z przeświadczenia, że Dumbledore zawsze wie wszystko o wszystkim i wszystkich, Dumbledore z tym swoimi błękitnookim spojrzeniem znad okularów-połówek, jasnym, czystym i przeszywającym, jakby zaglądał w ciebie i w twoje wyobrażenia o świcie? Zbudowane z przeświadczenia, że Dumbledore, który nigdy nie zdradza swoich założeń, swoich spostrzeżeń i swoich wniosków, póki budulec, na podstawie którego zostały stworzone, nie stanie się namacalny, jest nieomylny? Zbudowane z przeświadczenia, że nie ma - nie tylko w tym zamku, ale i w całym czarodziejskim świecie - czarodzieja o większym ilorazie inteligencji?
Tyle że — myślał Harry, wzdychając, poprawiając okulary, choć wcale nie zsuwały się z nosa — jeśli wiedza Dumbledore'a o wyczynach jego pracowników, uczniów i magicznych stworzeń mieszkających w lesie, żyjących w jeziorze, przelatujących raz od wielkiego dzwonu nad zamkowymi murami była oparta na opanowanej przez niego od dawien dawna sztuce Legilimencji — zastanawiał się, szurając czubkiem buta, ściągając palce, po podłodze — to czy nie stawiało to Snape'a na podobnym piedestale, równym Dumbledore'owi? Czy nie stawiało to na tym samym stopniu Voldemorta?
A Dumbledore nie był nieomylny. Nie był wszechmocny i wszechwiedzący, nie był wszechwidzącym okiem osadzonym na szczycie wieży, dostrzegającym z niej każdy, najmniejszy ruch życia toczącego się u jej nasady - jak zwykł o nim myśleć Harry, gdy miał zaledwie jedenaście, dwanaście, trzynaście lat. Dumbledore był zwykłym człowiekiem, takim sam jak on, jak Snape, jak profesor Sprout - uświadomienie sobie tego nieco go uspokoiło, jakby czyniło go mniej odpowiedzialnym za własne czyny; bo jeśli nie był tak wyraźny, jak na dłoni, jak mu się niegdyś wydawało, bo jeśli miał przy tym kogoś takiego jak Snape, kto przykryje go przed wzrokiem innych swoją nieprzeniknioną peleryną, to może niepotrzebnie kumuluje w sobie to całe napięcie, z którym wędruje po zamku? Być może wystarczy rozpiąć mankiety, rozluźnić kołnierzyki i odetchnąć swobodniej? Być może powinien przestać czuć się obiektem wszystkich spojrzeń rozkładających go na czynniki pierwsze, kiedy stał przesadnie wyprostowany pośrodku Wielkiej Sali - bo jeśli sam wielki Dumbledore patrzył na niego i wcale go nie dostrzegał, nie tak naprawdę, to jaka jest szansa, że ktokolwiek z uczniów zda sobie sprawę, że coś go tłamsi, że coś go przygniata, że niema frustracja, ból i poczucie niesprawiedliwości odbierają mu dech w piersi? Być może niepotrzebnie kryje się przed nimi w starych salach, być może niepotrzebnie ucieka od tych zerkań kątem oka jak od ognia, być może uciekając, odsłania się bardziej, niż pozostając na miejscu, pod salwą spojrzeń, na widoku? Być może zwraca na siebie niepotrzebną uwagę, podczas gdy tak naprawdę uwaga ludzi, którzy go otaczają, wcale nie skupia się na nim?
— Myślisz, że jestem irracjonalny? — zapytał, przechylając brodę w kierunku Snape'a, mrużąc nieznacznie oczy, ale jego wzrok przyklejony był do zarysowań na starej terakocie podłogi.
— Myślę, że jesteś zmęczony, patrząc na to, jak pozwalasz, żeby twoje myśli przeciekały ci przez palce i wpadały prosto w pułapkę mojej Legilimencji — oznajmił przyciszonym głosem Snape, a Harry omal się nie roześmiał suchym, pozbawionym rozbawienia śmiechem — ale nie martw się, Potter — westchnął Snape, pocierając palcami nasadę nosa — przechwycę je i zniekształcę, zanim zdołają dotrzeć do dyrektora.
Harry, bez dodatkowych zapewnień, wierzył mu, że tak właśnie będzie.
-VVV-
Potem śnił o zaklęciu łamiącym kości, wyciągającym je ze stawów, rozłupującym kręgosłup, jakby ten był kawałkiem patyka leżącego na leśnym runie, na którego nastąpiła podeszwa czyjegoś buta. I w głowie Harry'ego, po przebudzeniu się w zapoconej pościeli, z jękiem umierającym na ustach, zrodziła się przedziwna myśl, której wolałby nigdy nie rozważać.
— Czy to było twoje zaklęcie? — wyszeptał przez piekące usta, kiedy śmierdząc potem, strachem i niepewnością, nie mogąc zapanować nad drżeniem odrętwiałych palców, przemknął się do prywatnych kwater Snape'a - nie od razu uświadamiając sobie, że bariery i blokady, które zwykle biły na alarm, które zwykle stały przed nim murem, przepuściły go, jakby przechodził przez dym - i drapał nad ranem w drewniane drzwi jego sypialni, dopóki Snape - obnażając zęby, spoglądając z góry, z włosami rozmierzwionymi jak od wiatru, w szlafroku opinającym jego chude ciało - nie wyłonił się z nich w oparach rozdrażnienia, nie podniósł go z podłogi i nie zaciągnął siłą do salonu, sadzając na wypłowiałej kanapie. — Czy to było twoje zaklęcie? — powtórzył więc nie bez roztrzęsienia Harry, błagając Snape'a w myślach, aby temu zaprzeczył, aby rozwiał jego absurdalne wątpliwości, aby na niego nakrzyczał za bezcelowe rozbudzenie go nad ranem i odesłał z kwitkiem.
Snape tego nie zrobił; patrząc na jego twarz rozłupaną goryczą jak porcelanowa filiżanka, zaglądając w zielone oczy, które nie potrafiły już nawet płakać, a z których poczucie zdrady, ból i panika wyzierały jak odmalowane wyraźną kreską malarza, Snape owinął się szczelnie szlafrokiem i przeskoczył spojrzeniem między jego oczami.
— Tak, Potter — oznajmił; jego głos - spokojny i gładki, jakby mówił o pogodzie - ranił Harry'ego do żywego — to było moje zaklęcie.
Harry, czując smród własnego potu, wyłamywał sobie odrętwiałe palce, oddychając niespokojnie, nierówno; powietrze kursujące pomiędzy jego płucami a otoczeniem zdawało się żyć własnym życiem, jakby nie miał nad nim najmniejszej kontroli. Oblizał suche wargi.
Dziwna panika biła w jego umysł jak uderzenia młotka - przypominało to nieco mugolskie syreny wyjące głośno na alarm i to bez względu na to, jak mocno starał się je uciszyć; uciekł spojrzeniem i zwinął się na kanapie, podciągając kolana do klatki piersiowej.
— Co…? — zawahał się Harry, przełykając ślinę; potarł chaotycznym gestem brew. — Co ono właściwie robiło? Czy… Czy on to czuł?
Profesor lustrował długo spojrzeniem bladość jego twarzy, drżące, suche wargi i podkrążone oczy, podrygującą nerwowo stopę. Coś było w jego czarnych oczach, coś jakby odwieczna znieczulica walczyła w nim z poczuciem niesprawiedliwości - jakby uważał, że Syriusz zasłużył sobie na ból, a jednocześnie, jakby zarzucał sobie, że tak mocno i tak niestabilnie przeżywa to wszystko Harry.
Snape przetarł, raczej bezwiednie, nasadę nosa, patrząc na niego w zamyśleniu znad uniesionej dłoni; kiedy podszedł do kulącego się na kanapie Harry'ego i przyklęknął przed nim na chłodnej ziemi, Harry nie był w stanie wydusić z siebie nawet dźwięku rozpaczy, bo wiedział, doskonale wiedział, co za moment usłyszy.
— Tak, Potter, czuł to — powiedział cicho; jego głos przemknął między nimi, miękki i kojący, ale Harry odniósł nieprzyjemne wrażenie, jakby oberwał w splot słoneczny. Chłodne dłonie Snape'a objęły jego zdrętwiałe palce; Harry nie potrafił oderwać spojrzenia od jego oczu, choć szok połykał go jak jakiś podmorski potwór, chociaż mgliście zdawał sobie sprawę, że oszołomienie, które zasupłało mu żołądek, musi być w nim wyraźne jak na dłoni. — Czuł to — powtórzył miękko Snape — ostry ból, promieniujący do całych pleców. — Do oczu Harry'ego napłynęły łzy, które niezdarnie starał się połykać, choć ściskało go w gardle. — Pierwszy cios złamał mu kręgosłup, zaraz za tym poszedł bark i obojczyk. — Z gardła Harry'ego wyrwał się pojedynczy, głuchy dźwięk, jakby to jemu łamano kości. Spojrzenie czarnych oczu, które nie odrywało się od jego twarzy, zdawało się go bezgłośnie przepraszać. Dłonie mocniej zacisnęły się na jego palcach, uniosły je do ziemistej twarzy. Snape, nie odrywając od niego wzroku, scałował drżenie z jego pobladłych jak naga kość palców, z jego nadgarstków, z wierzchów dłoni, a Harry nie utrzymał pod kontrolą łez, które spłynęły wąskimi stróżkami w dół jego roztrzęsionych policzków. — Nie wiedział, co się z nim dzieje. Ból był ostry, kłujący, uciążliwy i trudny do zniesienia - ale szybki. Pojawił się i zniknął. Rozpłynął się wraz z nim.
Harry zadławił się własnymi łzami.
— Nie życzę tego nikomu, ale… — umilkł Snape, przechylając głowę, jakby oceniał, jak wiele Harry jest w stanie przyjąć, nie wpadając przy tym w atak paniki.
Harry zaczerpnął roztrzęsiony wdech.
— …ale go nie żałujesz — dokończył za Snape'a, kiwając głową (choć w gardle go piekło), zdając sobie sprawę (choć jego wargi samoistnie, jakby kierowała nimi jakaś nieznana, obca siła, wygięły się w gorzkim grymasie) z tego, że śmierć Syriusza Blacka nie była dla niego niczym ponad wypadek niewart pochylenia się nad nim, niczym ponad niefortunną uciążliwość.
Snape przebiegł ustami po jego knykciach, jakby go przepraszał. Harry mocniej zacisnął palce na jego dłoniach.
— Dlaczego mnie nie oszukujesz? — zapytał przez zdrętwiałe wargi, nie rozumiejąc, błądząc spojrzeniem po ziemistej twarzy, szukając jakichkolwiek wskazówek, które pomogłyby mu rozsupłać do końca tę zagadkę, tę chodzącą sprzeczność patrzącą z obojętnością na ludzi. — Dlaczego nigdy mnie nie oszukujesz? Przecież oszukujesz wszystkich - Voldemorta, Dumbledore'a, cały pieprzony świat - czemu nie mnie?
Snape przekrzywił głowę; jego uśmiech stał się nieco przekorny.
— Skąd ta pewność, że tego nie robię? — W kącikach jego ust majaczyła jakaś rysa, jakaś ostra, kłująca szpilka, coś jak zawoalowana kpina.
Harry, choć w gardle go piekło, ledwie powstrzymał chęć przewrócenia oczami.
— Jest pan, profesorze Snape, jedynym człowiekiem we wszechświecie, który może jednocześnie trwać przed kimś na kolanach i z tego kogoś drwić. Nieprawdopodobne. Zadziwiające.
Snape się roześmiał - z głębi piersi, ostro, nagle, błyskając na Harry'ego czarnymi oczami. Jakby Harry odkrył jakiś manewr, jakiś ukryty przed światem prywatny żart, którego nikt inny nie widzi, którego nikt inny nie dostrzega. Wpatrywał się w Harry'ego tak czystym, tak jawnym spojrzeniem, jaki był rzadkością na jego ironicznej twarzy. Jego czarne oczy błysnęły szatańsko jak odblask słońca na obsydianie.
— Dlaczego tak długo tego nie widziałem? — zastanawiał się na głos Snape, przechylając głowę. — Dlaczego tak długo nie dostrzegałem, jak wielka spostrzegawczość cię, Potter, cechuje?
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia, rzucając kątem oka znużone spojrzenie na tą ziemistą, promieniejącą ostrym zachwytem twarz.
— Nie próbował pan tego zobaczyć, profesorze — wzruszył ramionami. — Nie chciał pan.
— Nie chciałem — zgodził się Snape ze skinięciem, przyglądając mu się tym nienaturalnie jasnym, nienaturalnie zachwyconym spojrzeniem. — Ale teraz widzę.
Harry przygryzł wargę i odwrócił wzrok - i nie wiedział, czy to z powodu słów, które zamajaczyły mu w głowie jak wspomnienie, czy z powodu łez kłębiących się w jego oczach.
— Te przeprosiny brzmią jak manipulacja — mruknął pod nosem, oblizując suche wargi.
Snape uśmiechnął się kącikiem warg jak łakomy kocur, przyglądając mu się spod rzęs.
— Przeprosiny były szczere — przystawił knykcie do jego szczęki i naparł na nią, zmuszając Harry'ego, by na niego spojrzał. — Nie bądź ze sobą sprzeczny, dzieciaku, ja nigdy cię nie oszukam, czy to nie twoje słowa?
— Nie musisz kłamać, żeby wodzić mnie za nos.
Kciuk Snape'a zaczął mozolnie gładzić linię jego szczęki, jakby go uspokajał.
— Przykro mi, że to było moje zaklęcie — oznajmił przyciszonym głosem Snape, jakby nie chciał go spłoszyć. — Przykro mi, że o tym wiesz.
— W to drugie jestem w stanie dać wiarę — mruknął pod nosem Harry. Palec Snape'a zostawiał ciepłą ścieżkę na jego skórze.
— Nie wierzysz w szczerość moich przeprosin, Harry? — zapytał cicho profesor, chuda dłoń zastygła na jego twarzy. — Co chcesz, żebym zrobił, żebyś w nie uwierzył?
Harry zacisnął zęby i spojrzał na niego - klęczącego przed nim, cichego, ciągnącego za sznurki.
— Tą samą magię praktykujesz przed Voldemortem, prawda? — zarzucił Harry, nie zważając na to, że Snape wzdrygnął się na imię Czarnego Pana, odsuwając rękę od jego policzka. — Uniżasz się przed nim, zapewniasz o swych jak najszczerszych intencjach, zadajesz retoryczne pytania, kusisz, przejednywasz, wabisz w swoją pajęczą sieć tak mozolnie utkaną. I po co to wszystko? — wykrzywił - bez rozbawienia - wargi Harry. — Żebym ufał tobie, nikomu innemu. Żebym liczył jedynie na ciebie. Chcesz mnie do siebie przywiązać, Snape, uzależnić mnie od siebie. Tylko po co?
Snape wykrzywił usta w czymś drapieżnym, czymś ostrym, czymś na kształt uśmiechu, za którym kryje się chłodne rozbawienie.
— Już ci to kiedyś mówiłem, Potter - zwyczajnie uznałem, że jesteś wart mojej atencji.
— Atencja i zaufanie to zgoła odrębne rzeczy — zauważył Harry, marszcząc brwi. Choć próbował, nie potrafił zatamować popłochu, który musiał promieniować z jego oczu niczym ukraińska elektrownia.
Snape mrugnął - raz, przeciągle - jakby się z nim zgadzał i przechylił głowę, przyglądając mu się nie bez uwagi.
— Myślę — powiedział powoli, stukając palcem w udo — że jesteś chodzącym niebezpieczeństwem, Harry Potterze. Przechowujesz w swojej małej, skołtunionej myślami głowie sekrety, jakby były haczykami, które misternie zarzucasz na innych ludzi. Twoje haczyki tkwią głęboko w skórze - w dłoniach, w ramionach, w nogach - a ty pociągasz za nitki, na które są one zawleczone. Obracasz informacjami, które mogą być jak zapalniki, jeżeli użyje się ich w odpowiedni sposób, w odpowiedniej chwili i w odpowiednim celu. Myślę, że kolekcjonujesz wiedzę jak zaklęcia defensywne, na końcu języka masz słowa, które mają potężną moc w twoich ustach: mogą zranić, mogą zmanipulować, mogą zacisnąć pętlę na szyi.
— Aha, twoja szkoła — mruknął pod nosem Harry i przyłapał profesora na przewróceniu oczami.
— Niemożliwe z ciebie stworzenie. — Czarne włosy okręciły się wokół policzków, gdy pokręcił nad nim głową.
— Mówisz o mnie w strasznie wysublimowany sposób.
— Morgano — westchnął z rezygnacją Snape — brzmisz jak ja.
— Właśnie o tym mówię — pstryknął palcami Harry, łapczywie przechwytując tą myśl, a w jego głosie zabrzmiała przesadna zaciekłość.
— Głupi dzieciak — sprostował profesor i brzmiał, jakby z rozmysłem ucinał rozmowę, więc Harry wzruszył ramionami i odpuścił.
-VVV-
Slughorn był jowialny i okrągły jak rozleniwiony kocur, a Harry wyłapywał półsłówka, rzucone bez pomyślunku zdania i frazesy. Oddzielał ziarno od plew z zakrapianych alkoholem opowieści snutych podczas spotkań Klubu Ślimaka, odpowiadał grzecznym śmiechem na mało śmieszne anegdoty i kupował mu pudełka pełne ananasów w cukrze, w które masowo zaopatrywał się w Herbaciarni u Pani Puddifoot, odkąd podczas jednych z odwiedzin w jego prywatnych kwaterach, odkrył szczególne upodobanie, jakim jego sędziwy profesor darzył owoce liofilizowane.
— Nie masz pojęcia, co o tobie wiem — miał ochotę czasem powiedzieć, ale nie mówił, bo obróciłoby to sprawy na jego niekorzyść.
— Do cholery jasnej, Potter, nie możesz go tak osaczać — wysyczał mu pewnego wieczora do ucha Snape, odciągając go na bok podczas jednej z licznych, szumnych imprez organizowanych przez lubiącego otaczać się znakomitymi nazwiskami profesora Eliksirów, kiedy Harry zaserwował Slughornowi pokaźną butelkę brandy, którą chwilę wcześniej capnął z okrytej długim, nieco poplamionym obrusem podstawy wózka, nie bez kooperacji z kelnerującym Nevillem, opakowaną w transmutowany na chybcika z pudełka po czekoladkach papier prezentowy.
(— Ładnie wygląda — zauważyła Hermiona chyba tylko po to, aby dodać mu otuchy.
— Ale trzyma się na słowo honoru — burknął nieprzekonany Harry, zanim nie zaczerpnął głęboko tchu, nie uniósł wysoko brody i nie uśmiechnął się nieco sztucznym, przejaskrawionym uśmiechem zarezerwowanym specjalnie dla nowego nauczyciela Eliksirów. — No dobra, raz hipogryfowi śmierć).
— Jest nieco… flegmatyczny, przyznaję, ale to Ślizgon — strofował go Snape, wciskając go w zacieniony kąt przejścia na prowizoryczne zaplecze, ukryty przed wścibskimi oczami imprezowiczów.
— No dobrze — założył ręce na piersi Harry. — To jak twoim fachowym zdaniem powinienem się za to zabrać, co?
Snape prychnął na niego jak na nieposłusznego kota.
— Przestań pokazywać po sobie, że zależy ci na jego uwadze, a sam zacznie się o ciebie ubiegać.
— Czy to ma zastosowanie również w twoim przypadku? — zapytał z przesadnym zainteresowaniem Harry, czym wywołał na twarzy Snape'a coś na kształt tłumionego rozbawienia.
— Zapytał dzieciak, który jeszcze całkiem niedawno twierdził, że jestem zaborczy.
Harry zmarszczył nos, wietrząc podstęp.
— Nie masz w tym żadnych korzyści, prawda? W stworzeniu dystansu pomiędzy mną a Slughornem?
Snape przewrócił oczami, ale jego głos zabrzmiał jak pomruk (jakby Harry miło połechtał jego próżność), kiedy się odezwał:
— Jak to jest, że wszędzie doszukujesz się pułapek? We wszystkich moich słowach.
— To dlatego, że w większości z nich autentycznie je na mnie zastawiasz.
— Nie jesteś subtelny, Potter, a subtelność to podstawa. Nie możesz walić ludziom łgarstwem po głowie jak tępym toporem. Jeśli chcesz naszego drogiego, sędziwego profesora ugłaskać, zrób to w mniej widoczny sposób.
Harry przeskoczył spojrzeniem między oczami Snape'a, marszcząc czoło. Obietnica - wyzierała z czarnych oczu jak Legilimencja, a Harry nie byłby sobą, gdyby się tego nie uchwycił, gdyby nie wykorzystał sposobności.
— Naucz mnie, a to zrobię.
Snape się uśmiechnął.
