31
Część czwarta
Rozdział 30 nawiązuje do wydarzeń opisanych w „Egzekucji" Remigiusza Mroza; wykorzystano w nim również fragmenty z wymienionego tomu.
(Wyjaśnienie i przypomnienie potencjalnych niezgodności - w mojej serii nie ma Aśkanny i Mikołaja, Harry McVay żyje, William nie żyje, Kancelaria nie upadła („jeszcze" ), Chyłki nie pozbawiono prawa do wykonywania zawodu, Hadera nie ma do tej pory, Konsorcjum jako takie się nie pojawiło, Blocha nie było)
(Słowo od Autorki - na litość boską, nawet nie zauważyłam kiedy mi przeszło 50, 100, 150 stron tekstu! Zawsze najbardziej się boję pisać z perspektywy Zordona, a potem mam wrażenie, że lepiej to idzie niż z Joanną…)
Niektóre rzeczy wciąż były dla nieco nieco obce, może jakby wybrał je nie do końca świadomy powodu. Z początku był pewien, że nie mogło być gorszego momentu niż ujrzenie na dworcu w Krakowie Joanny - a raczej nie wypowiedzianego zawodu i smutku w jej oczach gdy jej nie rozpoznał, pomieszanych z szokiem i niedowierzaniem. Żona? Nie tak ją sobie wyobrażał… jak to się stało, że byli razem, że zdecydowali wspólnie iść przez życie? Tak było, dopóki nie znaleźli się w Warszawie i nie wprowadziła go do ich mieszkania na Argentyńskiej, późnym wieczorem. Choć starała się być delikatna, miał wrażenie, że wewnętrznie toczy walkę ze swoją naturą, która kazałaby jej zasypać go wszystkim, co mogłoby mu pomóc odzyskać pamięć. Przyjęła jednak taktykę milczenia i odpowiadania na zadawane przez niego pytania, dając mu przestrzeń, której tak bardzo potrzebował w tamtej chwili. Gdy on rozglądał się z niemałym zakłopotaniem po całym mieszkaniu starając się odgadnąć jak wyglądało ich dotychczasowe życie, ona nie spuszczała go z oczu, gdy tylko znalazł się w zasięgu jej wzroku. Podczas gdy dla Kordiana wszystko było nowe - dla Joanny tylko jego niepewność i rezerwa w znajomym otoczeniu.
Wózek zostawiony w przedpokoju i dziecięce krzesełko, kilka zabawek tu i ówdzie nie zrobiły na nim takiego wrażenia, jak pokój Aleksandry gdy stanął w jego progu.
- Mamy dziecko? - szepnął, robiąc krok do przodu i rozejrzał się uważnie, jakby z obawą, że dziecko może nagle wyskoczyć zza fotela. Chyłka mruknęła, i oparł się o futrynę.
- Tak, mamy córkę. Ma na imię Aleksandra.
- Gdzie ona jest?
- Z moją siostrą.
- Ile ma lat? - Kordian podszedł wreszcie do jednej ze ścian i zawiesił wzrok na zdjęciach, które ją ozdabiały. Joanna poczuła, jak serce ściska jej się po raz kolejny - Zordon sam wybrał te zdjęcia i powiesił je na ścianie. Była fotografia, gdy jeszcze kangurowali ją na zmianę w szpitalu, gdzie ledwo było ją widać zza sterty kabli do których była podłączona. Dzień, w którym opuściła szpital. Jakieś zdjęcie z nimi razem, gdzieś na środku ulicy w otoczeniu mało estetycznej zabudowy z poprzedniego ustroju. Mnóstwo innych sytuacji upamiętniających ich codzienność.
Żadne z nich nie wyglądało dla niego znajomo. A Chyłka to widziała.
- Dwa lata - nagle ocknęła się i odchrząknęła. - Niedługo drugie urodziny.
Biła się z myślami i błagała wszelkie bóstwa o cierpliwość dla dziewczynki, gdy odwoziła ją do Magdaleny zanim udała się do Krakowa z Harrym. Nie tyle miała wtedy na uwadze amnezję Kordiana co fakt, że dziecko oczekujące na jego powrót przeżyje jeszcze gorsze rozczarowanie, jeśli wytęskniony ojciec nie rozpozna jej i nie ucieszy się na jej widok.
Dwa dni później, przy pierwszej próbie zamachu na ich życie, od pierwszej napotkanej na ulicy dziewczyny Joanna pożyczyła telefon i wykonała trzy połączenia - jedno do Wiktora Forsta z prośbą, by wypełnił winną jej z dawnych lat przysługę i za wszelką cenę zajął się ochroną Magdaleny, Darii i Aleksandry. Drugi, do Harry'ego, by jak najszybciej pomógł jej siostrze i dzieciom dostać się do Zakopanego. Trzeci, do Magdaleny - gdzie w skrócie starała się jej przedstawić tragizm sytuacji i prosić, by przystała na jej plan.
Kordian drgnął, i ostrożnie przeciągnął się na kuchennym krześle, upijając łyk wystygniętej już kawy. Z niepewności i zakłopotania sprzed kilku dni zostało mu już tylko wspomnienie.
Jak wielkie doświadczenie miała Joanna z Langerem, że była w stanie przewidzieć, że ich życie znajdzie się w niebezpieczeństwie, nie mógł tego wtedy pojąć.
Moment, w którym uświadomił sobie, że mała dziewczynka której nie pamięta, została przez Joannę oddana pod opiekę by nie zgotować jej druzgocącego rozczarowania, dotknął go do głębi. Potrafił sobie wyobrazić, jak to jest tęsknić za kimś do granic - ale nie czuł tego ani wobec Joanny, ani wobec Aleksandry, wtedy.
Z każdym kolejnym dniem - po wypadku samochodowym z którego cudem wyszli cali, po wybuch gazu w mieszkaniu które przeszukiwali - czuł nieskończoną wdzięczność wobec Joanny, która jak taran parła do przodu pewna, że rozwiązanie zagadki jego rzekomej śmierci i odnalezienie Langera zakończy nie tylko sprawę, ale też pomoże mu odzyskać pamięć. Omal nie pękło mu serce gdy przyznała, że jeśli nie przypomni sobie ich życia, to pozwoli mu odejść i szukać szczęścia gdzie indziej - podczas gdy on, zagubiony i zdezorientowany, tylko przy niej czuł się na miejscu. Nie zdawał sobie sprawy jak wiele przekazał jej wtedy spojrzeniem, dopóki nie ujrzał tego zagadkowego wyrazu jej twarzy - jakby nie spodziewała się, że mogła tak oczywistym stwierdzeniem zadać mu tyle bólu, pozbawić go jedynej pewnej stałej w obecnym życiu. To, że nie pamiętał życia z Joanną nie znaczyło, że nie chciał go z nią spędzić.
Znów wziął łyk kawy, ale tym razem skrzywił się pod wpływem jej lodowatej temperatury.
Niejednokrotnie w ciągu tych kilku dni zastanawiał się, jakim cudem ta kobieta nie ma dość, prze przed siebie bez mrugnięcia okiem, jak bez zawahania rzuca całemu światu wyzwanie. Jak dopiero zagrożenie życia jej najbliższych jest w stanie ją powstrzymać przed działaniem. Zastanawiał się, czy wcześniej też była dla niego taką zagadką - jednocześnie, gdy opowiadała mu historię ich wspólnego życia - leżąc przysypani gruzem po wybuchu gazu, wiedział, że jest na miejscu. Że mimo tego, że coś im nie wyszło, wszystko powoli wraca na odpowiednie tory. Czuł, że to o czym mu opowiadała, to kamienie milowe, podwaliny ich związku - który w Krakowie wydawał mu się abstrakcyjny i niemożliwy. Wtedy jednak, przysypany gruzem poczuł, że właśnie to czyniło go jeszcze bardziej realnym, prawdziwym, jedynym słusznym, najtrudniejszym i zarazem najpiękniejszym, co udało im się zrobić w życiu.
Nie mówił jej tego, ale nawet gdy dalej uparcie nie był w stanie sobie nic przypomnieć - czuł, że zakochuje się w niej od nowa. Bał się tylko, czy ona będzie gotowa przyjąć do swojego życia stare ciało ukochanego z nową duszą.
Wydarzenia z magazynu w Raszynie zmieniły wszystko.
Poraniona podczas wybuchu gazu noga skutecznie ograniczała jego ruchy i nie pozwoliła mu ją obronić, gdy zbiry przekupionej przez Langera pani prokurator zaczęły dobierać się do Chyłki. Rzucał się, krzyczał, starał się z całych sił - wszystko na nic, zadbali o to, by stał się świadkiem najohydniejszej obrzydliwości, jakiej można było dopuścić się na bezbronnej kobiecie. Mimo krwi i potu zalewających mu oczy, widział jak sama próbowała walczyć, widział moment, w którym coś przeskoczyło w jej głowie i Joanna odpłynęła myślami z tego miejsca, jak nie była już sobą - jakby już wiedziała co się wydarzy. Wiedziała, bo już to przeżyła…
Przywróciła go do życia spojrzeniem.
Zaraz potem jego usta ułożyły się w słowo, które doskonale znała.
Wolno i z wyraźnym trudem wyrecytował: mamihlapinatapai.
Pamiętał. Nie wiedział jak dokładnie do tego doszło - balansował gdzieś pomiędzy świadomością a nieświadomością, kiedy nagle pojedyncze obrazy zaczęły samorzutnie układać się w jego umyśle.
Pamiętał te wszystkie spojrzenia wymieniane na salach sądowych i w kancelarii.
Pamiętał uczucia, które się z nimi wiązały, i niemożność poradzenia sobie z nimi.
Pamiętał w końcu słowo, które doskonale tą niemoc określało. Mamihlapinatapai.
Wzdrygnął się, zarówno wtedy w magazynie, jak i teraz, w kuchni.
Potrząsnął głową, starając się pozbyć bolesnych obrazów z głowy, wstał, i nalał sobie kolejnej porcji kawy z podgrzewanego dzbanka od ekspresu.
Czuł, wiedział, że to co ich spotkało, odbije się na nich - podejrzewał jednak, że będzie na odwrót, że to on będzie wolniej dochodzić do siebie, a Chyłka otrząśnie się z tego raz dwa i będzie się starała pomóc mu zaaklimatyzować się w dawnym świecie.
Stało się zaś na odwrót.
Fizycznie nie dolegało im nic więcej ponad to, z czym zjawili się w magazynie - jego noga nie wymagała dodatkowego składania po pobiciu, miały wystarczyć zimne okłady na opuchliznę. Twarze obojga z nich przypominały twarze bokserów schodzących z ringu. Na to również mieli sposoby.
Niestety, regeneracja sponiewieranych ciał nie szła w parze z emocjami i psychiką.
Poprosili Magdalenę, by jeszcze przez kilka dni, rzekomo dla bezpieczeństwa, została w Zakopanem, co miało dać im czas na pozbieranie się. O ile Oryński wychodził z łóżka i starał się ogarnąć mieszkanie i jakieś podstawowe codzienne czynności, o tyle Chyłka zdawała się być powalona tym, co ją spotkało.
Kordian nie przyłożył do tego zbyt wielkiej uwagi pierwszego dnia, kiedy odsypiali cały dzień tragicznych wydarzeń. Po kilku godzinach głębokiego snu, przebudzony, wziął do ręki nowy telefon i zaczął go konfigurować. Od razu gdy sprzęt na to pozwolił, ściągnął z chmury wszystkie zdjęcia i odświeżał sobie dopiero co odzyskaną pamięć fotografiami ich rodziny.
Chyłka po dobrych dwóch kwadransach zaczęła nerwowo wiercić się przez sen, by po szamotaninie z pościelą nagle zerwać się do pozycji siedzącej, podkurczając kolana i spoglądając jak w transie przed siebie.
- Trucizno? - szepnął Oryński, zerkając na nią z niepewnością.
Chyłka drgnęła, jakby przestraszył ją niemiłosiernie, po czym odwróciła się ku niemu.
Kordian odruchowo chciał ją objąć, ale odsunęła się gwałtownie na drugi koniec lóżka.
- Chyłka, to ja - szepnął ponownie, cofając ręce.
Wróciła na swoje miejsce po kilku minutach. Kordian starał się wymazać ze spojrzenia troskę, ale chyba było jej to obojętne. Położyła się z powrotem, pozwalając, by ujął jej dłoń.
Nie mógł, choć próbował, przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej Chyłka spędziła w łóżku tyle czasu - pomijając wizyty w szpitalu i chorobę. Nigdy dotąd nie widział jej tak… wycofanej i stłumionej.
Czy potrzebowała więcej przestrzeni, czy tak właśnie wyglądał u niej szok? Czy coś jej dolegało?
Gdy negatywnie odpowiedziała mu na pytania dotyczące podstawowych potrzeb, zostawił ją przy włączonej cicho playliście. Kilka minut później kontrolnie zerknął do sypialni - Joanna zasnęła. Wycofał się do komody na której stała stara wieża stereo i wyłączył ją. Zajął się ogarnianiem mieszkania, które sprawiało żałosne wrażenie i zdecydowanie nie wyglądało zachęcająco dla powracającego doń dziecka. Choć widział ją na najnowszych zdjęciach od Magdaleny, zastanawiał się, ile różnic dostrzeże w Aleksandrze - jak bardzo zmieniła się przez ten czas? Czy nauczyła się kolejnych słów? Czy będzie go pamiętać? Nie będzie się go bać?
Krzyk Joanny który poniósł się po mieszkaniu, sparaliżował go w pierwszej sekundzie. Chwilę później pobiegł do sypialni i stanął w progu. Odruch kazał mu podbiec do niej, spróbować ją objąć i uspokoić, ale od razu przypomniał sobie jej reakcję z wczoraj. Podszedł spokojnie do łóżka i usiadł tak, by zmusić ją do spojrzenia w jego stronę. Rozbiegane oczy wreszcie odnalazły jego wzrok, panika powoli ustępowała. Chyłka ciężko oddychała i trzęsła się.
- Nie znikaj tak, do kurwy nędzy - szepnęła, próbując wyrównać oddech.
Kordian kiwnął głową i ostrożnie wyciągnął ku niej rękę. Tym razem go nie odtrąciła. Nie zdążył zauważyć, kiedy przylgnęła do niego cała, obejmując go drżącymi ramionami tak, jakby był jej ostatnią deską ratunku. Jakby tonęła, a on mógłby ją uratować.
Objął ją i przesunął się na łóżko, ciągnąc ją za sobą.
Odezwała się ochrypłym głosem, gdy był pewny, że znów usnęła.
- Nie zniosę w najbliższej i dalszej przyszłości kolejnej twojej śmierci, Zordon - wychrypiała. - Wyczerpałeś limit. Nie zamierzam być już nigdy więcej wdową po tobie.
Oryński kiwnął głową, lekko uderzając brodą o jej czoło. Odwróciła głowę na bok i ułożyła ją tak, by słyszeć bicie jego serca. Spojrzenie miała utkwione w nieistniejącym punkcie.
- Nie było cię prawie miesiąc - szepnęła. - Najpierw myślałam że nie przeżyjesz przedawkowania, potem mogłeś trafić do celi z Gorzymem… Szczerbiński pokazał mi zdjęcia i nagranie. Z Tobą… z twoim ciałem. Byłeś martwy na tych zdjęciach, Zordon. Miałeś rany od kul i noża, byłeś cały we krwi.
Zrobiła krótką przerwę na oddech.
- Boję się zasypiać, bo w moich snach niezależnie od tego czy próbuje mnie zgwałcić Adam czy ludzie Langera, gdzieś obok leży twoje martwe ciało.
Wstrząsnął nim potężny dreszcz.
- Jestem tu, Trucizno. - szepnął jej do ucha, muskając ustami jej włosy. Miał pustkę w głowie, nie wiedział, co mógłby jej powiedzieć. Dopiero co się przekonali, że nawet nie rozdzielając się, mogą się znaleźć w śmiertlenym niebezpieczeństwie. - Jestem przy tobie.
Środowisko nieustających zmian, w którym do pewnego czasu odnajdywała się bez problemu o ile mogła siarczyście kląć na każdą nowo zaistniałą komplikację, leżało w jej naturze. Im większy problem, tym więcej sznurków do pociągania, komplikacje otwierające nowe furtki. Narodziny Aleksandry zmieniły jej postrzeganie świata, tak samo jak choroba i małżeństwo z Oryńskim - potrzeba adrenaliny zmalała, wyciszyła się. Bywały momenty, w których różnice zdawały się nie do pogodzenia - a mimo to udawało im się wychodzić z konfliktów bez cichych dni. Małżeństwo z Kordianem stało się fundamentem, a Aleksandra - wbrew jej wcześniejszym obawom - tym, co dodatkowo scalało ten związek. Choć w pewien sposób stracili czas jakim dysponowali inni ludzie na poznanie siebie - żadne z nich nie czuło potrzeby cofania się do tego, co było zanim dziecko pojawiło się na świecie.
Każdy z ostatnich momentów w którym życie Oryńskiego było zagrożone, Chyłka odnotowywała jak trzęsienie ziemi w najwyżej skali. Dowody przekazane jej przez Szczerbińskiego były jeszcze gorsze. Wtedy nastąpił całkowity armagedon. Wiedziała, że bezpowrotnie straciła to, czego już nigdy nie miała odzyskać - jednocześnie, powinna trwać dla dziecka, które zasługiwało na pełną rodzinę.
Przeżycia ostatnich dni były zbyt wielkim nokautem, by nie odbić się na jej przemęczonym ciele i umyśle. Chciała wstać, ogarnąć się i bez zbędnej zwłoki ruszyć do Zakopanego odebrać Aleksandrę - irracjonalnie zaś obawiała się, że gdy opuści azyl jakim była w tej chwili Argentyńska, znów coś złego, niedobrego przytrafi się - nie jej, tylko Zordonowi lub dziecku - w drodze.
Dlatego, choć to zupełnie nie współgrało z jej naturą, chciała przeczekać ten czas. Upewnić się, że Zordon naprawdę wrócił, ba - że nic mu nie dolega, że o jego chwilowej amnezji zapomną całkowicie za jakimś czas. Może udałoby jej się namówić Harry'ego, by to on znów pomógł w podróży Magdalenie i dzieciom? Może nie będzie musiała narażać Zordona na tak daleką podróż?
Jak wiele Kordian musi sobie jeszcze przypomnieć? Czy jego wyobrażenie o niej po tym, jak nikogo nie pamiętał, nie przyniosło mu rozczarowania, które mogłoby wpłynąć na ich związek?
Przez kilka dni próbowała pogodzić się z myślą, że jej mąż nie żyje. Nie było nawet ciała, które mogłaby pochować.
Teraz był tu, znów, w miarę zdrowy. Żywy. Poraniony, równie mocno jak ona zagubiony w starym miejscu. Tak bardzo chciałaby mu powiedzieć, zapewnić go, że zrobiła wszystko byle go odnaleźć. Jednak cokolwiek przyszło jej do głowy, zdawało się brzmieć zbyt banalnie i niewystarczająco.
Minęło kilkadziesiąt minut jak trwali tak w milczeniu, w którym jedyną melodię stanowiły ich miarowe oddechy. Kiedy ocknęła się z letargu, ześlizgnęła się powoli z piersi Kordiana i przyjrzała się uważnie jego twarzy. Opuszkami palców przesuwała po rankach na jego twarzy, zanim wbijając mu nieco łokieć pod żebro, wreszcie pochyliła się i musnęła ustami jego wargi. Widziała w jego oczach, że jest nieco speszony, ale i uspokojony jej reakcją. Gdy powtórzyła pocałunek, ostrożnie objął ją ramionami i przyciągnął do siebie, tym razem powoli odwdzięczając jej się tym samym. Znajomy dotyk, dłonie przesuwające się po jej lędźwiach w określony sposób, wreszcie pozwolił na odblokowanie tych zapadek w jej umyśle odpowiedzialnych za zapewnienie samej siebie o jego powrocie. Napadła nieco na niego, chcąc dać mu do zrozumienia, na co jest gotowa. Czekała cierpliwie. Jego dłonie wreszcie dotarły do jej karku, opuszki rąk wplątywały się w jej jasne włosy. Zatrzymali na sobie dłuższe spojrzenie, z rodzaju mamihlapinatapai. Żadne z nich nie wiedziało, ile tak naprawdę mogła trwać ta chwila.
Wysunął biodra w jej stronę, odpowiadając na jej wcześniejsze zaproszenie. Nie było jednak potrzeby się spieszyć - każdy kolejny element tej bliskości kosztowali powoli, dając sobie czas na układanie wszystkiego od nowa w umysłach. Przyspieszyli nieco dopiero, gdy koszulki i spodnie dresowe leżały już na podłodze, a ich ciała odblokowały się na dotyk rozgrzanej skóry drugiego z nich. Znali siebie, przeżywali już podobne momenty, wiedzieli, w którym momencie ciepły oddech będzie parzył skórę, kiedy jedno potrzebowało złapać tchu, kiedy drugie nie mogło - lub nie chciało już - zwlekać ani chwili dłużej.
Joannie już kilka razy wydawało się, że najspokojniejsze, najdelikatniejsze akty mają już za sobą, że nie muszą już do nich wracać bo zbytnio kojarzyły jej się z przebytą chorobą. Kordian jednak wciąż potrafił ją zaskoczyć i okazać jej tyle ostrożności, delikatności i czułości, ile w danym momencie potrzebowała, bez kojarzenia tego z tym, co już przeżyli, w jaki sposób kochali się wtedy.
Nie wypuszczał jej z ramion ani na chwilę, starannie pokazując jej, że wrócił i pewne rzeczy się nie zmieniły mimo tego, co przeszli.
