Rozdział 2 "Umowa"
xxxxx
- George? - zapytałem ze swojego łóżka.
Chłopak jęknął, wyraźnie rozzłoszczony.
- Czego? - mruknął.
Zbliżała się pierwsza w nocy, więc jego zdenerwowanie było całkowicie uzasadnione. George był bardzo zmęczony, zresztą tak jak ja (resztę dnia spędziliśmy na graniu w Quidditcha z Ronem i Harrym; Hermiona czytała), mimo to, musiałem go zapytać.
- Nie zauważyłeś niczego... No nie wiem... innego? W Hermionie? - zacząłem ostrożnie.
- Że co? - warknął wściekle. - Przeszkadzasz mi, kiedy próbuję zasnąć, tylko po to, aby wiedzieć, czy zauważyłem zmiany w Hermionie? Chyba sobie żartujesz.
Po tych słowach, odwrócił się tyłem do mojego łóżka.
- No proszę, George - nalegałem. - Chcę wiedzieć.
- Nie.
- Nie zauważyłeś?
- Nie. A teraz idź spać i zostaw mnie w spokoju do diabła! - Odetchnąłem, leżąc luźno na łóżku i wpatrując się w nierówny sufit.
Skoro George - mój bliźniak, moja druga połowa, jedyna osoba, która myśli dokładnie to samo, co ja - niczego nie zauważył, to może ja też nie? Może oszukiwałem sam siebie, myśląc, że w Hermionie jest coś "więcej" niż przed wakacjami?
Zdecydowanie tak. Przecież to Hermiona Granger. Przez cały rok szkolny widywałem ją wyłącznie w roboczych szatach i nagle ukazuje mi się w zwykłym, mugolskim ubraniu. Nie byłem do tego przyzwyczajony, więc, oczywiście było to dla mnie inne i zauważyłem to.
Ponownie odetchnąłem, szczęśliwy, że rozwiałem swoje wcześniejsze wątpliwości, po czym zamknąłem oczy, odpływając do krainy Morfeusza.
xxxxx
Zerwałem się z łóżka, jak oszalały.
Zostały mi zaledwie dwa tygodnie lata! Muszę zrobić coś ekscytującego.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że jestem idiotą i, że wcale nie muszę iść we wrześniu do szkoły. Miłe uczucie.
- Fred? - usłyszałem głos George'a. - Myślisz to samo, co ja?
- To znaczy co?
- To, że zostało nam kilka tygodni wakacji przed powrotem do Hogwartu?
Mówiłem: to mój bliźniak, myślimy to samo.
- Jasne - parsknąłem śmiechem. - Chyba minie trochę czasu, zanim się przyzwyczaimy.
- Myślę, że dam radę - powiedział George.
Na mojej twarzy zakwitł uśmiech. Ja sam nie wiedziałem, jak się czuć. Hogwart był w centrum mojej uwagi przez siedem lat, a teraz musiałem znaleźć coś innego do roboty. I nawet nie zamierzałem wspomnieć o tym matce. Doskonale wiedziałem jaka padnie odpowiedź:
- Co z szukaniem pracy?
To na swój sposób przerażające. Głównie dlatego, że kiedy zszedłem na śniadanie, były to pierwsze słowa, jakie usłyszałem.
- Tobie też dzień dobry - odparłem.
- A witaj - parsknęła sarkastycznie. Wyszczerzyłem się. - Mówię poważnie, powinniście znaleźć pracę - dodała, wskazując na mnie i Georga.
- Ale mamo - mruknął mój bliźniak. - Nie martwi cię fakt, że twoje ukochane dzieci wkraczają w dorosłe życie?
- Och, George! Jeszcze nie muszę się tym martwić. Nadal mam Rona i Ginny.
Skrzywiliśmy się jednocześnie, podczas, gdy wspomniane przez mamę nasze młodsze rodzeństwo wyglądało na bardzo zadowolone.
- Tata mógłby załatwić wam pracę w Ministerstwie - powiedział Ron. Zmrużyłem oczy, co on skwitował uśmiechem.
Nie chciałem iść do pracy. Nie jestem odpowiedzialny, poważny, ani nic z tych rzeczy. Zostałbym zwolniony w dwie godziny po zatrudnieniu. Z drugiej strony, jeśli tata załatwi mi robotę, najprawdopodobniej skończy się pilnowaniem mnie na każdym kroku.
- Wspaniały pomysł, Ron! - pochwaliła go mama. - Ale mam również drugi plan. Nie jestem pewna, czy chciałabym aby więcej moich dzieci pracowało w Ministerstwie. Wiecie, po tym, co się stało... - umilkła.
Oczywiście, mówiła o Knocie i całym tym poruszającym wydarzeniu.
Nie obwiniam jej o próbę zmiany tematu. W rzeczywistości nikt nie chciał rozmawiać o tym, co się stało. Jednak będę miły i opowiem Ci:
W zeszłym roku odkryto, że Korneliusz Knot nie jest osobą za którą się podaje. Prawdziwy Knot został porwany przez Sam-Wiesz-Kogo, a jeden z jego zwolenników, w ciągu następnych dwóch lat spożywał Eliksir Wielosokowy, przybierając postać Ministra. Wykradł wiele cennych informacji dla Czarnego Pana, przez co zginęło mnóstwo czarodziejów. Na szczęście tata i Percy byli bezpieczni.
Mimo wszystko, to wydarzenie bardzo nas zszokowało. No bo, jakbyś się czuł, gdyby twój lider, osoba, której ufasz, okazała się być w zmowie z cholernie złym czarnoksiężnikiem? No właśnie. Niemiłe uczucie.
- Mamo - powiedziałem w końcu, przerywając jej wyliczanie prac, których mógłbym się podjąć. - Mam nadzieję, że zrozumiałaś, iż razem z Georgem planujemy otworzyć sklep z dowcipami?
Kobieta popatrzyła na nas szeroko otwartymi oczami.
- Powinniście zrobić w swoim życiu coś więcej niż ciągłe zabawy fałszywymi różdżkami, czy żartobliwymi słodyczami!
- Ale ma... - zaczął George.
- Nie! - przerwała ze złością. - Mam trójkę dorosłych dzieci, z których każde odniosło sukces. Nie pozwolę wam dwóm zmarnować swojej przyszłości!
To zabolało. Doskonale wiedziała, jak nienawidzę być porównywany do Billa, Charliego, a w szczególności Percy'ego. Na jej komentarz, odepchnąłem swoje krzesło do tyłu i wyszedłem na podwórko, ignorując jej nawoływania.
Ciągle to robiła. Mi i George'owi. Myślałby kto. Bill był prymusem w Hogwarcie, a teraz łamaczem uroków u Gringotta. Charlie - szkolna gwiazda Quidditcha, po latach trener smoków w Rumunii. No i Percy. Głupi sztywniak. Prefekt, prymus, zawsze na czele klasy, w tym momencie wysokiej rangi urzędnik Ministerstwa Magii, robiący tam coś, co ani trochę mnie nie obchodzi.
Okej, byłem świetnym pałkarzem i zawsze miałem dobre stopnie, ale nie chciałem pracować w Ministerstwie i nigdy nie umiałem obchodzić się ze zwierzętami (jestem zbyt narwany, by mogły przy mnie zachować spokój), a do tego nie potrafiłem się wystarczająco skupić, by łamać niebezpieczne uroki.
Jedyna rzecz, która bezbłędnie wychodziła mi i George'owi to rozśmieszanie ludzi. Byliśmy w tym niesamowicie dobrzy i właśnie to chciałem robić przez resztę mojego życia.
Usiadłem obok naszego stawu, pełnego żab i zacząłem je obserwować.
Chciałbym być żabą. Siedzisz otoczony brudną wodą, płodzisz kijanki i wiedziesz szczęśliwe, żabie życie. Tak. Zdecydowanie chciałbym być żabą.
- Fred. - Ktoś odezwał się za moimi plecami. Kobieta.
- Hermiona? – powiedziałem, szczerze zdziwiony. Co ona tutaj robi, do diabła? Nigdy nie widziałem jej poza kuchnią.
- Byłam w salonie. Czytałam - wyjaśniła.
Oczywiście, pomyślałem.
- I - kontynuowała. - Słyszałam twoją rozmowę z mamą. Sądzę, że ona ma rację.
- Co? - zapytałem, czując ogarniający mnie gniew. - Przychodzisz tu po to, aby mi powiedzieć, że moja matka ma rację? Dziękuję za wsparcie, Hermiono. Bardzo je doceniam. Następnym razem wysyp sól na moje rany. Dam ci mnie pociąć.
Dziewczyna zerknęła na mnie, widocznie zraniona. Poczułem się fatalnie.
- Hermiono - mruknąłem skruszony. - Przepraszam, że to powiedziałem. Matka dała mi popalić. To wszystko.
- Cóż. Ja już sobie pójdę - odpowiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i weszła do domu.
- Brawo, Fred. Sprawiasz, że ludzie są przez ciebie smutni. Elegancko! Hej! Widzisz to? Właśnie gadasz sam do siebie!
- Mama cię zdenerwowała, co? - zapytał George, stając dokładnie tam, gdzie przed chwilą była Hermiona.
- Taaa... A ciebie?
- Nie bardzo - powiedział. - Przyzwyczaiłem się.
- Zazwyczaj szybciej przyzwyczajasz się do różnych rzeczy niż ja. To jedyne, co nas różni.
- Cóż - mruknął George, siadając naprzeciw mnie. - To, oraz... ja nie lubię Hermiony.
Uśmiechnął się do mnie złośliwie.
- O czym ty mówisz? - zapytałem.
- A co z tym pytaniem w nocy? "Nie zauważyłeś niczego innego w Hermionie?" - zacytował.
- Po prostu się zastanawiałem. Hermiona wygląda... No nie wiem! Mugolsko. W te wakacje.
- Oczywiście. - odparł ironicznie George. - I dlatego, że wygląda mugolsko, twoje oczka świeciły się jak komety, kiedy stąd odeszła. Jestem twoim bliźniakiem, nie idiotą, Fred.
- Jesteś taki jak ja... Więc nie chciałbyś jeszcze raz przemyśleć tej części z "idiotą"?
- Prawdopodobnie mógłbym. Tak czy siak, lubisz ją? - zapytał.
- Nie wiem o czym mówisz – powiedziałem, wstając. Szybkim krokiem wróciłem do domu i zamknąłem się w swoim pokoju.
Nie lubię Hermiony. To śmieszne, myśleć, że jest inaczej. Czyż nie? Znam tę dziewczynę blisko sześć lat i nigdy wcześniej mnie nie interesowała.
Usiadłem na łóżku. Chwilę później usłyszałem szelest pergaminu. Podniosłem się, rzucając wzrokiem na papiery leżące przede mną. Zalała mnie fala irytacji.
Owe pergaminy były podaniami o pracę do wielu sklepów przy Pokątnej i w Hogsmeade. Przeglądnąłem je w szybkim tempie i... tak!
Podanie do żartobliwych gadżetów Zonka! Praca w tym miejscu byłaby cudowna, tak myślę. Spędzać całe dnie w otoczeniu dowcipnych rzeczy... może zdobyć kilku klientów dla mnie i George'a. No i przede wszystkim zatopić zęby w biznesie pełnym żartów! Dodatkowo, jeśli będę pracował blisko Hogwartu, mógłbym wpadać na mecze Quidditcha!
Szybko wypełniłem podanie... przynajmniej tyle, ile potrafiłem. Te pytania były za trudne! Spodziewałem się takich, typu: "Jaki jest Twój ulubiony magiczny produkt?" albo "Jaki jest najbardziej oburzający psikus, jaki zrobiłeś?". Oczywiście były tam takie pytania, ale również te poważne, jak: "Co możesz wnieść do drużyny Zonka?" i "Ktoś uruchamia wszystkie produkty w sklepie: co robisz?". Byłem zdziwiony. Kompletnie nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na te pytania. Spojrzałem na inne podania i wszystkie zawierały podobne. W tym momencie zdecydowałem, że przymusowa praca jest nie na moje siły.
George wszedł do pokoju, przeglądając swoje papiery. Ja postanowiłem zostawić je w spokoju, ponieważ nie chciałem by ktoś widział moje odpowiedzi, które aż zionęły brakiem pewności siebie. Zbiegłem po schodach, kierując się do salonu.
W kominku płonął ogień (w połowie sierpnia, wiem) ale zaczarowaliśmy go w ten sposób, by nie wydzielał ciepła. Pokój był cichy i pusty - dokładnie taki, jakiego teraz potrzebowałem. Ciągle przeglądałem moje podanie do Zonka. Robiłem to również w momencie siadania na krześle. Pewnie dlatego nie zauważyłem, że ktoś już tam jest.
- Ach!
Podskoczyłem jak oparzony, rozsypując pergaminy po całym salonie.
- Hermiona! - krzyknąłem zszokowany. - Bardzo cię przepraszam! Nie zwróciłem uwagi...
- Oczywiście - powiedziała. Jej głos był niepewny. Dziewczyna obserwowała mnie uważnie. Zacząłem zbierać rozrzucone papiery, rumieniąc się tak, jak tylko Weasley potrafi.
- Co to jest? - zapytała Hermiona, pomagając mi. Wlepiłem wzrok w podłogę, skrywając twarz.
- Podania o pracę - odpowiedziałem.
- Łał - bez wątpienia wywarło to na niej wrażenie. - Masz tu naprawdę duży wybór. "Magiczna menażeria", "Esy i Floresy", oczywiście "Zonk"- podała mi kilka z nich. Porwałem je szybko, unikając dotyku jej dłoni.
Dlaczego, do diabła, tak cholernie się rumienię?!, zapytałem sam siebie. Nie lubisz Hermiony! Nie lubisz!, zbeształem się.
Ale znikąd w mojej głowie pojawił się cichy, wredny głosik. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że... Lubisz Hermionę! Lubisz Hermionę! Lubisz Hermionę! Lubisz Hermionę!, zadrwił.
- Zamknij się! - krzyknąłem. Szkoda, że zrobiłem to na głos.
- Przepraszam? - zapytała Hermiona, nieco zbita z tropu.
- Nie! - powiedziałem szybo, podwajając mój Weasleyowski rumienieć. Przeklęte geny! - Ja... Mówiłem sam do siebie.
- Kazałeś samemu sobie zamknąć się? – Uniosła brew. - Interesujące.
Nic nie odpowiedziałem. Moje serce waliło jak oszalałe, wyrywając się z klatki piersiowej.
- One są prawie puste - zauważyła dziewczyna, przeglądając pergaminy.
- Ta... - mruknąłem, zażenowany. - Nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć na niektóre pytania.
- To nie takie trudne - stwierdziła, czytając podania. - W większości z nich powtarzają się te same, więc wszędzie możesz zastosować tę samą odpowiedź.
- Serio? - zapytałem, przysuwając się do Hermiony, by zerknąć na papiery. - Fantastycznie. To duże ułatwienie. Jest tylko jeden, mały problem.
- Jaki?
- Nie mam pomysłu na choćby jedną odpowiedź! - krzyknąłem, sfrustrowany.
- Cóż, mogę ci pomóc - powiedziała Hermiona, rzucając krótkie spojrzenie swojej książce. - Jeśli oczywiście chcesz pomocy - dodała szybko.
- Naprawdę? - zapytałem. - Byłoby wspaniale!
Dziewczyna zerknęła na mnie z uśmiechem. Moje serce zabiło jeszcze mocniej, niż wcześniej, o ile to w ogóle możliwe. Na zewnątrz było ciemno, a ogień z kominka był jedynym źródłem światła w pomieszczeniu. To wszystko nadawało pokojowi pewną romantyczną atmosferę. A do tego wszystkiego Hermiona, skąpana blaskiem płomieni... Nie potrafię opisać, jak niesamowicie wyglądała.
Lubisz Hermionę! Lubisz Hermionę! Lubisz Hermionę! Lubisz Hermionę!
Głos w mojej głowie zadrwił ponownie.
- Fred? – zapytała, zniecierpliwiona. - Mam ci pomóc, czy nie?
- Co? Tak! Jasne, że tak! - odpowiedziałem.
- Okej, więc usiądź obok mnie - poklepała krzesło, stojące blisko. - Muszę widzieć, co piszesz.
- Dobrze. - powiedziałem, czując jak szczęście ujawnia się w wielkim uśmiechu na mojej twarzy. Nie mogłem go powstrzymać.
- Co? - zapytała Hermiona, widząc mój uśmiech. - Co to jest? Co ty robisz? Przysięgam, Fredzie Weasley, jeśli zamierzasz wyciąć mi jakiś numer, będę bardzo zła! - powiedziała, trochę zdenerwowana.
- Co? Nie! - odparłem natychmiast. - Po prostu cieszę się, że mi pomagasz.
Dziewczyna popatrzyła na mnie podejrzliwie. Nie mogę jej za to winić.
- Naprawdę - mruknąłem. - Doceniam to, że chcesz mi pomóc. Zwłaszcza, że zamiast tego mogłabyś czytać o... - zerknąłem na jej książkę. - Quidditchu? Myślałem, że nie cierpisz Quidditcha!
Hermiona zarumieniła się, wstała i zabrała mi książkę sprzed nosa.
- To nie tak, że nie cierpię Quidditcha - wyjaśniła. - Po prostu nie popieram rozmawiania o nim dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Och - mruknąłem. - Ej! Mam świetny pomysł!
Znów popatrzyła na mnie podejrzliwie.
- Jaki? - zapytała.
- Jeśli pomożesz mi z tymi papierami - powiedziałem, wymachując plikiem pergaminów. - Nauczę cię jak grać w Quidditcha.
- Masz na myśli... - zaczęła ostrożnie. - Na... na... na miotłach i tak dalej?
- Czemu nie? Będzie fajnie! Spędzisz świetnie czas, obiecuję.
Hermiona wpatrzyła się we mnie, potem w książkę, następnie w podania, a potem znów we mnie.
- Brzmi fajnie - przyznała.
- Mam rozumieć, że to jest zawoalowane "tak"? - zapytałem, doskonale znając odpowiedź.
Dziewczyna uśmiechnęła się i powiedziała:
- Tak.
Uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy był zbyt duży, to aż bolało.
