Rozdział 3 "Spieprzona rozmowa"

- Okej, teraz chwyć mocniej.

- Tak?

- Idealnie.

- I co dalej?

- Wskocz.

- Teraz?

- Tak, teraz.

- Ale...

- Nie ma "ale". Wskakuj!

- Nie!

- Zrób to, albo cię zmuszę.

- Nie możesz!

- A jednak.

- Daj mi spokój!

W sekundę po tym, jak Hermiona krzyknęła, Ron i Harry wbiegli do pokoju Ginny (gdzie uczyłem Hermionę latania na miotle). Brat odepchnął mnie od dziewczyny, podczas gdy Harry stał w miejscu, oniemiały.

- Co tu się do diabła dzieje?!

- Ja tylko... - zacząłem, jednak zaraz mi przerwano.

- Nie chcę słyszeć żadnych wyjaśnień!

- Ron! - krzyknęła Hermiona.

- Nie mieszaj się do tego - odparł, mrużąc oczy. - Harry, weź Hermionę na dół.

Zauważyłem, że Harry zwrócił uwagę na miotłę i całą resztę rzeczy ściśle związanych z Quidditchem, bo wyglądał na lekko zdziwionego.

- Ron, może jednak powinieneś pozwolić Fredowi dojść do słowa? - zapytał.

- Zejdź ze mnie, do cholery - powiedziałem, odsuwając się od Rona. Ten spojrzał na moją wykrzywioną gniewiem twarz, a później na uśmiechniętą Hermonę.

- Niech będzie! - powiedział. - O co w tym wszystkim chodzi?

- Fred uczył mnie... - Ron rozglądnął się nerwowo, najwyraźniej sceptycznie nastawiony do miejsca, w którym się TO odbywało. - ... grać w Quidditcha.

Harry uśmiechnął się, ja próbowałem powstrzymać śmiech.

- Och - mruknął. - To brzmiało jak...

- Podsłuchiwałeś nas, Ron? - zapytała Hermiona, wyraźnie się z nim drocząc.

- Nie do końca... - wydukował, speszony.

Zaśmiałem się.

- Doprawdy, Ron! A co byś zrobił, gdybyśmy rzeczywiście robili, to co myślałeś, że robimy?

- Cóż... - sapnął nerwowo. - Musiałbym z tobą walczyć.

Tego było zbyt wiele. Przynajmniej dla Hermiony, która wydała głośne "Ha", a następne sekundy spędziła na zatykaniu ust dłonią, podczas gdy jej ramiona wibrowały od skumulowanego śmiechu.

- No co? - Ron poczuł się znieważony.

Hermiona nadal nie była w stanie odpowiedzieć.

- Mógłbym pokonać Freda! - krzyknął.

- Uwierz mi - powiedziałem spokojnie. - Nie mógłbyś.

- Ale ja...

- Nie - powtórzyłem.

Ron zmarszczył czoło.

- Jasne. Harry, Hermiona, idziemy! - mruknął, idąc w kierunku drzwi. Harry nadal był uśmiechnięty, jednak poszedł za nim, natomiast Hermiona nie ruszyła się z miejsca.

Chyba nie muszę mówić, że byłem bardzo szczęśliwy iż wolała zostać ze mną, niż iść z Ronem. Stop! Wcale, że nie byłem, bo przecież nie lubię Hermiony, nie lubię Hermiony, nie lubię Hermiony! Tak, to moja mantra.

- Hermiona? - mruknął mój brat, wskazując na korytarz.

- Co? - zapytała. - Fred mnie uczy!

- Oczywiście. Przecież Hermiona Granger nigdy nie odmówi nauki - parsknął z ironią.

- Ron - upomniał go Harry.

Ten tylko pokręcił głową i opuścił sypialnię.

- Po prostu go ignoruj - powiedział brunet. - To Ron... Wiesz, jaki potrafi być.

Hermiona skinęła.

- Lepiej idź do niego i spróbuj go uspokoić, dobrze?

Harry uśmiechnął się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

- Jak ty z nim wytrzymujesz? - zapytałem.

- Co masz na myśli?

- Ron - powiedziałem. - Jest czasami bardzo porywczy. No i ciągle mu się podobasz.

Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona.

- Co? Nie, nie podobam - zaprzeczyła. - To śmieszne!

- Tak, podobasz. Znam mojego brata.

- Bzdura! - odparła. - Powiedział mi, że mu się podobam w ostatnie święta, ale przecież nie może do tej pory... Może?

Wzruszyłem ramionami z uroczym uśmiechem. Hermiona zmrużyła oczy i uniosła kąciki ust.

- Żartowałeś - utkwiła we mnie swój wzrok. - Prawda?

Mój uśmiech stał się jeszcze większy, niż dotychczas.

Granger uniosła ręce w geście frustracji, na co zareagowałem śmiechem.

- Czy wszyscy mężczyźni w waszej rodzinie są urodzonymi dowcipnisiami? - parsknęła.

- Wszyscy. Z wyjątkiem Percy'ego - odpowiedziałem, po raz kolejny rozśmieszając dziewczynę.

- Lubię Percy'ego. Jako jedyny z was wszystkich ma pracę!

- Tata też ma pracę - dodałem.

Zmierzyła mnie wzrokiem.

- No dobra... Wiem co masz na myśli, mówiąc o pracy - przyznałem.

- Gotowy popracować z podaniami?

- Czytasz mi w myślach.

Uśmiechnęła się. A skoro ona to zrobiła, to ja też.

xxxxx

- Dzięki - powiedziałem, wychodząc z Esów i Floresów. Właśnie dałem im swoje podanie, a ci w ramach niespodzianki zrobili mi niezapowiedzianą rozmowę kwalifikacyjną...

Którą całkowicie spieprzyłem.

- Jak ci poszło? - zapytała Hermiona.

Jęknąłem, padając na krzesło. Dziewczyna poklepała mnie uspokajająco po ramieniu.

Ta rozmowa kwalifikacyjna była koszmarem! Wszedłem tam, mówiąc:

- Witam, chciałbym złożyć aplikacje. Wyśle mi pani sowę, z datą rozmowy kwalifikacyjnej? Oczywiście, jak już to pani przeczyta.

Kobieta, pracująca przy rejestrze nowych pracowników spojrzała na mnie, potem na moje podanie, potem do harmonogramu, po czym poinformowała mnie, że przeprowadzimy wywiad od razu. Podczas gdy zupełnie tego z Hermioną nie przećwiczyłem! Skupiliśmy się tylko na papierach! Mimo to, zgodziłem się, myśląc, że przecież nie może być to aż takie trudne.

Och, jak bardzo się myliłem!

Zostałem przeprowadzony do innego pomieszczenia, gdzie przy biurku siedział facet. Zapewne ten, co miał ze mną rozmawiać. Ledwo zdążyłem usiąść, a ten zasypał mnie pytaniami, na które kompletnie nie umiałem odpowiedzieć. Ilekroć się zawahałem, albo mruknąłem "Uhm", mężczyzna od razu strzelał kolejnym pytaniem, niczym tłuczkiem. Przepraszam, nie mogłem się oprzeć temu porównaniu.

Hermiona zdecydowała pójść ze mną na Pokątną i poczekać, aż skończę. Byłem z tego powodu niezwykle szczęśliwy.

MANTRA, MANTRA: Nie lubię Hermiony, nie lubię Hermiony!

Czekała na mnie w ogródku lodziarni Floriana Fortescue, podczas gdy ja zakopywałem swoją przyszłość głęboko pod ziemią.

- Wcale nie zakopałeś swojej przyszłości - powiedziała.

- Chyba nie usłyszałaś tej części o rozmowie kwalifikacyjnej - parsknąłem z ironią.

Dziewczyna westchnęła.

- To dopiero pierwsza rozmowa! Ile ich jeszcze masz? Dziesięć?

- Trzynaście - odpowiedziałem. - Wieczorem musimy to poćwiczyć.

- Nie ma sprawy. Przepraszam cię, że nie wyszło... Mogłam przewidzieć, że spróbują przeprowadzić rozmowę spontanicznie.

- Taaa - mruknąłem, nieco się rozchmurzając. - Nie chcę spieprzyć rozmowy u Zonka.

- Nie spieprzysz. Zobaczysz. Właściwie... o której przychodzi po nas twoja mama?

- Za... teraz - powiedziałem, widząc zmierzającą ku nam mamę w towarzystwie Harry'ego, Rona i Ginny. W rękach nieśli pakunki, zapewne z przyborami potrzebnymi w Hogwarcie.

- Więc - zaczął Harry. - Jak ci poszło, Fred?

Nie powiedziałem nic. Po prostu potrząsnąłem głową, co mama skwitowała zmarszczeniem czoła. Jestem pewien, że szukała delikatnych słów, którymi mogłaby opisać to jak bardzo spieprzyłem swoją szansę.

- Cóż... - powiedziała wolno. - Następnym razem postarasz się bardziej.

Poczułem ulgę. Nie nakrzyczała na mnie! Jeszcze...

Nagle zobaczyłem George'a idącego wzdłuż ulicy, z ogromnym uśmiechem.

Cholera, pomyślałem. Dostał pracę... Tak, na pewno dostał pracę!

- Hej, zgadnijcie co? - zagadnął wesoło. - Dostałem pracę!

Su - zwariuję - per.

- George, kochanie! - mama rozpromieniła się. - To cudownie! Gdzie?

- Esy i Floresy! - odparł, wciąż uśmiechnięty.

- Gratuluję - powiedziałem, próbując ukryć nutę zgryźliwości w moim głosie.

- Dzięki! - kontynuował. - Byli bardzo szczęśliwi, że przyszedłem. Desperacko potrzebują pracowników, ale mało kto miał zadowalające podanie... Facet od rozmowy kwalifikacyjnej powiedział, że chłopak przede mną był fatalny!

Zacisnąłem dłonie w pięści, czując jak paznokcie kaleczą mi skórę.

Nie zrozum mnie źle. Cieszyłem się z sukcesu George'a. Po prostu byłem zazdrosny.

- Wracajmy do domu - powiedziała mama. - Wasz ojciec będzie dziś wcześniej, a ja wyślę sowy do Percy'ego, Billa i Charliego z tą wspaniałą nowiną!

George uśmiechnął się, ja tłumiłem rozgoryczenie. Nachmurzyłem się. Bardzo się nachmurzyłem. Może nachmurzyłem się dlatego, żę oprócz słów "nachmurzyć się" żadne inne nie przychodzą mi do głowy? Zadrwiłem? Nie, Malfoy drwi. Ja się nachmurzam.

Naaaaa - chmu - rzam.

Po prostu próbowałem nie myśleć o tym, że George znalazł pracę przede mną.

Myśl o Hermionie, wyszeptał głupi głos w mojej głowie.

MANTRA, MANTRA: Nie lubię Hermiony, nie lubię Hermiony!

Wróciliśmy do domu na czas. Mama promieniała, George się uśmiechał, a ja próbowałem przekonać sam siebie, że ta praca mu się należy i, że nie jestem zazdrosny. Stop. Jest coś więcej... Próbowałem przekonać sam siebie, że nie lubię Hermiony!

Nie rozumiem, czemu byłem tak wrogo nastawiony do lubienia Hermiony. Przecież to nic złego. Lecz coś w mojej głowie mówiło mi, żebym się w to nie pakował.

Ale potem, jak wszyscy wiecie, ten nie aż tak głupi głos powtarzał mi w kółko, że lubię Hermionę.

MANTRA, MANTRA: Nie lubię Hermiony, nie lubię Hermiony!

- Fred? Wszystko w porządku?

- He? - podniosłem wzrok i ujrzałem nikogo innego, tylko Hermionę, stojącą naprzeciw mnie.

Po bolesnym obiedzie polegającym na wysłuchiwaniu pochwał na temat George'a, oraz otrzymaniu wiadomości, że Ron i Hermiona zostali nowymi prefektami (Ron został prawie uduszony, mama nie mogła opanować łez) byłem typową czarną owcą. Brawa dla Freda! Otrzymuje tytuł: "Odmienny syn". Nic specjalnego. Po prostu tam byłem, jako osoba zajmująca miejsce przy stole.

Na czym to ja skończyłem? Ach, tak. Po obiedzie, poszedłem do salonu, zajmując pierwszy lepszy fotel. Starałem się wyrzucić z głowy bolesne wspomnienia dzisiejszego dnia.

- Przepraszam, Fred - mruknęła Hermiona, siadając na dywanie.

- To nic takiego - odparłem.

- A jednak. Fred...

- Nawet jeśli to co z tego? - zapytałem ze złością.

Dziewczyna spojrzała na mnie ze smutkiem.

- Przepraszam - powiedziałem szybko.

Hermiona kiwnęła głową. Zrozumiałem, że nie wie co powiedzieć. Nagle salon wypełniła muzyka.

Rodzice postanowili zrobić przyjęcie-niespodziankę, z okazji zdobycia przez George'a pracy. Urządzili to dla Billa, Charliego i Percy'ego, których nie było na obiedzie. Jeśli chodzi o mnie, byłem pewien, że to tylko wymówka. Po prostu chcieli nadal świętować.

Westchnąłem.

- Co? - zapytała Hermiona. Nie mogłem uwierzyć, że nadal tu ze mną siedzi.

- Takie imprezy to rytuał - powiedziałem. - Za każdym razem, gdy któryś z Weasley'ów dokona czegoś godnego podziwu, wyprawiamy przyjęcia. Tradycja. Ale kiedyś dawała więcej frajdy.

- To znaczy?

- Cóż... Kiedyś miałem George'a - stwierdziłem. - Kiedyś stałem razem z nim i wspólnie próbowaliśmy ośmieszyć "gwiazdę wieczoru". To trochę trudne, kiedy tą gwiazdą, jest jeden z nas.

- Wiesz czego ci trzeba? - zapytała nagle.

Pracy, pomyślałem z sarkazmem.

- Czego?

- Tańca.

- Co?

- No chodź! - dziewczyna wstała i złapała moją dłoń.

To było takie miłe uczucie...

MANTRA, MANTRA: Nie lubisz Hermiony, nie lubisz Hermiony!

- Hermiono - mruknąłem, zabierając dłoń. - Nie lubię tańczyć.

- Fred, jesteś zdenerwowany. Wiem, że jesteś. Czujesz, jakbyś stracił brata.

Nachmurzyłem się (Ha, mówiłem!), ale wiedziałem, że ma rację.

- Spędziłeś całe życie na byciu identycznym jak on. Cały czas dorównywaliście sobie, w każdej dziedzinie, a teraz nie... I boisz się.

- Nie, nie boję! - zaprzeczyłem.

- Owszem, boisz. Widzę to w twoich oczach i słyszę w twoim głosie! - powiedziała. - Obojętnie jak bardzo chciałbyś nie wracać do Hogwartu, część ciebie nadal tego pragnie. Wtedy wszystko było normalne, wiedziałeś dokładnie czego się spodziewać. Byłeś popularny i zabawny, i wszyscy cię znali. A teraz, w poważnym, dorosłym życiu, nie jesteś.

- Cholera - powiedziałem. - Bystra jesteś.

- Więc zatańcz ze mną.

Uśmiechnąłem się, nie zamierzając przepuścić takiej okazji.

Wstałem, łapiąc jej dłoń (miłe uczucie powróciło) i przyciągnąłem ją nieco bliżej siebie. Nie odsunęła się, co uznałem za dobry znak. Puściłem jej dłoń, (dodam, że raczej niechętnie) po to by owinąć ręce wokół bioder, a palce umieścić na plecach. Dziewczyna zaś, zarzuciła ramiona na moją szyję.

Żadne z nas nie zdawało sobie sprawy (albo po prostu mieliśmy to gdzieś), że tańczymy w tempie zupełnie nieadekwatnym do muzyki, która była o wiele żywsza niż nasze ruchy.

Staliśmy, kołysząc się na boki i walcząc z moimi niezdarnymi stopami.

- Aua - syknęła Hermiona, kiedy niechcący, zdeptałem jej palce. - Chyba muszę nauczyć cię tańczyć.

- To było by miłe - powiedziałem, oblewając się typowym, Weasleyowskim rumieńcem.

Kontynuowaliśmy naszą "kołysankę" przez cały utwór (który moim zdaniem był o wiele za krótki), a gdy piosenka dobiegła końca, zatrzymaliśmy się, nadal trzymając w objęciach.

Po prostu staliśmy, patrząc na siebie.

Nie zwróciłem uwagi na to, że zbliżam swoją twarz do niej, dopóki nie zauważyłem, że i ona to robi.

Byliśmy tak blisko i czułem ciepło jej twarzy, która była zarumieniona równie bardzo jak moja, i wystarczyło by kilka centyme...

- Fred, chodź tutaj! - krzyknął George, stojąc w drzwiach.

Hermiona odskoczyła ode mnie, podczas gdy ja wymyślałem setki sposobów, jak zabić cholernego bliźniaka, podczas snu.

- Chodź tu! - powtórzył. - Charlie przyjechał! - dodał, po czym wrócił do kuchni, skąd dobiegł mnie śmiech brata.

Hermiona uśmiechnęła się, zmierzając w tamtym kierunku. Zatrzymała się w wejściu i popatrzyła na mnie.

- Fred - powiedziała. - Nigdy więcej nie myśl, że straciłeś George'a jako brata, czy najlepszego przyjaciela. I pamiętaj, że kiedykolwiek coś się stanie, możesz mi o tym powiedzieć. A tak w ogóle... - dodała. - Dziękuję za taniec.

I po tych słowach, wyszła.

A ja w tym momencie wiedziałem, że nie mogę zaprzeczyć jednej rzeczy, obojętnie jak często powtórzę moją mantrę.

Lubiłem Hermionę.

Cholera...

Ron mnie zabije.