Wreszcie doczekaliście się czwartego rozdziału. Przepraszam za tempo, ale szkoła, trójka rodzeństwa i inne zobowiązania robi swoje. Będę szybsza, obiecuję!
xxxxx
Rozdział 4 "Wyznanie Hermiony"
Lubiłem Hermionę.
Och, jak bardzo Ron mnie zabije.
Wspominałem jej, że Ron ją lubi, ale ona pomyślała, że żartuję, a ja nie zaprzeczyłem. Pamiętasz to?
Idę o zakład, że on dalej za nią szaleje.
Wyznał jej to w poprzednie Boże Narodzenie, a ta powiedziała, że odwzajemnia jego uczucia. To było coś w rodzaju tego wyjątkowego, pierwszego w życiu romansu, który nie trwał dłużej niż trzy tygodnie.
Biegli przed siebie, prosto w mur. Małe sprzeczki przybrały formę bolesnych walk, więc zerwali ze sobą. Myślę, że Hermiona nigdy więcej nic do mojego brata nie czuła, natomiast on wręcz przeciwnie.
I niewątpliwie zabiłby mnie, gdyby wiedział, że lubię Hermionę.
Cóż... jak sam wiesz, Ron ma trochę gorący temperament. Bardzo łatwo go zdenerwować, a jeszcze łatwiej sprawić, żeby był zazdrosny. Co ze względu na jego miejsce w rodzinie, jest zrozumiałe.
W końcu ma pięciu starszych braci. Momentami czuje się nieistotny. Chodzi mi o przeszłość zarówno moich braci, jak i moją. Nie byliśmy w stanie ułożyć tego w inny sposób.
I wtedy pojawił się Ron i byłby dokładnie taki jak my, gdyby nie to, że jego najlepszym przyjacielem został sławny Harry Potter. Ron czuł, i powiedział mi to, że jedyną rzeczą, która wyróżnia go spośród nas jest fakt, że ma swoich przyjaciół, którzy są JEGO. Nikogo innego, tylko jego.
Więc wyobraź sobie, że nagle jego starszy brat, który przyćmił go w ten, czy inny sposób, technicznie kradnie mu jedną z niewielu rzeczy, które są jego.
Łał. Nagle zdałem sobie sprawę, że ta cała gadanina brzmi wyjątkowo arogancko. Nie miałem pojęcia, że Hermiona byłaby w stanie chociaż umówić się ze mną, więć to i tak nic nie znaczy.
Na tę chwilę.
Po prostu miałem nadzieję, że z czasem coś się zmieni.
xxxxx
Minęły blisko dwa tygodnie odkąd wystrzeliłem z moją "Lubię Hermionę!" rewelacją... I nic z tym nie zrobiłem. Nie trzeba dodawać, że bałem się. Wyobraź to sobie! Przestraszony Fred Weasley. Nigdy wcześniej się nie bałem. Weźmy chociaż moje dowcipy. Ani raz nie martwiłem się o ich skutki. Denerwowałem się, jasne, ale nigdy, naprawdę nigdy się nie bałem.
Jednak teraz byłem wystraszony jak cholera perspektywą dostania kosza od Hermiony, więc po prostu udawałem, że nic się nie stało, za każdym razem siedząc po przeciwnej stronie stołu i usychając z tęsknoty.
- Fred! - wyżej wymieniona krzyknęła na mnie pewnego ranka.
- Czego? - zapytałem na wpół przytomny, gdyż właśnie zostałem brutalnie wyrwany ze snu.
- Fred! - powtórzyła głośniej. - Twoja rozmowa u Zonka jest za dwadzieścia minut!
Niemal spadłem z łóżka.
- D-dwadzieścia minut?! - zapytałem.
- Wstawaj! - powiedziała. - Wstawaj, ubieraj się i idź do Zonka!
Zerwałem się na równe nogi z zamiarem założenia mojego "Stroju do rozmowy", w tym wypadku; koszuli w kolorach khaki i niebieskim. Wyglądałem bardzo dobrze, jeśliby ktoś pytał.
Po chwili zdałem sobie sprawę, że szukając ubrania, odruchowo zrzuciłem z siebie podkoszulek na oczach zarumienionej Hermiony.
- P-p-przepraszam - wyjąkałem, nareszcie znajdując zgubę i szybko ją ubierając.
Dziewczyna kiwnęła głową, patrząc w podłogę.
- Chcesz iść ze mną i poczekać w Trzech Miotłach? - zapytałem, aby przerwać niezręczną ciszę.
- Jasne - odpowiedziała. Zauważyłem, że za każdym razem kiedy na mnie patrzy, jej oczy wędrują przez mój tors, zanim dotrą do twarzy. To było dość zabawne.
- Gdzie są wszyscy? - rozejrzałem się po domu, który okazał się być pusty.
- Ron zapomniał paru rzeczy - powiedziała, robiąc tosty. - więc razem z twoją mamą i Ginny udali się na Pokątną. Charlie wrócił do Rumunii, a George jest w pracy.
Kiwnąłem głową. Hermiona postawiła przede mną talerz z tostami.
- Och, dzięki - wydukałem, zaskoczony.
- Nie ma za co - odparła, siadając naprzeciw mnie z szerokim uśmiechem. - Ale jedz szybko. Mamy tylko dziesięć minut!
Wykonałem polecenie. Błyskawicznie pochłonąłem śniadanie, przepijając je szklanką soku pomarańczowego. Chwilę później stałem już przy kominku. Miałem zamiar udać się do Zonka za pomocą Sieci Fiuu.
- Fiuu? - zapytała Hermiona, ze słyszalną obawą w głosie.
- A no - odpowiedziałem. - Jest z tym jakiś problem?
- Cóż, ja tylko... po prostu nigdyniepodróżowałamzapomocą siecifiuu - mruknęła bardzo szybko.
- Że co? - uśmiechnąłem się szeroko. Doskonale usłyszałem jej słowa, ale chciałem się z nią trochę podroczyć.
- Nigdy - przerwała. - Nie podróżowałam siecią Fiuu.
- To proste. Wystarczy, że weźmiesz trochę proszku i...
- Wiem, jak to działa. Po prostu nigdy tego nie robiłam.
- Boisz się? - zapytałem dokuczliwie. Nie otrzymałem jednak odpowiedzi. Hermiona milczała, nie patrząc na mnie. - Ty się boisz! - stwierdziłem, powstrzymując śmiech. W końcu; nie fajnie jest śmiać się z dziewczyny, która ma być kiedyś TWOJĄ dziewczyną.
- Popatrz - zacząłem. - Po prostu chwyć moją dłoń, zrobimy to razem.
Mówiąc to wyciągnąłem ku niej rękę, a ona złapała ją mocno bez zbędnych słów.
- Trzymaj się - dodałem. Rzuciłem garść proszku na podłogę kominka, z głośnym: "Hogsmeade!", a chwilę później znaleźliśmy się na Przystanku Sieci Fiuu we wspomnianej wiosce.
Wyszedłem z kominka, nadal ściskając dłoń Hermiony, która chwiejnym krokiem wyszła zaraz za mną. Nieszczęśliwym (No dobra... szczęśliwym) przypadkiem potknęła się i wpadła prosto w moje ramiona. Z miejsca polubiłem to uczucie.
- Przepraszam - wydukała natychmiast.
Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się do mnie. Kiedy tylko przywróciła się do porządku, spojrzała na zegarek.
- Szybko! Idź! - krzyknęła.
Niechętnie puściłem dziewczynę, obróciłem się i sprintem pobiegłem w stronę sklepu z dowcipami Zonka. Na szczęście zdążyłem.
- Cześć! - powiedziała pracownica rejestracji wesołym głosem.
- Cześć - odparłem, wyciągając dłoń, by się przywitać. - Jestem Fred Weasley. Mam dziś rozmowę, zgadza się?
- Ach! - Kobieta przeglądnęła papiery. - Tak. Mam. Tędy proszę - powiedziała, wskazując tylne drzwi do jakiegoś pomieszczenia.
Nie zastanawiając się długo, poszedłem w ich kierunku.
- Och, witaj! - przywitała mnie czarownica w średnim wieku. - Nazywam się Celia Zonko. Ty musisz być Fred Weasley, prawda?
- Tak, to ja. Jak leci?
- Całkiem dobrze. Szkoła się zaczyna, więc uczniowie przychodzą tu, żeby zrobić zapasy.
- Ach, robiłem to samo! - zaśmiałem się. Ups. Zapomniałem o byciu "formalnym".
- Serio? Używasz naszych produktów?
- Uhm... No... Całkiem często - wydukałem, zażenowany.
- Więc na pewno dużo o nich wiesz, co?
- Tak, rzeczywiście.
- Dobrze. Czyli wiesz też jak z nimi postępować?
- Jasne.
- Świetnie. A wiesz, jak się je robi? - Celia chyba myślała, że będzie to dla mnie trudne pytanie.
- W istocie. Razem z bratem sami tworzyliśmy dowcipne produkty na szóstym roku w Hogwarcie.
- Interesujące... - powiedziała, pisząc coś w papierach i przeglądając moje aplikacje.
Celia czytała to wszystko, a potem znów czytała, i znów, i jeszcze raz przez - jak mi się wydawało - wiele godzin. W rzeczywistości było to niecałe pięć minut, ale byłem tak zdenerwowany, że czas wydawał się biec w zwolnionym tempie.
- Cóż - powiedziała w końcu, co spowodowało przyspieszenie akcji mojego serca.
- Przeanalizowałam twoje aplikacje i zdecydowałam, że - Wstrzymałem oddech. - będziesz świetnym nabytkiem w załodze Zonka. Witaj na pokładzie, Fred!
Byłem oszołomiony.
- C-co? Tak po prostu? - zapytałem, kompletnie zszokowany. - Jestem zatrudniony? Mam pracę?!
- Tak - powiedziała Celia, z szerokim uśmiechem.
- Dziękuję! - wykrzyczałem szczęśliwy, żywiołowo potrząsając jej dłonią.
- Proszę bardzo. Spodziewaj się sowy z grafikiem pracy, uniformem i papierami, które musisz uzupełnić. Wyślę ją jeszcze w tym tygodniu.
- Dziękuję! - to wszystko, co zdołałem wykrztusić.
Kobieta pokazała mi, jak opuścić sklep, a ja praktycznie poleciałem do Trzech Mioteł, by spotkać się z Hermioną.
- Fred! - krzyknęła szczęśliwie, widząc mój wielki uśmiech.
- Udało się! Jestem nowym "nabytkiem w załodze Zonka"! - powiedziałem podniecony.
- To cudownie! - odparła, wstając i mocno mnie przytulając.
Przytulaliśmy się i skakaliśmy, tak jak to zazwyczaj robią niezwykle uszczęśliwieni ludzie.
- Gratuluję - mruknęła zaraz po tym, jak zamówiła kremowe piwo.
- Dziękuję. Nie za gratulacje, ale za pomoc z całą tą sprawą.
- To nic. Od tego są przyjaciele. - uśmiechnęła się.
Jesteśmy przyjaciółmi!, pomyślałem, jeszcze bardziej szczęśliwy. Tak! Hermiona mnie lubi! Jasne, może nie tak jakbym chciał, ale... zawsze coś! Przynajmniej na początek.
Siedzieliśmy w Trzech Miotłach ponad godzinę, rozmawiając o wszystkim i o niczym, ale skupiając się głównie na zbliżającym się dla Hermiony piątym roku w Hogwarcie.
- Powiedzieć ci coś? I jest to jak najbardziej poważne - zapytała.
- Czemu nie?
- Więc... nie chcę wracać do Hogwartu.
- Co? - zapytałem, zszokowany. - Dlaczego?
- Uhm... Nieważne - mruknęła. - To głupie.
- Nic co mówisz nie jest głupie - powiedziałem z przekonaniem w głosie.
Popatrzyła na mnie z uśmiechem. Tym swoim uśmiechem, który sprawiał, że moje serce biło zdecydowanie za szybko. W pewnym momencie byłem pewien, że je usłyszała.
- Cóż - powiedziała w końcu. - Ja też się boję.
- Czemu?
- No bo... Och, no! Sam wiesz...
Pokręciłem głową, zdezorientowany.
- Sam-Wiesz-Kto - szepnęła.
- Och. - tak, to moja inteligentna odpowiedź.
- Każdego roku chce skrzywdzić Harry'ego, a także wszystkie otaczające go osoby. Ogólnie cały świat czarodziejów. Tak, wiem, że ani raz mu się to nie udało - dodała, widząc, że chciałem to wtrącić. - Ale po prostu boję się, że w końcu mu się uda.
- Najlepiej jest pracować w świątek, piątek i niedzielę, aby o tym nie myśleć - powiedziałem, obejmując ją ramieniem. - Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
- Chciałabym tak myśleć - mruknęła, a ja wyczułem strach w jej głosie. - Ale zauważyłam, że każdego kolejnego roku dzieje się coś złego.
Naprawdę nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Pewnie dlatego, że wiedziałem, że to, co mówi jest prawdą.
- Hermiono - zacząłem. - Tak, to prawda, że Sam-Wiesz-Kto każdego roku próbuje wszystko zniszczyć, ale zawsze ktoś mu to udaremnia. Jesteś bezpieczna w Hogwarcie.
Miałem nadzieję, że było to wystarczające pocieszenie. W końcu trudno poprawić samopoczucie komuś przestraszonemu, jeśli sam boisz się tego samego.
- I... - dodałem. - Jeśli kiedykolwiek będziesz się bała, czy potrzebowała kogoś do rozmowy, to ja jestem. Nawet jeśli masz Rona i Harry'ego.
- Dziękuję - powiedziała, co zabrzmiało naprawdę szczerze.
W tym miejscu należy wspomnieć, że spędziliśmy dziesięć minut w kompletnej ciszy... Z MOIM RAMIENIEM WOKÓŁ NIEJ! I to nie było tak, że siedziałem myśląc: Ooo, tak, rządzę światem, bo przytulam Hermionę Granger. No dobra, to też myślałem, ale nie cały czas.
Tak czy inaczej, nawet nie zwróciłem uwagi, że nadal trzymam swoją rękę wokół niej, ponieważ było to takie... znów zabrzmię banalnie... naturalne. I miłe. Lubiłem mieć Hermionę w swoich ramionach.
- Och - szepnęła nagle. Natychmiast ją puściłem.
- Co?
- Zobacz, która godzina. Twoja mama chciała, żebyśmy wrócili przed trzecią.
- Więc lepiej już chodźmy - odparłem.
- Jesteś gotowy na wielkie przyjęcie? - zapytała, kiedy zmierzaliśmy w kierunku Przystanku Sieci Fiuu.
- Znaj moje szczęście jako "innego syna" - powiedziałem. - Nie będzie przyjęcia. Albo po prostu stanie się coś, co przyćmi mój mały sukces.
- Nie mów tak.
- Ale to prawda.
Zdałem sobie sprawę, z tego jak dużo miałem racji, kiedy kilka sekund później wyszliśmy z kominka w Norze.
George chodził po kuchni wte i wewte, a na jego twarzy malował się wyraz przerażenia.
- Hej, George? - zapytałem, zmartwiony. - Co się dzieje? Czemu nie jesteś w pracy?
Brat spojrzał na mnie, lekko czerwonymi oczami. Płakał, pomyślałem.
- Mama i reszta byli na Pokątnej i wtedy... - urwał.
- Co? - zapytała przerażona Hermiona.
- Oni... Oni jakoś dostali się na Pokątną, nikt nie wie jak i... Merlinie, to straszne...
- Czekaj - zapytałem, przestraszony. - Kto dostał się na Pokątną?
George popatrzył na mnie, po czym przemówił pustym, martwym głosem:
- Śmierciożercy.
