No nareszcie udało mi się znaleźć czas na nadrobienie zaległości. Z góry Was przepraszam za te długie tygodnie oczekiwania, ale teraz kiedy koniec roku co raz bliżej, obiecuję kolejne rozdziały co 2 tygodnie, góra 3! Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Miłego czytania!

xxxxx

Rozdział 5 "Pod gwiazdami"

Poczułem wypełniający mnie chłód. Poczułem, jakbym był nikim.

- Co? - to jedyne co zdołałem wykrztusić.

- Czy ktoś... To znaczy, czy oni... - zapytała Hemiona, z szeroko otwartymi oczami. Była bledsza niż zwykle.

- Wszyscy żyją - powiedział George.

Odetchnąłem.

- Ale są ranni. Święty Mung - George mówił fragmentami, a zdania, które układał nie miały żadnego sensu, ale zrozumieliśmy gdzie iść: Do szpitala Świętego Munga.

Stanęliśmy w kominku. Ja z Hermioną, kurczowo przytuloną do mojego boku, krzyknąłem: "Święty Mung!" i zaraz ogarnęły nas płomienie.

- Fred! - usłyszałem głos mamy, kiedy wszedłem do poczekalni. Wzięła mnie w objęcia tak mocno, że mógłbym przysiąc, iż usłyszałem, jak pękają mi żebra.

Kątem oka dostrzegłem Harry'ego i Rona. Byli mocno wstrząśnięci, a ich ciała pokrywały siniaki, bandaże i warstwa brudu.

Bill, Charlie i Percy też tu byli.

- Gdzie jest Ginny? - zapytałem, odnotowując, że tylko jej tu brakuje.

Na moje pytanie mama wybuchnęła płaczem. Tata podszedł do niej, przytulając ją mocno i prosząc, by usiadła. Jedynie Bill postanowił odpowiedzieć na moje pytanie.

- Na tę chwilę jest w stanie krytycznym - odparł. On również był niezdrowo blady.

- Co się stało? - warknąłem. Mam tendencję do złości, kiedy jestem zdenerwowany.

- Fred... - zaczęła zapłakana Hermiona. - Spokojnie.

Na wpół przytomnie, objąłem ją ramieniem.

- Bill... powiedz mi - powtórzyłem, tym razem spokojniej.

Bll zaczął mówić. Na samym początku podkreślił, że nie wiedzą zbyt wiele. Jedyne co mogli powiedzieć wszyscy to to, że grupa Śmierciożerców pojawiła się znikąd na Ulicy Pokątnej, niszcząc wszystko na swojej drodze. Sklepy, wózki, a nawet ludzi. Nikt nie wiedział po co to robią, gdyż ofiarami nie były mugolaki, ale czarodzieje półkrwi i czystej krwi. Wychodziło na to, że atak Śmierciożerców został zaplanowany ot tak, bez powodu.

Mama szła z resztą rodziny i Harrym do Gringotta, kiedy nagle kilku Śmierciożerców wypadło na Harry'ego. Biegli, rzucając przypadkowe klątwy i zaklęcia. Jeden z uroków trafił w ścianę budynku, doszczętnie ją rujnując.

Tylko bardzo potężne zaklęcie może zniszczyć czarodziejskie mury. Tylko bardzo potężne, CZARNOMAGICZNE zaklęcie.

Wracając, ściana zawaliła się prosto na Harry'ego i Ginny, która rzuciła się, by ratować Pottera, co spowodowało jej większe obrażenia.

- I co teraz będzie? - zapytałem. Nie chciałem płakać. Nie teraz.

- Magomedycy są z nią i robią, co mogą - powiedział Bill. - Jest zbyt wcześnie, by stwierdzić, co będzie. Muszą na nią rzucić sporo skomplikowanych zaklęć uzdrawiających.

- Ale ona wyzdrowieje... prawda? - zapytałem, czując pojedynczą łzę, spływającą po moim policzku.

Bill nie odpowiedział. Hermiona zaszlochała głośniej, a ja mogłem ją tylko przytulić.

xxxxxxxxxxxx

W całym swoim życiu nie przeżyłem dłuższych pięciu godzin. Po prostu siedzieliśmy tam. Nikt nie powiedział ani słowa.

Harry najwyraźniej czuł się winny. Chodził wte, i wewte po korytarzu, patrząc przez szybę Oddziału Intensywnej Terapii.

Ron wpatrywał się w ścianę, czasami przeczesując palcami włosy.

George próbował coś powiedzieć, ale ani raz z jego ust nie wydostały się słowa.

Percy przyniósł ze sobą parę rzeczy do pracy, ale nic nie zrobił. Bezsensownie wertował kartki.

Tata po prostu przytulał łkającą mamę. Cały on.

Bill skubał swoje buty, podczas, gdy Charlie robił to samo z oparzeniem na swoim ramieniu.

Hermiona stała u mego boku. Po prostu ją obejmowałem, a ona wypłakiwała się w mą pierś. Nadal usiłowałem powstrzymać łzy.

Po czasie, który wydawał się wiecznością, z sali wyszedł magomedyk.

Wszyscy wstaliśmy jednocześnie, oczekując wieści, ale... to nie był lekarz zajmujący się Ginny.

Usiedliśmy, wracając do wyżej wymienionych zajęć.

Po kolejnej wieczności, z sali wyszedł kolejny magomedyk.

Wstaliśmy ponownie. Doktor podszedł do nas z uśmiechem na twarzy.

- Zaklęcia odniosły sukces - powiedział. - Panna Ginny Weasley wyzdrowieje.

Cały korytarz wypełniło głośne westchnienie ulgi, a następnie rzewny płacz szczęścia. Wszyscy się przytulali.

Hermiona uśmiechała się wesoło. Ja jednak dostrzegłem w jej oczach coś jeszcze. Strach.

- Hej, Hermiona. Co jest? - zapytałem.

- Nie teraz - odparła, zanim wyraziła chęć wtulenia się we mnie.

Co tu dużo mówić, oczywiście przytuliłem ją do siebie z wielką chęcią. W rzeczywistości, podniosłem ją z ziemi, wykonując obrót wokół własnej osi. To było miłe. Zauważyłem, że Charlie, George i Percy patrzą na mnie rozbawieni.

W końcu tata zadał pytanie, na które wszyscy chcieli usłyszeć odpowiedź:

- Kiedy możemy ją zobaczyć?

- Cóż - zaczął magomedyk, przeglądając papiery. - Teraz, jeśli chcecie.

- Oczywiście, że chcemy! - wypalił Bill, po czym praktycznie wbiegliśmy do sali, w której leżała Ginny.

- Och, Ginny! - mama rozpłakała się, zaciskając ramiona wokół córki.

Ginny wyglądała na tak małą... jakby w każdej chwili można było ją złamać. Ale nie powstrzymało nas to przed przytulaniem jej.

- Mamo - powiedziała. - nie mogę oddychać!

Mama puściła ją szybko. Na twarzy Ginny rozkwitł uśmiech, kiedy odwracała się do nas. Jej oczy zatrzymały się na mnie i Hermionie (staliśmy razem, a ja nadal ją obejmowałem. Co chwilę to robiłem, czyż nie?) zanim ogarnęła wzrokiem resztę.

- Hej! - powiedziałem szybko. - Byłbym zapomniał. Mam pracę.

Nagle cała uwaga skupiła się na mnie.

- Och, kochanie! To wspaniale! - wykrzyknęła mama.

- Gdzie? - zapytał Charlie.

Popatrzyłem na George'a z miną pod tytułem: "świętszy-niż-ty" zanim powiedziałem:

- U Zonka.

- Ty szczęśliwcze, ty! - powiedział George, śmiejąc się.

Wszystko zdawało się wracać do normy.

xxxxxxxxxx

Ginny wyszła ze szpitala dwa dni później, co bardzo ją uszczęśliwiło. Bynajmniej nie dlatego, że była zdrowa, ale dlatego, że Harry zaprosił ją na randkę.

Ginny zgodziła się, ale chyba tego nie muszę mówić.

Po tych wszystkich słodkich sprawach związanych z romansem Ginny i Harry'ego, przypomniałem sobie o wyrazie twarzy Hermiony, który widziałem wtedy w szpitalu.

- Hermiono... - powiedziałem, podczas kolacji. - Co czułaś tego dnia w szpitalu?

Dziewczyna rozglądnęła się nerwowo wokół stołu, wzięła mnie za dłoń i wyprowadziła na zewnątrz.

- Nie chcę by ktokolwiek usłyszał - wyjaśniła, gdy dotarliśmy do sadzawki.

Tak, do sadzawki, nad którą odbyliśmy naszą pierwszą rozmowę w te wakacje.

- Więc - zapytałem. - O co chodzi?

- Pamiętasz co powiedziałam w Trzech Miotłach, prawda?

- O tym, że boisz się wracać do Hogwartu? - Hermiona skinęła głową.

- Czy ostatnie wydarzenia, to, co się stało na Ulicy Pokątnej, nie jest wystarczającym dowodem na to, że w tym roku stanie się coś złego? - zapytała.

- Co? - wykrztusiłem zszokowany. - Nie! To było po prostu... grono idiotów. Jestem pewien, że byli pijani.

Hermiona spojrzała na mnie sceptycznie. Do diabła, ja też sobie nie wierzyłem.

- Nie chcę wracać do Hogwartu, gdzie może przydarzyć się coś złego mi, Harry'emu, Ronowi, albo Ginny, albo komukolwiek innemu. No chyba, że byłby to Malfoy, albo ktoś z jego grupy. Wtedy nie miałabym nic przeciwko.

Parsknąłem śmiechem.

- Nic ci się nie stanie, bo na to nie pozwolę. Prędzej umrę, niż pozwolę cię skrzywdzić - powiedziałem szczerze.

Ta popatrzyła na mnie z wdzięcznością.

- Dziękuję - powiedziała, po czym popatrzyła w niebo. Było idealnie przejrzyste, zasypane gwiazdami.

- Hermiona ma konstelację? - zapytałem, szukając dogodnego tematu.

- Co?

- Imię. Hermiona. Grecka bogini, prawda?

- Tak. - Patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem.

- Niektóre greckie postacie mitologiczne mają swoje konstelacje. Więc jeśli i ty ją masz, to gdzie ona jest?

Hermiona zerknęła na niebo, a potem na mnie.

- Nie mam pojęcia.

Złapałem się za pierś.

- Co? - szepnąłem dramatycznym głosem. - Hermiona Granger czegoś nie wie? Moje życie wymknęło się spod kontroli!

Zacząłem wirować wokół Hermiony chaotycznie wymachując ramionami, biegnąc wprost na nią. Dziewczyna upadła na ziemię, chichocząc.

Leżała na ziemi, zanosząc się śmiechem, więc zrobiłem najbardziej oczywistą z oczywistych czynności możliwych w tej sytuacji: położyłem się obok niej.

- Sprawiasz, że czuję się o wiele lepiej za każdym razem, gdy ci coś mówię - wyznała.

- To dobrze. Lubię uszczęśliwiać ludzi. Zwłaszcza jeśli ludzie są tobą - odparłem, patrząc w jej oczy. Zaśmiała się.

- To zdanie w ogóle nie ma sensu.

Również się roześmiałem.

Lubiłem śmiać się z Hermioną. To było takie miłe.

Wszystko z nią jest miłe. Śmiech z Hermioną jest miły... Przytulanie z Hermioną jest miłe... Taniec z Hermioną jest miły...

Naprawdę potrzebuję Tezaurusa.

Jak inaczej można go nazwać?

Boże, mam dziwne pomysły.

W każdym razie, leżałem z Hermioną na trawie, patrząc w gwiazdy.

- Boże, jak tu jest pięknie - powiedziała.

- Jest - odparłem, mimo, że wcale nie patrzyłem w niebo. Gdyby tylko na mnie spojrzała, zauważyłaby, że patrzę na nią. I Boże... jaka ona była piękna.

Była piękna mimo, że nadal była tą samą Hermioną. Po prostu zobaczyłem wokół niej nową aurę. Zacząłem odbierać ją jako człowieka, nie jako mola książkowego.

- Więc - powiedziała. - Jak długo zamierzamy tu leżeć?

- Tak dlugo, jak potrafimy. Moglibyśmy tu spać. To by dopiero była zabawa.

Hermiona zaśmiała się po raz kolejny.

- Mówię poważnie! Sen pod gołym niebem...

- Zamarzlibyśmy.

- Moglibyśmy dawać sobie ciepło nawzajem.

Dziewczyna szturchnęła mnie ramieniem, rozbawiona.

- Idziemy - powiedziała, wstając.

Jęknąłem. Nie chciałem, żeby wstawała. Chciałem jej tutaj, w moich ramiomach.

Hermiona schyliła się, pociągnęła mnie za rękę, próbując mnie podnieść, co było nie lada wyzwaniem gdyż jestem troszkę większy od niej.

- Ile ty ważysz? - zapytała figlarnie.

- Więcej niż ty. To ci wystarczy.

W tym momencie ruszyła ku drzwiom. Ja szedłem za nią, lecz znacznie wolniej.

- Hermiona... - zacząłem.

Obróciła się w moim kierunku.

W tym momencie chciałem wyznać jej wszystkie moje uczucia, powiedzieć, że życie jest krótkie, wpleść w to przykład wypadku Ginny... Naprawdę zamierzałem to zrobić. Byłem gotowy, wiedziałem co powiedzieć, ale wtedy odwróciła się i zobaczyłem jej duże, brązowe oczy, i po prostu zamarłem. Nie mogłem tego zrobić.

Co? - zapytała, zbliżając się do mnie.

- Ja... - zrobiłem przerwę. - Dziękuję, że się przede mną otwierasz.

Uśmiechnęła się, weszła do środka, a ja skopałem sobie mentalnie tyłek, za bycie kompletnym kurczakiem.

- Hej - mruknąłem do George'a, będąc już w sypialni.

- Więc... - to wszystko, co powiedział.

- Więc co?

- Więc ty i Hermiona?

Koszulka, którą miałem założyć wypadła mi z rąk.

- Co? - zapytałem. - Nie!

- Och, przestań! - powiedział George. - Wszystko robicie razem. I nie myśl, że nie widzę jak ciągle ją obejmujesz. Więc powiedz mi - dodał. - Spotykacie się w sekrecie? Chodzicie na brzydkie, małe rendez-vous?

Rzuciłem w niego koszulką.

- Nie ma nic między mną, a Hermioną - powiedziałem stanowczo. - Po za przyjaźnią.

- Jasne - odparł George, nieprzekonany.

- Nie ma! - powtórzyłem.

- Może to i prawda... - stwierdził. - Ale chciałbyś, żeby było, prawda?

Cholera. On znał mnie za dobrze.

- Nie wiem o czym mówisz. Idź lepiej spać - powiedziałem, zakrywając uszy poduszką, aby zagłuszyć George'a powtarzającego w kółko:

- Fred i Hermiona Weasley. Pan i Pani Weasley. Fred Weasley i Hermiona Granger-Weasley.

Pan i Pani Weasley...

Nie powiem, żeby brzmiało to przerażająco.