Rozdział 6 "Nagła, acz cudowna decyzja"
- Fred...
Cisza.
- Fred, wstawaj!
Niepewnie rozchyliłem powieki po to, by chwilę później machnąć ręką w powietrzu, z myślą iż uderzę George'a. Niestety, nie poszczęściło mi się. George stał akurat przy drzwiach.
- Fred - powtórzył. - Twoja dziewczyna stoi za drzwiami.
Zdziwiłem się. Mam dziewczynę? Od kiedy?
- Że co? - zapytałem, coraz bardziej zaskoczony.
- No nie wiem... Hermiona, na przykład?
- Zamknij się, do diabła! - powiedziałem. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem to, żeby Hermiona usłyszała mojego brata wygadującego podobne rzeczy.
Byłem rozdarty. Albo zostanę w łóżku, niczym ciepła, smaczna, cynamonowa bułeczka, albo wstanę i zobaczę Hermionę...
Wstałem, błyskawicznie znajdując się przy drzwiach.
- Hej. - Mój głos był niższy niż zazwyczaj. Zabrzmiałem tak, jakbym mimo wszystko próbował być uprzejmy. Nie, nie byłem; po prostu jestem idiotą.
- Cześć - odparła Hermiona.
Stałem tam, czekając na coś więcej. Jeśli zostałem obudzony po to by powiedzieć "hej" i usłyszeć "cześć" to... uhm. To dobrze. W końcu to Hermiona. Nie mogę się gniewać.
- Musimy porozmawiać - powiedziała poważnym tonem głosu.
Spojrzałem na zegar.
- Jest dziewiąta trzydzieści rano - jęknąłem, gdy dziewczyna złapała mocno moje ramię i pociągnęła mnie w dół schodów, prosto na podwórze.
- Co ty, do diabła, robisz? - zapytałem, siląc się na zdenerwowanie.
- Tak jak powiedziałam - odparła. - Musimy porozmawiać.
- Na temat...?
- Nas.
Natychmiastowo zerknąłem na dziewczynę, jednak wyraz jej twarzy był nie do odczytania.
- Słuchaj, Fred... - zaczęła. - Spędzaliśmy ostatnio bardzo dużo czasu w swoim towarzystwie i naprawdę cieszą mnie te dni, które spędziliśmy razem, ale... Harry i Ron godzinami mieszali mi w głowie, bardzo dużo gadali i po prostu chcę mieć pewność...
- Czy ten monolog do czegoś prowadzi?
- Po prostu... chcę mieć pewność, że jesteśmy przyjaciółmi - powiedziała.
- Jesteśmy.
- Tylko przyjaciółmi.
Dwa, zabójcze słowa. Ukąsiły mnie. Czułem wielkie, lodowate sidła, gdzieś w okolicach żołądka. Im dłużej tam z nią stałem, robiły się tym większe i tym zimniejsze.
Ale czy kiedykolwiek wierzyłem, że z tego będzie coś więcej? Miałem nadzieję, oczywiście... Ale czy wierzyłem?
To boli. Strasznie boli. Wyobraźcie sobie kogoś z widelcem. Kogoś kto wbija wam ten widelec prosto w serce i kręci nim dookoła raz po raz. To powinno pozornie pokazać, jak się czuję w tym momencie.
- Oczywiście. - Cokolwiek jeszcze miałem do powiedzenia, powiedziałem prawdę.
Hermiona uśmiechnęła się.
- Dobrze - powiedziała. - Dokładnie tak, jak myślałam. Po prostu nie chciałam, żeby któreś z nas odniosło złe wrażenie.
- Dlaczego? - zapytałem szybko, pełen nadziei. - Lubisz mnie...?
- Nie - odparła. - A ty?
- Nie.
Nie uszło mojej uwadze, że jej "nie" zabrzmiało podobnie jak moje.
xxxxx
Okej, mimo tego, że myślałem - "myślałem": słowo klucz - iż "nie" Hermiony zabrzmiało podobnie jak moje, nadal byłem rozbity.
Dziewczyna, którą lubiłem, nie lubiła mnie.
Nie macie pojęcia, jakie to beznadziejne. No dobra, może macie, ale mimo wszystko... To boli.
Unikałem Hermiony przez cały następny tydzień. Chciałem, aby wyglądało to na zbieg okoliczności, jednak prawdopodobnie nie wyszło to tak dobrze, jak planowałem.
Było to mniej więcej tak: każdego dnia wstawałem przed piątą, spożywałem śniadanie, po czym wracałem do łóżka. Jakiś czas później wstawałem ponownie i od razu aportowałem się do pracy. Wieczorem, będąc już w domu twierdziłem, że kolację jadłem w Hogsmeade i natychmiast znikałem w swojej sypialni, narażony na masę pytań od Harry'ego, Rona, Ginny i George'a.
Był właśnie jeden z tych wieczorów gdy "Wybraniec", przychodził do mojego pokoju, by zapytać; pozwólcie, że zacytuję: "Co, do cholery, jest z tobą nie tak?!".
- Co? - jęknąłem, podnosząc głowę z poduszki.
- Powiedziałam. - Ginny powtórzyła. - Co, do cholery, jest z tobą nie tak?!
- Wyjdź - odparłem, z powrotem kładąc głowę na poduszce.
- Zachowujesz się jak kompletny i skończony idiota - powiedziała, siadając na łóżku, blisko mnie.
W odpowiedzi, wymamrotałem kilka przekleństw.
- Nie myśl, że nie wiem co powiedziałeś, Fredzie Weasley'u - mruknąła gniewnie. - I nie myśl, że nie wiem co robisz.
- Co? - zapytałem.
- Wiem o tobie i Hermionie.
- Że co? - Hermiona nie była tematem, który chciałbym teraz poruszać.
- Wiem o tobie i Hermionie.
Nie. Hermiona naprawdę nie była tematem, który chciałbym teraz poruszać. Okej, może i zachowywałem się jak dziecko, ale na litość boską, miałem rację!
- Słuchaj. - Ginny znów się odezwała. - Może coś między wami było i ona zerwała z tobą, ale...
- Hej! - zaprotestowałem. - Między mną, a Hermioną nic nie ma.
Siostra popatrzyła na mnie z zażenowaniem, które po chwili ustąpiło miejsca złości.
- W takim razie, pozwól, że powtórzę: co, do cholery, jest z tobą nie tak?!
- Jestem zmęczony - wymamrotałem, pozwalając swojej głowie opaść na poduszkę. - Praca jest ciężka.
- Ty - warknęła w odpowiedzi. - Potrafisz człowieka niesamowicie wyprowadzić z równowagi.
I z tymi słowami, opuściła mój pokój, głośno strzelając drzwiami. A ja, w tej całej bezsilności, schowałem twarz w poduszce i głośno krzyknąłem.
xxxxx
Obudziem się trzy dni później...
Och, to nie zabrzmiało dobrze. Zabrzmiało tak jakbym przespał trzy dni. Nie, nie przespałem. Po prostu nie uważam, aby ostatnie trzy dni były na tyle ekscytujące, abym musiał Wam o nich opowiadać.
No. Teraz kiedy już wszystko jasne, pozwólcie, że będę kontynuował.
Swoją drogą, obudziłem się z nadzieją iż data na kalendarzu nie jest prawdziwa. Jeśli jest, oznaczałoby to, że mamy pierwszy września...
To z kolei oznaczałoby, że Hermiona wyjeżdża.
A ja nadal nie odezwałem się do niej ani słowem.
Nie mogłem jej nic powiedzieć. Co jeśli ona odwzajemnia moje uczucia? To znaczy... ło-ho i takie tam, ale na poważnie; ona będzie w Hogwarcie, a ja w domu i pracy...
Och! Przecież pracuję w Hogsmeade, czyż nie? To by mogło wypalić. Każdy hogwartczyk może w wybrane weekendy odwiedzać Hogsmeade, tak? Dodatkowo, te wszystkie listy, które moglibyśmy pisać. No i... Dumbledore na pewno pozwoliłby mi odwiedzać Hogwart.
Cholera jasna! Czy ja całkiem postradałem zmysły? Nawet nie wiem, czy ona mnie lubi.
Siedziałem w łóżku, użalając się nad sobą przez dobrą godzinę, zanim spojrzałem na zegarek, zauważając, że jest już dziewiąta, co oznacza, że Harry, Ron i Hermiona wyjeżdżają za dwie godziny.
Wiem, powinienem jej coś powiedzieć zanim wyjedzie, ale istotnie zestrzelony tydzień, byłem zbyt przestraszony.
Ale nie. Koniec! Dzisiaj muszę jej coś powiedzieć.
Nie, nie muszę.
Tak, muszę.
Nie.
Tak.
Nie.
Tak.
Nie.
Tak.
Nie.
Nie! Nie, nie mogę! Jeśli nie będę widział Hermiony, nie będę lubił Hermiony.
- Fred - usłyszałem głos George'a. - Fred, chodź na dół. Wyjeżdżają.
- Nie - jęknąłem. Zabrzmiałem jak małe dziecko. Och, jaki denerwujący musiałem być...
- Dobrze - odparł George, zirytowany. - Jeśli zamierzasz zachowywać się jak dwuletnie dziecko, bo coś wydarzyło się między tobą, a Hermioną, tak, Ginny powiedziała mi o swoich podejrzeniach, to okej. Proszę bardzo. Ale Ginny, Harry i Ron także wyjeżdżają, zasługują na pożegnanie. I obojętnie, jak bardzo nie chcesz widzieć Hermiony, ona również zasługuje.
Cholera. Nienawidziłem George'a za to jak bardzo mnie zna.
Mimo to, byłem bardzo szczęśliwy będąc dwuletnim dzieckiem, więc jak na dwuletnie dziecko przystało, nie odpowiedziałem nic, wracając do spania.
xxxxx
Obudziłem się blisko dwie godziny później z zupełnie nowym nastawieniem.
Pieprzyć Hermionę!
Jeśli mnie nie lubi, jej problem. Jeśli lubi, dobrze. Jeśli nie, trudno.
Ale mimo to, musi wiedzieć. Nie będzie mogła podjąć żadnej decyzji, nie wiedząc jak się czuję.
I wtedy spojrzałem na zegarek, a moje serce niemal stanęło. 10:51!
Dziewięć minut do odjazdu pociągu.
Aportowałem się (Wspomniałem już, że przechodziłem test na teleportację? Nie? Cóż, przechodziłem i zdałem. Nie mówiłem tego, bo sądziłem, że to oczywiste) na King's Cross. Mógłbym aportować się prosto na Peron 9 i 3/4, jednak znajdował się w miejscu, gdzie nie wolno korzystać z teleportacji i... och, szczegół. Nieważne.
10:52
Liczba osób oblegających dworzec była ogromna! Dotarcie do właściwego peronu zajęło mi blisko pięć minut.
10:57
Ruszyłem przez tłum, odpychając każdą napotkaną osobę, desperacko szukając Hermiony.
Musiałem ją znaleźć.
10:58
Była tam. Pani prefekt ze złotą odznaką i buszem na głowie, śmiejąca się z Rona.
10:59
Zapukałem w okno przedziału, który zajmowała. Otworzyła okno, zapytała co robię.
Co mógłbym odpowiedzieć?
"Lubię cię", zbyt proste.
"Kocham cię", zbyt poważne.
"Jesteś cholernie seksowna", zbyt sarkastyczne, co z tego, że prawdziwe.
Hermiona wystawiła głowę przez okno, po raz kolejny pytając co ja takiego robię.
Gwizdek.
Pociąg miał zaraz ruszyć.
Zrobiłem jedyną logiczną rzecz, jaką mogłem wymyślić, zagłuszany przez tłoki pociągu.
Pocałowałem ją.
11:00
Pociąg zaczął powoli ruszać.
Stałem tam, na peronie, patrząc na Hermionę, której oszołomiony wyraz twarzy powoli znikał...
