Okej, zacznijmy od ogłoszeń parafialnych:
Nie czerpię żadnych korzyści materialnych z publikowania tej histori,
Wszyscy bohaterowie zostali wymyśleni przez wspaniałych ludzi: J.K. Rowlling oraz Ricka Riordana
Wspominałam, że moje motto brzmi: CZYTAM=KOMENTUJĘ? Jak nie- teraz wspominam.
Postaram się, aby każdy rozdział pojawiał się regularnie, ale nic nie obiecuję.
Nie ukradłam tego z blogu „misja Hogwart", bo sama jestem jego autorką.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam za wszystkie błędy, szczególnie te sensowe (logiczne)
To chyba wszystko, jak coś sobie przypomnę to napiszę. A teraz, mam nadzieję, że przeżyjecie mój twór i, że nie uciekliście przez moje blablanie.
Reachel
Jak poznałam Świętego Mikołaja
Wyszłam z Wielkiego Domu, od razu kierując się do mojego pokoju. Niestety po drodze Ann mnie złapała i zaczęła się ekscytować misją, nie zwracając uwagii, że moje myśli zaprząta coś innego. Co kilka chwil rzucałam entuzjastyczne: „No wiem" lub „Będzie super".
Ona uwierzyła w tą całą gadkę Chejrona o misji, a ja?
Czarodzieje. Hogwart. Magia. Brzmiało to dla mnie jak jakaś fantastyczna opowieść, ale ilekroć o tym tak myślałam, przypominałam sobie, że przecież moje życie od czasu poznania Percy'ego zmieniło się nie do poznania, sama zaczęłam żyć w fantastycznym świecie. Zawsze kiedy idę spać, mam wrażenie, że kiedy się obudzę, będę na powrót w moim olbrzymim pokoju, a te wszystkie wspamniałe i niebezpieczne przygody będą tylko senną marą.
Na razie zawsze budzę się tam gdzie zasnęłam, jednakże wątpliwości nadal istnieją. A jeszcze teraz ta misja- to jest zbyt piękne, aby było prawdziwe.
-Reachel, czy ty mnie w ogóle słuchasz- rzekła córka Ateny budząc mnie z mojego zamyślenia.
- Ah tak, oczywiście- odparłam gorliwie kiwając głową, aby ją udobruchać. Dzieci Ateny nienawidzą, kiedy się ich nie słucha, z czego doskonale zdawałam sobie sprawę.
- To o czym mówiłam?- spytała miarzdżąc mnie wzrokiem.
Ale Bogowie! Skąd ja mam to wiedzieć, przecież jej nie słuchałam. Zaczęłam gorączkowo myśleć, o czym mogła mi opowiadać. Po kilku sekundach zaczęła się nie cierpliwić. A uwierzcie, niecierpliwiąca się heroska ze sztyletem nie powinna długo czekać.
- O… Architekturze?- wyjąkałam szybko.
Ona wywróciła oczami i głośno westchnęła. To chyba była zła odpowiedz…
- Mówiłam, że chciałabym żebyśmy były razem w pokoju- burknęła, odwróciła się na pięcie i odeszła dumnym krokiem w stronę swojego domku. Tylko ona potrafi obudzić takie wyrzuty sumienia, jakie zazwyczaj mam, kiedy ją nieświadomie czymś urażę.
Mruknęłam bezgłośnie „ups" i również odeszłam w stronę mojego „domku", o ile da się tak nazwać jaskinię z elektrycznością, łóżkiem, biurkiem, komputerem, lampą i masą przyrządów do malowania i rysowania, bo tak właśnie wyglądał mój „pokój".
Niektórym mogłoby się wydawać, że jest tam beznadziejnie, a ja jako córa milionera wkółko jęczę i narzekam na niewygodę. W rzeczywistości, wolę dom w Obozie Herosów od tego, w którym się wychowałam.
Tam na okrągło mnie pilnowano, besztano za zachowanie niegodne córki milionera. Ojciec nigdy mnie nie pochwalił, nie zaakceptował mnie taką jaką jestem, tylko mówił do moich niań, że źle mnie wychowują. Często, jak byłam mniejsza, bałam się ciemności i biegłam do taty, aby mnie pocieszył. Nic z tego. Wołał opiekunkę, która siedziała przy mnie dopóki nie zasnęłam.
Czy ja prosiłam o tak wiele? Chciałam normalnego ojca, który mni pokocha.
Zaczęłam się buntować, brać udział w różnych akcjach, kompletnie nie godnych mojej pozycji. Tata się mnie czepiał. A raczej nianie, on nigdy się mną nie interesował.
Dlatego kochałam z całego serca obóz Półkrwii, gdzie nareszcie poczułam się ważna, doceniana.
I nagle ta misja, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, wrzuca do kolejnego nieznanego świata, gdzie nic nie rozumiem, wszystko jest obce.
Czy poczuję się tam jak w domu? Czy tam polubią mnie taką jaką jestem? Czy będę musiała się zmienić? Porzucić malarstwo?- pytania kłębiły się w mojej głowie, jak pszczoły wokół ula.
Po chwili doszłąm do jaskini i przeszłam przez drzwi, zrobione z suchych liści przez dzieci Demeter. Mój nos wypełnił się dziesiątkami różnorodnych zapachów i ziół, zostawionych przez syna Apolla, aby zamaskować wszechobecną wilgoć. Ściany ozdabiały setki małych portretów obozowiczów- zrobionych jeszcze przed wojną z Gają.
Na środku pokoju stał drewniany kufer, a na nim leżała śnieżnobiała koperta zapieczętowana bordową pięczęcią. Zapewne do tej skrzyni mam zmieścić wszystkie potrzebne rzeczy. Ale bogowie, jak ja tam zmieszczę moje płótna, farby, kartki i ołówki? To graniczy z cudem.
Westchnęłam. Chejron bardzo lubi poddawać herosów różnym próbom, ćwiczącym ich zdolności. Problen w tym, że ja NIE jestem heroską i MUSZĘ zabrać wszystkie płótna, kto wie, kiedy tam będę mogła jakieś kupić? Ja przecież nie wytrzymam bez malowania, w ten tylko sposób mogę blokować wizje przyszłości. Pytacie się co złego w widzeniu przeszłości? Kiedy po raz setny oglądasz jakąś bitwę, w której jakiś głupi zamek zostaje zniszczony, to uwierzcie, zaczyna to irytować równie bardzo, jak kolega dźgający cię ołówkiem, podczas ważnego testu lub koleżanka wmawiająca, że kochasz kogoś kogo w rzeczywistości nienawidzisz.
Chwiejnym krokiem podeszłam do skrzyni i chwyciłam drżącymi dłońmi list.
Usiadłam na łóżku otwierając go, a moim oczom ukazało się pochyłe odręczne pismo.
„Droga Reachel Elizabeth Dare,
Jeśli to czytasz, zdecydowałaś się na udział w misji, mającej na celu powstrzymanie Lorda Voldemorta i złej boginii Nyx. Jestem Ci z całego serducha wdzięczny, że podjęłaś ten trud i uwierzyłaś w świat czarodziejów.
Rozumiem, masz prawo czuć się urażona, że tak nagle wpycham Cię w kompletnie obcy świat, bez żadnego uprzedzenia, ale Chejron mówił mi wiele dobrego o Tobie i Twojej niespotykanej, jak na człowieka odwadze.
Pewnie masz wiele pytań, na które nie znasz odpowiedzi, lecz wszystko w swoim czasie. Zapewne zastanawiasz się dlaczego wybrałem wraz z Chejronem właśnie Ciebie- śmiertelniczkę widzącą przez mgłę.
O nie, uprzedzam Cię to absolutnie, to nie ma żadnego związku z duchem wyroczni, nic z tych rzeczy. Wybrałem Cię, bo jesteś pełna nadzieji i wiary, a pośród herosów jest to żadkością. Na inne pytania odpowiem później, kiedy się spotkamy.
Proszę, czekaj na mnie spakowana pod sosną Thali punkt 19:00, zkąd Ciebie odbiorę.
Z wyrazami wdzięczności,
Profesor Albus Persival Dumbledore,
Dyrektor szkoły magii i czarodziejstwa w Hogwarcie.
Wystchnęłam głęboko. Ten list wcale mi nie wyjawił najważniejszych odpowiedzi, lecz cóż, lepsze to niż nic. I jeszcze to: „jestem Ci z całego serducha wdzięczny…", przecież to nie brzmi normalnie, zwracać się tak do kompletnie obcej osoby, szcególnie jeśli ktoś jest dyrektotem ważnej placówki ożwiatowej. Wydawało mi się, że dyrekror będzie normalny, ale nie on musi przecież zwariować, moje szczęście nie pozwoli przecież na mieszkanie w zwyczajnym miejscu.
Powoli i z ociąganiem otworzyłam kufer z nadzieją, że jest dużo większy niż się wydaje. Niestety, w środku znalazłam żółtą kartkę, a na niej spis rzeczy, króre mam wziąć- zero wyjaśnień, a na dodatek skrzynia jest dużo mniejsza niżna to wygląda.
Wprost genialne, jedwabiście, jak ja tam wcisnę moje rzeczy? Leo powinnien natychmiast wynaleźć walizkę, która zmieści wszystko, a nie budować ciało dla swojego smoka Fetusa. W ogóle nie wie co jest jego priorytetem, phi.
- Bielizna, ciepłe okrycie, płaszcz przeciw deszczowy, mugolskie koszule i kilka par mugolskich spodni/ spódnic… Ręcznik, artykuły higieniczne, zbroję i miecz/ sztylet, ewentualnie łuk i strzały… Reszte przedmiotów zakupicie na ulicy Pokątnej, w Londynie- odczytałam na głos i moje spojrzenie utknęło na literach, które układały się w słowo „zbroja". Po co, do diaska ma mi się przydać mieczi zbroja? Przecież tam do walki powinno się używać różdżek, czyż nie?
Jakie są te mugolskie ubrania? Jak wyglądają? Skąd ja je mam je wytrzasnąć? Jaką reszte przedmiotów?
Ta misja coraz mniej mi się podobała. Czułam się jak w ukrytej kamerze, jednym z durnych pomysłów Hermesa. Podeszłam do szafy, otwierając ją. Moim oczom ukazała się srebrna zbroja ze skóranymi paskami. Dostałam ją razem z łukiem i strzałami rok temu na moje urodziny od Travisa i właśnie wtedy na niego nawrzeszczałam, że przeciez nie mam zamiaru walczyć w żadnej bitwie o sztandar oraz nie chodzę na szermierkę.
- Przynajmniej raz wpadłeś na pożyteczny pomysł, ciołku matołku-mruknęłam do siebie z uśmiechem. Dla mnie Travis i Connor to dwa ciołki matołki, a oni doskonale zdają sobie z tego sprawę. Nigdy się nie obrażali, gdy do nich tak mówiłam, każdy wiedział, że są oni dla mnie jak bracia, z którymi się zawsze czubiłam.
Zaczynamy pakowanie!- pomyślałam i zaczęłam wrzucać najpotrzebniejsze (moim zdaniem) przedmiotu do
Za pięć siódma zaciągnęłam swój kufer pod sosnę Thali, czekając na Grovera, który taszczył z jaskini kolejne dwie walizki.
Sama siedziałam na pokaźnym stosie toreb, podemną był: kufer, jedna walizka z płótnami, dwa kuferki z pędzlami, ołówkami i innymi dziwnymi rzeczami, dwie walizy z ubraniami. Przecież mówiłam, że nie zmieszczę się do jednego kufra.
Zobaczyłam Ann, niosącą kolejne plany Olimpu w tubach- po wojnie z Kronosem nadal nie skończyła projektować domu bogów.
Percy patrzył na nią z uśmiechem, siedząc na swoim kufrze, on jako jedyny zmieścił tam wszystkie swoje rzeczy. Leo chwilę temu poszedł po resztę narzędzi, a wokół jego walizek leżały kawałki metalu i jakieś dziwne maszyny, których lepiej byłoby nie dotykać.
Jason i Piper spacerowali wokół sosny, a kilkanaście ich waliz leżało pod drzewem.
Brakowało jedynie bliźniaków, ale i oni po kilku minutach pojawili się na horyzoncie z naręczem pakunków pełnych petard, fajerwerków, balonów i puszek Cocacoli.
- Po moim trupie to weźmiecie!- krzyknęła Ann, patrząc ze złością na synów Hermesa.- Mamy reprezentować godnie Obóz Półkrwi, a nie zachowywać się jak jakieś bahory!
- Spokojnie szefowo, będziemy reprezentować obóz najgodniej z was wszystkich- odparł ze śmiechem Travis. Uśmiechnęłam się, zrozumiałam, że godne reprezentowanie będzie polegać na robieniu kawałów kiedy tylko zdarzy się ku temu okazja.
Annabeth najwyraźniej też na to wpadła, bo jej dłoń niebezpiecznie zbliżyła się do sztyletu i zrobiła głędoki wdech. Czekałam na jej wybuch, lecz wcześniej usłyszałam głęboki huk obok mnie i podskoczyłam ze strachu z głośnym piskiem.
Na nieszczęście, nastąpiłam na jakąś durną maszynę Leosia i najptawdopodobniej zemdlałam.
Gdy się obudziłam pochylał się nademną staruszek z długą siwą brodą, zerkający na mnie znad okolarów połówek.
- Święty Mikołaj?- zapytałam się niewiele myślać nadal nie do końca rozbudzona.
