Przebudzenie w koszmar
Aucturn rok 312 Po Przerwie. Trzy dni po pokonaniu hord prima
Obudziła się.
Zaniosła się kaszlem. W płucach zalegała jej oleista ciecz. Usta wypełniał jej obrzydliwy smak przypominający mieszankę krwi, ropy i potu. Przysiadła na kolanach i zwymiotowała żółcią. Potem się rozejrzała…
Natychmiast tego pożałowała.
Wokół rozciągała się pofałdowana równina spowita żółtą cuchnącą mgłą. Podłoże było niczym gumowata powłoka jakiegoś mięczaka, pokryta rozlicznymi kałużami czarnej cieczy, jaką właśnie wycharkała. Nie było to roślin tylko kępki czegoś, przypominało wrzody. Powietrze miało stęchły odór, o słodkiej nucie gnijącego mięsa. Czworonożne chude istoty człapały po powierzchni tego miejsca, wbijając w „ziemię" długie kłujki, niczym komary w ludzkie ciało.
- Orocorany są pasożytami żywiącymi się sokami tej planety… Trochę jak ty nasza droga Shadow weaver… choć one nigdy nie są tak zachłanne.
Odwróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę odzianego w obcisły czarny strój, którego spowijał czarny dym. Na klatce piersiowej miał złoty znak przypominający odwrócone ankh. Miał przystojną. szczupłą twarz. Oczy świeciły mu złotym blaskiem, a głowa płonęła mu . Szyderczo sparodiował dworki ukłon.
- To oblicze to Carsai Król, Opiekun Boskiej Planety Aucturn, której nieskończone piękno możesz oglądać.
Spojrzała na otaczającą ją krainę. Wszędzie rozciągała się taka sama przestrzeń, jaką widziała wcześniej. Jedynym urozmaiceniem były rozciągające się w oddali wzniesienia, niepokojąco przypominały kręgi wystające z szkieletu na poły zakopanego w ziemi.
- Trzeba się przyzwyczaić aby móc napawać się jego urokiem, ale nie zaprosiliśmy cię tutaj, abyś mogła podziwiać widoki.
Zacisnęła wargi. Prze większość życia nosiła zasłonę, a potem maskę. Teraz z odsłoniętą twarzą czuła się nieswojo.
- Powinnam być martwa… – Rzekła zachrypniętym głosem.
- Ależ byłaś martwa, nasza droga Shadow Weaver. Byłaś tak bardzo martwa, jak tylko może być śmiertelnik, ale to nie zwalnia cię od spłaty twojego długu. - rzekli Carsai i podeszli do kobiety.
Przełknęła głośno ślinę. Zemdliło ją od słodkogorzkiego posmaku. W głębi serca wiedziała, że moc zawsze ma cenę, ale nie przypuszczała, że przyjdzie jej zapłacić ją w tak dosłowny sposób.
- Ale poświęcenie… – powiedziała obronnym tonem.
- Twoje poświęcenie zostało dostrzeżone, i dlatego rozmawiamy tak grzecznie. Inaczej… Ta dyskusja byłaby absolutnie jednostronna. – oczy zapłonęły mu blaskiem tak jasnym, że aż oślepiał - A przypominam, że usiłowałaś nas zabić… Lub przynajmniej to oblicze. [/i]
- Nie to było moim zamiarem… – nakazali gestem, aby przerwała.
- Przypadkiem więc pozwoliłaś, lub wręcz pomogłaś uruchomić broń Pierwszych, które było skierowane ku ich wrogom, do których zaliczało się to oblicze… Być może był to przypadek, a może chciałaś się uwolnić z naszej umowy. – rzekli Carsai.
- Nie zawierałam umowy z wami, nigdy nie słyszałam o was. - rzekła zrezygnowana. Nie wiedziała kim jest ta istota. To jednak nie miało znaczenia. Była tak niewiarygodnie zmęczona, wątpiła, aby cokolwiek mogło ją poruszyć.
- Znasz nas. Carsai Król to jedna z tysięcy masek, które łączy jedno imię… Nyarlathotep. – uśmiechnęli się i Shadow Weaver zadrżała. Zrozumiała już całkowicie, w jak strasznym położeniu się znalazła.
- Jednak nie jesteśmy śmiertelnikiem. Obce są nam takie uczucia jak pycha, żądza władzy, zawiść. Nie żywimy też urazy, Zwłaszcza, że pozbyłaś się kilku problemów, które prześladowały galaktykę od wielu mileniów i za to jesteśmy ci wdzięczni. Jednak… Nie oznacza to, że odpuścimy ci spłatę twego długu. Widzisz, możesz się okazać dla nas okazać się użyteczna. W końcu wszechświat nie znosi próżni… – zaśmiali się – Wybacz ten suchar, mamy ważniejsze sprawy do omówienie. – rzekli i podeszli do czarnoksiężniczki. Przyklękli.
- Powinno cię to ucieszyć, że twoi podopieczni przeżyli, cali i zdrowi. A może będziesz z tego powodu zasmucona? Nigdy nie byłaś zbyt kochającą matką… – uśmiechnęli, a ich oczy rozbłysły.
- Chciałam jedynie… Aby dopełniła swego przeznaczenia, aby mogła być tym kim się stała i… myślę, że dobrze wypełniłam swoje zadanie... Niezależnie od tego, co uczyniłam. Sprawiłam, że jest tym kim jest. Za to mogę odpowiedzieć. Wiem, że skrzywdziłam ją… Je obie i tak wielu innych. Więc jeśli za coś masz mnie karać, to za to. – powiedziała i spojrzała zawzięcie w oczy Zewnętrznego Boga.
- Zostało w tobie dużo dawnej siły. To dobrze. My cię nie oceniamy, bo obca nam jest wasza moralność. Jesteśmy starzy jak sam czas i nie postrzegamy świata w waszych kategoriach. Cierpienie jakie zadałaś… Szkody jakie wyrządziłaś… są bez znaczenia wobec nieskończonego ogromu obojętnego wszechświata… – rzekł i w jego oczach zobaczyła światło gwiazd tak starych, że były martwe gdy Etheria powstawała – Tak samo twoja ofiara, lecz nie twój dług. Jesteśmy jednak nieskończenie łaskawi, i zamiast cierpienia niemożliwego do wyobrażenia, dam ci możliwość powrotu.
Uniosła oczy patrząc na tę istotę ledwie pobieżnie przypominającą człowieka. Znała cierpienie, od tak dawna wypełniało każdy moment jej istnienia. Kuracja She-ry, czy może uczciwie mówiąc Adory, pomogła nieco, lecz to była tylko nieznaczna ulga. Teraz było jednak inaczej. Mogła oddychać swobodnie. Twarz, mimo blizn, już nie paliła zimnym płomieniem. Była w stanie się poruszać niczym młoda kobieta, sprawniej niż zanim Micah ją zawiódł. Ale taki dar miał zawsze swoją cenę. A ona obawiała się, że wie jaka ona jest
- Jeśli chcesz abym zdradziła.. abym zaprzeczyła wyborowi jakiego... – przerwai jej unosząc dłoń.
- Zdrada… To takie wieloznaczne słowo. Czy zdradzić może ktoś, kto niemal całe życie służył tylko sobie samemu? Zawsze pragnęłaś mocy, ale gdy wiedziałaś, że nie jesteś dość silna, aby po nią sięgnąć, posługiwałaś się innymi. Byli przedłużeniem twojej osoby, twoimi… Cieniami, które mogłaś posłać, aby posłusznie wykonywały twoją wolę… Ten jeden jedyny raz nie zachowałaś się egoistycznie i teraz jesteś zdana na naszą łaskę… My jednak pragniemy tylko aby wszechświat stał się na nowo bezpiecznym miejscem dla śmiertelników, których we wszystkich naszych maskach tak bardzo kochamy. – Carsai uśmiechnęli się, a od tego uśmiechu mogłyby płonąć dusze - Chcemy się upewnić, że w przyszłości nikt nie zechce wyzwolić takiej mocy…
Pokręciła gwałtownie głową.
- Nikt więcej nie użyje Serca Etheri, sami mówiliście, że zostało zniszczone… Pierwsi nie żyją więc nikt już go nie obuduje!
Carsai patrzyli na nią w milczeniu. Czuła, że czegoś nie wychwyciła, Czegoś niezwykle istotnego.
- Nie jest martwym ten, co może spoczywać wiekami, nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi wiekami. Wiesz, że przynajmniej jedno z nich żyje, ale przecież nie może być jedyna… Ukrywają się gdzieś daleko, w miejscu nieznanym nawet nam. Koniecznym jest więc, aby to miejsce zostało odnalezione. – powiedzieli i wpatrywali się w dal oczekująco. Shadow weaver poczuła ulgę. Nie będzie musiała wracać do tego wszystkiego. Zawsze wydawało jej się, że wszystko co robiła, było dla większego celu. Jednak zawsze miało to wysoką cenę, a nie była pewna czy chciałaby, aby inni znowu musieli ją płacić.
- Aby jednak odnalezienie Pierwszych było możliwe, musisz wrócić Etherię. Nie sama oczywiście. Pewne przygotowania zostały poczynione już jakiś czas temu, z myślą o takiej właśnie chwili. Musisz coś zrozumieć. Jesteśmy emisariuszem Zewnętrznych Bogów. Ich Duszą. I zawsze chętnie sobie pomagamy…. Jest Klucz i Brama. Klucz i Brama! Rozumiesz? Przygotowaliśmy specjalny dar dla mieszkańców Etheri, ale musisz się śpieszyć moja droga, bo już ruszyli ci, co ponownie chcą odzyskać swe dziedzictwo… Nie tylko my czyhamy w mroku pomiędzy gwiazdami. Oni mają wiele planów… Wiele sług… A niektóre z nic są zawsze głodne. Ale nasz prezent powinien… sprawić, że będziemy w stanie przejąć inicjatywę. To bardzo piękny prezent. Spodoba ci się.
Najpierw poczuła zapach…. Zapach był dziwny, nieco odrzucający i nienaturalny, jakiego nigdy nie powinno być na ziemi. Następnie poczuła Obecność… Obecność obcą nawet jak na te miejsce… Potem usłyszała słowa.
- Witaj Matko… Czeka nas wiele wspaniałych przygód.
Kilka lat potem. Obrzeża Światów Paktu.
Statek badawczy Uniwersytetu Kemanis - Mądrość Triune przemierzał ogromne przestrzenie rubieży systemu gromadząc próbki do badań. Biznesmani z Absalonu, zwłaszcza z Abadar Corp często zlecali badanie odległych rejonów, aby potem można było rozpocząć tu operacje pozyskiwania surowców. Oczywiście, głównym zadaniem miało być badanie historii rozwoju układu i tego typu sprawy, lecz kapitan Ricat, Ysoki z Absalonu, dobrze wiedział, że odnajdywanie miejsc wartościowych gospodarczo jest ważnym źródłem dochodu dla Uniwersytetu. Praca była nudna i męcząca, lecz niezbyt trudna a po za tym świetnie płatna. Nie miał więc zbyt wielu powodów do narzekania, nawet w przypadku ataku piratów uniwersytet wykupiłby go.
Lecz teraz coś przerwało tę nudną podróż przez bezkresną pustkę. Wykryto sygnał. Słaby, ledwie wykrywalny z tej odległości, zostałby z pewnością pominięty przez kogoś mnie skrupulatnego lub… mniej znudzonego. Niewielki obiekt pośród pustki mógł tu dryfować samotnie przez nieprzeliczone eony, ale trafił na Ricata, który nie przepuściłby takiej okazji. Choćby z powodu zdrowej Ysockiej ciekawości. Kazał skierować statek ku temu obiektowi, i gdy znaleźli się w odpowiednim zasięgu, uruchomił skanowanie. Okazało się, że to kapsuła ratunkowa, nieznanego pochodzenia. Co ważniejsze, w kapsule było życie. Cóż, teraz nawet gdyby chciał, nie mógł się wycofać. Zgodnie z prawem musiał teraz wziąć na pokład rozbitka, udzielić mu pomocy i odwieźć go do najbliższego miejsca, gdzie mógłby znaleźć bezpieczne schronienie, Ricatowi niespecjalnie to przeszkadzało, bo i tak sama kapsuła wydawała się wystarczająco cenna, aby zadać sobie trud. Kazał więc wystrzelić chwytaki i wciągnąć obiekt. Potem Wraz z shireńską technik Ikt poszli do ładowni. Tam przyjrzeli się kapsule. Była starożytna, trudnego do określenia pochodzenia. Na pokrywie był symbol białej róży…
