Przebudzenie w życie

Dryft Rok 317 Po Przerwie.

Przebudziła się. Na wiele sposobów. Czuła smród własnego niemytego ciała, brudnych włosów, przepoconej pościeli i sierści Toshiego. Elektryczny błękitny lis spał wtulony w jej plecy smacznie sobie pochrapując, ale gdy tylko się podniosła podleciał i zaczął się ocierać o jej plecy. Poczuła elektryczny dreszcz przeszywający całe ciało.

- Deszczowe dni odeszły lisku… Już będzie dobrze… – powiedziała, choć wiedziała, że deszczowe dni wrócą. Zawsze wracały.

Ile to minęło? Nie była pewna. Polepszać zaczęło się już przed poprzednią kolacją i teraz przespała całą „noc". Na statku trudno było zachować poczucie czasu. Liczyła posiłki i leki, które przynosiły jej Bina i Itel, ale zawsze traciła rachubę. Nie pamiętała nawet czym ją ostatnio karmiono, ale nie jadła dużo, bo czuła się głodna. Bardzo. Ale najpierw musiała zająć się ważniejszymi sprawami. Obejrzała stary pistolet, sprawdziła czy jest czysty i nie zabrudzony. Potem to samo zrobiła z karabinem snajperskim. Przeczyściła lunetę i sprawdziła czy celownik laserowy jest naładowany. Potem przyjrzała się prawemu ramieniu. Wyglądało jakby było wykonane z mosiądzu, ale nie było gładkie tylko jakby porowate. Pokryta była licznymi, ledwo widocznymi runami. Nikt nie potrafił ich odczytać, choć doktor Sidonius wysnuł kilka hipotez, ale wolała, aby Wysysol się jej za bardzo nie przyglądał, bo zawszy miała niezmierną ochotę wbić mu nóż w martwy mózg. Pewne jest tylko to, że nie jest to zwykła proteza, a starożytny Archeotech. Wyjęła baterię do broni z szafki i wzięła do sztucznej ręki. Poczuła mrowienie sięgające aż za łokieć, gdzie wrastała w żywe ciało. Runy, przynajmniej te na dłoni, rozbłysły błękitno złociście. Nikt inny nie widział ich, ale ona lubiła się im przyglądać. Kończyna stała się teraz lżejsza, lepiej też przewodziła czucie. Nakarmiła Toshiego częścią energii, ale nie za bardzo, bo robił się wtedy nadpobudliwy. Rozejrzała się po swojej kajucie. Była ciasna, znajdowało się tu tylko łóżko, szafka i umywalka oraz ciasna toaleta. No właśnie. Poszła się załatwić, a potem umyła się w misce z wodą. Reżym wodny w kosmosie był poważną sprawą, której nie chciała zaniedbywać. Potem ubrała się i niechętnie pościeliła łóżko. Nie lubiła sprzątać, ale przez ostatnie kilka dni nie pomagała reszcie załogi, więc tyle powinna robić bez marudzenia. Potem podeszła do lustra. W pokoju panował półmrok, ale jej to nie przeszkadzało, widziała w prawie całkowitej ciemności. Stanęła przed lustrem z blachy. Przeczesała proste tłuste włosy ciemnoczerwonej barwy. Głowę miała z lewej jednej strony ogoloną, tak, że reszta włosów opadała na prawą. Cerę miała ciemną, a usta wąskie. Oczy były żółte, kocie, ale z licznymi błękitnymi plamkami, które rosły gdy czuła… Gdy czuła. A zazwyczaj czuła, gdy chciała zrobić komuś krzywdę, a była całkiem dobra. Lewa ręka została pozbawiona paznokci za pomocą chirurgicznego zabiegu dawno temu… Za karę. Przywiązała więc do nadgarstka wysuwane ostrze. Na koniec przypięła pas z granatami. Poczuła się pewnie. Widziała jak wokół niej tworzy się strefa śmierci. Każdy, kto znajdzie się w niej, będzie cierpiał. Nikt jej nie dotknie. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele. Zamruczała