Śniadanie na krawędzi otchłani.

Bina nadzorowała jak Lilka, Alatar i Itel przygotowują śniadanie. Wprawdzie trudno było to nazwać przygotowywaniem, skoro wszystko polegało głównie na odgrzewaniu opakowań makaronu sojowego z sosem, pasty drożdżowej i potrawki grzybowej, ale wspólne śniadania były ich rytuałem, który rzadko porzucali. Przy stole siedziała Ireanis, która rozglądała się wokół z nieco zamyślonym uśmiechem. Srebrnowłosa elfka o ciemnej skórze w nieco staroświeckim stroju czarodziejki była ich magiem, i to bardzo potężnym magiem… o ile była trzeźwa. Utrzymanie jej w tym stanie wymagało dużo uwagi i cierpliwości, na którą często nie mogli sobie pozwolić… Była kimś unikalnym, czarodziejką ze starożytnego Golarionu, która… no cóż czarowała pewnego razu po pijanemu. Uczyła się gdzieś w miejscu zwanym Mwangi i nabyła tam wielkich umiejętności, ale niedługo potem stało się coś strasznego i… zaczęła pić. Nigdy o tym nie mówiła, choć chętnie opowiadała o swoich przygodach, a jej podopieczni lubili słuchać tych histori, nawet jeśli w połowie były zmyślone. Po za tym była ich jedynym quasi nauczycielem jakiego mięli i nawet pomimo swej dziwaczności oraz okresowego popijania potrafiła czasem coś wyczarować. Czasem…

Kamera na wysięgniku się przybliżyła się i rozległ się metaliczny głos komunikatora.

- Witam was i życzę smacznego!. – rzekł Ilemshaw

- I tobie też życzymy smacznego rybku! – rzekła Lilka, która smarowała pastą drożdżową płaski chlebek.

Ilemshaw…Starożytna istota z rasy Algholitu, którego uratowali z Kesleru… Lub, który pomógł uratować ich. Teraz przebywał w dużym akwarium w specjalnym pomieszczeniu i był ich oficerem naukowym. Na całym statku było kilka kamer i wiele wysięgników, dzięki czemu mógł wykonywać swoją pracę nie opuszczając zbiornika, a do tego mieli kilka niewielkich dronów które mógł kontrolować. Problem polegał na tym, że według dawnych podań Algholitu byli mrocznymi istotami stojącymi za wieloma straszliwymi wydarzeniami… Ale dla nich Ilemshaw był miły…. I mogła mieć tylko nadzieję, że nie obróci się przeciw nim…

Usłyszeli kroki i do środka weszła Eti w swym codziennym stroju czyli jakby szła na wojnę. Stanęła w wejściu, ziewnęła i idąc powoli, nie patrząc na nikogo usiadła na krześle. Bina poczuła, jak ze wszystkich powoli uchodzi ciśnienie. Eti tym razem dosyć długo miała „deszczowe dni", jak to eufemistycznie określali, więc wszyscy już czekali aż wróci… Itel podała miskę z potrawką grzybową. Eti powąchała potrawę i skrzywiła się z niesmakiem.

- Nie ma mięsa? Gdzie się podziało mięso? – zapytała ponurym głosem patrząc na wszystkich spode łba

- Też miło mi cię widzieć Eti. Mięso wyszło tydzień temu. – rzekła Bina z sarkazmem, ale wszyscy wiedzieli, że gdy narzeka i marudzi, to znaczy, że jest z nią dobrze.

- Może zjemy Alatara? Jego by starczyło na kilka tygodni… Nawet odliczając żelastwo![/i] – Powiedziała Eti i wskazała palcem urękawicznionej ręki na Alatara. Cóż, trzeba przyznać, że jako dragonkin był największy z wszystkich młodych członków załogi i chyba największy ze wszystkich. Zwłaszcza, że miał niewielką nadwagę. Choć w porównaniu ze smokiem był mikrusem. Wyglądał zresztą jak humanoidalny smok o srebrzystej łusce. Miał też jednak sporo wszczepów, w tym interfejs na ręce i spawarkę na ogonie. Jego babka była zamożnym przedsiębiorcą na Absalomie i pomogła im zdobyć część funduszy na tę wyprawę, ale też sfinansowała jego edukację na Technomantę.

- Bardzo zabawne. Czemu nie mielibyśmy zjeść ciebie? – zapytał technomanta, ale dziewczyna opowiedziała mu swoim spokojnym, nieco matowym głosem

- Jestem drapieżnikiem, a drapieżników z reguły się nie jada. – przekręciła głowę na bok bez mrugnięcia przyglądając się Smokowcowi.

- Ja jestem smokiem, a smoki są na szczycie łańcucha pokarmowego. – rzekł oburzony Alatar.

Eti przechyliła głowę do tyłu.

- Smoki być może. Jeszcze z żadnym się nie spróbowałam, ale ty mój drogi jesteś smoczkiem i to dosyć grubiutkim. – powiedziała tym samym łagodnym tonem.

- Eti wygrała! – zawołała radośnie Lilka, niska rudowłosa dziewczyna o twarzy i ramionach pokrytych orkowym tatuarzami, albo przynamniej czymś co miało tak wyglądać… to była dosyć… drażliwa kwestia. Była o rok lub dwa młodsza od pozostałych, czyli miała około siedemnastu lat. Była muskularna i nosiła dziwny strój, który w jej opini miał być rdzenie orkowym ubiorem. Poprzyczepiała do niego mnustwo drobnych przedmiotów, które miały uchodzić za orkowe amulety. Kilka z nich być może było JAKIMIŚ amuletami, część była kapslami…

Mimo swego nażekania Eti pochłonęła trzy miski zagryzając je chlebkami błyskawicznymi. Potem Itel dyskretnie podała jej tabletki, które tamta zjadła bez szemrania. Itel była zielonowłosą elfką o ciemnoniebieskich oczach. Włosy miała krótko obcięte, twarz zawsze miała skupioną . Patrzyła na innych nieufnie, chyba że ktoś wydawał się być użyteczny do realizacji jej „wielkich planów" jakiekolwiek by one nie były. Wtedy wybuchała nieco niepokojącym entuzjazmem. Była ubrana w czerwoną bluzę bez rękawów. Ramiona miała pokryte tatuarzami przedstawiającymi płonące róże. Na szyi i twarzy miała symbole Solariańskie. Przeszła szkolenie dwa lata temu i teraz potrafiła przywołać srebrzyste księżycowe ostrze. Z całej paczki to ona była najbardziej zacięta i pchała resztę do tych wszystkich szalonych pomysłów, których zwieńczeniem była ta wyprawa. „Cholerny Sidonius, powinnam była mu wbić kołek przy pierwszej okazji"

Po śniadaniu zmyli naczynia i przygotowywali się do przeglądu systemów statku. Wylecieli już z Dryftu i niedługo mieli wylądować na Saltmarsh, ich ostatnim przystanku na drodze w nieznane… W otchłań. Jednak pierw Itel zebrała rówieśników przy innym, bardziej ponurym rytuale. Bina nie lubiła go, ale rozumiała, że jest dla nich ważny… ale… Itel, Alatar Lilka i Eterna stanęli przy stole i położyli na nim dłonie.

- Zęby za obrazę. – Powiedział poważnie Alatar.

- Język za kłamstwo! – dodała Lilka

- Ręka za cios! – powiedziała Eti.

- Oczy za oko! – zakrzyknęła Itel

- Serce za zdradę. – zawołali jednocześnie i Itel wykonała cięcie nad dłońmi pozostałych

„Oni są naprawdę kochani, gdy nie są tacy straszni."

Po przeglądzie systemów jej podopieczni udali na trening. Statek mógł lecieć jakiś czas na autopilocie, więc miała chwilę aby zajrzeć w pewne miejsce. Poszła do ładowni i poszukała ukrytego czytnika biometrycznego ukrytego we wnęce i dotknęła go. Otworzyła się ukryta ładownia. Weszła tam i rozejżała się. Jej zawartość się nie zmieniła, Bina zawsze wolała sprawdzać ją regularnie… Była tam kroi-lodówka z zamrożonymi jajami ślimaków tygrysich i os kometowych, oba gatunki były wyjątkowo paskudnymi drapieżnikami gwarantującymi bardzo bolesną śmierć. Wielka machina w rogu o szczękach jak u morskiego drapieżnika i szponach jak maczety była robotem szturmowym z serii Pk 5, które nawet dowy uznawał za zbyt makabryczne. Półtony ładunków wybuchowych leżało sobie jak gdyby nigdy nic w ognioodpornych kontenerach. Za ich pomocą mogliby zniszczyć dzielnicę miasta. Trzydzieści ładunków z gazem rozkładającym tkankę i drugie tyle z gazem paraliżującym spoczywało specjalnie zabezpieczonym pojemniku. Sześć spopieleczy skał stało pod ścianą. Oficjalnie było to tylko narzędzie górnicze, które potrafiło bez problemu przepalić się przez kilkadziesiąt metrów skał. Groźniejszy był fakt, że fala promieniowania zabijała wszystko w promieniu kilometra. Najbardziej znane były z tego, że blask wybuchu potrafił oślepić wszystkich w zasięgu paru kilometrów. Tylko Dwie… lb trzy osoby w galaktyce potrafiły je uruchomić, ze względu na zamek biometryczny, a jedną z nich była Eti. No i wreszcie na samym końcu znajdował się ich największy skarb. Stu kilotonowa głowica atomowa. A nie liczyła sprzętu, który mieli legalnie. Skryła twarz w dłoniach i zaśmiała się absolutnie bez radości..

- Pozwalam tym dzieciakom ciągać ze sobą Broń masowego rażenia… Jestem najgorszą matką w galaktyce.