Bezlitosna
Tonado szedł przez ciemne korytarze Bezlitosnej, Mijał podległych mu członków załogi rzucającym i poważne spojrzenia. Był w końcu, wprawdzie od niedawna, pierwszym oficerem na pirackim statku, a to wymagało umiejętności wzbudzania szacunku. Jako Skitermaderowi sprawiało to wiele więcej problemów. Ale się starał dla jego wielkiej i wspaniałej pani kapitan! Nie było drugiej tak cudownej i nieustraszonej piratki w całej galaktyce, a on, zwykły pirat został wyróżniony tak odpowiedzialnym stanowiskiem. Osobiście go awansowała po tym jak Reh-Zar został wykonać swoje ważne zadanie. To znaczy on teraz był prawą ręką Pani kapitan. W przenośni. Albo i nie? Kapitan nie miała prawej ręki tylko protezę, która zawsze zawodziła, więc być może naprawdę był jej prawicą? Gdy o tym pomyślał wypiął dumnie pierś, poprawił wszystkie sześć ostrzy i ruszył na mostek
Na miejscu byli już drugi oficer Gydva, jednooka Veska wielka nawet jak na przedstawicielkę swej rasy, półdrowi bosman Kaert i artylerzyści Chart, którzy byli androidami. Gydva nie lubiła Tonady, bo on dostał stanowisko, którego ona pragnęła. Jednak Skittermander nie pozwoli się zastraszyć, nawet jeśli nie sięgał jej do kolan, a kopniakiem mogłaby rzucić nim przez całe pomieszczenie. Kaert był groźny i wojowniczy, ale Tonado nawet go lubił, a Chart najbardziej na świecie kochali korzystać z ich artylerii plazmowej. No była jeszcze Tirin, ich nawigatorka ale ona żadko opuszczała sterownię, a inżynier Gozamund robił podryftowy przegląd ich okrętu. Na fotelu kapitana siedziała ona, ich kapitan. Moonshadow.
Wysoka kobieta odziana w luźny purpurowy płaszcz pochylała się nad monitorem i przyglądała się informacjom, jakie tam wyświetlano. Spod kaptura wystawały półkrótko przycięte różowofioletowe włosy. Na twarzy, poniżej fioletowych oczu miała maskę jasną z błękitnego szkłodiamentu. Wielu twierdziło, że skrywa tam straszliwe blizny, ale załoga bezlitosnej wiedziała, że prawda jest inna. Prawą ręka została zastąpiona metalową protezą, ale nie działała ona w pełni sprawnie, więc posługiwała się głównie lewą ręką, którą mogła też przywołać solariańską flarę. Była groźnym wojownikiem, i oczywiście jego ukochaną panią kapitan.
- Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze Tonado? – zapytała łagodnie odwracając się do skitermandera. Miała dźwięczny głos nieco tylko przytłumiony przez maskę.
- Tak pani kapitan! – zakrzyknął salutując wszystkimi sześcioma rękoma. Po wyrazie jej oczu rozpoznał, że uśmiecha się do niego.
- Kaert, część załogi może wylądować, ale niech się pilnują. To może i jest dziura, ale z tego co wiem pełna groźnych bękartów
- Cóż, trzeba będzie zakupić jak najwięcej używek oraz wypłacić przyszłe udziały, jeśli miejsce do którego lecimy jest tak straszne jak mówią – rzekł podejżliwie przyglądając się wyświetlonemu na ekranie wizerunkowi planety. Brązowo- zielony glob nazywał się Saltmarsh i był prawie niezamieszkany nielicząc miasta noszącego taką samą nazwę jak ten świat oraz grupek nomadów przemierzających solne pustynie i bagna.
- Wątpliwe, czy plotki choć w części oddają jego naturę - rzekła po chwili namysłu delikatnie sięgając ręką do pleców. – Będziemy potrzebowali wszystkich członków załogi więc niech uważają. Mamy wystarczająco dużo… zasobów aby im zapłacić… - poirytowana pomasowała skroń. Pamiętajcie o nagrodzie i skarbach, jakie nas tam czekają… - rzekła kapitan Moonshadow. Kaert się uśmiechnął zachłannie, ale Gydwa nie była taka pewna. Popatrzył na nią z wyższością. On walczył dla chwały służenia pod największą kapitan w galaktyce. Tirin i Gozamund służyli dla sprawy jaką była walka z Azlanti i przystaną na każdy plan, który jej są przysłuży.
Kapitan wstała i popatrzyła na Gydwę. Veska była wprawdzie większa pod każdym względem od Moonshadow, ale pod jej spojrzeniem nieco się cofnęła. Rzekła powoli i wyraźnie.
- Pamiętaj, że nie jestem zwykłym rabusiem. Walczę i zabijam w imię wyższych celów. Dlatego nie bądź obrażonym dzieciakiem, któremu zabrano słodycze. [/i] – rzekła i przywołała flarę, którą zaczęła powoli do twarzy Gydwy. Ta spuściła wzrok.
- Ale nie martw się. Znajdziemy tam bogactwa ponad wszelkie wyobrażenie. – dodała gwałtownie gasząc flarę tak, że Veska aż wzdrygnęła się. Kapitan zwróciła się do Tonado.
- Ty polecisz ze mną. Mamy kilka rzeczy do załatwienia. Jeśli plotki, które usłyszałam są prawdziwe, to znajdziemy tam coś bardzo ciekawego.
Tonado poczuł, jak jego wielkie Skittermanderskie serce zabiło mocno. Będzie na wspaniałej, niezwykłej i cudownej wyprawie ze swoją kapitan i razem przeżyją przygodę…
Kapitan Moonshadow była zmęczona rozmową ze swoją załogą, a przez najbliższe dni czekało ją jeszcze mnustwo pracy, zwłaszcza jeśli to co usłyszała na temat pewnych osób przebywających na Saltmarsh jest prawdą… A potem odlecą w nieznane. Bała się tej chwili. Ona, ta za której głowę której Wieczny Tron wyznaczył nagrodę wartą małego księżyca, ta która prowadziła swoich podwładnych na liczniejsze oddziały wiecznej gwardi, która wszczęła rebelię na Jadehell, czuła największy strach, jaki pamiętała. Ale musiała się udać w ten spustoszony obszar galaktyki, aby zdobyć odpowiedzi… Odpowiedzi na pytania, które prześladowały ją odkąd obudziła się na stacji Absalon…
Udała się do swojej kajuty. Pomieszczenie było dosyć duże i przestronne, prawie pozbawione mebli nielicząc maty do spania i kilku poduszek. Ściany były jasnofioletowe, oświetlane przez delikatny blask elfich lamp z Castrovalu, które imitowały światło gwiazd… Gwiazdy… Tak lubiła ich blask. Zdawały się składać niewypowiedzianą obietnicę… Ich światło przynosiło nadzieję na to, na to, że tam gdzieś może czekać nas coś lepszego, że zawsze jest jak przyszłość, nawet jeśli nie doskonała. Uszczelniła pomieszczenie i podwyższyła ciśnienie, a potem usiadła na jednej z poduch. Zdjęła maskę i wzięła głęboki oddech. Uśmiechnęła się. Wbrew temu, o czym powszechnie plotkowano pośród piratów i podróżników, jej twarz nie była oszpecona. Nie pokrywała jej sieć groteskowych blizn. Maska pomagała jej oddychać. Dziesięciomiesięczny pobyt na Jadehelll zniszczył jej płuca. Toksyczne wydzieliny tamtejszej flory i zarodniki trujących grzybów pochłonęły życie tysięcy więźniów. Przyroda na Jadehell nie chciała cię zabić. Ona to robiła mimochodem, powoli i nieubłaganie. Nie groziło jej uduszenie, nawet gdyby ją zdjęła. Ale wtedy jej oddech stawał się krótki i bardzo szybko się męczyła, Odczepiła cybernetyczną protezę ręki. Jej ciało źle znosiło wszczepy i czuła nieustanny ból fantomowej kończyny, gdy miała przymocowane sztuczne ramię. Rękę straciła gdy dotknęła gwiezdnego kamienia. Wydarzyło się to kilka lat temu i było to jej najstarsze wspomnienie. Wszystko wcześniej przykrywała biel… Dokto pomógł jej wydobyć trzy wspomnienia. Z wielkim trudem rozpostarła swoje półprzezroczyste skrzydła. Doznały one wielu uszkodzeń podczas przesłuchania i pobytu w koloni karnej. Teraz je chroniła pod płaszczem, bowiem i tak nadawały się już tylko szybowania. Skrzywiła się z bólu i powiedziała.
- Miecz, który muszę zdobyć. Ręka tej, która mnie porzuciła i głowa najeźdźcy…
