Wspaniałe trio nieznajomych

Arkan-tar przetarł okulary w zamyśleniu. Nie spodziewał się, że ta misja będzie łatwa i jego oczekiwania się ziściły. Poszukiwania tajemniczej planety, która pojawiła się znikąd, a której odkrycie było powiązane z tak dramatycznymi wydarzeniami mogło wydawać się wspaniałą przygodą, lecz tylko w wyobrażeniach ignorantów. On od lat był archeologiem i poszukiwaczem sekretów pradawnych ras, więc nie miał złudzeń, że zamiast przygody czekają na nich krew, pot i łzy. Arkan jednak akceptował to, bowiem nagroda jaką mogli zdobyć przekraczała wszelkie wyobrażenia… O ile oczywście dożyją, aby się nią nacieszyć.

Popatrzył na swoje odbicie w niewielkim lustrze wiszącym na ścianie jego kajuty. Jak wszyscy Verthani, mieszkańcy uwięzionego pomiędzy wiecznym dniem i nocą Versecu, miał całkowicie czarne oczy bez białek. Mógł zmieniać kolor skóry, ale lubił utrzymywać jednolitą barwę w odcieniu szarości. Włosy miał krótko przycięte, siwoszare włosy. Zazwyczaj się uśmiechał, tajemniczo i nieco przebiegle. Nie był zbyt przystojny, ale jego rysy nie odstręczały. Poprawił okulary, niezwykle cenny dar, który dostał od Doktora… Pozwalały czasem doświadczyć odległej przeszłości,, ech czasów minionych i zapomnianych. Starożytny artefakt z utraconego Golarionu… lub innego miejsca. Nigdy nie poznał w jego histori.

Gdy opuszczał kajutę, przykrył Lustro Głodnego Księżyca prześcieradłem. Potem polecił obsłudze portu przetransportować je do hotelu Koniec Początku, gdzie mieli się zatrzymać. Ciekawiło go, czy załoga miała go za próżnego, bo potrzebował dwóch luster. Opuścił absalomski frachtowiec Endless Voyage, którym przywieziono go na Saltmarsh. Statek przybył tu kupić ciastka z much, drzem z much, pył muszy. Dostrzegał jasny wzór w towarach eksportowanych przez tę planetę. Gdy tylko opóścił budynek portu, zdecydowanie zbyt duży jak na to zapomniane przez bogów i ludzi miejsce, poczół, jak w twarz uderzył go gorący młot słońca. Opóścił Versec wiele lat temu i większość życia spędził w ciemnych miejscach lub na pokładzie statków kosmicznych, więc jego oczy zdążyły się odzwyczai od ostrego światła. Ubrał kapelusz i udał się do niewielkiej kafejki, gdzie zatrzymały się jego pozostałe dwie towarzyszki podróży. Jedną z nich był stosunkowo niska Lashuntka o srebrzystych włosach i śniadej cerze nazywająca się Rechiza. Tym co przyciągało wzrok były oczy. Zamiast typowo owadzie, były matowo szare z widocznymi setkami porów, jakby ktoś próbował połączyć lashuntyjskie oczy z ludzkimi. Była Damaya i przez to wyróżniała się bystrością umysłu, która rekompensowała delikatną budowę. Straciła swoje czułki, podobno w trakcie tego samego wypadku, który pozbawił ją oczu, ale nie był tego pewien, bowiem nic na ten temat mówiła, a on nie naciskał. Udawała archeolożkę, lecz była łowczynią kultów w służbie piekielnych rycerzy,, ale nie była świadoma, że zna jej prawdziwy zawód, ani ze wie, kto zaprojektował jej oczy. Była całkiem rozmowna w trakcie podróży, ale bardzo umiejętnie unikała poruszania tematów związanych z swoim fachem i powodem, dla którego przyłączyła się do tej wyprawy. Pewne jest tylko to, że wiedziała zdecydowanie więcej niż inni

- Co takiego ważnego miał nam do powiedzenia Lord Admirał, że nie mogłybyśmy być obecne w czasie tej rozmowy – powiedziała uśmiechając kwaśno.

- Teoretycznie ja dowodzę tą wyprawą, więc ja nas wszystkich reprezentowałem, ale zgadzam się. Następnym razem będziemy w konferencji uczestniczyć razem, wtedy nie będę musiał wam wszystkiego powtarzać tego, co już zostało powiedziane – rzekł Arkan starając się brzmieć jak najuprzejmiej. Druga kobieta parsknęła pogardliwie.

- Oh, to zbytek łaski. Co twoich towarzyszy mogłoby obchodzić co się z nimi stanie podczas podróży przez najbardziej przeklęty przez bogów zakątek galaktyki. - rzekła ponurym tonem Dilayla. Była wysoką półelfką z Minitar, odległej i prawie zapomnianej planety położonej gdzieś w głębi bezmiaru. Miała krótko obcięte włosy z grzywką, które miały jasnoniebieską barwę. Policzek przecinało pasmo blizn, ślad po odłamkach, które trafiły ją podczas jakiejś eksplozji dawno temu. Straciła ręce, które zastąpiono cybernetycznymi protezami, podobnie jak prawą nogę. Na szyi nosiła symbol Iomadae. O jej przeszłości niewiele wiadomo, nielicząc tego, że straciła rodzinę w trakcie tajemniczego ataku Dominium Czerni, i została uratowana przez rycerzy piekieł. Była o wiele mniej wylewna niż Rechiza, czyli przez większość podróży po prostu milczała. Arkanowi nie przeszkadzało to zbyt mocno, bowiem nie wymagał od ich specjalistki od broni zbyt wielkiej elokwencji. Ale mimo to wolałby ruszyć na taką daleką podróż w atmosferze przyjaźni. „Zaufanie nie jest naszą mocną stroną" pomyślał Verthani. Dilayla potrafiła obsługiwać zbroje wspomagane i broń ciężką, więc w razie zagrożenia to na niej leżała lwia część odpowiedzialności za przeżycie ich trójki. Przynajmniej w teori, bowiem dzięki wszczepom i exocortexie potrafił bardzo sprawnie posługiwać się bronią długą, gdy zaszła taka potrzeba, a Rechiza była wypaczycielką i mogła przywoływać fragmenty rzeczywistości z innych światów. O tyle więc dobrze, że w starciu z wrogami byli w stanie zadbać o siebie.

- Twój sarkazm jest niepotrzebny. Najbliższe pół roku spędzimy razem i musimy jakoś ze sobą żyć. Rozumiem, że to zadanie może się nam wszystkim wydawać pełne zagrożeń i to nie tylko tych oczywistych.

- Rozumiem cię, jednak mam nadzieję, że w przyszłości będziemy traktowane jako równorzędne członkinie tego zespołu? – Powiedziała Rechiza poważnym głosem, nie spuszczając zeń swoich metalicznych oczu. Arkan ukłonił się nisko i rzekł na zgodę.

- Tak się stanie – a potem streścił im całą rozmowę. Dilayla popijając kawę „zupełnie jak z Golarionu" prychnęła na koniec prawie opluwając Verthaniego i Lashuntkę.

- Czyli jak rozumiem, będziemy niańczyć jakąś tam bogatą panienkę, jej starą zgrzybiałą nianię i nieżyciową naukowczynię? Czy ktoś tam nie zdurniał do reszty, jakby wyprawa do miejsca, które najprawdopodobniej jest wrotami do wymiaru udręki była spacerkiem.

Rechiza pokręciła głową.

- Z tego co mówił Arkan, Lady Cala wygląda na kompetentną osobę, która będzie w stanie zadbać o siebie, więc nie będziesz musiała jej przewijać. Z tego co wiem, jej rodzina włada zamkiem Grayskull od setek lat przed Przerwą. Najprawdopodobniej jest ostatnim przedstawicielem tego wielce szacownego rodu. Panna Daisy od niedawna mieszka na Carurystalu i cieszy się tam pewnym szacunkiem. Jest zarządczynią dworu i czarodziejką cenioną nawet poza tą dosyć rustykalną planetą – rzekła Lashuntyjka w zamyśleniu.

- Grayskull? To była rodzina piratów czy nekromantów. – zapytała Dilayla skrzywiwszy się.

- Kiedyś? Kto to może wiedzieć? Teraz? To była szanowana, dobrze ułożona rodzina, choć dosyć pechowa.

- Widzę, że nieźle się przygotowałaś. – zapytała wojowniczka uśmiechając się niewesoło.

- Zawsze staram się być przygotowana – powiedziała Rechiza z pełną powagą.

- Ale ten jeden raz, gdy straciłaś oczy nie byłaś – powiedziała Dilayla ze złośliwym uśmiechem i wstała od stołu – Prowadź Arkanie, miejmy już to wszystko za sobą.

Uczony Verthani ukłonił się jej i wyraźnie poirytowanej Lashuntyjce i poprowadził do hotelu.