Koniec początku
Rechiza starała się stłumić złość na żołnierkę, ale nie było to łatwe. Od czasu tamtego… wypadku, nie mogła w pełni zaakceptować swego stanu, choć to nie utrata oczu bolała ją najbardziej. Jej wzrok… Cóż te implanty miały pewne zalety. Widziała z nieznaną wcześniej głębią i czułością. Miała jednak węższy kąt widzenia i nie postrzegała barw w naturalny sposób. Rozpoznawała kolory, ale ich nie widziała, więc świat był dla niej szary i bezbarwny. Jednak nie to było największym problemem. Implant posiadał sztuczną inteligencję, której celów i zamiarów nie była w stanie określić. Czuła, jakby jej oczy kazały jej dostrzegać pewne rzeczy i wręcz wypalały je w jej pamięci. Tym się jednak nie przejmowała, o wiele bardziej martwiło ją to, że mogły ukryć przed nią rzeczy, kluczowe dla jej pracy…
Ale w kwesti wzroku koniec końców wyszła na plus. Utrata telepatii i lashuntyjskich zmysłów bolała o wiele bardzie. Czuła się jakby ktoś odebrał jej kawałek duszy, jakby na zawsze wyrwano ją ze świata. Żaden nie-lashunta, może za wyjątkiem Shirenów, nie był w stanie pojąć tego bólu, a jednocześnie to ich bliskość sprawiała jej najwięcej cierpienia. Świadomość, że oni mogą tak łatwo dotknąć umysłów innych istot, a ona na zawsze zostanie odcięta… Być może mogła w jakiś sposób dzięki technologicznym wszczepom odtworzyć ich możliwości, ale uznała, że lepiej nie próbować. Ryzyko było zbyt wielkie.
Problem polegał na tym, że około jednej czwartej mieszkańców Saltmarsh stanowili Shirenowie, w większości mieszkający na hydroponicznych farmach lub łapiących te przeklęte muchy. Resztę populacji stanowili Veskowie, głównie ci wygnani z Veskarium lub nieradzący sobie w jego surowym, militarystycznym społeczeństwie. Podobnie sprawa miała się z zaskakująco dużą populacją tutejszych drowów, które wolały żyć na tej kulce soli niż umrzeć na Apostacie.
Saltmarsh zostało skolonizowane około stu lat temu, choć ze względu na wzrost aktywności słońca, znaczne połacie lądu stały się pustyniami, a wiele mórz przemieniło się w solne bagna… Podstawę ekosystemów były ogromne chmary much, motyli i ważek w większości żywiących się algami rosnącymi w przesolonych wodach. Warunki do życia nie były tu łatwe, ale w porównaniu z takim Akitonem, nie mówiąc już o Eoxie czy Aukturnie, było to całkiem przyjemne miejsce. To nie warunki naturalne powstrzymywały istoty rozumne przed dalszą kolonizacją planety, a strach przed nienazwana grozą czająca się w Spustoszonej przestrzeni. Wysłane tam ekspedycje zazwyczaj ginęły bez wieści. Ci nieliczni, co wracali, opowiadali historie o Białych Demonach, o władcy siedmiu niebios lub kimś, kto rozpędzał cienie. Większość nie miała pojęcia, o tym co naprawdę tam się działo. W tym pełnym demonów i diabłów wszechświecie wszystko było możliwe. Rechiza jednak znała prawdę… która wyglądała gorzej niż możnaby przypuszczać.
Doszli do najbardziej luksusowego hotelu na planecie zwązego się Koniec Początku, który w miejscu takim jak to oznaczało, że nie będzie tutaj robactwa i nikt ich nie okradnie. Głównie dlatego, że właściciel najpewniej opłacał najgroźniejszy gang w mieście lub wręcz był jego członkiem. Budynek miał osiem pięter, przez co był jednym z najwyższych budynków w mieście. W recepcji czekał aż do przesady grzeczny i miły drow, a wejścia pilnowało dwóch groźnie wyglądających Vesków. Dilayla uśmiechnęła się przyglądając się barkowi, ale Rechiza parsknęła. Stroniła od używek wszelkiej maści, nielicząc ziołowych herbat. Jej praca wymagała absolutnie jasnego umysłu. W końcu wróg mógł czaić się absolutnie wszędzie. Pod schodami czekała na nich dziewczyna o białych włosach oczach kształtu migdałów, która nosiła rękawice i okulary dla niesłyszących. Gdy ich zobaczyła, pomachała do nich i powiedziała w języku migowym.
- Witajcie! Jestem Rosie Pearl! Wszyscy są już na górze – przetłumaczył elektroniczny tłumacz w rękawicach.
Rechiza westchnęła. Liczyła, że będzie miała chwilę czasu na odświeżenie się po długiej podróży i weźmie normalną kompiel, zamiast marynarskiego prysznica jak przez ostatnie tygodnie. Była nawykła do niewygód, co nieznaczy, że je lubiła. Arkan na pewno znalazł już miejsce, gdzie jest łaźnia i niepostrzeżenie wymknie się aby z niej korzystać, a Dilayla miała pewnie już ten jeden przykry, mokry dzień w roku za sobą. Zaśmiała się z tej niezamierzonej dwuznaczności. Półelfka popatrzyła na nią spode łba, jakby rozumiała co rozbawiło Lashuntkę.
Gdy weszli do podwójnego apartamentu, który dla nich wynajęto przywitała ich wysoka jasnowłosa dziewczyna lub może raczej młoda kobieta, która uścisnęła każdego z nich, choć Dilayla prawie ją odepchnęła. Była zaskakująco silna jak na kogoś wychowanego w luksusie.
- Witajcie! Jestem Lady Cala Grayskull z Carurystalu. Tam jest moja nauczycielka i wychowawczyni pani Daisy – wskazała na fotel znajdujący się w rogu pokoju. Siedziała na nim elfku w wieku odpowiadającym czterdziestce u jej rasy. Miała ciemnozielone włosy i szarą skórę, Piła herbatę w zamyśleniu, ale gdy ich zobaczyła, powiedziała.
- Rada jestem ze spotkania ze współtowarzyszami w tak wspaniałej wyprawie… - rzekła ponurym głosem.
W drzwiach do sąsiedniego apartamentu stała Ysoka, która wyglądała jakby za cel życiowy wzięła sobie pozbycie się jak największej ilości biologicznych organów. Gdy zobaczyła Rosie zawołała do niej.
- Gdzie ty byłaś? Mamy tyle pudeł do otwarcia, a moja stażystka gdzieś się szwenda!
- Nie szwendam się, tylko przyjmuję innych towarzyszy podróży. I po co mamy otwierać te pudła, skoro i tak zaraz będziemy stąd odlatywać. – powiedziała Rosie.
Ysoka zastukała w cybernetyczne oko.
- Jesteś stażystką i twoim obowiązkiem robienie co twój pracodawca ci każe! – Skrzyżowała ręce na piersi, a potem zobaczywszy gości, podbiegła do panny Daisy i zabrała jej czajnik z zastawą.
- Proszę, weź, nie krępuj się – rzekła elfka z rezygnacją.
- Jestem doktor Qin, a tamta to Rosie Pearl – powiedziała Ysoka i nalała im po filiżance i zaczęła sypać cukier.
- A pytałaś, czy mam ochotę na herbatę? – warknęła Dilayla i usiadła na fotelu łypiąc na pozostałych groźnie
- Ja też nie mam ochoty na herbatę - powiedziała Lashuntka i usiadła nieco z boku, aby mieć oko na wszystkich. Jedynie Arkan przyjął poczęstunek w postaci syropu herbaciano cukrowego.
- No więc panie dotarły do hotelu przed nami? – zapytał Verthani uśmiechając się łagodnie.
- Statek i tak jest zbyt uszkodzony, żeby go naprawić, być może przed odlotem uda bam się sprzedać części. Bez tego na prywatne wydatki mamy szesnaście tysięcy kredytów. Drugie tyle jeśli uda mi się dobrze sprzedać części ze statku - rzekła Cala.
- Sporo, aby przepić, ale kasa szybko się skończy, jeśli dokupimy odpowiedni sprzęt. Nie znacie najpewniej cen broni, prawda? – zapytała Dilayla ze swoją wiecznie skwaszoną miną.
- I tak wzięłaś wystarczająco broni na wojnę, więc nie marudź – powiedziała Rechiza uważnie przyglądając się apartamentowi, w którym spędzą najbliższy czas. Większość mebli pochodziła z importu i choć była dosyć dobrej jakości, ale nosiła ślady zużycia i została dobrana całkowicie przypadkowo. Okna były szczelne, co miało zabezpieczać domowników przed codziennymi przelotami much, które teoretycznie mogły doprowadzić do śmierci przez uduszenie. Na ścianie był ekran zabezpieczony przed rozbiciem dodatkową szybą.
- Przypominam, że lecimy do miejsca, którego mieszkańcy z premedytacją usiłowali zniszczyć połowę znanego wszechświat. W takiej sytuacji nie ma czegoś takiego jak dość broni. – powiedziała doktor Qin.
Panna Daisy uśmiechnęła się z pobłażaniem.
- Jeśli mieszkańcy tamtej planety dysponowali bronią zdolną niszczyć światy na taką skalę, to cokolwiek znajdziesz na Saltmarsh czy jakimkolwiek innym miejscu będzie miało znaczenie. – rzekła ponurym tonem.
Rechiza słuchała jej jednym uchem, bowiem w obliczu szaroskórej elfki było coś dziwnego. Jakby jej twarz rozmazała się, gliczowała. Wyglądało to, jakby nosiła na twarzy holograficzną maskę.
- Moim zdaniem, zawsze trzeba być gotowym na wszystko, tak dla zasady – Odparła Lashuntyjka przyglądając się elfce. „Nie ufaj nikomu"
