Deszcz Carurystalu

Rok 316 - 6 miesięcy wcześniej. Zamek Grayskull – Planeta Carurystal

Obudziła się.

Spała na wąskim łóżku pod wełnianym kocem. W pokoju było chłodno, choć zamek Grayskull posiadał ogrzewanie. Nie musieli też zakręcać grzejników,, aby zaoszczędzić pieniądze. Wolała chłód, lepiej jej się… drzemało. Spała krótko, najwyżej dwie, trzy godziny. Nie tylko dlatego, że jej ciało już prawie snu nie potrzebowało. Gdy zamykała oczy, wracały wspomnienia o życiu, które tak bardzo pragnęła zostawić za sobą…

Umyła się i przebrała z koszuli nocnej, na swoją szatę czarnej barwy uszytą w stylu modnym ostatnio na Wybrzeżu Mew. Minęły dekady odkąd mogła sobie pozwolić na zastanawianie się nad tym co jest modne. To było prawie nienaturalne…. Potem nałożyła holograficzną maskę i dała znać służącej za pomocą dzwonka, że jest już gotowa. Leris, młoda i uprzejma Półelfka o włosach koloru popiołu i nieśmiałym uśmiechu weszła o jej komnaty.

- Dzień dobry panno Daisy, mam nadzieję, że dobrze się pani spała – zapytała wesoło

- Równie dobrze co zawsze – „Czyli koszmarnie" rzekła siląc się na uprzejmy ton.

- Herbata gotowa, czy podać ciastka z marmoladą? – służąca weszła do pokoju pracodawczyni przyglądając się jej z troską. Kiedyś sądziła, że za opiekuńczością dziewczyny kryją się ukryte motywy, ale w końcu doszła do wniosku, ż Leris szczerze się o nią martwiła. Było równie zaskakujące, co niepotrzebne. Przeżyła tak wiele, że zwykłe koszmary nie mogły jej zaszkodzić.

„Oh tak, przeżyłam…" pomyślała i zaśmiała się niewesoło, ale potem powidziała.

-Tak podaj ciastka. Zjem je z radością

Herbatę piła na balkonie z gustownie wykonanym ozdobnym metalowym ogrodzeniem. Przed deszczem osłaniało ją drewniane zadaszenie, choć pewnie mogła zażyczyć sobie pola siłowego, ale nabawiła się do nich urazy... Poza tym lubiła patrzeć na deszcz. Przez wiele lat była pozbawiona jego widoku. Na Caturystalu, a zwłaszcza w Zatoce Mewy często padało, choć nie bez przerwy, jak uważano na innych światach. Nie mogła się przyzwyczaić do mediów masowych, ale polubiła radio, zwłaszcza, gdy puszczano coś innego niż komunikaty wojskowe, Potem poszła do swojego gabinetu, gdzie zajęła się odpisywaniem na listy i E-maile, choć na szczęście tych było niewiele. Nadal nie zwalczyła awersji do komputerów, a idea Internetu, nawet tak prostego jak na Carurystalu, ją niepokoiła. Potem przyniesiono jej śniadanie: Jajko na miękko i chleb z miodem. Po ponad trzydziestu latach jedzenia paskudnych pakietów żywnościowych i picia bimbru z zapasów działu technicznego, nawet najprostrze normalne jedzenie było czymś cudownym. Potem przyniesiono jej ważniejsze dokument, w tym te dotyczące zarządzaniem majątkiem Lady Caly. Jej… podopieczna nie była w pierwszej dziesiątce najbogatszych posiadaczy ziemskich, ale już w pierwszej trzydziestce tak. Na jej ziemi żyły tysiące ludzi, a do tego posiadała statki rybackie, bydło, a nawet kopalnię bursztynu. Lady Cala była bardzo dobrą partią, jako piękna, zdrowa, bogata i bystra dziewczyna. Jedyną jej wadą było, to, że została adoptowana. W innej sytuacji warto by już pomyśleć, nad znalezieniem jej męża lub żony, czego oczekiwano. Ale ich plany były odmienne. Dlatego zawsze odmawiała wszyskim prośbom, a teraz jeszcze raz przejrzała list jaki dostali od earl Karintes z Blackmoor, która oferowała rękę jednego ze swoich bliźniaczych dzieci: Syna Demestina, lub córki Demestines. Idea aranżowanych małżeństw miała w sobie coś dziwnie kusząca. Wprowadzała porządek w miejsce emocjonalnego chaosu, który zawsze ją irytował i przerażał. Może udałoby się zaaranżować pozorowane zaręczyny. To mogłoby być bardzo pouczającą lekcją dla Lady Caly. Umiejętność prowadzenia zalotów była czymś, co na pewno mogłoby się przydać w czasie nadchodzącej Wielkiej Misji, zwłaszcza, że w tym względzie nie mogła jej dać żadnych rad… przynajmniej pożytecznych rad. Niestety, obawiała się, że przy… temperamencie Lady Caly mogłoby skończyć się to w tragiczny sposób.

- Czy na popołudnie osiodłać konie? – zapytała Leris zaglądając do jej gabinetu. Zastanowiła się przez chwilę, a potem odpowiedziała.

- Tak, z chęcią udam się na przejażdżkę – powiedziała, a półelfia służąca uśmiechnęła sie.

Po pracy udała się na obchód posiadłości. Od dawna wiedziała, że widok przełożonego dobrze wpływa na podwładnych. Muszą wiedzieć, że ktoś ma na nich oko, ale też, że ich praca kogoś obchodzi. Przez lata to był jeden z jej codziennych obowiązków, póki stan zdrowia jej tego uniemożliwił. Pokręciła głową, starając się odgonić myśli. „Nie czas na to. Jest dzień… Na prawdę przyjdzie czas, gdy nastanie mrok"

Ludzie witali ją grzecznie, choć unikali patrzenia jej w twarz. Nie ze strachu, jak to miało miejsce w dawnych czasach, ale z powodu zwykłej uprzejmości. Jej blizny i deformacje nie były tajemnicą. Zbyt trudno byłoby je ukryć, żeby utrzymywać je w sekrecie. Wiedzieli więc, że miała wypadek związany z użyciem zbyt potężnego zaklęcia, co w końcu zdarzało się całkiem często i na tym zwykle urywały się dyskusje. Niewielu podejrzewało coś więcej, a prawdy nie znał prawie nikt. Nawet ona poznała pełnię grozy swego czynu dopiero, gdy było zbyt późno.

Mieszkańcy widzieli w niej opiekunkę młodej Lady Caly. Wszyscy pamiętają, że była dziwnym cichym dzieckiem, które dotknęła seria tragedii. Zaczynając od porzucenia, kończąc na śmierci większości rodziny. To panna Daisy uczyniła z niej duszę towarzystwa, damę będącą uosobieniem ideałów Carurystalskiej arystokracji. Dlatego też większość mieszkańców była pozytywnie nastawiona do nowej zarządczyni majątku, mimo jej niewątpliwych dziwactw i mrukliwego charakteru. Nie znali prawdy i lepiej, aby jej nigdy nie poznali.

Stanęła przy placu treningowym, gdzie grupka młodzieży obojga płci, lub nawet więcej niż obojga, trenowała pod okiem sławnego szermierza Therstigosa Arandela z Castrovalu. Wprawdzie Carurystal słynął z wyśmienitych mistrzów fechtunku, ale uznała, że Lady Cali przyda się trochę obeznania z kulturą innych planet. Poza tym sama chciała poznać prawdziwą elfią kulturę, słabo znaną tam, gdzie się urodziła. Therstigos był dobrym nauczycielem, który uczył zarówno szermierki dworskiej, jak i tej prawdziwej, bitewnej, ale też podstaw tańca, etykiety i elfiego języka. Cala początkowo wzbraniała się przed nauką fechtunku, bowiem twierdziła, że nie potrzebuje żadnej broni, co było prawdą skąd inąd. Lecz nie mogła ujawnić pełni swych możliwości bez zdradzania prawdy o sobie. A poza tym warto było ją nauczyć, że śmierć i zniszczenie nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem.

Dziś Cali nie było na placu, więc nie zatrzymała się na dłużej. Jej podopieczna przebywała teraz w stolicy, Lynortis, gdzie miała do załatwienia „Wspólne sprawy". Niezbyt jej się podobała ta fraza, ale nie mogła nic na to poradzić Na placu był też obecny doktor Rephan, osobisty lekarz Lady Cali, i jedyny z ludzi zatrudnionych w zamku, co do których miała pewność, że służy temu samemu mocodawcy co ona. „Zaiste, mocodawca". Doktor był człowiekiem o wyglądzie pediatry, niskim, łysym i zawsze wesołym, Mieszkał tutaj od najwcześniejszego dzieciństwa Cali i troszczył się o jej zdrowie. A raczej pilnował, aby nikt poznał jej… unikalnej anatomii. Nie lubiła go, ze wzajemnością, ale starali się nie wchodzić sobie w drogę…

Spacerowała przez liczne komnaty i korytarze zamku, aż doszła do stajni. Było tu wiele koni. Część reagowała nerwowo na jej obecność. Na szczęście na Caryrustalu hodowano konie z pradawnego Geb, gdzie władali nieumarli, przeklęta elfka nie była dla nich niczym wielkim. Osiodłano Cień jej własną klacz, niedużą o szarej maści, bardzo łagodną. Przez większość życia nie trzymała zwierząt, w każdym razie nie dla towarzystwa, tylko w o wiele mroczniejszych celach. Ale na Carurystalu pokochała konie i jazdę konną. Nauka zajęła jej kilka miesięcy, ale zawsze była pojętną uczennicą. Popatrzyła na samotny boks rogu stajni, oddzielony od pozostałych. Było to miejsce Black Wind'a. Rumaka Lady Caly. Początkowo uważała, że zbieżność imion jest zabawna, albo dowodzi małostkowej zazdrości jej podopiecznej, póki nie dowiedziała się na czyją czejść został tak nazwany i od tamtej pory nie mogła przebywać w pobliżu ogromnego czarnego ogiera nie odczuwając dosyć uzasadnionego niepokoju.

Przebrała wcześniej się w strój do jazdy konnej i teraz założyła płaszcz przeciwdeszczowy. Pogoda w zatoce mew była zmienna. Gdy czekała na osiodłanie wierzchowca do stajni weszła Leris.

- Czy mogę wybrać się na przejażdżkę z panią, panno Daisy. – zapytała nieśmiało dziewczyna. Odpowiedziała je wzruszeniem ramion.

- Czemu nie? Skoro masz czas …– odpowiedziała jej.

Opuściły zamek Grayskull przez główną bramę. Obejżała się za siebie, przyglądając się masywnej bryle starożytnej twierdzy. Konstrukcja była równie majestatyczna co pozbawiona walorów obronnych, i to już od czasu powstania wieki temu, w czasie ostatniej fali kolonizacji. Co innego można było powiedzieć o przepastnych podziemiach, które rozciągały się pod całym półwyspem, na którym zbudowano zamek. Gdy o tym myślała, żałowała, że w dawnych czasach nie było jej dane zwiedzić pewnego miejsca…. To w podziemiach zamku Lady Cala dowody na swoje pochodzenie… Parsknęła i pogoniła konia, a Leris pojechała za nią. Półwysep Carz słynął z wysokich klifów, majestatycznie rozciągających ponad szaroniebieskim możem. Była to dosyć ryzykowna przejażdżka dla takiego niewprawionego jeźdźca jak ona. Na Carurystal umiejętności jeździeckie były powszechne, nawet jeśli dotyczyło mechanicznych wierzchowców, więc Leris miała prawdopodobnie większe doświadczenie od niej, przynajmniej w tej kwesti.

Zatrzymała się i zaczęła rozglądać się wokół siebie. Lekko wzburzone morze rozciągało się na północy i wschodzie, a na południu i zachodzie wi działa zielone pastwiska i zagajniki. Tu i tam widziała pojedyńcze budynki. Nad głową miała jednolitą, ołowianoszarą warstwę chmur. Wiatr rozwiewał jej włosy. „Ja naprawdę lubię to życie." Pomyślała i poczuła, że łzy napływają jej do oczu.

- Czy coś się stało panno Daisy - zapytała Leris.

- Oh, życie się stało… Po prostu życie – odparła wycierając oczy.

Na kolację zjadła zupę z porów i trochę pieczeni, potem zajrzała do swojego ogrodu i zajęła się sprawami związanymi z zarządzaniem zamkiem. A potem zaczął zbliżać się zmrok i poczuła, jak ciężar na jej barkach rośnie. W końcu poszła do swojej samotni i kazała rozpalić w kominku ogień i przynieść butelkę brandy. Widziała w oczach Leris niepokój, gdy podawała jej butelkę i szklankę, ale nie miała zamiaru zmienić zdania. Następne kilka godzin spędziła siedząc w fotelu wpatrując się w płomienie i rozmyślając. W czerwonych iskrach widziała sunące kolumny wojsk, błyski eksplozji i strach w oczach tych, co stanęli jej na drodze. W odgłosie płonących drewien słyszała ryk pracujących maszyn, krzyki umierających i płacz dzieci. W zapachu dymu czuła smród oleju i rozlanej krwi… Były to bolesne i straszne wspomnienia, ale nie miała zamiaru od nich uciekać. Choć to oczywiście niewiele znaczyło…

Rozległ się odgłos otwieranych ciężkich dwuskrzydłowych drzwi z twardego drewna i usłyszała kroki. Delikatne niczym odgłos stąpania pająka. Pełne ukrytej siły godnej wyczekującego na okazję drapieżnika. Na fotelu obok zasiadła Lady Cala.

- Lubię patrzeć w płomienie – rzekła dziewczyna z łagodnym uśmiechem.

- Nie wątpię – odparła jej. „Co dla jednego koszmarem dla drugiego marzeniem".

Zapadła pełna napięcia cisza, jaka zdarzała się tak często, gdy zostawały same.

- Otrzymałam dziś list z propozycją zaręczyn… - odezwała się w końcu do Lady Cali.

- To właściwie mogłoby być całkiem zabawne – rzekła i zachichotała

- I dlatego odmówiłam. – powiedziała twardo.

Znowu przez chwilę milczały.

- Nadchodzi ta chwila, gdy będziemy musiały opuścić Carurystal – gdy dziewczyna to powiedziała, jej nauczycielka poczuła jak oblewa ją zimny pot – Pewien filozof powiedział, że życie to wieczne powroty do domu – kontynuowała – Inny rzekł, że byt kształtuje świadomość. Te kilka lat, które tu spędziłaś wywarły na ciebie wpływ. Przyzwyczaiłaś się do tego życia. Życia równie wygodnego, co fałszywego. Gdyby ludzie poznali prawdę… choć pewnie wielu mogłoby nie uwierzyć. – Lady cala uśmiechnęła się do niej. Niewielu widziało, że ta piękna delikatna twarz i śliczne oczy, błękitne niczym górskie jeziora, skrywały wybitnie obcy umysł.

- Ile mam czasu – zapytała z rezygnacją.

- Jeszcze trochę. Przynajmniej kilka miesięcy. Organizowana jest niezależna wyprawa mająca na celu dotarcie do tajemniczej planety, której mieszkańcy mieli użyć przeciw znanym światom. Admiral Antares zgłosił się jako osoba przewodząca wyprawie. Muszę spotkać się z tym człowiekiem i jakoś wkręcić się do tego przedsięwzięcia... Może tak będzie lepiej. Bardzo trudno było nam zebrać flotę o wystarczającej sile, nie wzbudzając przy tym podejżeń.

- Jesteś pewna, że twoje szkolenie dobiegło końca? – zapytała przetwarzając słowa swej wychowanki.

Lady Cala roześmiała się na cały głos.

- Jestem silniejsza, inteligentniejsza i lepiej wykształcona niż cokolwiek, co mogę spotkać na miejscu, a poza tym stoją za mną siły stare jak sam wszechświat.

Uśmiechnęła się słysząc słowa dziewczyny.

- Takie myślenie z łatwością może prowadzić do zguby. Wiem coś o tym.

Lady Cala przyglądała się jej przez chwilę zamyślona. A pote wstała i położyła dłoń na ramieniu swojej wychowawczyni.

- Wiesz… Jesteśmy pod wieloma względami jak matka i córka. A jak każde potomstwo pragnę pod każdym względem być doskonalszą wersją swego rodzica – pocałowała ją w policzek. Holograficzna maska rozmazała się przez moment. Potem Lady Cala wyszła z pokoju aby zająć się swoimi sprawami.. Jej wychowawczyni wzięła butelkę i udała się na balkon. Tej nocy i tak już nie zaśnie. Będzie wsłuchiwać się w deszcz Carurystalu.