Czemu ludzie kłamią?

Na to pytanie, może odpowiedzieć każdy, ale odpowiedź pozostanie taka sama. Boją się. Jak każdy z nas. Wszyscy się czegoś boimy, nie ważne, czy będą to robaki, ciemność, lub może wysokość, strach zawsze jest taki sam. Czai się, w samotnych bramach, nocami, w ciemności, w najmroczniejszych odmętach nie tylko ludzkich serc. Gdy nocne niebo przetnie błyskawica, wyświetli się jego cień... Zostawia znamie, już na zawsze i traumę nie do pokonania. Ślad, niczym po uderzeniu ostrego kamienia, niczym rozerwane wilczymi kłami dziecięce, błogie sny... Potrafi zmienić postać, przybrać inną, lecz za każdym razem to ten sam... Strach.-To właśnie przez niego, ludzie tworzą swoją linię obrony. Jedni walczą z nim, przelewając krew niewinnych istot, by ulżyć własnemu cierpieniu. Tak... Należałam do takich osób i należę do dziś, nie zmienię swojego przeznaczenia. Nie zliczę, ile razy strach opanowywał mnie całą, do tego stopnia, że pamięć pozostawała pusta, a jedyne co kołysało mnie do snu, to zapach krwi unoszący się z martwych ciał.

Siedziała na ławce w parku. Obserwowała małe obłoczki wędrujące po niebie, takie spokojne, wolne, beztroskie. Czasami i ona chciała taka być, marzyła o tym, by płynąć pod niebiosa nie przejmując się już nikim i niczym.

-Rose-chan! Rose-chan!

Wtem, tuż przed nią wyrósł, niczym z podziemi czerwonowłosy chłopak, o soczyście zielonych oczach i z szerokim, wręcz zaraźliwym uśmiechem na twarzy. Jednak mimo to, ta, którą nazwał Rose, wciąż wpatrywała się błękitny nieboskłon. Wreszcie jednak, ukradkiem dostrzegła obecność chłopaka.

Odwróciła się w jego stronę, a z jej twarzy zniknęło całe dziecięce rozmarzenie, ustąpiwszy powadze i nieufności. Niezrażony czerwonowłosy usiadł obok nie spuszczając wzroku z szatynki.

Rose od zawsze była urodziwa i niejeden silny mag zwrócił na nią swoją uwagę. A było na co patrzeć. Długie do kolan, gęste brązowe włosy jaśniejące w słońcu, pozostawały na uwięzi, trzymane przez wiele spinek i gumek, choć częściej splatane były po prostu w gruby warkocz. Cudowne turkusowe, nieco skośne oczy, sprawiały, że można się w nich zatracić, lecz jednocześnie odpychały od siebie niczym skute przeszywającym lodem, dość wąska źrenica sprawiała wrażenie, że patrzy na ciebie żądna krwi bestia, jednak pozostawał w nich tzw. humorystyczny błysk. Blada, aż wampirza cera jaśniała w słońcu. Oprócz twarzy, Rose została obdażona wysportowanym, zgrabnym ciałem. To, co kryło się wewnątrz jej umysłu pozostawało tajemnicą, dlatego ludzie brali ją za taką, jaką widzieli.

-Och, Aizen? Co cię sprowadza do Peony? Myślałam, że siedzisz w Tulip, w końcu...-wzięła głęboki wdech odwracając wzrok.-Należysz teraz do Sabertooth-dodała przerwacając oczami.

-Rose-chan, nie miej mi tego za złe, w końcu trzeba się ustatkować-mruknął odrobinę zbity z tropu.-Trzeba zapomnieć o tym co było i żyć dalej! Dołącz wreszcie do jakiejś gildii, bo skończą ci się pieniądze! Teraz już nie ma żadnych zadań, dla wolnych magów, w tych rejonach!

-Odpowiedz na pytanie-wtrąciła się w jego monolog.

Aizen Kamuro. Jak zawsze za bardzo się o nią troszczył. Byli najlepszymi przyjaciółmi, od kiedy pojawiła się w gildi. Kamuro nigdy nie chciał opuszczać Rose i często przez to mieli małe spięcia. Dziewczyna nie lubiła nadmiernej troski, zawsze nadrabiała uśmiechem, który potrafił uspokoić niemal każdego. Jednak, nawet mimo to, nikt nie potrafił odkryć, co kryje się w jej głowie i jaka była jej przeszłość. Uśmiechnęła się nieznacznie, tak, że ledwo dało się to dostrzec.

-Ja i Kenta, mamy misję w tych rejonach, więc postanowiłem tu wstąpić, by się z tobą spotkać!-Zawołał wesoło.

-Dobrze trafiłeś, bo jutro już mnie tu nie będzie-wymamrotała wygodnie opierając się o oparcie ławki. Słońce ogrzewało jej twarz, a ona sama wyciągała się ku niemu, jak spragniona światła roślina.

-Hę?! Nande?!

Westchnęła ciężko, uchylając lekko powieki. Nawet teraz, nie musiała patrzeć, by wiedzieć, jak wygląda mina Kamuro. Pomieszanie smutku, z niepokojem i niezadowoleniem. Uśmiechnęła się uspokajająco i jednym ruchem wyciągnęła gazetę spod ławki, po czym podała ją czerwonowłosemu.

Niepewnie odebrał "Tygodnik Fiore", od Rose i zaczął głośno czytać, to co było napisane na pierwszej stronie:

-"Drużyna Fairy Tail, pod przewodnictwem Erzy Scarlet, zwanej Tytanią unicestwiła gildię Eisenwarld i zapobiegła mordestwu setek ludzi, przez legendarnego twora Zerefa, Lullaby..."

-Niżej-szepnęła odchylając głowę.

-"Fairy Tail na Galunie..."

Pacnęła się z otwartej dłoni w czoło.

-Tam gdzie niema tego gówna!-Warknęła wściekle.

Aizen westchnął męczeńko i zjechał na sam dół strony, gdzie dostrzegł ogromny czerwony napis. Zdziwił się tym, lecz bezmyślnie zaczął wodzić spojrzeniem po tekście.

-"Ostatnio w mieście Peony nastąpiły masowe zabójstwa, w sposób okrutny zabito kolejno rodzinę właściciela sklepu magicznego, kilku ważnych urzędników, dwóch straganiarzy, zaś w pobliżu miasta znaleziono ciała drużyny z gildi Falcon Feather-Jeśli ktoś wie, coś na ten temat, ma nakaz zgłoszenia tego w ratuszu..."-zamilkł i po chwili kontynuował czytając informację napisaną wytłuszczonym drukiem.-"Poszukujemy maga klasy S, który odnajdzie mordercę i doprowadzi do wymiaru sprawiedliwości"

Czekała na jego reakcję. Już od dawna, podobne rzeczy się z nią nie działy. Aizen za każdym razem czuł się winny, ale... Nawet jego wściekłość w takich sytuacjach byłaby usprawiedliwiona. Każda reakcja byłaby właściwa. Ale nie ta...

Przysunął się do niej i wziął ją w ramiona. Przyciągnął ją mocno do siebie, próbując dodać jej otuchy.

-Puść mnie, Aizen. Nie chcę być pocieszana, ja jestem zabójcą i nie mam prawa do współczucia-powiedziała półgłosem, akcentując słowo 'zabójca'.

-Rose-chan, nie powinnaś się obwiniać, naprawdę!... Zapamiętaj, już na zawsze, my do końca świata i jeszcze dłużej, z tobą będziemy!...

Patrzyli przez chwilę na siebie, gdy Kamuro usłyszał wołanie. Uśmiechnął się przepraszająco i szybko pożegnał, przestrzegając, że nie ważne gdzie się schowa, i tak ją znajdzie. Posłał ostatni uśmiech i pobiegł do swojego kompana, Exceeda, Kenty.

Ona nadal tam siedziała.

Nazywam się Rose Bennet, choć wielu innych ludzi zna mnie, jako Lighthing Fang, bądź też pod paroma innymi pseudonimami. Póki co, żyję z wolnych zleceń, kiedyś byłam magiem klasy A, z tendencją na klasę S. Jednak teraz, szczerze mówiąc, mam to, za przeproszeniem w dupie. Żyję w tym świecie, mniej więcej siedemnaście lat. Dokładnie, to nie wiem. Nie znam daty swojego urodzenia i jest mi to obojętne. Może koniec tych opisów, bo zacznę się rozczulać. Pff...

Wtem dał się słyszeć szczęk metalu, rytmiczny marsz i ciche dyszenie. Odwróciła się szybko w tamtą stronę. Syknęła cicho, wstała i dzięki jednemu wprawnemu ruchowi, na jej ciele pojawiła się zbroja z przymocowanymi do niej skrzydłami.

Zbroja Ikara dobrze leżała na jej ciele i doskonale mogła się w niej poruszać. Chwyciła uchwyty przy pierzastych skrzydłach i kilkoma machnięciami wzniosła się w powietrze. Następnie zdala od rycerzy poszybowała przed siebie.

-Kolejny przystanek?-zamyśliła się.-Umm, promyślimy nad tym, gdy wyląduję daleko za Peony-mruknęła uśmiechając się szeroko.

Wprawdzie, można powiedzieć, że leciała, jak na stracenie. Podróże nigdy nie były dla niej dobre. Z jej dolegliwością nie powinna zmieniać miejsca zamieszkania, a jeśli już, to ktoś powinien jej towarzyszyć w tułaczce. Jednak Rose nie należała do osób, traktujących swoją niepełnosprawność, jak wadę. Korzystała z tego. Bennet była niewidoma, od kiedy pewnego dnia obudziła się na łące. Wszystko było tak skomplikowane, a jedyne, co pozostało jej z tamtego okresu, to perłowe berło, którego nie używała już od dawna. Nie rozumiała skąd zna wszystkie pieśni, wydobywające się z jej ust. Pamięć była niczym czarna pustka, wszystko do roku X777 zniknęło.

-Tylko wy i wasze słowa, pozostaliście-wyszeptała machając znów skrzydłami.-Fulgur i Cantara, gdzie jesteście? Tata nie chciał wyjawić mi tej prawdy... Śmiał się ze mnie... Może... Może nie chciał, bym cierpiała?... Nie ważne, jakie były jego intencje... Kocham go bezwzgędu na wszystko, tak jak ty Cantaro... Właściwie... Miałaś rację, trzeba się uśmiechać...

Zaraz na jej ustach pojawił się szeroki, wesoły uśmiech. Jednak, na chwilę przestała uważać, gdzie leci i w przez przypadek skolizowała z stadem migrujących gęsi.

-Łaaa!

Natychmiast prąd poraził cały klucz ptaków. Kilka z nich wraz z przestraszoną nie na żarty Rose zaczęła spadać w dół. Te silniejsze chwiejąc się poleciały dalej.

-Aaaaa!

Zbroja Ikara zaraz zniknęła z jej ciała, a ona dalej spadała z niezwykłą szybkością. Bezustanku machała rękami, jakby nie zauważyła braku uzbrojenia. Widziała jedynie cień, sylwetki lecących ptaków, otoczone białymi konturami, to było wszystko, co mogła zauważyć. Wtem, coś błysnęło, a z pęku kluczy przyczepionego do jej paska wydobyło się światło. Pojawił się ogromny, kruk, o oczach czarnych niczym smoła. Skrzeknął przeraźliwie i chwycił za koszulkę swoją panią.

-Noir?!-Pisnęła cicho, lecz gdy zauważyła górujący nad nią czarny kształt, odetchnęła z ulgą.

-Wiesz, że nie lubię cię ratować-warknął wściekle.-Jednak, na prośbę, ostatnią wolę mojej pani, ja i cała reszta tych nieudaczników, zostaliśmy zmuszeni podpisać z tobą ten zasrany kontrakt-powiedział z obrzydzeniem.

Westchnęła i spuściła głowę. Była nieudacznikiem, słabeuszem, nie potrafiła zapobiec temu, co stało się z Etsuko. Doprowadziła do tego, że ona już nigdy się nie uśmiechnie. Westchnęła i mimo wszystko się uśmiechnęła. To jedyne, co można zrobić w takiej sytuacji.

-Ale właściwie, to jak na ciebie patrzę, to nie mogę przestać dbać o twoją osobę-dokończył zniesmaczony.

-Arigatou.

-Tu cię zostawię, mój czas się skończył!

Nie zauważyła, że lecieli już dobre kilkanaście minut, natomiast doskonale zobaczyła kontury krzewów cierniowych, których od groma rosło pod nią. Natychmiast podmieniła Zbroję Ikara i poszybowała na najbliższą pustą płaszczyznę. Tam spokojnie osiadła na ziemię i... Zaliczyła glebę.

-Zabiję Doranbolta-wymamrotała.-To przez tego idiotę odkryli moją tożsamość.

Jeszcze kilka dni temu, Rose stała nad kilkoma martwymi ciałami z kataną w dłoni. Rozszerzonymi z przerażenia oczami obserwowała krew płynącą po ziemi, kiedy poczuła ostre kopnięcie w brzuch. Wypuściła miecz z ręki i uderzyła plecami o ścianę.

-A więc, jest tak, jak sądziłem. To twoja sprawka. Kto by pomyślał, że Ślepy Zabójca znów zaatakuje?...

Nic nie odpowiedziała, siedziała pod ścianą ze spuszczoną głową, by wysłannik rady nie mógł zauważyć, że szklą jej sie oczy.

-Doranbolt-rzekła krótko.-Albo, jak wolisz, Mest Gryder, czyż nie?

To zaskoczyło chłopaka do tego stopnia, że wstrzymał oddech i nadal wlepiał w nią swoje spojrzenie. Teraz zagryzła wargę, by powstrzymać łzy i posłała mu morderczy wzrok swych turkusowych oczu. Wyglądała teraz, jak drapieżna bestia, która nie cofnie się przed niczym, byleby wygrać.

-Skąd to wiesz?-Wysyczał tonem nieznoszącym sprzeciwów.

-Ma się swoje źródła.

Teraz zmateriailozwał się szybko przed nią, chwycił ją za szyję i podniósł tak, by móc spojrzeć w jej oczy. Nadal niewzruszone, pełne obojętności, odpychające od siebie niebieskie oczy. Dobrze pamiętał, jak szpiegował jej gildię. Wtedy była wesoła, tryskała energią, do dnia, w którym wszystko wyblakło, gdy wróciła z misji, bez swojej partnerki.

-Dlaczego to zrobiłaś?!

-Nie wiem.

-Odpowiedz na pytanie!

-Mówiłam przecież, że nie wiem...

-Jak można nie wiedzieć, dlaczego się zabija?!-Ryknął wściekle, po czym rzucił ją na następną ścianę i zadał serię szybkich ciosów.

-Dlaczego się nie bronisz?!

-Nie wiem...

-Przestań z tą starą śpiewką!

-To prawdaaaa!

Jej głośny, przepełniony bólem krzyk rozniósł się po mieście, niczym smoczy ryk, wstrząsnął budynkiem i sprawił, że ten zaczął się walić, a ona nadal krzyczała, jakby chciała dać upust swoim poplątanym emocjom. W końcu Doranbolt oparł się fali uderzeniowej i zatkał usta Rose dłonią.

-Uspokój się-powiedział tylko i zniknął.

Bennet została sama w pomieszczeniu, z narzędziem zbrodni, oraz ofiarami morderstwa. Usiadła w kącie walącego się pokoju, podkuliła nogi i ukryła twarz w dłoniach.

A to tylko pół biedy-myślałam wciąż leżąc na soczyście zielonej trawie, pól należących do Peony. Instynktownie chwyciłam pęk różnorakich kluczy.

-Etsuko Mitsui... Ciągle myślę, dlaczego ją nam zabrałeś-powiodła wzrokiem na niebo, gdzie zaczynały się kłębić szare, ciężkie chmury.-Zbiera się na deszcz. Czas ruszać w drogę...