Teraz powoli i rozważnie szła po polach za miastem, szukając jakiejś dogodnej ścieżki, co było trudne, biorąc pod uwagę jej stan. W tym momencie, poczuła kłujący ból w skroni, który stopniowo rozszedł się po całej czaszce. Wszystko, co mogła zobaczyć zniknęło, najmniejszy zarys przedmiotu zlał się z ogarniającą jej świat ciemnością.
-Chyba nie mam wyboru... Muszę się z nią spotkać.
Teraz właśnie zadecydowała.
Od dawna już nie opuszczała Peony, zapomniała, jak się podróżuje, powoli przystosowywała się do spokojnego trybu życia, lecz koniec jej gildii zmienił wszystko. Teraz, traciła panowanie nad tym, co próbowała uśpić przez lata. Jej wzrok miał swoje wzloty i upadki, gdy nie trzymała TEGO, na wodzy, ślepota się nasilała. Nie mając wyboru, nie widząc niczego, musiała iść naprzód, starając się nie potknąć.
Uniosła jedną dłoń, a drugą przyłożyła do czoła.
-Sound Scan-wyszeptała, a wtedy, od jej prawej ręki powstały wibracje i wysokie brzmienie, słyszalny jedynie dla czułych uszu, wtedy to, dźwięki objęły całą rzeźbę terenu i powróciły do swojej właścicielki.
W tym samym momencie, w umyśle Rose ukazały się powierzchowne szkice i zarysy drogi, którą powinna iść, ścieżka...
Gdyby w prawdziwym życiu, można byłoby wytyczyć ścieżkę za pomocą magii. Jak bardzo ułatwiłoby to wybory i odwieczną tłuczkę. Droga, którą wybieramy, nigdy nie jest dobra, ale i nie zła. Dlatego właśnie, stoimy w miejscu, bo każdy krok, jest niczym przejście po rozbitym szkle, cierpienie i mrok-to w nim zatracamy się co chwila. Nawet ona, która chciała podążać ścieżką światła, tą gdzie są jej przyjaciele, lecz kiedy wyciągała dłoń do nich, oddalała się jeszcze dalej, chowała się w ciemności. To ona ogarniała jej świat i zamykała szczelnie w swojej niewidzialnej pułapce.
-Nawet gdybym chciała, to pozostanę w mroku...
O tym świadczyła przelana krew, setek niewinnych ludzi, jedni mieli dzieci, inni żony, lub rodziny, tracąc wszystko to w oka mgnieniu. Choćby nawet próbowała, nie potrafiła powstrzymać farsy morderstw, których dokonywała. Powoli traciła swoje człowieczeństwo i odczucia, dotyczące śmierci i życia. Każdego dnia, wędrując po mieście miała wrażenie, że to kolejne miejsce, do którego nie pasuje.
Idąc ścieżką czuła, jak wiatr tańczy razem z nią i podąża dalej. Jej podróż znów się zaczęła, jednak tym razem, skończy się inaczej. Może odnajdzie swoją ścieżkę bólu, a na samym końcu będzie wreszcie szczęście. To chyba niemożliwe, ale warto spróbować.
Ta szansa spotkania cudu lśni głęboko w moim sercu.
Nie ma już nic, czego można by się bać, ponieważ nie jesteśmy już sami.
Nawet jeśli wciąż nie możemy ujrzeć naszego celu, z pewnością możemy iść wprost ku niemu, nieważne gdzie.
Nie ważne kiedy, nie myśl. Czuj!
Postawmy krok i biegnijmy!
Cud tkwi w sercach ludzi i potrafi rozświetli nasz mrok i ciemności, lśni on głęboko, pośród czerni, krwi i bólu, jego wątłe światło, potrafi rozkuć najtwardszy lód, zamykający w sobie ludzkie uczucia.
Bojąc się, zapominała, że jej przyjaciele, mimo wszystko wciąż o niej myślą. Wiedziała, iż nawet to dobro i przyjaźń, jest tylko maską, skrywającą żal, ból, krzywdę i cierpienie, oraz to najgorsze, nienawiść... Ale pocieszała się jednym, nie jest sama w tym świecie, miała jeszcze jego, swoją jedyną rodzinę. Musiała odnaleźć go wreszcie i powiedzieć to wszystko, co chciała. Nawet, gdyby miał ją odtrącić, lub zabić, szła by za nim. Była uparta, ale tak samo, jak on. Dlatego, mimo, że chciałby ją zabić, zrobiłaby dla niego wszystko, bo po tym wszystkim, był jej ojcem.
Czemu przychodzimy na ten świat?
Czemu żyjemy?
Nie potrzebuję trudnych odpowiedzi.
Nie wstydź się płakać i śmiać.
Właśnie te najprostsze uczucia są najważniejsze.
Pozostaw swe łzy za sobą w tamtą smutną noc.
Dzięki temu staniesz się silniejsza.
Cichy śpiew, niczym szept niósł się przez pola, razem z nią, bo choć nie wiedziała, gdzie ją nogi zaprowadzą, szła dalej.
-Cel: Iris!-Zawołała do siebie.
Jedną stopą odbiła się od ziemi i nawet nie dało się zauważyć, jak zniknęła, pozostawiając za sobą tylko żółty błysk pioruna. Szybki strumień wiatru, niczym strzała przeleciał przez pola. Mało kto z osób postronnych, wziąłby tą niecodzienną anomalię pogodową, za niewidomą maginię Błyskawicy.
~Kilka godzin później, miasto Iris, Fiore, kraina Black Forest~
Rose naciągnęła na głowę kaptur płaszcza odkupionego od wędrownego sprzedawcy. O ile 'odkupiony', to właściwe słowo, biorąc pod uwagę, że ładunek elektryczny, który towarzyszył jej pojawieniu się, spowodował śmierć konia, kupca, jego żony i ucznia. Żywioł, którym dysponowała był niszczycielski. Ludzie przekonywali się o tym na codzień. Jeśli nie tracąc świadomości, zanikając w ciemności nie budziła się, czując zapach krwi, to efekt jej mocy mordował każdego na swojej drodze. Zwłaszcza, jeśli ten ktoś nie korzystał z magii.
Żyjąc ze świadomością, że zabija nawet nie widząc tego i co gorsza nie wiedząc o tym, zatracała się w kłamstwie i samotności.
Każdy dzień przynosi nowe ofiary. Co rano, budzi się ze świadomością, że życie straci kolejna niewinna osoba, jeżeli nie ucieknie. Powinna być sama. Nie mogła ingerować w swoje działanie, więc winna była temu zapobiec, choćby kosztem siebie.
W tejże chwili, po omacku, sprawdzając dokładnie teren trzymanym przed sobą kosturem sprawdzała teren i opierając się o ścianę jednego budynku, w głowie odtwarzała plan Iris. Jednak na próżno to szło, gdyż nie odwiedzała tego miasta już od dwóch miesięcy. Szybko, sądząc, że w Peony dozna spokoju i dożyje starości w samotności, nie szkodząc już nikomu. Ale się myliła, dodatkowo, przy ludziach wolała nie używać Magii Skanu. Plan byłby niekompletny.
-Gomen, czy mogę pani pomóc?
Mała, blondyneczka o niebieskich oczach z wymalowaną radością na twarzy, stanęła przed Bennet odzianą w stary, czarny płaszcz. Pustym wzrokiem rozejrzała się wokoło, po czym palcem wskazała siebie, by upewnić się, że to o nią chodzi.
-Tak, proszę pani, o panią chodzi. Wydaje się, iż pani nie widzi, więc chciałam pomóc, jeśli pani czegoś szuka-odrzekła raźno.
-Po pierwsze, nie jestem panią-zaczęła jadowicie.-A po drugie, nie ufam obcym, i po trzecie, nie potrzebuję pomocy, dam sobie radę sama-dodała chłodno i wyminęła wrytą blondyneczkę.
Prychnęła cicho i teraz już szła swobodnie, słysząc dokładnie każde słowo, każdy ruch, oddech, najmniejsze drgnięcie w otoczeniu. Wyszła z bardzo zaludnionej w tym momencie strefy miasta, to jest dzielnicy handlowej.
Kilkanaście minut później, stanęła przed wejściem w ciemny zaułek mało uczęszczanej przez ludzi uliczki. Klucząc między skrzynkami, a kontenerami na śmieci, dotarła przed drzwi, nad którymi wisał szld, prezentując napis, kaligrafowany starannie:"Casino Bloody Moon". Otworzyła powoli skrzypiące drzwi i weszła do pomieszczenia, przesyconego smrodem alkocholu i dymu tytoniowego. Cały bar wypełniony był przeróżnymi dźwiękami, odrobinę denerwującymi dla jej uszu. Uderzenia kul bilardowych o krawędzie stołu, kostki turlające się po blacie, strzałki wbijające się w tarcze, kręcącą się ruletkę, każda możliwa forma hazardu.
-Siemaaa *hic* maleeńka *hic*! Zabawimy *hic* się?
Podobne tego typu jęki wydobywały się z zachrypniętych gardeł niewyraźnie wyglądających mężczyzn siedzących przy barze. Jedni byli magami, inni bezbronnymi pijakami, lecz łączyło ich jedno: czerwone nosy, rozczochrane włosy, alkochol i zapewne, wysoki rachunek w miejscowych knajpach, szacując po ich stanie i wyglądzie.
Nie zwróciła na to uwagi, wyminęła ich, elektryzując wszystko na około. W tym też momencie, włosy stałych bywalców kasyna stanęły dęba, a kieliszek jednego 'kopnął ' go prądem.
Prychnęła zirytowana i podeszła do myjącego blat barmana.
-Jest u siebie?-Szepnęła dyskretnie.
Łysy mężczyzna, równie cicho skinął głową i rozejrzał się, czy nikt go nie usłyszał. Rose natomiast uśmiechnęła się pobłażliwie, po czym jak zjawa zniknęła za kotarą baru.
Znalazła się w magazynie, tam szybko odnalazła ukryte za skrzynkami drzwi, prowadząc na foyer.
-Jak zawsze mania wielkości-zaśmiała się złośliwie, po czym nawet nie szukając, wybrała od razu trzecie drzwi po lewej.
Kostur zniknął, weszła swobodnie, opierając się o ścianę na wszelki wypadek. W pomieszczeniu panował półmrok oświetlany drobnymi płomykami świec. Przy dużym machoniowym biórku, stał odwrócony fotel, po jego obu stronach, nie było żadnych mebli, lecz wiszące na ścianach, zdjęcia, wycinki z gazet, stare pergaminy, a wszystko reprezentujące jedynie jedną istotę, Acknologię.
-Kogo tu znowu niesie?
Cichy, przesycony nienawiścią alt rozbrzmiał w pomieszczeniu. Nastało napięcie, które dusiło i tłamsiło jakiekolwiek życie w pokoju. Zostało one przerwane jednak szybko, właśnie głośnym, rozbawionym i nieco głupkowatym śmiechem, pochodzącym prosto od nowoprzybyłej.
-Kto śmie sobie bluźnić?!
-Pha hahhaha... Ja nie mogę Angela, wogóle się nie zmieniłaś!-Wydusiła Rose trzymając się za brzuch. Oparła się o ścianę, próbując nie spaść plackiem ze śmiechu.-Dalej odwalasz tą funkcję?!
Wtedy to fotel odwrócił się w stronę drzwi, a siedziała na nim...
Kotka o platynowo-blond-białej sierści, ubrana w przewiązaną w pasie arabską spódniczkę i cienką bluzeczkę. W uszach miała szczero-złote kolczyki, rysunek róży umiejscowiony nad lewym okiem, tuż pod opadającą żółtą grzywką.
Jej pyszczek wyrażał wielkie oburzenie i co gorsza, obrzydzenie dla ślepej magini ledwo trzymającej się na nogach ze śmiechu. Założyła łapki na krzyż i zaczęła tupać nóżką, w oczekiwaniu na wyjaśnienia.
-Z czego chichoczesz, młoda panno?
Tego napadu euforii nie można było chyba nazwać chichotem, lecz ozdobny język Evangeliny nie pozwalał jej na użycie bardziej nieeleganckiego słownictwa.
-Gomen, Gomen nasai-wydyszała.-Evuś, oto jestem!-Zawołała kłaniając się komicznie.
-Widzę właśnie. Jednakże, brak mi zrozumienia, co do powodu twojego przybycia.
-...-odpowiedziała jej cisza, przerywana tylko przez tykanie zegara wiszącego w pomieszczeniu.
-Jednkaże, wydaje mi się, iż jest on mi dobrze znany-rzekła flegmatycznie, po czym rzuciła gazetą w stronę zakapturzonej szatynki.
Kocica odchrząknęła głośno i dodała już normalnym, codziennym słownictwem:
-Jak zawsze, pamiętałaś o mnie, jedynie, gdy było ci coś potrzebne.
-Sumimasen-szepnęła w odpowiedzi wertując kolejne strony "Głosu Sprawiedliwości Fiore", w którym znalazła swój list gończy.
Evangelina prychnęła lekceważąco.
-Mam to w nosie, już dawno temu przestałam się przejmować... Rozumiem, że z powodu zaistniałej sytuacji, zamierzasz wyruszyć ponownie w drogę, czyż nie?
Pokiwała głową z całą powagą, starając się stać na wprost kotce.
-Żałosne-parsknęła obraźliwie.-Liczysz, że pójdę za tobą, jak kiedyś?
Jej oczy rozszerzyły się w geście zaskoczenia.
-Ale ja nie jestem tą samą Evangeliną, co kiedyś-wyraz jej twarzy zmienił się diametralnie, przypominał on demona z piekielnych otchłani, zimnego i zdecydowanego.-Nie zamierzam, jak owca iść za tobą, nie jesteś już moją partnerką i nią nie będziesz... Twoja obsesja zrujnowała mi życie! Patrz co zrobiłaś!... A nie, zapomniałam, ty nawet tego nie potrafisz~!
-Ore*-rzekła.-Watashi wa anata no itami o rikai suru*... Dlatego, tym razem, przybyłam tu dla ciebie.
-Itsuwari!* Wszyscy kłamiecie! Wszystko obrócicie na swoją korzyść, a ja zostanę sama, jak niepotrzebne, zepsute narzędzie! Tym właśnie jesteście wy, Smoczy Zabójcy! Zwykłe śmiecie!... Te wasze smoki! Destrukcyjne moce! Jedna wielka porażka, jedynie krzywda dla ludzi i tego świata!... Zabiję cię któregoś dnia! Spełnię swoją misję! Zabiję cię!... Kiedy tylko będę do tego zdolna.
-Eva... Watashi wa... Watashi wa...
-Idź już stąd! Zejdź mi z oczu, kłamczucho! Odejdź już na zawsze z mojego życia!... Ty... Ty... Ty Ślepy Demonie!...
Rose poczuła słone łzy gromadzące się pod powiekami. Nie spojrzała więcej w oczy kotce. W jej dłoni znów pojawił się kostur. Odwróciła się na pięcie i powoli odeszła. Zaraz znalazła się w barze, a potem znów na zewnątrz, nim się obejrzała, była już w parku centralnym. Następnie wolnym krokiem, zgarbiona, kurczowo trzymając kostur i sprawdzając drogę podążyła tam, gdzie nogi ją zaprowadziły, tj. ponownie do dzielnicy handlowej. Jednak teraz, wyglądała ona, jak po przejściu tornada, wszędzie walały się zniszczone części straganów, budynki były w opłakanym stanie. Nie było jej tu może półtorej godziny. Odruchowo posłała skan w stronę zaułka i z niepokojem zauważyła brak... pustkę, brak czegokolwiek w tamtym miejscu. Jej oczy rozszerzyły się do maksimum, prezentując uciekającym handlarzom brak źrenic.
-I nigdy więcej ze mnie nie drwijcie! Jestem Sting Eucliffe, Smoczy Zabójca, który zabił smoka i przewyższy Salamandra!
Zauważyła łysego barmana trzymającego się za rękę z otwartym złamaniem, poczuła zapach krwi i dojrzała kulejącą Evangelinę wyłaniającą się wraz z nim z pustego zaułku. Przez chwilę stała nasłuchując i posłała kolejny skan, by poznać źródło krzyku. Oczami duszy zobaczyła chłopca w wieku ok. 11-14 lat stojącego pośród tych wszystkich zniszczeń z opętańczym uśmiechem na twarzy, obok niego kręcił się purpurowy kot wykrzykując coś w stylu:"najlepszy, najsilniejszy".
-Drwić mogą z ciebie dopiero teraz...-rzekła Rose grobowym tonem.
Chłopiec momentalnie spojrzał w jej stronę, w geście zdziwienia uniósł jedną brew i przyglądał się, jak Bennet zdjejmowała kaptur i powoli się prostowała. Wlepiła w przestrzeń pusty wzrok, przypominający bezduszną bestię bez skrupułów.
-Pokazałeś, jak niszczycielska jest nasza magia i co potrafi zrobić, jeśli ktoś korzysta z niej jedynie by zaimponować jakimś niedowiarkom. Smoczy Zabójca, to osoba z honorem i dumą, która nie potrzebuje uznania innych, by robić swoje i ukazywać to co najlepsze w naszej magii. Nie musimy nikomu udowadniać, co umiemy, ani też jak bardzo się mylą. Niech trwają przy swoim, bo do zguby doprowadzi ich pycha... A jeśli chcesz wiedzieć, swoim postępowaniem, nie zasłużyłeś na niczyi szacunek, nawet swój... podobnie jak ja.. Uwierz mi, wiem o czym mówię...
Kostur znów zniknął. Ruszyła. Szybko wyjęła spod płaszcza swój srebrny, składany flet i odeszła grając smutną melodię, pełną ukrytego bólu i samotności.
(najlepiej by było, jakby grali Be as One na flecie :D )
Sting długo oglądał się za odchodzącą dziewczyną patrząc dziwnie szklistymi oczami. Jego kompan także zaprzestał wesołych zawołań i również widział znikającą poza ich zasięgiem dziewczynę.
Evangelina i łysy, barczysty mężczyzna o bystrym spojrzeniu zielonych oczu także obserwowali Rose. W tej chwili, kiedy kasyno zostało zniszczone, gdy usłyszeli jej słowa, nie mogli zarzucić już nic dzisiejszemu dniu. Teraz mogli tylko patrzeć.
-Rose...
-Powinnaś za nią iść-uciął stanowczo barman i odwróciwszy się wrócił do zaułka by sprawdzić, czy coś jeszcze zostało.
-Gdziekolwiek nie pójdziesz... niszczysz wszystko... demo... Może to właśnie dobrze?...
Młody blondyn dostał nagłego zrywu i nie oglądając się na towarzysza popędził za Bennet, nie dbając o to, że może jej już tam nie być.
-Oi! Kimkolwiek jesteś! Wyjdź!... Czy jesteś... Smoczym Zabójc...
Nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie czyjaś dłoń zasłoniła mu usta. Powiódł wzrokiem w górę i zauważył tą samą szatynkę, która wcześniej do niego mówiła.
-Nie krzycz tak, o tym. Ludzie się dowiedzą i mam pobyt w celi zapewniony na sto lat-warknęła głośno, po czym odsunęła się.-Poza tym, czy ładnie to tak napadać nieznajomych, bachorze?
-Oiii! Tyy... Stara prukwo! A przed chwilą mi morały prawiłaś!
-Dobrze powiedziane, ale do mnie się to nie odnosi. Straciłam godność...-odrzekła ciężko wzdychając.-Ale masz rację, to źle... Nie idź za mną, bo i ty stracisz honor i godność...
-Jestem Sting Eucliffe i będę robił co chcę!
-A ja jestem Rose Bennet... Może znasz mnie z listów gończych, a może nie? Lepiej dla ciebie, jeśli zachowasz to w tajemnicy. Nie idź za mną, bo skończysz marnie. Ja muszę odpokutować krzywdę, którą wyrządziłam najbliższej osobie, sama. Sayonara Eucliffe-san, może kiedyś się spotkamy, a może to ja usłyszę o tobie, jako znanym, slinym, godnym szacunku magu?... Kto wie...
Założyła kaptur i posłała mu puste spojrzenie, by potem znów odejść, kontynuując swoją smutną melodię.
-Daijobu?-Spytał bojaźliwie kot lądując obok swojego towarzysza.
-Hai... Znaczy, chyba tak...
~Jakiś czas później, dworzec Iris~
Siedziała na ławce na trzecim peronie, czekając aż nadjedzie jej piekło, pojazd jeżdżący po torach. Mimo to nadal opierając głowę na rękach zastanawiała się, jak właściwie dotarła na tą przeklętą stację.
-Następny cel, to... Ech, już sama nie wiem, gdzie się udać... Może do Tulip? Tam jest wielka biblioteka, mogłabym znaleźć w niej to, czego mi trzeba, albo... albo...
-A wtedy:
-Po pierwsze, może ja pokieruję. Zawsze byłaś słaba w planowaniu.
Przy wyjściu z dworca na peron stała ta sama kotka, Evangelina w wyczekującej pozie z tajemniczym uśmiechem na ustach.
-Co tutaj robisz?
-Niestety samej cię zostawić nie mogłam, zaraz byś narobiła kłopotów, a to co zrobił dzisiaj ten młody Eucliffe uświadomiło mnie, że wszyscy Smoczy Zabójcy, to porąbani ludzie, których trzeba pilnować!
-Myślałam...
-Lepiej już nie myśl, bo nasz zespół wraca na szlak!
-Uhm!
C.D.N.
