Rose leżała na kanapie w przedziale pociągu, podkuliła nogi pod brodę i starała się przetrzymać kłujący ból ogarniający jej głowę. Słyszała wszystkie dźwięki w niesamowitym nasileniu, aż rozpychały jej umysł i niszczyły od środka jakąkolwiek nadchodzącą myśl. Naprzeciw niej usadowiła się kotka i z niesmakiem obserwowała cierpienie magini.

-Naprawdę, już lepiej żebyś wymiotowała-wymamrotała zirytowana.

Bennet obdarzyła ją jedynie dziarskim spojrzeniem, uśmiechnęła się delikatnie i podciągnęła kolana pod brodę.

Jak niewiele trzeba było, by pojawił się uśmiech na jej twarzy. To był wyraz ulgi, która mimo bólu ją ogarniała. Evangelina jej wybaczyła. Evangelina jej wybaczyła!-Starała się utrzymać swoją radość w tajemnicy przed kotką, która stanowczo nie wydawała się być tą, którą pamiętała. Wiedziała, że napewno nie wybaczy jej szybko, gdyż wyrządzona krzywda była zbyt wielka, by zapomnieć o niej szybko.

Rose zacisnęła powieki, starając się już nie myśleć, o otaczającym ją świecie, więc oddała się błogości, która nagle zaczęła ją ogarniać, a dzięki której mogła zrelaksować się w krainie sennych marzeń. Ale nawet w tym miejscu, wszystko było koszmarem...

Gdzieś w okolicy Haregon

Magowie Fairy Tail właśnie wracali po dobrze wykonanej misji na przeklętej wyspie Galunie, jednak mimo, iż wiedzieli, co czeka ich w gildi ze strony mistrza, czerpali przyjemność z chwili smażąc jedzenie na rozpalonym przez Natsu ognisku.

-Mższmówie szi Rushi, nie martwsz szie!-Wykrzyknął różowowłosy czarodziej z pełnymi ustami.

-Natsu, nie mów z pełną buzią!-Skarciła go Erza.

-Przephmaszm.

-Erza, wybacz temu niedorozwojowi-wymruczał złośliwie niebieskooki brunet, zwany Gray'em Fullbasterem.

Natsu momentalnie przełknął to co miał w ustach i posłał gniewne spojrzenie w stronę maga Lodowego Tworzenia.

-Coś ty powiedział miętówko?!

-To co słyszałeś ognio-mózgu!

-Wystarczy!-Huknęła Titania, czarodziejka Podmiany, po czym rozdzieliła ich, jednym ruchem sadzając Lucy między nimi.

-Dlaczego ja, Erza?-Spytała rozpaczliwie blondynka widząc groźne spojrzenia dwóch magów.

Scarlet nie wyglądała na spokojną, w jej oczach widoczny był mroczny blask, a od ciała ulatniała się straszna, ciemna aura, więc Heartfilia zdecydowała się już nieodzywać. W końcu jednak obrażony Natsu odszedł od ogniska i ułożył się pod drzewem nie zaszczycając magów już choćby jednym spojrzeniem. Wkrótce zaczął wydawać z siebie ciche pochrapywanie, lecz nie oznaczało to wcale, że zasnął... Happy zwinął się w kłębek tuż obok.

-Ale z niego idiota-syknął Gray odwracając wzrok.

-Gray-ostrzegła Erza.

-No, co? Erza, przyznaj, też tak uważasz... Mógłby się zachowywać bardziej dojrzale, płomienno-głowy przygłup.

-Gray przestań-tym razem Lucy starał się obronić Natsu, choć trudno jej to przychodziło z uwagi na ostatnie wydarzenia. W końcu wyciągnięcie ich bez zastanowienia na misję rangi S nie było mądrym pomysłem.

-Fakt, faktem Natsu...

-Jest idiotą...

-Ech...

Dragneel cudem powstrzymał się od zaatakowania czarnowłosego maga lodu. Jedyne, co trzymało go w miejscu, było świadomością, że mają rację. Mimo ich sukcesu, naprawdę jego postępowanie było karygodne. Czuł się źle z tym, że mistrz mógłby się zamartwiać. Ale co mógł zrobić? Chciał po prostu udowodnić im wszystkim, i jej, że naprawdę jest godny klasy S. Przed członkami gildii była jeszcze Lucy, ta której zamierzał pokazać, iż potrafi ją ochronić i wygrać. Tak robiły smoki między sobą, a on był smokiem.

Lepiej będzie, jak już zaśnie, przynajmniej nie usłyszy reszty... bo przecież, nie był kompletnym debilem, prawda?

Faktycznie, do dzisiaj nie rozumiał wielu spraw, a także i słów, które na codzień stawały przed nim. Dzięki Erzie, wiedział przynajmniej to, co musiał, lecz z dnia na dzień więcej rzeczy się komplikowało.

W końcu jednak, po kilku minutach, zmęczony przez długą jazdę wozem, zaczął odpływać w objęcia Morfeusza, do krainy, w której wszystko było piękne i łatwe.

Gdy otworzył oczy, nie był już na leśnej polanie, nie drzemał przy drzewie, obok swojego kota, a w pobliżu nie stał zaparkowany morderczy pojazd. Przed nim rozciągała się zielona łąka, wiatr kołysał ździbłam trawy i kolorowymi kwiatami, których większość była w znienawidzonej przez niego barwie, różu. Zamrogał kilka razy, chcąc upewnić się, że nie miał halucynacji. W końcu jednak stwierdził, iż wszystko, co widzi, nie zniknie, toteż ruszył przed siebie rozglądając się na boki. Wyglądało, jakby ziemia wogóle się nie ruszała.

-Co do cholery?!-Syknął wściekle.

Przyśpieszył, teraz już biegł. Początkowo spokojnym truchtem, a już po chwili szalenie gonił przed siebie. Zamknął oczy i wystawił głową nieco do przodu, by złamać opór wiatru, który spychał go do tyłu.

W pewnym momencie, poczuł, że niewidzialna klatka ustępuje, a on sam jakby przeleciał przez ścianę żaru, ta poparzyła go, niczym ciekły piorun, bolało... W końcu zaczął spadać, koziołkować z góry w nieznanym kierunku.

Stała po raz kolejny na końcu tej skarpy i opierała się o niewidzialną ścianę, która więziła ją w jej pułapce. W dodatku, nawet tutaj, we śnie wszystko było czarne, żadnego koloru w polu widzienia. Od zawsze, nawet obrazy jej wspomnień były czarno-białe, te sceny, których urywki przewijały się w umyśle i wyniszczały go, sprawiały, że chciała zakończyć swój marny żywot.

Utrata pamięci jest bolesna. Zwłaszcza, gdy obudzisz się samotnie, na łące, takiej samej, jaka rozciągała się za nią. A to, co dodatkowo zwiększało ból, to jedyną myślą kłębiącą się w głowie, było zdanie złożone z zaledwie kilku słów:"Muszę odnaleźć Acnologię..." Wtedy jeszcze nie wiedziała, kim był ów Acnologia, lecz wystarczyło parę wycieczek do okolicznych miast, by poznać jego tożsamość... Mimo to, nie zraziła się i nadal go szukała.

W tej chwili czuła jego zapach zza niewidzialnych krat, siarkę, wyraźny strach wśród uciekających ludzi, śmierć, krew, ból i cierpienie... Przed nią rozciągał się właśnie obraz ostatniej zbrodni Czarnego Smoka Apokalipsy. Słyszała każdy krzyk, każdy odgłos walącego się budynku, ryk, ryk jej ojca, oraz uderzenia, płacz, głośne odgłosy kroków... zaraz, kroków?

"Wydawało mi się"-pomyślała jedynie.

Mimo, iż go nie widziała, znała każdy jego ruch i nawet jeśli pamiętała go w czerni i bieli, wiedziała, jak wygląda... Czy grzechem było kochać go?... Tak, lecz należy pamiętać, że grzechem również byłoby go nienawidzić.

-Kim jesteś?

Drgnęła. Kto mógł być tutaj oprócz niej? Nikt przecież nie potrafi przełamać bariery snów...

-To ja chyba powinnam o to zapytać-odrzekła chłodno, starając się opanować drżenie głosu i rosnącą w niej ciekawość.

-Naprawdę?! Może najpierw wytłumacz, co robisz w moim śnie!

-To ty jesteś w moim...

Nim zdążyła cokolwiek dodać, usłyszała szelest wypalonej trawy obok niej i głośne uderzenie o niewidzialną barierę, która trzymała ją w jej koszmarze.

-Co do?! Smok?!... Hej! Oi! Oi! Znasz Igneela!

Chłopięcy głos darł się jak oszalały, a czyjeś pięści uderzały o niewidoczne kraty z coraz większą częstotliwością.

Rose zdziwiła się na potęgę wsłuchując się w krzyki intruza, miała wrażenie, że mogła mieć z nim więcej wspólnego, niż jej się wydawało. Jednak wiedząc, iż jest jedynie mirażem, projekcją, która dołączyła do jej koszmarów, zatrzymała obojętny wyraz twarzy i nic niewidzącym wzrokiem zaczęła szukać punktu, w którym miała się zatrzymać.

-To nic nie da...

-Co?! On napewno wie, gdzie jest Igneel! A może ty wiesz?! Ognisty Smok Igneel!

-Po pierwsze, on cię nie usłyszy, a po drugie, gdyby tak się stało, to zostałbyś zmieciony z powierzchni ziemi-rzekła dumnie i nie mogła się nie uśmiechnąć, na wspomnienie jej pierwszego spotkania z ojcem.

-On?! Ja jestem Natsu Dragneel! Salamander, Smoczy Zabójca! Powie mi, co zechcę!... A... Skąd ty to wiesz?

Ostatnie zdanie brzmiało niepewnie, tak, że zbiło Bennet odrobinę z tropu. Zwłaszcza po tych dwóch unikatowych słowach, nie potrafiła wydobyć choćby słowa...

-S-Sm-o-czy Z-Zabójca?

-Tak, pewnie nie słyszałaś o tym, bo to zaginiona magia!... Wracając do pytania...

-Po prostu wiem i radzę ci wierzyć mi na słowo, przysięgam na własną ślepotę...!

-Więc ty... Nie widzisz?

Tym razem głos Natsu był smutny, zawierał w sobie nutkę żalu i współczucia, czyli tego, czego Rose najbardziej nienawidzila.

-Tak! I nie ma w tym nic złego. Jestem równa wszystkim, nawet pomimo tego!

-Nie chciałem cię niczym urazić, ale... To chyba niefajnie nic nie widzieć?

-Zależy... Bo ja... A zresztą, co ci będę opowiadać... Chociaż, mimo wszystko, chciałabym wiedzieć, jak wyglądasz...

Zaraz też ugryzła się w język, bo powiedziała coś niepotrzebnego. Oparła głowę o niewidzialną ścianę i głośno odetchnęła.

-Czasami też, zastanawiam się, jak to jest widzieć...

-Mogę ci pokazać.

-Co?...

Nim zdążyła zareagować, siedziała na ziemi po turecku i słyszała czyjś oddech, blisko, tuż przed sobą. Natsu chwycił jej dłonie i położył na swojej twarzy. Wzdygnęła się, a po jej plecach przeszedł dreszcz.

-Dotyk, to też forma wzroku!

Poczuła jak mięśnie jego twarzy się skurczają, uśmiechnął się do niej. Jedyne co wyrażała mimika twarzy szatynki, to wielkie zdziwienie, dla jego postępowania, lecz zrobiła to, co jej pokazał. Powoli wodziła palcami po twarzy Dragneela poznając jej rysy, kształt i każdy szczegół. W końcu sama się uśmiechnęła.

Przez następne kilkanaście minut dowiedziała się, że był wysoki, umięśniny i uroczy, wg. niej, oczywiście.

-Szkoda, że nie znam kolorów-dodała na koniec.

-Czyli nie widzisz od zawsze?

Teraz siedzieli obok siebie. Natsu dokładnie przyglądał się Rose i analizował szczegóły jej postury, próbując cokolwiek zrozumieć z tego wszystkiego.

-Iie... Ja... O ile pamięcią sięgam, nie widzę od siedmiu lat.

-Czyli straciłaś wzrok w...

Zakłopotał się odrobinę i zaczął liczyć na palcach.

-...X777 roku. Dokładnie w tym roku, w którym zginęły smoki...

-Chyba tak... Nie pamiętam prawie nic od dnia, w którym obudziłam się sama na łące.

-So ka... A co się potem z tobą działo?

-Ja, nie chcę, nie mogę o tym mówić... M-może o-opowiesz mi coś o sobie?

-O sobie?

W tym momencie również, przeklinała się w duchu za to pytanie. Spuściła głowę i podkuliła nogi do siebie.

-Czemu nie?... Widzisz, moi rodzice...

Tak rozpoczęła się opowieść Natsu Dragneela, która już niejedno miasto obiegła, lecz ani on, ani słuchaczka, nie sądzili, że właśnie przez to, rozpocznie się wspólna historia dwóch Smoków, które czuły, że ich spotkanie było przeznaczone.

Mimo iż tam na ziemi minęło kilka godzin, dla nich to było jak jedna lub dwie. Oboje wiedzieli, iż kiedyś jeszcze się spotkają, lecz nie sądzili, gdzie i kiedy to nastąpi.

Nagle wszystko zaczęło się rozmazywać, obrazy Acnologii, łąka i niewidzialne więzienie, wiedzieli, że to już koniec spotkania...

-Oi! Nie powiedziałaś jeszcze, jak masz na imię!

-Jestem...

Nie zdążyła, bo Dragneel zatonął w ciemności i nie widział już nic... Gdy zamknął oczy, ostatni raz mignął mu portret brązowowłosej dziewczyny o turkusowych oczach, który zaraz zatarł się w pamięci i choć starał z całych sił, przypomnieć sobie, jak wyglądała, nie potrafił, jej głos i opowieść powoli się oddalały...

-Natsu! Obudź się! Erza tu idzie!

Momentalnie stanął na równe nogi z maską Happy'ego #2.

-Aye sir!

Uśmiechał się, choć sprawa tajemniczego snu nadal zajmowała pierwsze miejsce w jego umyśle.

-Ruszamy w drogę!

Tymczasem, miasto Thorn, dworzec.

Niebieskooka szatynka niemrawo spełzła z siedzenia pociągu i podreptała chwiejąc się, za platynowoblondwłosą kotką, która wręcz bestialsko ją popędzała.

-Głupi sen-mruknęła do siebie i przyłożyła dłoń do czoła.

-Och, czyli twój ból głowy wpływa też na projekcję snów?

-Najwyraźniej...-odburknęła, gdy już stanęła na stałym gruncie peronu.

-Może powiesz dokładnie, co ci się przyśniło?

Głos Evangeliny nie sugerował, iż chociaż odrobinę ją to interesowało, zdecydowanie była zajęta własnymi myślami. Bennet dobrze wiedziała, kiedy zamilknąć, a w tej chwili jej intuicja podpowiadała, że gdyby zaczęła mówić, zachowywałaby się jak zwykły bachor. Tak więc, odczuwając jeszcze ból głowy spowodowany specyficzną chorobą lokomocyjną, dreptała cicho i posłusznie za kotką.

Po kilkunastu minutach drogi, którą pokonała starając się nie stracić tropu zapachu Angeli, bo inaczej zgubiłaby się dawno. Eva była doprawdy bezlitosna dla niej, wybierała ciemne zaułki, wąskie uliczki zakończone wysokim murem i inne podobne przeszkody, jako kara dla Rose. Mimo wszystko i tak dobrze wybrała cel podróży. Thorn mieściło się na granicy Fiore i Bosco, było dość zacofanym miastem pełnym przestępców i mroczny stworzeń, które ukrywały się w mroku Black Forest. Ta część Kraju Kwiatów napewno nie była zbyt gościnna i mało kto się zapuszczał w te rewiry, a jednak swoje miejsce znalazła tutaj osoba, której szukała Evangelina.

-On naprawdę tutaj jest?-Spytała Rose z nadzieją.

-Hai.

Osoba, której poszukiwału, już dawno temu odeszła z ich życia i po raz kolejny, była to jej wina. Ale w dniu, w którym zdecydowała się wyruszyć ponownie, należało zebrać całą kompanię, mimo iż po części było to niemożliwe.

-Hai, obiecał, że któregoś dnia znów zobaczymy się w tym miejscu, w którym nasze drogi się rozeszły-dodała bez emocji, chociaż Bennet mogła przysiądz, że wyczuła w nim drżenie.

-Tak... Dzisiaj on, a już niedługo, wyruszymy ponownie wszyscy razem!

Próbowała dodać jej otuchy poprzez nadzieję, którą w sobie nosiła od ucieczki z Peony. Wszystko zaczęło się na nowo.

-Mam tylko nadzieję, że będę mogła liczyć, na wasze wybaczenie-rzekła cicho.

-A myślałaś, że co innego?

Czyjś wesoły baryton odezwał się tuż za nimi. Momentalnie zrobiły zwrot o 180* i zobaczyły przed sobą...

Dwójkę dobrze znanych im osobników. Mianowicie, zielonowłosego chłopaka w wieku ok. osiemnastu lat, posiadającego lśniące czystym złotem oczy i rudego kota przypominającego odrobinę tygrysa z oberwanym uchem.

-Szefowa-san! Więc Lucky znów będzie mógł iść z tobą na misję!-Zawołał piskliwym głosem, rozradowany chłopak.

-Lucky, Hero! Miło was znów... słyszeć!-Zażartowała szatynka.

-Ekchm, nie zapominajcie się.

Wściekły głos Evangeliny przwrócił napięcie w towarzystwie, które jakby zapomniało o tym, co zdarzyło się niedawno i co zniszczyło wszystko.

Śmierć, jest pojęciem względnym, lecz bardzo smutnym. Jak to się mówi:"Nie ginie ten, kto trwa w pamięci żywych", a ból po stracie pozostaje, o tak, to napewno. W dodatku, później wytycza się winnych, jak i bohaterów. Ci pierwsi, przez całe życie żyją tym, co było i pozostają w pamięci innych, jako mordercy, przestępcy i źli... Zatracają się w winie i obracając ją w inną stronę, stają się prawdziwymi mordercami. Fałszywa ciemność zostaje prawdziwa i zatapia w sobie tych, którzy nigdy nie chcieli w niej być. A, są jeszcze ci drudzy, bohaterzy, okryci chwałą ludzie, którzy jednak mogą mieć na sumieniu więcej, niż którykolwiek z winnych. Dlatego, iż pomimo swojej chwały, również utknęli w niewidzialnej klatce wspomnień analizując, co zrobili źle, że nie udało im się tego właśnie dnia wygrać... Nawet oni nadal żyją w przeszłości i kryją się za maską, by nikt nie odkrył ich słabości...

Rose należała do obu tych gatunków, choć coraz częściej, chciała po prostu uciec, by wreszcie uniknąć wyboru, dwóch stron, z których obie, nie należały do najlepszych wyborów. Ona była po prostu jednym z tych szarych ludzi, którzy winni byli ukrywać się w cieniu i nigdy z niego nie wychodzić. Z dnia na dzień oddalała się jeszcze dalej, by zniknąć, już zawsze, samotna pośród ludzi.

-Gomen nasai-szepnęła.-Jakie jest nasze zadanie, Evangelino?

-Ekchm, ekchm-kotka zdecydowanie poczuła się niepewnie wywołując u swojej towarzyszki chłodną rezerwę, lecz z tą samą pewnością w głosie zaczęła mówić.-W swojej torbie, mam kilka zleceń, lecz jedno, najbliższe, jest tutaj, w Thorn, a dokładniej w lesie...

Lucky zadrżał na słowo 'las', lecz i z drugiej strony ucieszył się, że będzie mógł wykorzystać pełnię swojej magii. Tymczasem jego koci partner uśmiechnął się chytrze i lekko się schylił, jakby przygotowując do ataku.

-... gdzie od niedawna, bazę ma gang wędrownej gildii Demon Roar, może kojarzycie ten symbol?-Ze swojej pierzastej torby wyjęła zdjęcie znaku cechu.

Wszyscy, prócz Rose od razu się skulili na pamięć tajemniczej mrocznej gildii, o której najwięcej informacji miała właśnie Bennet, przez co odrobinę budziła ich podejrzenia. Jednak magini błyskawic, tak naprawdę po prostu miała swoje źródła wiedzy i dzięki nim była na bierząco. Zawsze, wiedziała o wszystki najszybciej, ale w końcu byli ludzie, którzy naprawdę potrafili wynaleźć największe, najlepiej ukryte brudy. Mianowicie, dobrze znana, ekipa Flamming Eagle.

-So ka... Trochę się boję-wyznał Yagano i po chwili ogarnął Rose wzrokiem pełnym euforii-ale jestem pewien, że Szefowa-san obroni Lucky'ego i neko-san!

-I ja też jestem pewien, napewno sobie poradzimy-poparł go Hero.

Evangelina pokręciła głową z powątpiewaniem, lecz uległa.

-To może by tak, zameldować się w hotelu?-Zaproponował enutzjastycznie rudy kot.

Reszta ekipy oczywiście przyznała mu rację i skierowali się do najbliższej noclegowni. Lucky mocno trzymał rękę Rose, jakby to on był niepełnosprawny, a nie ona. Uśmiechał się nerwowo i czerwienił niekontrolowanie, w duchu ciesząc się, że przyjaciółka jest niewidomy. Jednak zapomniał o innych wyostrzonych zmysłach Bennet, która słyszała szybkie bicie serca i nadmierne ciepło.

W tej chwili czuła się zagubiona pośród swych przyjaciół. Ból głowy nadal nie przeszedł, wciąż rozchodził się w jej umyśle i mieszał myśli, które i tak nie były po kolei. Nie rozumiała, jakim cudem Yagano i Hero, mogli przebaczyć jej od razu, jakby odłożyć na bok wszystko co było i cieszyć się chwilą, byli zupełnie innego przekonania niż Evangelina.

-Dotyk, to też forma wzroku...

Te słowa od przebudzenia szumią jej w głowie, mimo iż nie pamięta nic prócz słów, czuje się z tym dobrze... Ale, nadal boi się, że to ICH kolejna próba. Głosy, które od lat wypełniają jej umysł są dziwne, przerażające, smutne, pełne żalu, a zarazem ciepłe.

-Śpiewaj dla nas...

Jej oczy momentalnie rozszerzyły się do maksimum. Przez chwilę nasłuchiwała, mając nadzieję, że powiedział to ktoś z jej otoczenia, jednak nic nie usłyszała. Jedną dłoń przyłożyła do czoła. Po raz kolejny je słyszała, jak gdyby na zawołanie... Kim oni są?

Jeśli ta melodia na krawędzi rozproszenia,
Może utkać właśnie taką niezachwialną barwę,
W takim razie, to już nie będzie mieć znaczenia,
Jeśli ostatecznie wszystko, w co wierzymy,
Okaże się kłamstwem.