Nikt nie zna prawdy i przyszłości
Ale odpowiedź jest zawsze w naszych sercach
Spal świat, który znasz i myśl o jutrze;
Uwierz w swoje serce!
Pobliska gospoda w okresie jesiennym była mało uczęszczana, a biorąc pod uwagę, że do Thorn i tak w ciągu roku przyjeżdżało turystów i magów jak na lekarstwo. Większość hoteli i restauracji upadało, a ludzie przenosili się na południe w ładniejsze regiony Fiore. Nie tylko cywile, magowie, jak i mroczni czarodzieje szybko stąd uciekali nie znajdując zysków, ale jednej gildi ani śniło wynosić się z ich domu.
Demon Roar.
Oni byli jedną z najsilniejszych mrocznych cechów(inna nazwa gildii, idiotyczna, ale synonim dobry) w regionie Black Forest, który liczył sobie ich bardzo dużo. Członkowie gildii to prawdziwe potwory, a w dodatku nie było ich więcej niż dziesięciu, z uwagi na poprzednie misje Gildartsa z Fairy Tail.
Teraz jednak, drużyna złożona z dwójki magów i dwojga kotów podążała w stronę najbliższej gospody, Pod Złotą Łuną. Owi czarodzieje znali Thorn bardzo dobrze i nie raz znajdowali w tym mieście czas na wypoczynek. Mimo jego nieprzyjaznego wyglądu, były tam i miejsca, o których człowiek marzy w snach.
Ten skład przemierzający miasto, to po prostu nasi główni bohaterowie, Rose Bennet, niewidoma magini, jej towarzyszka kotka Evangelina, Lucky tchórzliwy czarodziej i jego partner tygrysi kociak Hero. Każdy z tej drużyny miał inną, lecz równie dziwną i dramatyczną historię, łączyło ich jedno, ta nierozerwalna więź, przyjaźń. Jednak, czy nadal jest ona taka sama? Skoro ich nakama, najważniejszy, ta w którą wierzyli, straciła ich zaufanie. Bo czy zabójstwo można wybaczyć? Nawet jeśli nie znali okoliczności, mogli ją oskarżyć, mieli do tego największe prawo. Ona nie odbierała im tego, wręcz przeciwnie, wiedziała o jego słuszności.
Skład, w którym teraz szli był niekompletny. Jednak nie było to jedynie pojęcie względne. Faktycznie, parę osób musieli zgarnąć po drodze podczas swojej podróży, lecz pewna osoba straciła swe miejsce w ich zespole. Etsuko Mitsui, ta, która nigdy już się nie uśmiechnie.
Nikt nie odzywał się od początku drogi, a cisza, która panowała między nimi, była wręcz nie do zniesienia. Żadne z nich nie zamierzało jej przerwać, każde z innego powodu.
Rose patrzyła w dal, choć to słowo nie jest odpowiednie do wykonywanej przez nią czynności. Po prostu, jej oczy centralnie były skierowane w to, co znajdowało się przed nią, bo nie widziała nic. Musiała zdać się na przyjaciół i zmysły, które miała. Jednak, tak napewno nie było zawsze. Część wspomnień, ok. dziesięć lat jej życia zostało zamknięte w czarnej pustce. W tajemniczym smoczym ryku i tych dwóch imionach, Fulgur i Cantara. Dumne magiczne stworzenia pilnujące porządku tego świata, ich rozumne spojrzenie i wielka siła. Dlaczego zniknęły?-Tylko to zajmowało jej myśli.-Bo nawet ten, którego znała i pokochała całym sercem, musiał ją opuścić.
Lucky w myślach powtarzał kolejne akcje deffensywy, by w razie gniewu Bennetówny móc uniknąć ciosów. W gruncie rzeczy, mimo iż każdego dnia płakał z bólu, przez siniaki, to nauka uników czyniła go najlepszym magiem obrony. Jego towarzysz i partner, kot Hero, zdecydowanie służył za negocjatora i głównego stratega zespołu, w dodatku tego, który musiał wyciągać Yagano z doła i pocieszać go. Był zupełnym przeciwieństwem swojego przyjaciela, odważny, charyzmatyczny, sprytny i waleczny.
Została jeszcze Evangelina, uparta, sceptycznie nastawiona do życia, spokojna, inteligentna, odważna, lecz i wrażliwa kotka, która zwykle wszystko bierze do siebie i bywa bardzo pamiętliwa. Teraz jej myśli zajmował wyłącznie dobrze ułożony plan podróży i ukrywanie napływających szczęśliwych myśli, dotyczących Rose.
Każdego dnia zamykała na nie swój umysł. Bo Bennet ją zostawiła, traktowała jak przedmiot i choć ona ją kochała z całego serca, tak wogóle na to nie zważała. Nie kochała jej. Tak więc ona, musi ją znienawidzić. To koniec Rose dla niej i powinna myśleć o niej jedynie, jako o wspólniczce. Czy nie będzie jej przez to łatwiej?
Niegdyś były przyjaciółkami, lecz ona nic nie znaczyła dla Bennet, pozostawała zwykłym kotem, pupilem, który zbędnie jej towarzyszył.
Całe lata, Evangelina musiała radzić sobie ze swoją zazdrością i zawiścią. Według siebie samej, była tylko zbędna. Rose nie zwracała na nią uwagi, Angela choćby chciała, nigdy nie znajdowała się w centrum zainteresowania. Zawsze żyła w cieniu tego smoka. Obsesja na jego punkcie stopniowo ją ogarniała, chciała znaleźć tego potwora i go zabić, by chociaż wtedy Rose zwróciła na nią uwagę. Teraz już będzie. Bo ona, to nie stara Evangelina, pozostawająca w cieniu kotka.
Eva jednak również nie była jedyną osobą, która miała rację w swoim rozumowaniu. Między nią a Bennet od zawsze znajdowały się pewne problemy w porozumieniu. Obie oddalały się od siebie w zastraszającym tępie, a przepaść, która pojawiła się między nimi, nie pozwalała na jakikolwiek kontakt. Evangelina od wczesnego dzieciństwa zazdrosna była o swoją przyjaciółkę, otaczali ją towarzysze, nawet mimo tego co robiła tracąc świadomość, a ona pozostawała w ich cieniu. Jednak, nawet ze swoim ścisłym umysłem nie zauważała, że Bennet robiła wszystko, by jej partnerka mogła się uśmiechać i bawić, poświęcała tyle uwagi ile mogła, lecz zawiść zawsze przysłaniała każdy czyn.
Przyjaciele patrzyli na to wszystko z politowaniem, nie rozumiejąc, dlaczego starania Magini Błyskawicy pełzną na niczym, a działania Evangeliny pozostają bez odzewu. Dlatego z każdym dniem, te dwie towarzyszki oddalały się od siebie, coraz bardziej.
Stali przed zajazdem Pod Złotą Łuną, dużym drewnianym domem przypominającym z zewnątrz odrobinę starą wiejską chatę, wewnątrz mieściła się karczma i pokoje do wynajęcia. Mało kto wiedział o działalności Winter Leaf w owym hoteliku. Gildia ta, funkcjonowała od wielu lat, lecz została rozwiązana ok. rok temu z orzeczenia Rady Magicznej. Jednak w karczmie nadal funkcjonowała tablica tzw. 'wolnych zleceń'. Magowie z krainy Dzikich Gór, którzy nie tracili lojalności dla swojej starej gildii, musieli wyżyć z wykonywania mało płatnych zadań, lub ryzykowania życia podczas misji dla czarodziei klasy "S" lub nawet "X*". Niejeden członek tej gildii tracił życie z powodu zleceń. Jednakże, nie tylko Winer Leaf korzystało z niezależnych ogłoszeń, L'Arc Sybil, do której należały przez pewien czas Rose z Evangeliną, również pojawiało się przy tablicy.
-No... to, chyba wchodzimy?-Wydukał Lucky, który nieco obawiał się, jak ich przyjmą po tak długiej nieobecności.-Ty pierwsza Szefowa-san!
Yagano schował się za plecami szatynki dygocąc ze strachu.
Bennet nie wyglądała na udobruchaną i zadowoloną z faktu, że ktoś przerwał jej koncentrację i próbę wykonania skanu. Zazgrzytała zębami i chwyciła Roślinnego Maga za brązowy t-shirt bez rękawów i bezceremonialnie cisnęła nim tak, że wyłamał drzwi i wylądował na ścianie za ladą baru.
-Lucky-kun!-Zawołał zaskoczony tygrysek.
-Nic mu nie będzie-rzekła krótko Rose, przekraczając próg zajazdu.
Evangelina zacisnęła swoje małe łapki w piąstki, aż jej futerko z gorąca zwilgotniało i nosek zaczerwienił się z powodu wściekłości. Jednak szybko się uspokoiła i wraz z Hero podążyła za niewzruszoną czarodziejką.
-Sieeema! Niepowstrzymani?!
Z kilku kątów sali rozległo się wołanie. Jednak w żadnym stopniu nie ucieszyło ono przybyszów, a wręcz przeciwnie, bo jeszcze bardziej zasmuciło. Drużyna, która nigdy nie będzie kompletna, wróciła, by zebrać się na nowo.
-Łoo! Nie sądziliśmy, że zobaczymy was ponownie!-Odezwał się zza baru wysoki, muskularny mężczyzna o niebieskich oczach i włosach.
Rose słysząc jego głos uśmiechnęła się lekko do starych wspomnień i odpowiedziała rześko na wołania:
-Tak jest! Wprawdzie odrobinę zamuleni i zakurzeni, ale czas na nasz wielki powrót!
Cała karczma wiwatowała w radosnym odzewie.
Evangelina pokręciła głową i zacmokała z dezaprobatą, po czym wdrapała się na stołek przy barze. Hero zrobił podobnie, lecz przyłączył się też do wiwatów i jeszcze starał się podjudzić tłum.
Mimo uśmiechu na twarzy elektrycznej magini, wszyscy, którzy ją znali, wiedzieli, że kryje się pod nim coś zupełnie przeciwnego. Bo nawet jeśli skrzętnie ukrywała swoje obawy i dalej chowała się za swoim altruizmem, maskując się problemami innych, to wiedzieli, iż nic nie jest tak, jak się wydaje. Jednak, kiedy jeszcze przebywała w gildii i uciekała na misje, często widzieli jej smutek. Nigdy nie płakała. To było dla nich zaskakujące. Może i jedynie nieliczni z przebywających w karczmie magów domyślało się stanu jej ducha, nikt nie znał prawdy, która została zamknięta w tym tajemniczym umyśle.
-Czyżby to, co kiedyś?-Spytał podchwytliwie barman.
-Uhm, oczywiście! Bez jabłek i elektryczności nie wyżyję, ne?
-Hehe, nic się nie zmieniłaś kwiatuszku.
-Nie nazywaj mnie tak.
Bennet momentalnie spoważniała. Czuła na sobie przenikliwe chłodne spojrzenie Evangeliny, od razu zrozumiała, że na zbyt wiele sobie pozwala. Jednak, czy można tu mówić o spufalaniu? Może i nie, jednak... Rose wiedziała, że nie zasługuje na choćby jedno słowo. Odrobinę to depresyjne, lecz, czy nie czujemy się bardziej winni, widząc wybaczenie pomimo wielkości popełnionej zbrodni? Tak, a wyrzuty sumienia ogarniają cały świat. Conocna koszmarna pułapka, była zwykłym symbolem dnia codziennego, jej pokuty.
Nie mogła się od tego odwracać, bo by pozyskać prawdziwe wybaczenie, trzeba najpierw móc wybaczyć samemu sobie, a potem, sprawić by zrobili to inni.
-Hejo, Rose-chan?! Jejku, więc wróciłaś? Dobrze się składa! Co powiesz na małą partyjkę?!
-Chyba pomyliłeś mnie z Angelą-odrzekła chłodno, aż zdziwiło to samą jej towarzyszkę.
To zimno, które nagle ogarnęło otoczenie magini, od zawsze było linią obrony, rezerwą, ochronną skorupą, pod którą mogła się chować. Nie używała jej często, lecz teraz, dzięki niej mogła się uchronić, przed gorącymi płomieniami gehenny, do której bramy nieuchronnie się zbliżała.
Życie, często płata nam figle, a my możemy się im poddawać, bądź walczyć. Zawsze jest kilka wyjść, jednym jest walka... To męcząca tułaczka przez życie, najdłuższa i najcięższa z kamienistych dróg, usiana licznymi problemami i bólem, którego każdy za wszelką cenę chce unikąć. Ale... Ktoś mądry, kiedyś powiedział mi, że uczucia są dobre. Nawet ból i cierpienie, bo one czynią nas ludźmi, czującymi i rozumnymi, bo zostaliśmy stworzeni, jako istoty wadliwe, lecz posiadające wybór i wolną wolę. Dzięki temu pierwszemu zawsze mamy kilka wyjść, walkę, kapitulację i ucieczkę, bądź i inne poboczne. Każde ma swoje wady i zalety, bo nie ma ścieżki, która by nie sprawiała zła. Wolna wola zaś, bywa błogosławieństwem, jak i przekleństwem, złaszcza gdy stajemy przed obliczem prawdy i wyboru. Jednakże, to jedna z ludzkich cnót, której nie może nam nikt odebrać, choć i takie przypadki bywają. Wówczas można powiedzieć, że nie jest się już istotą rozumną i prawdziwą, gdyż pozostajemy pod wolą cudzą, pod wolą śmiecia i dyktatora. Ale, jeśli nazywamy ludzi w ten sposób, to znaczy, że nie zasługują na nasz szacunek, czyż nie? Odpowiedziałby na to przedszkolak, "tak", lecz racji by nie miał. Bo, jak można być godnym ich szacunku, jeśli wypowiada się tak o swoim bliźnim(biorę psychotropy ==').
Rose miała wstręt do siebie myśląc o tym wszystkim. Ale nie tylko dlatego... Miała wstręt do siebie, bo nadal zabijała, bo wciąż nie potrafiła zatrzymać krwawej farsy i bynajmniej nie mogła jej wyjaśnić. Jak mogła mieć szacunek do siebie, skoro inni go nie mieli, mimo, że to ukrywali? Miała możliwość, machnięcia na to wszystko, ucieczki i wyzwania ich wszystkich od bydlaków i drani, lecz jeśli tak o nich mówiła, to i siebie samej szanować nie potrafiła. W tej chwili, jedyne, co mogła i chciała zrobić, to kontynuować swoją drogę.
-Nie sądzę... Zróbmy zakład! Jeśli przgrasz, dasz mi swoją włócznię, a jeśli wygrasz, to... to... Zrobię, co tylko zechcesz!
Odwróciła głowę w jego stronę i mimo iż nie widziała jego osoby, wyczuła odurzający zapach wina i tuszu, a to naprowadziło trop na jedną osobę...
-Ace. Może dla ciebie, moja włócznia, jest zwykłym przedmiotem, ostrzem, które można wykorzystać i zużyć. Jednakże, dla mnie, ta broń jest pamiątką i jedną z najważniejszych rzeczy w życiu, to symboliczne serce, i jedyne, co pozostało po moim ojcu.
Fakt. Ta włócznia była dla niej trzecią najbliższą 'osobą', tym co prowadziło ją przez ścieżki i pomagało w wyborze, tym co przypominało z każdym uderzeniem ostra, dumny smoczy ryk, którego mogła już nigdy nie usłyszeć. Bo nawet, gdy wszyscy jej wmawiali, że te piękne latające stworzenia nie istnieją, w chwilach zwątpienia, widziała odbicie niebieskich ślepii w lśniącym ostrzu.
-*Hic* Przesadzasz Rosiu(czyt. tak jak pisze), czyżbyś się bała przegranej? Nie nęci cię wygrana? Mogę się nawet zgodzić na batsu*! No proszę!
Cóż się było dziwić? Ace Akko, już taki był. Ilekroć miał styczność z Bennetówną, tylekroć wyzywał ją na hazardowy pojedynek, lub innego typu zagadki logiczne, kpiąc przy tym z jej niepełnosprawności.
Zmrużyła oczy, a od jej ciała strzeliło kilka iskier. Jedna z nich przez przypadek poraziła czołgającego się w stronę stołka Hero, Yagano.
-Oto twój shake-wtrącił barman.
-Arigatou Marcus.
-To jak będzie?!-Wymruczał zdenerwowany Ace.
-Rose, nie zgadzaj się.
Mroczny ton Evangeliny przyprawił wszystkich o dreszcze, nawet nieustraszonego Hero.
-O proszę proszę, czyżby Hime Tobaku bała się przegranej?-Zakpił Akko.
Widoczna ciemna aura Angeli przybrała na sile, aż Rose włosy stanęły dęba.
-A spróbuj mi przegrać!-Przestrzegła i wróciła do swojego drinka.
-No więc, Rose?
-Zgadzam się, na honorową i uczciwą walkę-rzekła szybko.
-Hai!*hic* Tak więc, konkurencja polega na tym, że masz... odgadnąć, która z tych kart jest czerwona-wyjaśnił, wyciągając zza pleców trzy prostokątne kawałki papieru.
Cała karczma zamilkła. Nawet głupi, słysząc zadanie, zrozumiałby, że jest to po prostu niesprawiedliwość. Niewidoma, która nie zna kolorów, ma wybrać, która kartka jest jakiejś barwy. Każdy w tej chwili byłby oburzony.
-No? Rose?
-Toż to bluź...-Anegla nie dokończyła, gdyż jej usta zostały zasłonione przez Hero.
-Dobrze-wyciągnęła dłoń w stronę wiszących w powietrzu kart.
Delikatnie palcami przejechała po każdej z nich i uśmiechnęła się chytrze pod nosem.
-Żadna z nich-rzekła krótko.
-Co?!
Całym lokalem wstrząsnęło. Wszyscy, bez wyjątku wlepiali swój zaskoczony wzrok w czerwone kartki utrzymywane za pomocą telekinezy. Każdy teraz zapewne uznawał ją za wariatkę, lecz miała wytłumaczenie.
-Hai, dobrze słyszałeś. Bowiem, Ace, przyjacielu to nie jest czerwień, a bynajmniej nieprawdziwa. To jedynie jej namiastka i zwykła podróbka. Jedyna prawdziwa czerwień to szkarłat, przepełniony ciepłem, ale i bólem, niczym ludzka, czysta krew. Możesz mi wmawiać, że to odcień czerwieni, lecz ja wiem swoje, że istnieje tylko jedna. Czym ona jest? Czerwień jest tym, co nie bywa białe, bije od niej nieprawdopodobne ciepło, które niewidomi mogą wyczuć poprzez dotyk. A to ewidentnie zwykły papier ufarbowany magią-przerwała swój monolog i jednym haustem wypiła shake'a. Następnie wstała i wyszła z lokalu, rzucając osłupiałym magom i zwykłym ludziom ledynie:-Idę potrenować, wrócę za jakiś czas.
Ace zamrugał kilka razy, po czym wypuścił kartki z zasięgu swej magii, a one momentalnie stały się białe i wraz z wiatrem towarzyszącym wyjściu Bennet wyleciały wirując na dwór.
-Niech to szlag!-Krzyknął i ze złości uderzył pięścią w barowy blat.
-Eje,ej! Uważaj, bo jeszcze mi szkło pozbijasz-żąchnął Marcus.
-Pch... Łatwo ci mówić, teraz muszę jej oddać przysługę...
-Jak znam Rose, to napewno o nic nie poprosi i będzie cię szantażować przez wieki, lub po prostu odwoła zakład-zauważyła Evangelina dopijając mocno zalatującego alkoholem drinka.
-Co racja, to racja! Szefowa-san, jest niesamowita!-Odezwał się nagle Lucky.
Chłopak biegł w miejscu, trzymany za koszulkę przez zapierającego się o blat Hero.
-Lucky-kun, nie idź za nią, bo mocniej oberwiesz!
-D-de-demo, Lucky luuubi Szefową-san i Lucky musi z nią być, by Szefowa-san znów nie zasłabła, bo Lucky...
-Ech... Dobrze wiemy, co czujesz Yagano-kun-westchnął Akko.-Jednakże, wszyscy wiemy, że tego, co sie dzieje z Rose, nie można powstrzymać, bo ona sama musi wpierw to opanować...
-Och, Akko-kun, pierwszy raz powiedziałeś coś mądrego i z sensem!-Rozczulił się zielonowłosy.
Ale zaraz pożałował swoich słów, ponieważ został wbity w sufit, dzięki kolizji z pięścią Ace'a.
*Tymczasem, okolice Magnolii, las*
-Pośpiesz się Natsu!
Ów chłopak właśnie biegł za powozem szalenie szybko prowadzonym przez Erzę. Nie zamierzał znów przeżywać okropnych skutków choroby lokomocyjnej, a zniszczywszy przez przypadek pojemnik z ciastem truskawkowym Scarlet, został zmuszony do niesamowicie prędkiego biegu za powozem. Niestety nie miał szans na czyjąkolwiek pomoc, gdyż zostali oni związani i zamknięci w kabinie(nie wiem, jak to nazwać.
-Już... J-już!-Wydukał ledwo zipiąc.
Nie dość, że po wcześniejszym dziwnym śnie nie mógł się dobudzić, to jeszcze teraz miast spokojnie wymiotować musiał biec.
Ciągle nie mógł wyrzucić z głowy tajemniczego głosu niewidomej dziewczyny, której ani twarzy, brzmienia głosu, czy choćby sylwetki nie pamiętał. A zawsze miał świetną pamięć, nie tylko do dat. Każdy jego sen został dokładnie streszczony w małym notatniku schowanym w szufladzie komody, w jego domu. Robił tak od dnia, w którym dowiedział się od Cany, że w snach często ukryte są proroctwa. Od tamtego czasu zawsze chodził do niej. Nawet jeśli jego snem był po prostu wypad na ryby. I mimo, iż Aleborna często wyrzucała go na zbity pysk, wracał, aż w końcu go nie posłuchała. Wszyscy mówili na to 'głupstwo', lecz jeśli istniałby jakiś sposób na znalezienie Igneela, zgodziłby się nawet przejechać każdym pociągiem Earthlandu.
A sen, który miał zeszłej nocy, gnębił go niesamowicie, pamiętał jedynie część dziwnej rozmowy i najbardziej rzucające się w oczy słowo-"smok", to było godne zapamiętania. Jednak, również i opis tego niebiańskiego stworzenia był straszny. Dlaczego nic nie mógł pamiętać?
To było straszne, nie móc zrozumieć zwłaszcza usłyszanego na koniec śpiewu...
To trudne, to smutne...
To oczywiste, że chcę sie zatrzymać
Ale nie mam nawet najmniejszej na to szansy
Więc mogę tylko tracić, więcej i więcej.
To zbyt bolesne, to zbyt odstręczające
To tak bezcelowe, że chcę wszystko wymazać
Opuścić wszystko co istnieje
Odlecieć i krzykliwie sie rozpłakać.
Tylko co to mogło oznaczać? Musiał spytać Cany. Kiedy tylko wróci, o ile wróci żywy...
