Czy ta piosenka ma w ogóle sens?
Ten wers jest pozbawiony znaczenia.
Czy ta piosenka jest grzechem?
Ten wers nie ma w sobie grzechu.
Szła spokojnie ulicą opustoszałego miasta. Wiatr dął ostro, szybko, tnął aż bolało, gdy szło się pod prąd. Większość mieszkańców Thorn pochowało się już do swych domów, by do następnego ranka nie wyściubiać nosa zza drzwi.
Jednak, ktoś odważył się wyjść. Może wg. stałych mieszkańców miejscowości owa osoba była przejezdnym, który nie znał siły żywiołów Black Forest. Kim była przybyszka ubrana w falujący czarny płaszcz? Może ją znacie. Rose Bennet, magini z Krainy Wild Mountains, znana też jako Tonitrui. Każdy, kto ją znał, mógł również pamiętać o jej licznych odwiedzinach w mieście. Ale nie tylko dla tego. Bo od dłuższego czasu ludzie omijali ją szerokim łukiem.
-Smutne...-powiedziała w głębi duszy.-Zwykłe głupstwo.
Potrząsnęła głową. Nie musiała teraz o tym myśleć.
W pobliskiej kamienicy zgasły wszystkie światła i dał się słyszeć wybuch.
Zawiało mocniej, ziemia lekko się zatrzęsła.
-Zwłaszcza jeśli chcę to zatrzymać w ryzach...
Uśmiechnęła się pod nosem i naciągnęła mocniej kaptur na głowę, gdyż wiatr przybrał na sile. Mały lisek, który akurat uciekał w popłochu, po utraceniu domu mógł zauważyć jedynie mrożący w krew żyłach uśmiech, podobny do mimiki seryjnego mordercy. Jednakże ów grymas zmienił swój kształt, powodując sam sobą rozbawienie dziewczyny. Przyśpieszyła kroku. Klucze przy pasku zabrzęczały, a ich dźwięk rozniósł się po opustoszałej ulicy. W końcu minęła mały budynek, z wbudowaną w niego skrzynką, na której przyklejono symbol błyskawicy. Kłódka pękła, dał się słyszeć trzask i cała energia podążyła za biegnącą Rose. Ona zaś poczuła miłe mrowienie w końcówkach palców, uśmiechnęła się i strzeliło od niej kilka iskier.
W końcu wyminęła ostatnie podniszczałe budynki i stanęła dosłownie w szczerym polu. Wiatr dął z niesamowitą prędkością, jakby chciał zdmuchnąć Thorn z powierzchni ziemi. To nie było normalne.
-Wyjdź, władco żywiołu-powiedziała grobowo.
Aż wydawało się, że jej głos jest niczym przygotowujący się do erupcji wulkan, cichy, lecz stanowczy głos pełen grozy sprawiał, że ziemia wydawałaby się trząść, lecz może było to tylko wrażenie?...
-Skąd wiedziałaś... że tu jestem?
Tuż przed nią pojawił się mężczyzna, a właściwie jego przezroczysta sylwetka, której dolna część stanowiła wiatrową chmurę.
-Ten wiatr to nienaturalny czynnik krainy, występuje jedynie w okresie jesiennym, podczas wędrówki duchów natury-wyjaśniła szybko.
-Hm... Miło, że jeszcze ktoś o mnie pamięta!... Ale, czy mogę wiedzieć, co cię do mnie sprowadza?-Tym razem już weselej odezwał się duch.
Szatynka spuściła głowę i zaczęła szukać czegoś w swoich kieszeniach. W końcu drgnęła, a spod peleryny wyłonił się wisior w kształcie pentagramu. Na każdym ramieniu owej gwiazdy był kamień innego koloru, a sam kształt zdawał się roztaczać wokół siebie tajemniczą aurę.
-Och, czyli mam do czynienia z Poskramiaczem? Myślałem, że wszyscy już wyginęli...
-Może tu tak, jednak... Gdzieś tam... chyba są...
-Hym? Nani i~tsu teru ndesu ka?[O czym ty mówisz?]
-Nani mo[nic takiego]-szepnęła bardziej do siebie.
-Mogę, więc wiedzieć, co cię sprowadza?
-Amulet Północnego Władcy Wichrów, znalazłam w Kryształowej Grocie, w pobliżu Peony, podczas pewnej misji, teraz muszę złapać ducha, który był w nim zamknięty, podczas Wielkiego Zniszczenia-wyjaśniła powoli i dokładnie, zaciągając kaptur na głowę.
-So ka, so ka...![Rozumiem, rozumiem!] Demo, nie od razu! Najpierw... Musisz mnie złapać i pokonać!
-Na to liczyłam!-Odkrzyknęła.
W tym też momencie wiatr nabrał morderczej siły, cisnął jej piachem w oczy, nim zdążyła się zorientować, a sam zniknął w utworzonym wokół siebie cyklonie.
-Kuso...[cholera]-zaklęła cicho.
-Po co nas zbierasz? Przecież przez lata nie było poskramiaczy i ludzie żyli dobrze...
-Dobrze?... Dobrze?! Wylewające niespodziewanie rzeki i jeziora, susze, pożary, erupcje wulkanów, lawiny, tornada i tajfuny! Czy to jest dobre?!
-Taka jest natura! To nasza siła i obowiązek odbierać ludziom dobra, które odebrali nam!
Był zupełnie inny niż wcześniej, zdecydowanie zdenerwował się, gdy powiedziała mu o powodzie swojego przybycia. Jednakże, mimo iż w jego słowach czaiła się pewna prawda, Rose również miała rację. Może i Fiore było w pewien sposób chronione od kataklizmów, lecz Pergrande i sąsiednie kraje przeżywały kryzysy, zaś te mniejsze miasta położone na granicach półwyspu narażone były na działanie wrogiego pola magicznego, przez co zostawały opuszczane, podobnie, jak Thorn. Dlatego właśnie na świecie istnieli Poskramiacze. Jednakże, w wyniku licznych bitew o terytoria danego Poskramiacza gatunek tych magów zanikał, w niewiadomy sposób. W końcu po setkach lat panowania właścicieli natury nastąpiło wydarzenie nazywane Wielkim Zniszczeniem. Wtedy też wszystkie duchy uciekły rozsiewając swe amulety po całym świecie, Poskramiacze zniknęli, a Władcy Natury zamieszkali w Fiore, z powodu przywiązania do Kryształowych Grot, w których się narodzili miliardy lat temu. Mało kto wiedział o tych wydarzeniach, utrzymywano je przed cywilami i zwykłymi magami w tajemnicy, tak więc mało kto o nich wiedział.
W tej chwili, ostatnia z Poskramiaczy, Rose Bennet próbowała oprzeć się sile wrogiego żywiołu. Nie miała problemów z widocznością. Faktycznie piach w oczach dawał się we znaki, jednakże...
-To nie jest moją słabością!
Wydobyła włócznię z pokrowca i próbowała zatrzymać nią silną ścianę wiatru przesuwającą się powoli w jej stronę. Zapierała się nogami, zaciskała dłonie na rączce, lecz cyklon nie ustawał. Szumił w nim szaleńczy śmiech Władcy Północnych Wichrów.
-Argh...
Pieśń to modlitwa duszy...
Równie ostry, co strzał z kuszy...
Łagodna, niczym bryza miła...
Od dziś będzie mnie chroniła!
-Pieśń Reliktu!
Słowa niosły się echem po łące, tajemnicze runy pojawiwszy się przed dziewczyną zostały rozwiane przez wiatr. Słodki głos mamił ducha i przyciągał do siebie. To pozwoliło Bennet wykonać ruch. Na oślep rzuciła się przed siebie tnąc ścianę wichru ostrzem włóczni.
-Yare, yare[rety, rety] nigdy się nie nauczycie? Z nami nie wygracie! Wind Blade!
Wietrzne cięcia szybowały w jej stronę, jak lecące ptaki, pełne gracji i zadające niesamowity ból. Uśmiechnęła się chytrze w reakcji i nim duch zdążył mrugnąć, zniknęła pozostawiając za sobą wiązkę elektryczną.
-Nani?!
-Widzisz, istnieje coś szybszego od wiatru... Błyskawica!... Zbroja Siewcy Burz!
Trzymała przed sobą włócznię gotowa do ataku, przysłaniana przez grubą tarczę z wyrytym na niej symbolem błyskawicy i ubrana w granatowo-złote szaty i części zbroi nacierała na ducha.
-Lightning Slash!
Zamachnęła się włócznią i posłała w stronę ducha pierścień skoncentrowanej energii elektrycznej o wysokim ładunku. Objęła każdą cząsteczkę powietrza i z coraz większą szybkością wyniszczała je.
-Z-z-zo-baczym c-co j-j-es-t sz-szybsze! Wiatr, czy błyskawica?!
-Oi?! Masaka[niemożliwe]!
Wietrzny Władca wzniósł się wyżej w powietrze i siłą tajfunu zmiótł ją z nóg. Upadła. Straciła koncentracje, jej moc wymknęła się spod kontroli. Niebo zasnuły czarne chmury, ziemia sią zatrzęsła.
-Kuso!
Przyłożyła dłoń do czoła, po którym spływały jej krople potu. Nie było dobrze. Musiała przygotować amulet.
Wykonała odpowiedni krąg i już trzymała go w dłoni.
-Nie tak prędko!
Przeleciał tuż obok niej ostry, jak brzytwa. Uciekał.
-Chotto![Chwila!]
-Chcesz mnie powstrzymać, przed niszczeniem?! Biegnij ile sił, Świątynia Wiatrów Północy już niedaleko!
-Nani?! C-chotto matt-te !
Za instynktami i intuicją pobiegła tam gdzie ją nogi prowadziły. Może i nie był to zwykły trening, jak się spodziewała, ba, raczej pogoń na śmierć i życie, lecz skoro rzucono jej wyzwanie, niegodnością byłoby je odrzucić. Głupi honor, za który można oddać życie odezwał się właśnie teraz, w chwili najmniej dogodnej.
Zawsze muszę być głupia?... No nie?
Przyśpieszyła, czuła ten ruch powietrza przed sobą, oczyma duszy starała się ustalić trasę do świątyni, którą widziała niegdyś w książce. Musiała być szybsza, ten duch mógł jej pomóc przy wykonaniu zadania. Zaklęła cicho, wykonała krąg jedną dłonią, teraz 'dodała gazu', jej nogi poruszały się z częstotliwością niemożliwą do zobaczenia przez ludzkie oko, pozostawiła za sobą tylko błysk. Nim ktokolwiek zdąrzyłby zliczyć, wbiegła na pobliską górę. Nie czuła ruchu powietrze, wyprzedziła wiatr!
-Nie sądziłem, że mam do czynienia z córką Fulgura...
Gwałtownie zahamowała tuż przed drzwiami kaplicy. Odwróciła się mechanicznie i stanęła oko w oko z Duchem Północnych Wichrów.
-Kim był Fulgur?
-Nie wiesz?
-J-ja... znam tylko to imię i pamiętam tylko kilka obrazów, bardzo niewyraźnych...
-Huh? Więc nie będę cię wyprowadzać z błędu! Haha! Ale... Zakład, dług honorowy, od dziś należę do ciebie! Wezwij mnie w potrzebie! Odmeldowuję się!
Sylwetka rozpłynęła się, a biały kamień w naszyjniku rozświetlił się jasnym światłem.
-Więc kontrakt pod-podpisany-wydyszała, po czym padła na kolana.-Hyh... Kusso, nie teraz, nie teraz...-mamrotała nerwowo.
Czuła, jakby ziemia się pod nią kręciła, w głowie jej szumiało, słyszała odgłos kroków, gdy padła na twardy grunt bezwładnie.
Jakiś czas później
Otworzyła oczy ukazując światu puste turkusowe tęczówki bez źrenic. Wzięła głęboki wdech, lecz nie mogła nabrać powietrza! Całą atmosferę wypełniał duszący dym. Usłyszała jedynie czyjś krzyk z kąta, trzask ognia, poczuła zapach spalonych ciał i krwi... Podniosła się gwałtownie.
-Nie zbliżaj się wiedźmo! Nie zbliżaj się! Odejdź!
Świst powietrza i jakiś przedmiot uderzył ją w głowę. Pomasowała pulsujące miejsce. Jej czuły słuch dał o sobie znać. Nie było dobrze, świątynia w każdej chwili mogła się zawalić. Nie myśląc długo chwyciła najbliższe źródło dźwięku, w tym wypadku małego, rudowłosego, piegowatego chłopczyka, który próbował znów w nią wycelować.
Oprócz niego nikogo żywego nie było w budynku, ogień, gruzy i zwłoki, tyle pozostało po zabytkowej świątyni Północnego Kultu. Wszyscy zostali wymordowani, lecz nikt nie wie dlaczego i w jaki sposób...
-Obasama!*[babcia] Czy Rose naprawdę to zrobiła?!
Pewna staruszka ubrana w starą, pelerynę, w bufiastej bluzce, właśnie doglądała gotującego się w garncu wywaru. Uśmiechnęła się pod nosem i wciągnęła powietrze w płuca.
-Nawet gdybym chciała, nie mogę ci odpowiedzieć na to pytanie-odpowiedziała dwójce ośmioletnich dzieci o dużym podobieństwie, lecz i wielu różnicach.
Jedna z dwójki, dziewczynka uśmiechała się wesoło, była małą blondynką o błękitnych oczach, chłopiec zaś miał czarne, jak smoła włosy i brązowe oczy. Oboje patrzyli na różowowłosą kobietę z wyczekiwaniem.
-To było dobre pokolenie temu, a ona nigdy sama nie chciała o tym mówić-wyszeptała w przestrzeń.-Spróbujcie dowiedzieć się sami... No już! Idźcie się pobawić, potem zawołam was na obiad i dokończę historię, tak jak ją usłyszałam i... będę chciała usłyszeć waszą wersję!
-Uch... No dobrze, babciu Haru!-Odrzekli zgodnie i już ich nie było.
Staruszka stała chwilę w milczeniu, po czym westchnąwszy wróciła do gotowania.
-A może i ja przypomnę sobie, jak to było...?
Uśmiechnęła się pod nosem.
-Dawne dzieje...
Biegła na oślep, w jej głowie nie pojawiła się żadna spójna myśl, dzięki której mogłaby znaleźć wyjście z sytuacji.
-Co ty... Kche.. kche... robisz, wiedźmo?!
Nie odpowiedziała, szybko uniknęła odpadających części sklepienia, zatkała usta, czując jak dym dostaje się do jej płuc. Jednakże nadal wymijając zręcznie przeszkody dotarła do wyjścia.
-Puszczaj mnie wieeeeedźmoooo!
-Ani mi się śni, bachorze!-Odparowała szybko, nim opadła plackiem na trawę, a na nią zaraz chłopiec.-Uff...
W tym samym momencie budynek rozpadł się na drobne części, ukrywając pod zgliszczami ciała ludzi, którzy w nim przebywali. W oczach małego rudzielca były widoczne gorzkie łzy, choć z całej siły próbował je powstrzymać.
Rose z trudem starając się zaczerpnąć powietrze, wyczołgała się spod ciała chłopca i pustym wzrokiem ogarnęła zgliszcza. W tym momencie, było jej naprawdę przykro, że nie widzi.
-Gomen nasai, ale jedyne, co mogę zrobić to...
-Dosyć wiedźmo! Już dość narobiłaś!
Rudowłosy zerwał się z ziemi i wpatrywał się wściekle w szatynkę, która właśnie szperała w kaburze przypiętej przy udzie. Zdumiał się bardzo, gdy wyjęła z niej amulet taki, jaki widział nie raz na ilustracjach w barwnie zdobionych księgach należących do zbiorów pastora. Zaraz potem w drugiej dłoni trzymała inny, w kształcie gwiazdy sześcioramiennej.
-Ferum flare ventos ...
Tempestate maris fluctus ...
Aquae ducem domina sua uti liceat,
Cum tempus fuerit, dabo sanguine ... ad hostiario in novissimo!
Wtedy zagrzmiało, z ciemnych chmur polały się równie czarne krople deszczu, deszczu żalu, cierpienia i smutku, bólu pomieszanego z poczuciem winy i tego wszystkiego, co leżało na sercu Bennet. Z wody zaczęła formować się sylwetka kobiety.
-Co się stało, pani?
-Może bez tych formalności, ale... błagam zgaś to, bo wszystko się sfajczy!-Wydarła się spanikowana dziewczyna, widząc, że deszcz nawet w 1/100 nie pochłonął ognia.
-Nie dotykaj tego wiedźmo!
Rudy rzucił się przed siebie, próbując zablokować przejście duchowi.
-Mam brać do siebie tą obelgę-wysyczała Wodna Pani.
-To było d-d-do m-mnie, s-s-s-spokojnie!-Zaprotestowała magini dźwięku.
Prychnęła w odpowiedzi, po czym zebrała nad sobą ogromny strumień wody.
Bennet słysząc szum i znajomy plusk, odsunęła się szybko i schowała za pobliską skałą próbując uniknąć, jakiegokolwiek większego kontaktu z ową cieczą. Po chwili niepewnie wyciągnęła przed siebie drugi amulet.
-Dómine Animas exercitus universi,
erit vis placere docebat populum
semitam est deligendus!
Z magicznego wiru, który powstał tuż przed nią, wyłoniła się postać wojownika bez twarzy, oplatanego przez błękitne płomienie, który trzymał przy sobie berło.
-Władco Dusz, wspomóz tych nieszczęśników, którzy polegli z winy twej pani!-Krzyknęła rozpaczliwie.
-Ostatni raz to robię...-wymruczał cicho w jej umyśle duch.
Drobny uśmiech zagościł w kącikach jej ust, gdy...
-Nie pozwolę wam zbeszcześcić zwłok mojej rodziny, wy, wy... Dranie!
-Magia... Magia Ciemności?-Wyszeptała, nim poczuła niesamowity chłód tej wrogiej energii.
Tymczasem, inny zakątek Fiore, Magnolia, gildia Fairy Tail
Szatynka o bardzo kobiecych kształtach siedzi przy barze. Trzyma się za kark jedną ręką, a w drugiej kartę. Właśnie zakończyła wróżenie. Mag Ognia, Natsu Dragneel tylko czeka na jej werdykt dotyczący snu. Spodziewa się wszystkiego, ale nie tego, co powiedziała...
-Chaos, chaos jest już blisko... Zniszczenie Wszechświata w niewinnej postaci...
