Otworzyła oczy przesyłając całą energię dźwiękowego skanu do swoich tęczówek, na których pojawiły się szparki szerokości igły. Teraz, przez krótką chwilę mogła dostrzec drobne dziecięce ciało wstrząsane gwałtownymi wybuchami mocy. Tak... magia ciemności, doprawdy bolesne doświadczenie. Zwłaszcza w chwili, gdy stracił wszystko. Jej duchy zniknęły, ich czas przyzwania się skończył. Zakręciło jej się lekko w głowie. Moc chłopca była naprawdę imponująca. To dziwne, że mogła jeszcze stać. Nie potrafiła dostrzec niczego, co jej to ułatwiało. Jednak na chwilę przypomniała sobie, że tak destrukcyjna moc, w jednym momencie mogłaby spowodować szkody.
Już teraz trawa się spalała, gruzy zostały zmiecione z powierzchni ziemi, a pozostałości drzew otaczających wzgórze, wyrwane z korzeniami. A mimo to ona dalej tam stała, chłopiec krzyczał, ta moc go krzywdziła, zbyt silna, zbyt wielka.
W jej dłoni utworzyła się pieczęć, z której pojawiła się wysoka, równie jak ona, a może wyższa laska, przyczepione do niej łańcuszki, zakończone srebrnymi dzwoneczkami, przeróżne zakręcone zdobienia, po środku klucz wiolinowy, a powyżej niego, najwyższa połyskująca perła. Perłowe berło zdobione drogimi surowcami.
Uśmiechnęła się do siebie, dzwoneczki zakołysały się wydobywając się z siebie kojący dźwięk. Opętany przez magię chłopiec drgnął, lecz strumień energii nasilił się. Osłona, której dotąd nie zauważyła Rose, nabrała silniejszego blasku.
Gdy wracam wspomnieniami w przeszłość, płatki kwitnącej wiśni trzepoczą, Przepełnione naszymi łzami.
Uśmiech, zmiana.
Obietnica ma złożona Tobie;
Już czas wszystko zakończyć- Skrząca się nieskończoność.
Dzień, gdy odeszłam, nie mogąc wykrztusić słowa.
,,Żegnaj…"- Zajmuje miejsce w mej pamięci.
Me serce przepełnione widokiem pustego, wiosennego nieba.
Lecz wprzód należy je znaleźć.
Możemy iść nieustannie, poprzez dni.
Uczucia, które pragniesz zatrzymać.
Gdy wracam wspomnieniami w przeszłość, płatki kwitnącej wiśni trzepoczą,
Przepełnione naszymi łzami.
Uśmiech, zmiana.
Obietnica ma złożona Tobie;
Już czas wszystko zakończyć- Skrząca się nieskończoność.
Pod drzewem kwitnącej wiśni, obiecaliśmy kiedyś sobie,
Że wiecznie będziemy na siebie czekać.
Niebo w barwie czerwieni i uczucia, które pragniesz zatrzymać.
Gdy patrzę w przeszłość, płatki wiśni trzepoczą
Minione dni, które spędziliśmy we dwoje.
Idąc drogą, pełną żywych kolorów.
Nasze marzenia, abyśmy zawsze byli już razem.
Zanim płatki kwitnącej wiśni zwiędną pragnę Cie spotkać.
Wewnątrz zmieniających się pór roku, skrzysz się.
Patrząc w przeszłość, płatki kwitnącej wiśnie trzepoczą,
Obserwując niebo z każdym razem tęsknie za Tobą.
Gdybym mogła spotkać Cię raz jeszcze,
Włożyłabym me słowa, pomiędzy płatki kwitnącej wiśni i wysłałabym je do Ciebie. Skrząca się nieskończoność...
Jej kojący delikatny głos, opowiadał tajemniczą historię, otwierał oczy na całkiem nowy świat, rozświetlił ciemność otaczającą małego rudzielca. Był, jak klucz do zamkniętej bramy, jak kraina baśni otwierająca swoje podwoje przed nieświadomymi ich ludźmi.
-Nie zbliżaj się wiedźmo! Yameru!
Jednak go nie posłuchała, trzymając przed sobą laskę śpiewała od nowa zwrotki pieśni. Powoli jej światło zaczęło rozpraszać ciemność.
-Może mam pozwolić, by ta moc rozszarpała twoje ciało?-Spytała szeptem.
Wytrzeszczył oczy, a jego atak przybrał na sile.
-Wolę umrzeć zabijając cię w zemście za moją rodzinę, wiedźmo!
-Myślisz, że by tego chcieli?
Teraz stała dokładnie przed nim. Położyła dłoń na jego czole. Świetlista tarcza zniknęła, poczuła wreszcie siłę uśpionej magii ciemności, lecz nie zlękła się, lśniąca aura otoczyła jej dłoń, a mroczna energia stopniowo zaczęła się w niej zbierać. W końcu całkiem zniknęła, a oni oboje opadli na kolana. Perłowa laska zniknęła w chmurze światła. Bennet odsunęła się od rudego.
-Dlaczego to zrobiłaś?
Zaraz po tym, gdy spytał, wszelkie zarysy świata zniknęły, a jej tęczówki odrobinę zbladły, gdy zniknęła źrenica. Uśmiechnęła się blado. Te kilka godzin kosztowało ją dużo mocy. Na myśl o tłumaczeniu się Evangelinie skrzywiła się znacznie.
-Miałam swoje powody-odrzekła po chwili namysłu.
-Pytam, dlaczego zabiłaś moją rodzinę i przyjaciół, którzy byli w świątyni-rzekł stanowczo.
-Przykro mi, ale nie wiem.
-Jak można nie wiedzieć, dlaczego się zabija?!
-Najwidocznie można, bo ja na przykład nie wiem-wzruszyła ramionami.-Jak masz na imię?
-A co cię to obchodzi wiedźmo?!
Przez kilka minut milczała, wiatr poruszał delikatnie je włosami, które teraz luźnymi pasmami spływały po pelerynie. Jej oczy skierowane były w dal. Dokładnie słuchała delikatnego zefiru i przenoszonych przez niego dźwięków.
-Muszę znać imię, swojego towarzysza-odparła zamykając oczy.
-Nani?! Nigdy nie będę ci towarzyszył, wiedźmo!
Wiedźmo...
Wiedźmo...
Wiedźmo...
Przyłożyła dłoń do ucha i słuchała echa słów, które z coraz większą częstotliwością roznosiły się po polach. Mogła się założyć, że za kilka minut dotrą do Orchid, bądź Skunk, jeżeli i tam są podobne warunki pogodowe. O ile dźwięk nie zaniknie, nie rozproszy się.
-Więc, co zrobisz? Czy ktoś w miasteczku uwierzy w twą historię, skoro o świątyni wiedzieli nieliczni? Czy ktoś ci uwierzy, skoro sam nie potrafisz wytłumaczyć, jak to się odbyło?
-Skąd ty?...
-Wiele podobnych przypadków mi się zdarzało. Już nie raz nie pamiętałam, gdy zabijałam, lecz jedno chcę zrobić! Pomóc ludziom, którzy stracili coś przeze mnie. Wiem, że nie naprawię szkody, ale chcę ją częściowo pokryć-zakończyła.
-Naprawdę jesteś wiedźmą.
-Może i tak, trudno. Tak więc, jak ci na imię?
Patrzył na nią w osłupieniu. Miał ochotę w tej chwili przebić sztyletem jej serce na wylot. Chciał widzieć, jak się wykrwawia, jak umiera i znika na zawsze. O tak, nienawidził jej z całego serca, zwłaszcza po tym pytaniu.
-Nie mam imienia właśnie przez ciebie wiedźmo-wymamrotał cicho.
-A więc jesteś dziedzicem?
Po raz kolejny wbił w nią zaskoczony wzrok.
-Skąd wiesz?
-Nie żyję na tym świecie od wczoraj, więc trochę zdąrzyłam się dowiedzieć-posłała mu uspokajający uśmiech, lecz spowodowała jedynie większą złość.-A skoro jesteś dziedzicem świątyni, a dziś są narodziny ducha, to oznacza, że to właśnie tego dnia miałeś otrzymać swe imię, czyż nie?-Zauważyła spokojnie Rose.
-Hai, a przez ciebie wiedźmo go nie mam! Jestem bezimennym zerem! Nienawidzę cię!
Ponownie przeniosła niewidzący wzrok na otwarte pole. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Był pusty, bo pod nim nie kryło się nic. Po raz kolejny zabiła, ktoś cierpiał, a ona nawet nie pamiętała jak i dlaczego to zrobiła.
Mówi się, że niewiedza jest błogosławieństwem, lecz dla niej, to było przekleństwo w swej czystej postaci.
-Nie prawda. Nigdy nie będziesz zerem. Masz swoje cele, nawet jeśli jest nimi nienawiść i zemsta, masz swoją wiarę, swoje myśli, wolę, moc, życie... dopóki to posiadasz, nie będziesz zerem. Ale kryje się racja w twym rozumowaniu, więc trzeba wymyślić ci imię. Wiesz, sądzę, że będziesz kiedyś wielkim bohaterem, podobnie jak Król Arthur, więc tak damy ci też na imie. Arthur.
Na chwilę jego nienawiść się rozwiała, lecz zaraz powróciła i zmusiła go do zachowania kamiennej maski.
-Niech będzie, skoro nie mam innego wyboru.
Oglądał ją uważnie, gdy zapanowała cisza. Była ładna, ale te puste oczy odstraszały zapewne wszystki, dochodząca do tego niesamowita bladość, jak wampir. Jednakże był coś takiego, co kazało mu odłożyć zemstę dopiero na czas, gdy pozna tą tajemnicę. Ale i nie tylko to, wiedział, że łatwiej mu będzie pomścić rodzinę, kiedy morderca mu zaufa i nie będzie się spodziewał. Wiele razy widział podobne rzeczy w lacrymowizji, lub wyczytywał w książkach. Gdyby jednak był na tyle inteligentny, mógłby sobie przypomnieć, co zazwyczaj było na końcu, a może nie chciał?
Wtem, niespodziewanie podniosła się z ziemi i otrzepawszy się z niewidocznego kurzu, nawet nie obracając się na chłopca i zgliszcza świątyni ruszyła w dół górki.
-Gdzie idziesz wiedźmo?!
-Do domu. Do Thorn, gdzie zostałam zakwaterowana na czas misji-odrzekła krótko.
-A-a co ze mną?!
-Nienawidzisz mnie, prawda? Jednak, jeśli chcesz, możesz dołączyć do mojej drużyny. Widzę w tobie potencjał. Nie zmuszam cię, byś przyłączył się do obietku swojej zemsty, lecz wiedz, że masz taką możliwość.
Prześwietliła go jak rentgen, tymi pustymi turkusowymi oczami. Twarz, wyglądająca jak stworzona z porcelany wydawała mu się dziwnie przyjazna i ciepła, pomimo tego, że jeszcze kilka temu, owa osoba z zimną krwią odebrała mu wszystko. Zawsze był enigmą, samotnym chłopcem, dziwnym chłopcem, lecz mimo to ludzie otaczali go czcią. Cieszyło go, że lgną do niego jak głupi licząc na przywileje. Był panem wiatru, a właściwie miał nim zostać. Mieli nadać mu wspaniałe imię, by mógł przynieść chwałę rodowi Venturius, lecz teraz został sam. Zapomniany przez ludzi i szczęście. Zabójczyni wyciągnęła do niego rękę. Dała mu szansę. W jego oczach, to ona miała być zerem, więc dlaczego czuł dziwne ciepło, rozchodzące się od jej dłoni, którą położyła mu na ramieniu? Tego nie rozumiał, lecz wiedział, że w tej chwili ma tylko jedno, jedyne wyjście. Pójść z nią.
-Zostanę z tobą. Ale, co będzie z moim domem i rzeczami?
-Pochodzisz z Zephyro, hai? Słyszałam o tej wiosce trochę. Niezbyt pochlebne rzeczy, podobno, gdy dany klan straci swoją pozycję i moc, wypędzają ich członków, a ich rezydencja zostaje spalona, a jeśli wierzyć we wścibskość strażników wioski, to zniszczenie waszego domu zostanie ogłoszone za... trzy... dwa... jeden...
Nim zdążył odpowiedzieć dał się słyszeć głośny wybuch.
Rose palcem wskazała swój nadgarstek, jakby miała tam zegarek. Arthur zacisnął dłonie w pięści. Nikt nie będzie z niego kpił.
-Jakie jest twoje imię wiedźmo?! Chcę wiedzieć, kogo będę zabijał!
-Rose Bennet, Arthy-kun(czyt. Arti-kun). Ale niektórzy nazywają mnie Tonitrui, lub Ślepą Zakałą, czy jak kto chce-odrzekła lekceważąco.
Zatkało go. Początkowo myślał, że jej oczy wyglądają tak naturalnie. Ale teraz zrozumiał, że naprawdę musi być ślepa. Te jej niezdecydowane ruchy, próby złapania równowagi i dokładne badanie środowiska. Przez chwilę było mu jej żal, lecz tylko przez krótką mili sekundę.
-Nie nazywaj mnie tak. Od dzisiaj, jestem Arthur Bennet.
Jej oczy rozszerzyły się w reakcji, lecz po chwili uśmiechnęła się.
-Deki[Może być], ale nie musisz przybierać mojego nazwiska, zwłaszcza, że masz prawo do obrzydzenia.
-Ale chcę i tak będzie. No! Którędy do Thorn?
-Khe?
-Nie wiesz, którędy?!
-Jakoś nie patrzyłam, jak biegłam za duchem...-wymamrotała drapiąc się po głowie.-Zaraz, ja przecie nie widzę-zauważyła słusznie.
-To co teraz zrobimy? Na tych polach można nieźle zabłądzić, a ja nie znam drogi do Thorn, nie opuszczałem swojej rezydencji...
-Chyba jest ktoś, kogo mogłabym poprosić o pomoc-wyszeptała, po czym spod paska wydobyła klucz srebrzystego koloru z wygrawerowanymi na nim małymi, tajemniczymi runami. Przekręciła go w niewidzialnym zamku i powiedziała spokojnie:- Pojaw się Aquillo, Orle przewodniku!
Z magicznego kręgu, w chmurze światła pojawił się Aquilla. Ciemnoskóry mężczyzna, którego ciało miejscami pokryte było brązowymi, orlimi piórami, jego głowa przypominała łebek tego ptaka, a nogi przeobrażone były w szponiaste łapy.
Zaraz też wydobyła spod płaszcza drugi klucz, był koloru złotawego bursztynu.
-Otwórz się bramo Tarczy, Clypeus!
W ziemi powstała duża szczelina, z której wychynęła otoczona zielonymi snopami światła, tarcza wykonana z brązu, na niej wyryte były złote wzory i dziwne starożytne pismo. Dodatkowo, posiadała nogi, ręce i dwoje złotych oczu. Była wielkości conajmniej dwojga średnio wysokich dorosłych ludzi. Złotymi, wąskimi ustami uśmiechała się szeroko.
-Konban wa, Aquilla, Clypeus, gomen nasai, że was wzywam, ale..
-Ej no Rose-chan, coś ty taka formalna! Przecież, ani ja, ani Aquilla już nie pamiętamy o TYM incydencie, ne?
-Hai, Shujin[mistrzu]. Wolą Etsuko-samy, byłaby zapewne radość i zapomnienie o tym, co się stało, des ne? A my jesteśmy twoimi ochroniarzami, Shujin!
-Nai kanzen[Nie do końca], demo, mam do was prośbę. Chciałabym, byście mnie, wraz z tym chłopcem, Arthurem, moim podopiecznym, przenieśli nas do Thorn. Ty Aquillo znasz wszelkie drogi, a dzięki tobie Clypeusie, moglibyśmy...
-Nie kończ! Doskonale rozumiemy!-Odparła tarcza.
Zaraz ułożyła się na trawie, omało z niej nie zjeżdżając, tak by Rose i Arthur mogli swobodnie na niej usiąść. Zaś Aquilla uczepił się pazurami jej końca. Bennet zaraz poczuła mdłości. Zatkała usta, a jej twarz pokryła się zielenią. Nim zdąrzyła wyjaśnić sytację chłopcu, zaczęli z niesamowitą szybkością zjeżdżać w dół.
Zaraz, gdy dojechali do stóp wzgórza, gwiezdny duch zamachał skrzydłami i uniósł ich w powietrze, tak, że poszybowali hen wysoko!
-Co to za magia?
-Khe... Eeee-wyjąkała z trudem wystawiając głowę poza obręb 'pojazdu'.
-Magia Gwiezdnych Duchów, Masuta[mistrzu]. Jesteśmy wiernymi ochroniarzami Shujin. Przykro mi z powodu jej stanu, lecz proszę zrozum go Masuta-odrzekł w zamian Aquilla.
-Daijobu[W porządku]. Ale, co jej się stało?
-Choroba lokomocyjna, hahahaha-zarechotała tarcza.
-Ale, to nie jest...
-Nie ważne, mój drogi, pic polega na tym, że jej niedobrze się robi, na wszystkim, co lata, jeździ, lub pływa, no wszystkim prócz jej towarzyszki, latającego kota.
-Nie wmówicie mi takich bzdur.
-Sam się przekonasz, do Thorn dolecimy w góra dwadzieścia minut, a potem jeszcze chwila drogi do zjazdu i gotowe, wciągniesz się w to szaleństwo, zapewniam cię!
Niepewnie spojrzał na Rose. Miał właśnie takie wrażenie. Czeka go wiele, był naprawdę ciekaw, czego.
~~Rose
Otworzyłam oczy. -Zawsze od tego zaczynał się sen. Jakbym właśnie, tak naprawdę budziła się z koszmaru, w którym żyję na codzień, jakbym miała żyć. Nareszcie żyć. Jednak dobrze wiedziała, że to, co ukaże się za chwilę przede mną, będzie snem, którego nawet nie zobaczę. Nie muszę, ponieważ jestem świadoma, iż to kara za żywot.
"Przepraszam, że żyję"
Nawykłam do mówienia tak
Nie przestawałam nigdy cicho narzekać
Na bezsensowną egzystencję
W takich chwilach, zawsze przypominała mi się smutna historia dziewczyny, którą unikali z powodu jej białych włosów. Piosenka była naprawdę nieszczęśliwą częścią długiej opowieści o ludziach, którzy popełniając grzechy odnajdywali swe ja i powód do walki. Lecz nie zawsze. Mogli skończyć marnie, i tak się najczęściej działo, bo pomimo, iż odnaleźli nową drogę, było już za późno. Zdecydowanie zbyt późno... Tak jak dla mnie.
-Oto-san! Oto-san!
Czy to? Masaka![niemożliwe]
Przed moimi oczami pojawiły się delikatne zarysy. Mała dziewczynka krzyczała do ogromnego ryczącego smoka. Jego łuski otaczała dziwna czerń.
Majtał głową i uderzał łapą o ziemię niemal miażdżąc małą dziewczynkę. Patrzyła na niego z łzami w oczach. Próbowała do niego podbiec, lecz odepchnął ją szybko.
-Oto-san, nie odchodź! Proszę, zostań jeszcze trochę, chcę się pożegnać!
Mała dziewczynka powoli wyrosła, zmieniła się, wyładniała, włosy jej urosły, stała się bardziej kobieca. Nadal krzyczała za ojcem. Miała szesnaście lat.
-Zostaw mnie nędzny robaku!
Powiedział coś! Powiedział! Nigdy nie zniżał się do poziomu ludzi, zapominał powoli, jaki był czterysta lat temu. Musiał uciec, zostawić wreszcie tą, której coraz bardziej nienawidził. Zmieniała go. Zmieniała tego Acnologię, smoka Apokalipsy, przed którym drżała ziemia. Nienawidził jej tak mocno, jak ona go kochała. Zaryczał gniewnie, a strumień mrocznej energii zwany smoczym rykiem natarł na nią. Nie spodziewała się tego, lecz naraz uformowała się świetlista tarcza, która obroniła ją. Patrzyła na niego oczami pełnimi łez. Otaczająca go aura znów została wchłonięta, wzniósł się w powietrze, aż piasek z plaży, na której się znajdowali utworzył ogromną ścianę. Jego Smoczy Ryk, który po chwili wstrząsnął atmosferą, zmiótł małą wyspę z powierzchni Earthlandu.
-Znajdę cię! Obiecuję!-To ostatnie, co usłyszał.
Odwrócił się tyłem i odleciał. Mała biała łuska, która wciąż odznaczała się na jego nosie zalśniła.
Pokręcił łbem. Nikomu nie potrzebna, Smocza Śpiewaczka, Córka z Księgi Apokalipsy.
Jedna z wielu wersji tego zdarzenia. Dokładnie go nie pamiętałam. Wiem, że bolało. Jego strata bolała. Nienawidził mnie, nienawidził mnie za Cantarę, za Fulgura, za przepowiednię, za egzystencję, za przeznaczenie. Szczerze, serdecznie, chciał mnie zabić. Wiem kim jest, znam jego historię, dokładnie pamiętam każdy czterowiersz dotyczący naszej przyszłości, każdą możliwą drogę, którą miałam się udać, więc dlaczego nie pamiętam kim jestem? Kim był Fulgur i Cantara, dlaczego mi ich żal, czemu nienawidzę siebie, do czego służy melodyjna laska, czym jest moja magia?... Pytań od groma, lecz odpowiedzi brak...
Nie ważne, jak prawda jest bolesna, chcę pamiętać.
Inna część Fiore, Magnolia
Natsu leżał z głową na blacie. Pochrapywał cicho. Happy latał sobie po gildii, a Cana kończyła kolejną beczkę piwa, Gray rozmawiał z Elfmanem w bokserkach, dziadek bezskutecznie próbował zajrzeć w biust Mirajane, a Lucy gawędziła z Levy. Erza wyszła do cukierni. W gildii panował wesoły gwar, jak zawsze zresztą, nikt nie wiedział, że ten, po którym się tego nie spodziewali, tak naprawdę przeżywa koszmar.
Łapska ogromnego, czarno-błękitnego smoka miały go dosięgnąć, gdy coś przed nim stanęło. Zatrzymało chwile słabości, kiedy nie potrafił użyć swej magii. Rozmazana sylwetka dziewczyny, łagodny głos, śpiew, melodia...
Wszystko prysło.
Stał pośrodku zniszczeń. Niebo zasnute było czerwienią, płonące słońce zakrywała czarna kula. Ten sam głos, lecz teraz przepełniony bólem i rozpaczą. Straszna pieśń. Ten sam smok, pazur, ból i strach.
Kolejny wycinek.
Świątynia, trzynaście kobiet, każda na innych częściach pieczęci. Naokoło chaos, krzyki, pisk, szczęk stali.
Brama, głos, łąki i pola-zmiana, zniszczenia i apokalipsa.
Chaos...
-Chaos nadejdzie... Nie będzie to szybko, za godzinę, za dwie, za rok, lub pół, nie... Zniszczenie przyjdzie powoli. Czekaj na nie, bo nie ważne, co zrobisz, i ile razy, przeznaczenie... musi się wypełnić...
-Kim jesteś?!
Wszystko prysło.
Obudził się z głośnym krzykiem ściągając na siebie uwagę wszystkich.
-Pewnie śniło mu się, że Lucy wyszła za mąż i nie daje mu jeść...-rozległy się podobne szepty.
Spuścił głowę. Włosy zasłaniały mu twarz.
-Mówcie, co chcecie, ale ja dowiem się kim ona jest-wyszeptał.
Różowowłosa staruszka z głośnym ciamkaniem spróbowała zupy. Zawsze lubiła w ten sposób kosztować potraw, mogła zaznać ich całego smaku. Mimo, że jej mama nie podzielała tych poglądów, razem z ojcem zawsze podkradała się, gdy ta gotowała.
-To było dawno...
Historia, którą przed chwilą sobie przypomniała, przyprawiła ją o uśmiech.
Wtem, usłyszała czyjś wyraźny, dziecięcy głos.
-A ja ci mówię, że Rose napewno nie chciała zabijać! Pewnie jakiś demon w niej siedział, jak w historii tego chłopca z książki pani McGarden!
-Ja jednak sądzę, że ona to robiła świadomie, bo jej było żal, że straciła własnych rodziców! I nie mieszaj nazwisk Glace! To była pani Redfox-McGarden!
-Mów, co chcesz Cantara, ale ja uważam, iż Rose nie wiedziała, o tym co robi, przecież... ach! Jest tyle wersji, które mógłbym podać-chwycił się za głowę.
-Dzieci!-Krzyknęła w ich stronę Haru, gdy usłyszała pukanie.-Idźcie otworzyć, pokłócicie się później!
