Rozdział 7.
Desires…
-Możesz wyjaśnić mi, co olej rycynowy robi w twojej torebce? –Spytał mnie nielubiany i najbardziej znienawidzony głos. Głos Edwarda i jak ja mu się teraz wytłumaczę?
Zaczęłam się zastanawiać, co mogłabym mu odpowiedzieć i każda odpowiedź wydawała mi się, co raz bardziej absurdalna. Postanowiłam przeciągać tą chwilę w nieskończoność. Ale co do tego, to on miał zupełnie inne plany.
-Czekam –przypomniał mi o swojej obecności.
-No wiesz… ja…ja…po prostu…-zaczęłam się plątać. Nie dobrze Bello. Mam pomysł! –Jestem kobietą, a to jest moja torebka, a któż wie, kiedy taki olejek może się przydać… Patrz na to –pokazałam mu mój notatnik, w którym pisałam moje piosenki. –Widzisz zawsze noszę przy sobie jakieś rzeczy…
-Myślisz, że uwierzę ci w tą bajkę –powiedział pewny siebie. Kurcze, czemu jestem, aż tak kiepska. Chciał powiedzieć coś więcej, ale wyminął mnie i udał się pospiesznie w kierunku niedalekiej łazienki. Musiałam stłumić chichot, ale zamiast tego skorzystałam z sytuacji i uciekłam. Dlatego prawie biegiem skierowałam się na parking, w stronę mojego samochodu.
Z małymi trudnościami, ale odpaliłam moją ukochaną furgonetkę i czym prędzej pognałam w stronę mieszkania. Dotarłam tam nawet szybko, co jak na moją sędziwą już brykę było niezłym wyczynem.
Jak tylko bezpiecznie zamknęłam drzwi na wszystkie zamki mój telefon od razu się rozdzwonił, zarówno ten domowy jak i komórkowy. I który wybrać? Wzięłam domowy.
-Tak? –Spytałam zaciekawiona, bo nie miałam pojęcia, kto mógłby do mnie wydzwaniać o…Spojrzałam na zegarek. O osiemnastej pięćdziesiąt.
-Bello! –Zaświergotała Alice. –Tak szybko uciekłaś do domu, że nie miałam czasu ci powiedzieć, że mamy dzisiaj małą promocyjną imprezę?
-Jaką małą promocyjną imprezę? –Spytałam sceptycznie.
-No Bella, zrozum! To jest ostatnia chwila, kiedy w miarę anonimowo możemy gdziekolwiek pójść! Później będziemy już tylko pod ostrzałem paparazzi –wręcz wyjęczała. Zastanowiłam się chwilę. W sumie to nie mam nic do robienia w domu, a nie chcę spędzić kolejnego wieczoru na czytaniu książek, czy oglądaniu telewizji. Więc co mi szkodzi.
-Dobrze Alice, ale daj mi chwilkę… Powiedzmy pół godziny? –Spytałam, bo chciałam mieć czas żeby się jakoś przygotować.
-Jakie pół godziny… Dajesz nam jakieś dziesięć minut i już jesteśmy u ciebie.
-'Nam', co to znaczy Alice? –Spytałam niepewnie.
-To znaczy, że ja i Rosalie za dziesięć minut będziemy u Ciebie z cudownymi sukienkami, które osobiście wybrałam. Będziesz wyglądała perfekcyjnie, więc o to się nawet nie zadręczaj, a i jeszcze jedno zero odmowy, co do stroju. Jesteśmy za dziesięć minut –powiedziała i rozłączyła się. Wiedziałam, że nie mam z nią szans na jakąkolwiek odmowę, dlatego stwierdziłam, że to będzie mijało się z celem. Mało ją znałam, ale wiedziałam, że w kwestii mody jestem na przegranej pozycji.
Czekając na dziewczyny niemalże odchodziłam od zmysłów. Ciekawe, co takiego dla mnie wybrały, że nie mam prawa odmawiać. Ale muszę się zacząć przyzwyczajać do różnego rodzaju ubrań, nawet takich, jakich nigdy w życiu bym nie założyła. Ciekawiło mnie też, kto dzwonił na moją komórkę, całe szczęście, że mogłam to spokojnie sprawdzić.
Połączenie nieodebrane, od: Rosalie Hale.
Mogłam się tego domyśleć, przecież wiadome było, że Alice nie działała w pojedynkę, a poza tym była możliwość, że jeszcze nie ma mnie w domu. W co ja się wpakowałam, aż zaśmiałam się ze swoich myśli.
-O. Mój. Boże. –Powiedziałam na głos. Przecież ON tam może być i co ja wtedy zrobię? Ale przecież to mało prawdopodobne, bo po takiej dawce, jaką mu zaserwowałam to przynajmniej do końca dnia nie wyjdzie z łazienki. Jezuniusiu przecież są różne leki, ale skąd taki bufon może wiedzieć o istnieniu takowych? Boże, przecież on może mieć mamę i ta zapewne będzie wiedziała coś na temat uleczania takich… dolegliwości. Ale Bello, tylko spokojnie, przecież nie możesz dać po sobie poznać, że masz coś z tym wspólnego. Najlepiej spal, lub po prostu wyrzuć tą przeklętą buteleczkę. I tak właśnie zrobiłam, wyrzuciłam ten cudowny olejek, a tyle dzięki niemu osiągnęłam. Uśmiechnęłam się, ale od razu też podskoczyłam, ponieważ usłyszałam natarczywe pukanie do moich drzwi. Niechętnie i z lekkim strachem podeszłam do nich.
-Kto to? –Spytałam cicho.
-To my Bello, otwórz –niemalże zaświergotała Alice.
Z głośnym westchnięciem ulgi zrobiłam to.
-No, wreszcie! Bello, coś ty taka cicha i spokojna, co? –Spytała mnie podejrzliwie Rosalie.
-Ja? Chyba ci się wydaje. To pokazujcie, co tam dla mnie macie –powiedziałam z za bardzo przerysowanym entuzjazmem, co nie uszło uwadze dziewczyn. Przyjrzałam się im uważnie i stwierdziłam, że one były już wyszykowane. Alice miała prześliczną, różowo-czarną sukienkę, która tylko dodawała jej uroku.*
Natomiast Rosalie miała na sobie klasyczną małą czarną tylko, że ta była bardziej adekwatna do sytuacji.**
Trochę się przeraziłam, bo nie miałam pojęcia, co mogą mieć w zanadrzu dla mnie, ale patrząc na nie byłam niemalże pewna, że będę dobrze wyglądała.
Alice uśmiechnęła się promiennie.
-Bello, a oto twoja sukienka –powiedziała, kiedy znajdowałyśmy się już u mnie w salonie. –Jak już wcześniej zaznaczyłam, nawet nie myśl o tym, że jej dzisiaj nie włożysz. Wiem, że tak jak nam na pewno spodoba się tobie, bo jest jakby dla ciebie uszyta –powiedziała uśmiechając się dumnie. ***
Zaniemówiłam z wrażenia, ta sukienka na samym wieszaku prezentowała się nieziemsko, a jak będzie na mnie? Może i była za krótka, ale co mi tam. Muszę zacząć się przyzwyczajać.
-Wow, ona jest po prostu… niesamowita –powiedziałam szczerze i z wielkim uśmiechem na twarzy, a następnie objęłam obie dziewczyny.
-Poczekaj aż zajmiemy się tobą –uśmiechnęła się Rose. –Czekają nas jeszcze jakaś fryzura i makijaż.
-Oj, nie –wyjąkałam. A już myślałam, że obejdzie się bez tego.
-Coś mówiłaś? –Spytała Rosalie.
-Tak, że już nie mogę się doczekać –powiedziałam z wymuszonym uśmiechem. Ale czego się nie robi, żeby być piękną. Jak mawiała moja babcia:, Kto chce być ładny, musi cierpieć. I ja całkowicie zgadzam się z tym powiedzeniem.
Alice i Rose porwały mnie do mojej łazienki i wzięły ze sobą torbę z zapewne jakimiś kosmetykami i innymi tego typu przyborami. Pierwsza zajęła się moimi włosami, a druga makijażem. Oczywiście zakazały mi jakichkolwiek obiekcji i ruchów, więc siedziałam spokojnie i nawet nie śniłam o tym, aby w ogóle się odezwać.
Po kilkunastu minutach, które według mnie trwały nieskończenie długo, w końcu oderwały się od mojej twarzy i włosów. Niechętnie i ze strachem otworzyłam jedno oko, ponieważ oczy musiałam i jednocześnie chciałam mieć zamknięte. Natychmiast otworzyłam drugie, to, co zobaczyłam całkowicie zaskoczyło mnie.
-To ja? –Zapytałam zdumiona. Osoba naprzeciwko mnie, a właściwie dziewczyna była nieziemsko piękna. Miała delikatnie pofalowane włosy, które kaskadami opadały na jej ramiona, również delikatny był też makijaż. Oczy lekko podkreślone, tak samo było z ustami, na których znajdował się cielisty błyszczyk. Do tego lekki, nierzucający się w oczy podkład i gotowe, dziewczyna prezentowała się niesamowicie, przepięknie… aż brak mi słów, aby to jakoś określić.
Dziewczyny razem zachichotały. –Widzę, że odwaliłyśmy niezłą robotę –powiedziała Alice, a następnie przybiła „piątkę" Rose. –Tak, Bello, to ty. Widzisz, jakie cuda może zdziałać odrobina makijażu i lokówka.
-Oj tak, teraz już będę to wiedziała –uśmiechnęłam się.
-Dobra, to teraz wskakuj w tą, jak to powiedziałaś nieziemską sukienkę i za chwilę wychodzimy –powiedziała Alice uśmiechając się do mnie, a następnie wraz z Rosalie opuściły moją łazienkę, abym mogła się w spokoju przebrać.
Po kilku minutach wyszłam, aby się im zaprezentować. Zaczęły gwizdać, stwierdziłam, że muszę wyglądać nawet dobrze.
-Dobra, to teraz możemy już wychodzić –powiedziałam.
-Chwileczkę, tylko muszę zadzwonić do chłopaków –powiedziała Alice. CO?
-Do, jakich chłopaków? –Spytałam odrobinę już panikując.
-No do Emmett'a, Jaspera i…-błagam tylko nie on. –Edwarda. –W tym momencie wydałam z siebie bliżej nieokreślony jęk, na co oczywiście dziewczyny musiały zwrócić uwagę.
-O, co chodzi Bello, coś nie tak? –Spytała mnie Rosalie.
-Nie, skąd…tylko, że…no wiecie jak ja i Edward za bardzo się nie lubimy… i po prostu nie chcę się jeszcze bardziej wkurzać na niego, kiedy mam wolny czas, bo wystarczy mi świadomość, że będę się musiała z nim użerać, na co dzień…
-Oj Bello, daj spokój! Przecież, kto mówi, że musicie tam ze sobą siedzieć. On pewnie i tak nie przyjdzie, bo ostro się zatruł… -zaśmiałam się w tym momencie. Ups, jestem na przegranej pozycji. –Bello, dlaczego się śmiejesz, przecież w tym nie ma nic zabawnego, on tak cierpiał –i właśnie w tym momencie nie mogłam powstrzymać się od głośnego śmiechu. Dziewczyny patrzyły na mnie jak na jakąś wariatkę, w sumie to się im nie dziwię, wyobrażam sobie, jak musiało to wyglądać. Po dłuższej chwili mojego śmiechu w końcu się jakoś uspokoiłam, moje opanowanie wygrało tą bitwę.
-Bello, Bello ja już za tobą nie nadążam… -westchnęła Rosalie. Ja w odpowiedzi wzruszyłam ramionami, ponieważ bałam się, że jednak w każdej chwili mogę znowu wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem.
Wszystkie trzy wyszłyśmy do samochodu Alice, bo jak to ona stwierdziła. Moim nie dałoby się dojechać na czas, w odpowiedzi na ten komentarz pokazałam jej język, na co ona tylko się zaśmiała. Ally miała żółte, nie wręcz kanarkowe porsche, którego nie sposób byłoby nie zauważyć, z resztą tak jak samą Alice.
Jechałyśmy jakieś dziesięć, czy piętnaście minut. Z daleka zauważyłam neony oświetlające klub, który o ile mnie pamięć nie myli nazywał się Desires. Był to jeden z najlepszych klubów w mieście, ale jakoś nigdy nie miałam okazji, żeby to sprawdzić. Nie dało się również nie zauważyć niemałej kolejki czekającej na wstęp.
-Alice i jak my się tam dostaniemy? Przecież to zajmie wieczność zanim ta kolejka przesunie się choćby o ten głupi centymetr –jęknęłam. Miałam już małą nadzieję, że wyjdzie na to, że z klubu będzie nici, ale oczywiście musiałam się mylić. Alice jak zawsze miała jakiś super plan, który musiała do razu wykonać. Podeszła do bramkarza i coś mu powiedziała na ucho, a ten od razu, bez żadnego, ale ją wpuścił. Nic nie usłyszałam, bo już z daleka słychać było głośną muzykę.
Timbaland feat. Nelly Furtado & Soshy –Morning After dark (.com/watch?v=25LBTSUEU0A&feature=fvst)
Podążyłam za dziewczynami, wszystkie trzy trzymałyśmy się za ręce w obawie, że się zgubimy, ponieważ były wręcz tłumy ludzi. Alice oczywiście na przedzie, jako domniemana przywódczyni tego stada ciągnęła nas w stronę tylko sobie znanego miejsca, w którym jak myślałam musiała umówić się z chłopakami. I tym razem się nie pomyliłam, ponieważ przy pobliskim stoliku siedziało trzech chłopaków. Co? Nie! Tylko nie to! Dlaczego on też musiał siedzieć przy tym stoliku? Przecież wystarczająco się z nim rozprawiłam, żeby nie mógł wyjść z toalety przynajmniej do końca dnia, a tu, co? On jakby gdyby nigdy nic siedzi sobie przy stoliku, sączy drinka i… uśmiecha się do mnie? Cholera, ale co mi tam odwzajemniłam uśmiech tylko, że z przesadzoną słodyczą. Przywitałyśmy się z wszystkimi, a następnie zamówiliśmy dla każdego po drinku. Później zaczęły się rozmowy.
-Edwardzie, jak ci się udało tutaj przyjść, przecież tak mocno się zatrułeś? –Spytała zatroskana Rosalie.
-Domowe sposoby –odpowiedział z tym swoim uśmieszkiem, oczywiście nie omieszkał spojrzeć na mnie. Kurcze, czy on się czegoś domyślał? Oby nie, bo przecież jak ja będę mogła z nim wytrzymać? To jeszcze bardziej wszystko skomplikuje, ten dzień i tak był zbyt szalony, a jeszcze się nie skończył.
-Całe szczęście, bo nie wyglądało to za ciekawie. To jedzenie w tej restauracji musiało ci zaszkodzić…
-Zapewne tak –powiedział PUSZCZAJĄC DO MNIE OCZKO! Co on sobie myśli, że ot tak może sobie do mnie puszczać oczko?! Przecież to niedorzeczne.
Kolejne piętnaście minut rozmawiali o czymś, a ja się czułam jakbym była poza swoim ciałem. Po prostu w ciszy piłam swojego niedawno przyniesionego drinka i zastanawiałam się nad tym, czy on wie, że to ja, czy też nie. Przecież udało mi się jakoś wcisnąć jemu ten kit z tą torebką, wydawało się, że mi uwierzył. Więc dlaczego teraz zachowywał się jakby wiedział, że to ja i ukrywał to przed resztą, a do tego on sam wygląda tak, jakby coś kombinował. Spokojnie, Bello, nie popadaj w żadną paranoję, on o niczym nie wie i tylko jak zwykle się zgrywa.
-…to, więc jak Bello, idziesz z nami? –Spytała mnie Alice. Nie wiedząc, o co chodzi zgodziłam się, szczerze to miałam nadzieję, że już idziemy stąd, ale oczywiście nie. Oni zaciągnęli mnie w stronę parkietu, a ja nie lubię tańczyć, powiedziałabym nawet, że nienawidzę. Oczywiście chłopcy poszli razem z nami, bo jakżeby inaczej.
Kiedy wstałam zauważyłam, że Edward lustruje mnie wzrokiem, a jakżeby inaczej. Czy ja wyglądam jak jakiś zielony kosmita, żeby ludzie gapili się na mnie bez powodu, może nie ludzie, ale sami faceci. Zapomniałam to pewnie ta sukienka tak na nich działała. Wiedziałam, że się wygłupiłam zakładając tą koszmarnie krótką sukienkę, przepraszam koszmarnie krótką najcudowniejszą sukienkę świata.
Zauważyłam, że Rosalie z Emmettem i Alice z Jasperem z minuty na minutę dogadują się coraz bardziej, przynajmniej oni jedni w tym gronie. Z resztą w sumie sama nie miałam żadnych problemów z ich czwórką, tylko zawsze z tym idącym obok mnie bufonem.
Dlaczego świat mnie nie kocha? Jak weszliśmy na parkiet DJ zmienił piosenkę na wolniejszą, o wiele wolniejszą.
MARIAH CAREY -Want to Know What Love Is! (.com/watch?v=JS_ZJj79-9M&feature=related)Nie, tylko nie to! Jak na złość mi Ally i Jazz oraz Rose i Em zaczęli tańczyć razem. Edward popatrzył na mnie wzrokiem mówiącym Daj spokój. I co ja zrobiłam? Uległam mu, ale to nie, dlatego, że chciałam, zrobiłam to, jako zadość uczynienie tej całej mojej popołudniowej akcji. On się wycierpiał o wiele bardziej niż ja podczas naszego incydentu w windzie. Jakby czytając mi w myślach powiedział mi wprost do ucha –Nie dokończyliśmy naszej rozmowy.
-Jakiej rozmowy? –Spytałam niezbyt inteligentnie.
-Dobrze wiesz, jakiej. Mam cię jeszcze bardziej uświadomić? –Odpowiedział na wpół rozbawiony, na wpół rozdrażniony.
-Ale przecież jak się nie mylę rozmawialiśmy dzisiaj dwa razy –powiedziałam z uśmieszkiem złośliwości, na co on westchnął. Wtedy mój uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.
-To powtórzę. Skąd miałaś olej rycynowy w torebce?
-Ja też się powtórzę. Po prostu go tam miałam, z resztą tak jak miliony innych przedmiotów w mojej torebce –powiedziałam łżąc niczym przysłowiowy pies.
-Czy aż tak nie podobał ci się ten pocałunek, że musiałaś mnie aż tak ukarać? Cierpiałem męki, na szczęście moja mama znała dobry sposób, bo inaczej nie wiadomo ile bym jeszcze siedział na tym przeklętym kiblu.
-Za ten pocałunek powinieneś dostać o wiele gorszą karę niż ta. Powinnam cię wykastrować wtedy w tej windzie –powiedziałam lekko zła. Podniósł głowę nade mną, widocznie coś zauważył.
-Przepraszam –powiedział i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć lub spytać, za co, to on mnie znów pocałował, ale tym razem zupełnie inaczej niż w tej windzie. Wcześniej to było zwykłe muśnięcie, a teraz to był pocałunek, który powodował, że drżały mi kolana. Kurcze i jak się jemu nie poddać? Nie miałam pojęcia, o co chodzi, dopóki nie oślepiły mnie błyski fleszy, które były skierowane wprost na naszą szóstkę. Przeklęci paparazzi, ale przecież mieliśmy tutaj iść zupełnie anonimowo. I w tym momencie przestał mnie całować, byłam strasznie oszołomiona.
-Masz szczęście, że tym razem miałeś dobry powód żeby to zrobić, bo inaczej twój ptaszek nigdy by już nie zaćwierkał –uśmiechnęłam się złowieszczo i udałam się w stronę baru, aby zamówić drinka. Od razu tego pożałowałam, bo nie dość, że kolejka nawet po głupiego drinka wydawała się nie mieć końca, to jeszcze jakiś namolny koleś usilnie próbował wyciągnąć ode mnie numer telefonu, ale bardziej stawiałabym, że próbował wyciągnąć go od moich cycków, z których nie spuszczał wzroku. Poczułam, że ktoś mnie obejmuje w talii, aż podskoczyłam. To był Edward, gdy ten koleś zobaczył go od razu dał sobie spokój.
-Dzięki –powiedziałam mu do ucha próbując przekrzyczeć głośną muzykę. Uśmiechnął się w odpowiedzi.
Po zamówieniu drinków udaliśmy się w stronę naszego stolika, przy którym już siedziała pozostała czwórka.
-Anonimowo, co Alice? –Spytałam śmiejąc się, ale zaraz przestałam widząc ich sugestywne miny. Rosalie przeskakiwała wzrokiem między mną a Edwardem, tym samym próbując mi coś przekazać. Nie wiedziałam, o co może im chodzić. Zrezygnowana Rosalie po prostu zaciągnęła mnie i Alice do toalety mówiąc, że musimy przypudrować nosy, co od razu mi się nie spodobało.
Podążyłam w ciszy za nimi, gdy tylko drzwi łazienki się zamknęły od razu przystąpiły do przesłuchania.
-Gadaj –powiedziała Alice.
-Ale, co? –Spytałam.
-Nie udawaj głupiej. Co jest między tobą a Edwardem?
-Co ma być? Nic nie ma.
-Gdyby tak było on na pewno by cię nie pocałował, a tym bardziej nie poszedł za tobą do tego baru.
-Rosalie, przecież sama widziałaś, że byli tutaj paparazzi, a do baru poszedł po drinki.
-Ale widziałaś, żeby Emmett mnie pocałował? Nie, bo my się nimi nie przejęliśmy, a do baru poszedł wtedy, gdy zauważył, że ten koleś ci się narzuca.
-Przesadzacie, ja go nie lubię, a co dopiero, że coś miałoby między nami być?
-Bello, to nie był zwykły pocałunek, to był ten pocałunek!
-Więc wyjaśnij mi Alice definicję słowa ten pocałunek.
-Bello, przecież wiesz, o co mi chodzi. Kto, jak kto, ale ty to poczułaś. To taki pocałunek, po którym ci aż kolana miękną. Przyznaj się, że tak było –nic nie odpowiedziałam, bo nawet nie miałam pojęcia, co by to mogło być.
-Twoje milczenie uznajemy za odpowiedź twierdzącą –powiedziała Rose.
-Ej, to nie tak… A jakby wy byście się zachowały jakby Emmett, albo Jasper was pocałowali?
-Byłybyśmy w siódmym niebie –powiedziały zgodnie.
-To wygląda na to, że wy musicie mi coś tutaj wyjaśnić –uśmiechnęłam się, –co w takim razie jest między wami a chłopakami? Widziałam jak cały wieczór rozmawialiście, tańczyliście i przebywaliście tylko ze sobą.
-Po prostu dobrze się dogadujemy –powiedziała Alice.
-Widzicie, w takim razie nie mamy tutaj nic do gadania –uśmiechnęłam się i wyszłam z łazienki idąc w stronę naszego stolika. Ukradkiem zerknęłam na zegarek w telefonie, aby zobaczyć, która jest godzina i zdziwiłam się, gdy pokazał, że jest już po dwudziestej trzeciej. Czas tak szybko mi zleciał, bo jak to mówią przy dobrej zabawie czas zdecydowanie za szybko leci. Cieszyłam się, że specjalnie nie piliśmy zbyt dużo, bo nie chciałabym się jutro obudzić z okropnym bólem głowy, ponieważ jakby nie było jutro czeka nas kolejny dzień pracy.
Przed dwudziestą czwartą zgodnie stwierdziliśmy, że na dzisiaj wystarczy tej zabawy. Alice, która nie piła nic prócz zwykłej coli porozstawiała nas do domów. Zmęczona, uprzednio przebrana w piżamę rzuciłam się na łóżko i niemalże natychmiast pogrążyłam się w błogim śnie nieświadoma tego, co przyniosą nam następne dni pracy w zespole.
*.com/albums/ae186/Eddy-Alice/?action=view¤t=&newest=1
**.com/albums/ae186/Eddy-Alice/?action=view¤t=&newest=1
***.com/albums/ae186/Eddy-Alice/?action=view¤t=&newest=1
