Rozdział Drugi: Przybysz

Próbując lepiej schować się za krzakiem, Bulma w napięciu obserwowała przebieg zdarzeń.

Wstrzymała oddech gdy z wnętrza kuli wydobyła się biała dłoń i chwyciła krawędzi, a zaraz po niej wyłoniła się obuta w biały but o złotym nosku stopa, szukając gruntu, na którym mogła by się ulokować.

O. Mój Boże. Kosmita!

Jednak gdy przybysz w całości wyłonił się z kapsuły, jej ekscytacja opadła. Zamiast małego zielonego ludzika albo sześcionogiej poczwary jak z filmów science-fiction, jej oczom ukazał się całkiem humanoidalny osobnik. A właściwie ktoś, kto, nie licząc dziwnego ubrania i dzikiej fryzury, nie różnił się praktycznie niczym od spotykanych na ulicy ludzi.

Był to dość niski chłopak, na oko niewiele starszy od niej, jeśli nie w tym samym wieku. Mimo że był solidnie zbudowany, jego twarz nadal nosiła na sobie pewne ślady dziecięcej pucołowatości.

Na lekko chwiejnych nogach wygramolił się niezgrabnie z kapsuły po stojącym dęba trapie i przeczesując odzianą w białą rękawicę ręką dziką grzywę ciemnych włosów, odetchnął głęboko. Następnie, o mało co nie przyprawiając Bulmy o zawał serca, z całej siły kopnął bok kapsuły, wylewając z siebie, jak się można było wnioskować z tonu, całą litanię przekleństw w obcym języku. Biała powierzchnia wgniotła się leciutko, co jeszcze bardziej rozwścieczyło chłopaka. Wykrzyknął jeszcze kilka niezrozumiałych słów wymachując pięścią w kierunku nieboskłonu i zrezygnowany, rozejrzał się dookoła.

Bulma przechyliła się lekko za krzakiem, próbując znaleźć między liśćmi lepszy punkt obserwacyjny pierwszej człekopodobnej istoty jaką tu spotkała.

Kosmita (jak jednak przyjęła, skoro Ziemianie jeszcze nie doszli do punktu, w którym mogliby swobodnie podróżować po kosmosie, tym bardziej w jednoosobowych statkach tej wielkości) ubrany był w niebieski, przyległy do ciała trykot i biały napierśnik. Wyglądał trochę jak policjant z XXIV wieku albo niewydarzony nurek w błękitnej piance. Biało-złoty but, który wcześniej zobaczyła miał oczywiście swoją parę, teraz przybrudzoną grubą warstwą błocka, spod której prawie nie było widać złocenia. Zauważając stan swojego obuwia, chłopak skrzywił się i wytarł je o najbliższą kępę trawy. Bulma oceniła, że byłby nawet przystojny, gdyby oczywiście nie ten stały wyraz bezbrzeżnego wkurzenia, goszczący na jego opalonej twarzy. Obcy uważnie zlustrował zarośla za nim i pociągnął nosem. Bulma odetchnęła z ulgą gdy zmarszczywszy brwi ruszył w kierunku przeciwnym do jej zarośli.

Szybko przeanalizowała sytuację: przybysz, wnioskując z poziomu jego wkurzenia, przebywał tu równie dobrowolnie jak ona. Jego agresja względem kapsuły mogła oznaczać, że coś się w niej zepsuło, albo po prostu jej nowy znajomy miał bardzo zły dzień. Równało się to tym, że jej nadzieje na ocalenie i zabranie z tej dziczy nie miały zbyt wielkiego prawdopodobieństwa na spełnienie się. W dodatku Obcy nie wyglądał na szczególnie przyjaźnie nastawionego. Ani tym bardziej na dżentelmena. No ale istniała pewna szansa na to, że będzie chciał jej pomóc. Nikła co prawda, ale... Z resztą kto wie co może czaić się w umyśle jakiegoś nastoletniego wkurzonego obcego... Zaraz, czy to brązowe coś owinięte dookoła jego pasa to ogon?

- Możesz już wyjść zza tych krzaków.

Bulma zamarła. Kosmita z lekceważącym uśmieszkiem wpatrywał się prosto w nią, jakby gęsta zasłona z liści nie stanowiła dla jego wzroku żadnej przeszkody.

- Coś powiedziałem. Liczę do trzech i jeśli do tego czasu nie wyjdziesz, zaczynam strzelać.

Strzelać?

- Raz.

Jak to strzelać? I jakim cudem zrozumiała to, co przed chwilą powiedział? Przecież przedtem gdy przeklinał słyszała tylko jakiś kosmiczny bełkot!

- Dwa.

Była za młoda by umierać! I miała jeszcze do wyrównania rachunki z tym przeklętym smokiem!

- T...

- Już wychodzę! - krzyknęła, wyskakując zza krzaka z rękami uniesionymi do góry.

Jedna z brwi Kosmity powędrowała automatycznie do góry, a jego usta drgnęły, jakby powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem. Bulma z wściekłością zauważyła, ze nie miał przy sobie żadnej broni. Wprost przeciwnie wręcz - stał przed nią z rękami wspartymi na biodrach.

Więc blefował, drań jeden!

- Opuść dłonie. Wierzchami do mnie - dodał, poważniejąc.

Bulma posłusznie opuściła ręce i zgarbiła lekko ramiona, czując na sobie przenikliwy wzrok chłopaka. Przekrzywił głowę i spojrzał na nią krytycznie.

- Nie pochodzisz z tej planety, prawda?

- Planety? - więc jednak nie była na ziemi. O nie.

- Nie wyglądasz jak Muddak. - kontynuował, ignorując jej pytanie.

Muddak? Czyli żyli tu jacyś ludzie... Albo jacyś przedstawiciele gatunku innego niż ptaki i robactwo.

- Gdzie twój statek? - zapytał, powoli okrążając ją jak drapieżnik ofiarę. Zaczynało być źle, naprawdę źle. Czemu nie uciekła gdzie pieprz rośnie gdy tylko zauważyła tą kapsułę? Czemu jej przeklęta ciekawość musiała przeważyć zdrowy rozsądek? Jak mogła choć przez chwilę liczyć, że ktokolwiek wyglądający jak zło na dwóch nogach mógłby jej pomóc się stąd wydostać?

- Odpowiadaj! – warknął kosmita.

- Nie mam statku! - odparła natychmiast, robiąc krok w tył, byle jak najdalej od jego groźnej osoby.

- To jak się tu znalazłaś?

- Nie wiem! T-to znaczy wiem, ale to bardzo dziwna historia. A-ale nie mam statku!

Na te słowa z jej oprawcy jakby nagle uszło całe powietrze.

Odwrócił się gwałtownie i wymierzył kolejny kopniak statkowi. Zreflektował się jednak w porę i cofnął nogę tuz przed zetknięciem się jej z blachą. Przykucnął i palcami sprawdził wgniecenia.

Bulma nadal stała w tym samym miejscu, nie wiedząc czy tu zostać, czy uciekać. Jej instynkt przetrwania wołał głośno, by wiała ile tylko się dało, ale ciało jak sparaliżowane nie ruszyło się ani o krok. Wydawało się, że kosmita zupełnie o niej zapomniał, skupiony na swoim statku, więc Bulma nadludzkim wysiłkiem przesunęła jedną stopę w tył. Potem drugą i gdy już myślała, że uda jej się uciec, coś chrupnęło pod jej podeszwą. Obcy natychmiast spojrzał w jej stronę i w mgnieniu oka stał przed nią, cały wkurzony i straszny. Złapał ją za przód koszulki i potrząsnął nią mocno.

- Kłamiesz. Gadaj jak się tu dostałaś!

- To wszystko przez tego smoka! Nie mam statku kosmicznego, przysięgam! Inaczej nie zostałabym tu ani chwili!

Tym razem obcy najwyraźniej jej uwierzył. Ciemne oczy straciły trochę na wrogości, a zaciśnięta na jej ubraniu pięść rozluźniła, wypuszczając ją na ziemię. Upadła (który to już raz dzisiaj?), boleśnie obijając sobie tyłek. Mimo przerażenia, potrafiła go zrozumieć: ona też rzuciłaby się na najbliższą osobę ze statkiem kosmicznym i wyniosłaby się stąd prędzej, niż zdołałby powiedzieć "dżungla".

Kosmita znowu przeciągnął ręką po włosach, wyglądając teraz na trochę zrozpaczonego. Bulmie mimowolnie zrobiło się go żal - teraz czekała go taka sama droga przez mękę jak ją wcześniej, pełna czarnych myśli i bezsilności. No ale przynajmniej w przeciwieństwie do niej, nie będzie w tym sam. Nadal wydawał się straszny i bała się go jak diabła, ale jego towarzystwo było lepsze niż samotne siedzenie w dżungli i obmyślanie własnego pochówku. Nie chcąc go znowu sprowokować, powoli podniosła się z nogi, nie spuszczając z niego wzroku.

- A ty czemu się tu znalazłeś? - usłyszała wydobywające się z jej ust słowa. Automatycznie zasłoniła wargi dłonią i z obawą spojrzała na chłopaka. Nie miała zamiaru tego powiedzieć.

Chłopak zamknął tylko oczy i potarł nasadę nosa, mówiąc zmęczonym głosem:

- Napęd kapsuły przestał działać. Zostało tylko awaryjne zasilanie podtrzymujące system grawitacyjny i… Po co ja ci to w ogóle mówię? Wysłałem sygnał ratunkowy do najbliższego posterunku i za kilka godzin i tak już mnie tu nie będzie.

Zadrżała, gdy ruszył w jej kierunku, ale ku jej zaskoczeniu minął ją i lawirując między krzakami, wszedł w głąb lasu. Czując się z lekka dotknięta tym zignorowaniem, podążyła za nim. Nie zareagował, najwyraźniej nie mając zamiaru się nią przejmować.

- Hej, nie możesz mnie tu zostawić! - odważyła się zwołać. - Słyszysz?

- A to niby czemu?- zapytał przez ramię, nie zatrzymując się.

- Tkwimy w tym razem! - krzyknęła za nim, próbując go dogonić. - Ani ty, ani ja nie wydostaniemy się stąd przez najbliższy czas! Chyba lepiej będzie, jeśli przez ten okres będziemy się trzymać razem!

Chłopak przystanął i spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Po co?

- Żeby nam było łatwiej.

- Chyba tobie. Nie widzę dla siebie żadnego pożytku z twojej obecności tutaj. - odparł i ruszył dalej.

Bulma stanęła jak wryta. Nie spodziewała się, że jej nowy towarzysz niedoli będzie aż tak uparty i aspołeczny. W porządku. Była już dużą dziewczynką i sama mogła...

Jej rozmyślania przerwał przeraźliwy skrzek tuż za jej plecami. Nie oglądając się nawet co to było, Bulma puściła się pędem i przylgnęła do ramienia chłopaka.

- Błagam, pozwól mi ze sobą zostać!

Spojrzał na nią z mieszaniną zaskoczenia i wstrętu. Przez chwilę żałowała, że zdobyła się na dotknięcie go, ale wypuszczenie go z rąk zmniejszało jej i tak małe szanse przetrwania tu.

- A co będę z tego miał? - zapytał w końcu, wyrywając ramię z jej szponów.

- Mogę... mogę spróbować naprawić twój silnik.

- Napęd - poprawił ją. - Ty?

- Tak. Dla twojej informacji, jestem córką najbłyskotliwszego wynalazcy na mojej planecie i jednym z najbystrzejszych umysłów swojego pokolenia.

- Nie wyglądasz mi na kogoś takiego.

Bulma zagotowała się w środku z gniewu, ale powstrzymała się przed wydarciem się na niego. W końcu był jej ostatnią deską ratunku.

- Pozory mylą - odparła wyniośle.

- Nie ma mowy. Nie powierzyłbym ci nawet kamienia, a co dopiero moją przepustkę do wyrwania się stąd. - skrzywił się i wrócił do torowania sobie przejścia. - Jak już mówiłem, tuż przed spadnięciem tutaj wysłałem sygnał ratunkowy. Za kilkanaście godzin dotrze do najbliższej jednostki i zabiorą mnie stąd.

- Jesteś pewny, że dotarł? A poza tym, jeszcze chwilkę temu mówiłeś, że to kwestia kilku godzin. Czyli nie wiesz, ile to potrwa... Jeśli w ogóle ktokolwiek odbierze twoje S.O.S...

- Zamknij się!

Teraz Bulma wystraszyła się nie na żarty. Chłopak wpatrywał się w nią z wściekłością, gotowy zadusić ją gołymi rękami. Sądząc po rozmiarach jego bicepsów, opiętych przez niebieski materiał, nie sprawiłoby mu to większej trudności. Wciągnął głośno powietrze i odwrócił się do niej plecami, kontynuując przedzieranie się przez zarośla. Musiała co chwila uchylać się przed odgarnianymi przez niego gałęziami i, rany, miał chłopak krzepę – nawet gęste zarośla nie stanowiły dla niego problemu, gdy gniewnie wyrywał torujące mu drogę liście i liany. Jakiś czas później, gdy już ochłonął, mogła już iść jego śladami bez groźby dostania gałęzią w twarz, tym bardziej, że był już daleko przed nią. Żeby za nim nadążyć, musiała prawie biec i po około dwudziestu minutach tej walki z terenem musiała stanąć, by złapać oddech. Nie zareagował na jej wołanie o moment na odsapnięcie, tylko dalej pruł przez dżunglę, zostawiając za sobą zmięte liście i połamane gałęzie.

Gdy w końcu go dogoniła, klęczał nad wątłym strumykiem i obmywał sobie twarz wodą.

- Już miałem nadzieję, ze coś cię tam pożarło, dziewczynko - rzucił zza siebie jadowicie.

- Bu… Bulma - wysapała, opierając się o własne kolana. Czuła, ze za chwilę wypluje sobie płuca.

- Co tam mamroczesz?

- Mam na imię Bulma.

Uklękła obok niego i nabrała rękami wody. Choć nie smakowała najlepiej i z pewnością roiło się w niej od zarazków, piła łapczywie, nie mogąc ugasić pragnienia. Gdy w końcu miała dość, wyprostowała się i spojrzała na swojego towarzysza. Z pochmurną miną rozglądał się po lesie, całą swoją postawą - splecionymi na piersi rękami, uniesioną zadziornie głową i szeroko rozstawionymi nogami wprost krzyczał, że to nie on dżungli, ale dżungla jego powinna się bać. Miała tylko nadzieję, że to nastawienie potrafił przekuć w czyn. Inaczej byli zgubieni.

- A ty masz jakieś imię? - zapytała.

- Mam - odparł nie patrząc na nią.

- A czy mogę liczyć na zaszczyt poznania go?

Nie odpowiedziawszy, ruszył z powrotem w drogę.

- Hej! No przecież muszę wiedzieć jak mam się do ciebie zwracać! - krzyknęła za nim zrywając się z ziemi. No to by było tyle z odpoczynku. - Skoro już tak jakby ustaliliśmy, że jednak tu z tobą zostanę, to miło byłoby wiedzieć o tobie coś więcej niż tylko to, że masz niespożyte zasoby energii.

Mruknął coś niezrozumiałego i zwiększył tempo.

- Więc jak będzie z tym imieniem?

- Vegeta. – burknął, łamiąc stojące na jego drodze młodziutkie drzewko.

- Masz na imię Vegeta? - zapytała i powtórzyła je bezgłośnie. No, pierwszy krok w kierunku zaprzyjaźnienia się wykonany.

- To trochę dziwne imię. Trochę... - kobiece, chciała powiedzieć, ale ugryzła się w język. Brakowało tylko żeby obraziła go po nawiązaniu pierwszej nici porozumienia. - ...niespotykane. Ale wszystko jest tu dla mnie niespotykane. To znaczy tu, w kosmosie. Poza m...

Nie dokończyła, zderzając się z solidnym murem przed sobą. Mur okazał się mieć parę zwężonych w gniewie oczu i wysokie czoło.

- Wybacz. Nie patrzyłam gdzie idę. – wymamrotała przepraszająco.

- Starczy tej wycieczki krajoznawczej.

Zanim zdążyła zapytać, co miał przez to na myśli, jej oczy o mało co nie wyskoczyły z orbit na widok Vegety unoszącego się w powietrzu. Odgarnął znajdujące się przed nim gałęzie i poleciał ponad korony drzew, znikając z zasięgu jej wzroku.

Wstrząśnięta, przetarła mocno oczy. Czy naprawdę przed sekundą oglądała podeszwy jego butów?

Zanim się otrząsnęła z pierwszego szoku, coś obok niej świsnęło i z miękkim pacnięciem chłopak wylądował tuż obok niej.

- To nie ma sensu. Las ciągnie się promieniu co najmniej pięćdziesięciu kilometrów. Latając powyżej linii drzew niczego nie znajdę, a i tak zaraz się ściemni. Wracamy do miejsca z którego wyruszyliśmy.

Bulma wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. W końcu jakimś cudem udało jej się wykrztusić:

- Czym ty jesteś?

- Tam skąd pochodzisz nikt tak nie potrafi? - zapytał, nonszalancko strzepując z siebie listki.

- Nikt kogo znam.

Parsknął szyderczym śmiechem.

- Planeta zacofanych słabizn, tak? Nic dziwnego że nie przetrwałabyś tu sama nawet godziny.

- Przepraszam bardzo, ale spędziłam tu dobre kilka godzin zanim się pojawiłeś i jakoś dawałam sobie radę!

- Właśnie widzę - powiedział, taksując wzrokiem jej ubłoconą, zmiętą postać.

Zauważając to, Bulma w obronnej postawie wzięła się pod boki.

- Mój wygląd nie ma tu nic do rzeczy. Po trafieniu tu przekoziołkowałam całą drogę z tego samego wzniesienia co ty, tylko że ja nie miałam luksusu zjazdu w metalowej kulce!

Vegeta znudzonym wzrokiem spojrzał na "wydeptaną" przez nich ścieżkę. Po dokonanych przez niego zniszczeniach prawie nie było śladów, zupełnie jakby las próbował zaprzeczać, że w ogóle ktoś w nim przebywa.

- Dość tracenia czasu - powiedział i ze świstem wystrzelił z dłoni kulę ognia. Bulma odskoczyła przerażona, nie mogąc uwierzyć w to, co widziała. Rzuciła okiem na dzieło Vegety: to co przed chwilę było gęstą dżunglą, było teraz wypalonym w roślinności korytarzem zwęglonej ziemi. Vegeta spojrzał na nią wyczekująco.

- Idziemy?

***

Rozkoszując się ciepłym blaskiem ognia, Bulma siedziała w ciszy, wsłuchując się w głośne cykanie świerszczy. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy kilkakrotnie spędzała tak wieczory, tyle że było to na Ziemi, w każdej chwili mogła otworzyć sobie kapsułę z przenośnym domkiem, a ognisko przy którym się grzała było rozpalone przy pomocy zapalniczki, a nie lasera z dłoni siedzącego obok niej kosmity. Usadowiwszy się w miarę bezpiecznej odległości od niego (po tym co widziała nie miała ochoty wchodzić mu w drogę), kątem oka próbowała przyjrzeć mu się lepiej. Siedząc teraz oparty plecami o kapsułę, z lekko odgiętą do tyłu głową i zamkniętymi oczami, zdawał się spać. Była o to trochę zła - nie zabolałoby go, gdyby trochę z nią porozmawiał, a jej na pewno by to pomogło. Nie myślałaby wtedy o tym w jak złym jest położeniu, jak małe szanse ma na powrót do domu i jak bardzo tęskni za swoimi rodzicami. Obawiała się, ze nawet nie spostrzegą, że zniknęła. Miała do nich dzwonić co trzy, cztery dni, więc znając ich, uznają, że tak dobrze się bawi na swojej wyprawie, że zapomniała zadzwonić i minie co najmniej tydzień zanim zaczną się niepokoić.

Łzy napłynęły jej do oczu. Szlag by to trafił. Nawet nie miała ze sobą chusteczek.

- Przestań beczeć.

Vegeta otworzył jedno oko i łypnął na nią z niechęcią.

- Wcale nie beczę.

- To czemu tak pociągasz nosem?

- Tęsknię za swoimi rodzicami - odparła cicho. Gdy w odpowiedzi zaśmiał się z politowaniem, zapytała obrażonym głosem:

- A ty za swoimi nie?

- Nie.

- Aż tacy są źli? A może to ty jesteś takim niewdzięcznym synem?

- Nie żyją.

- Och - wydukała, czując jak rumieniec zakłopotania wędruje po jej szyi w górę. - Przykro mi.

Po chwili wahania, Bulma przysunęła się bliżej, nie przekraczając jednak nadal odległości wyciągniętej ręki.

- Dawno... dawno już jesteś sierotą?

- Nie twój interes.

- Po prostu trudno mi sobie wyobrazić jak można się wychowywać bez rodziców. Moi co prawda nie są…

- Nie chcę tego słuchać – przerwał jej w pół zdania. - Jeśli masz zamiar się nade mną litować, to daruj sobie. Nie wszyscy potrzebują kogoś do prowadzenia za rączkę przez życie.

- Kto mówi o prowadzeniu za rączkę? Nie powiesz mi chyba, że perspektywa posiadania kogoś, kto się o ciebie martwi i obchodzi go twój los ci się nie podoba. Przecież każdy potrzebuje kogoś, kto będzie się nim opiekował zanim dorośnie.

- W moim świecie dorastasz albo szybko albo wcale.

- W twoim... - zaczęła, ale nagle coś się jej przypomniało. - Skąd tak właściwie się tu wziąłeś?

Vegeta mruknął zniecierpliwiony.

- Już ci mówiłem, że napęd...

- Nie, nie pytam skąd wziąłeś się tutaj, ale dlaczego w ogóle byłeś w tej kapsule. Często tak podróżujesz po kosmosie?

- Tym się zajmuję.

- Więc przemierzanie galaktyki to twój zawód? Ale, nie obraź się, na odkrywcę nie wyglądasz.

W odpowiedzi posłał jej tylko wściekłe spojrzenie.

- Czyli nie jesteś podróżnikiem. No więc... może żołnierzem?

- Skąd ten błyskotliwy wniosek?

- Twoje ubranie... Tak trochę przypomina... mundur?

- Mam ci pogratulować spostrzegawczości?

- Tym razem zgadłam, tak? Super. – powiedziała. Potem zapadła długa cisza, przerywana tylko trzaskiem palących się w ognisku polan.

- Wiesz, Vegeta – zaczęła gdy znowu przymknął oczy. - Było by o wiele łatwiej gdybyś sam coś o sobie powiedział. Lubię zgadywanki, ale przeszłam dziś tyle, że nie mam głowy do rozpracowywania cię.

- Odczep się.

- A ty nie chcesz dowiedzieć się czegoś o mnie? – spróbowała. Może skierowanie rozmowy na inny niż on sam temat uczyniłoby go bardziej gadatliwym?

- Gadasz tyle, że i tak dowiem się o tobie wszystkiego czy tego chcę czy nie. Mogłabyś się w końcu zamknąć i dać mi się przespać.

Oburzona, otworzyła usta, chcąc rzucić coś równie jadowitego, ale powstrzymała się i zamknęła je, z brzdękiem uderzając o sobie zębami. Kolejna kłótnia z nim nie miała sensu. Co miała z tego, że był jakimś nadludzko silnym, strzelającym laserami kosmicznym dziwadłem potrafiącym sobie całkiem nieźle radzić w dziczy, kiedy jednocześnie był takim złośliwym bucem? Oczywiście uroczy intelektualista (Jeszcze się policzymy, ty marna gadzia podróbko magicznego smoka!) nie rozpaliłby ogniska jednym ruchem ręki, ale przynajmniej nie miałaby wrażenia, że z chwilą gdy tylko uda jej się zamknąć oczy, jej towarzysz będzie próbował zadusić jej gołymi rękami.

Zrezygnowana, zapinając kurtkę pod zęby podniosła się z ziemi i podeszła do sterty patyków, nazbieranych na opał. Musiała sama to zrobić, bo jej wybawiciel ograniczył się tylko do odstrzelenia kilku gałęzi z drzew (z których większość spadła jej na głowę) i warknięcia na nią, żeby je pozbierała. Bulma jeszcze nigdy nie spotkała kogoś tak dalekiego od miana dżentelmena. W jej świecie rodzaj męski przepuszczał ją w drzwiach (szkolni koledzy), komplementował (znajomi rodziców) i obsypywał podarunkami (tatuś). W jego najwyraźniej ograniczał się do obrażania i zaprzęgania do roboty biednych, delikatnych kobiet. Albo to tylko on był ciężkim przypadkiem mizoginicznego dupka.

Wzdychając ciężko, cisnęła kilka gałęzi do ogniska i spojrzała na swojego kompana. Musiała się pogodzić z faktem, że nikogo lepszego od niego tu nie znajdzie i będzie zmuszona z nim współpracować jeśli chciała wyjść z tej przygodycało. Pomysł podlizywania się mu nie bardzo jej się podobał, ale nie miała innego wyjścia. Jeśli ktoś rzeczywiście odebrał jego sygnał S.O.S i przybędzie go stąd zabrać (co było wątpliwe – kto chciałby ratować takiego skończonego dupka?), istniało prawdopodobieństwo, że zabraliby ją ze sobą i pomogli jej wrócić do domu. Tak więc musiała zacząć używać swojego czaru (ostrożnie, bo kto wie jakby zareagował!) i spróbować przekabacić go jakoś na swoją stronę. Nic lepszego w tej chwili nie przychodziło jej do głowy.

Wrzuciwszy ostatnią gałąź do ognia, odwróciła się i podeszła do Vegety. Wzniósł wzrok i ze zdumieniem obserwował, jak rzuciła się na ziemię tuż przy nim, moszcząc się przy ścianie kapsuły.

- Co robisz?

- Próbuję się ułożyć do snu. - powiedziała, sadowiąc się lepiej obok niego.

- Akurat tu?

- Jest dość miejsca, żebym i ja mogła się oprzeć o ten twój stateczek. – odparła z uśmiechem. - Nie mam zamiaru kłaść się na ziemi. Jeszcze coś mi wejdzie we włosy, albo nie daj Boże do ucha...

- Dobra! Rób co chcesz.

Ostentacyjnie odsunął się od niej kilka centymetrów, odetchnął głęboko i zamknął oczy.

- Więęęc...– zaczęła po chwili, wyciągniętym palcem wskazując na futrzane coś opasujące go w talii. - To jest ogon, tak?

Vegeta błyskawicznie odtrącił jej rękę.

- Nie dotykaj mnie!

- Nie miałam zamiaru! Rany, nie bądź taki delikatny. Po prostu po raz pierwszy widzę kogoś z ogonem. Dziwne, że nie jest ciemniejszy, jak twoje włosy.

- Zamkniesz się w końcu sama czy mam cię zakneblować? Bo przysięgam, że jeszcze chwila i to zrobię.

Posłusznie umilkła i wpatrzyła się w jasny płomień ogniska. Następnie jej wzrok zaczął się ślizgać od popiołu otaczającego ognisko po długim białym bucie, skrzyżowanym w kostce ze swoim kompanem, parze mocnych, umięśnionych nóg, przez białą płytę napierśnika otoczoną dwiema splecionymi rękami w białych rękawiczkach, szeroki kark, aż do skrzywionej twarzy jej towarzysza niedoli. Biło od niego przyjemne ciepło. Nie zauważyła tego wcześniej, gdy temperatura powietrza była wystarczająco wysoka, by mieć ochotę zedrzeć z siebie skórę dla ochłody, ale teraz, w nocy, dodatkowe źródło ciepła było przydatne. Z jakiego miejsca mógł on pochodzić, skoro natura wyposażyła go w takie umiejętności? To musiała być jakaś niebezpieczna, nieprzyjazna kraina, gdzie przeżywali tylko najwytrwalsi. W końcu sam powiedział: „dorastasz albo szybko albo wcale". Ona by tam zginęła. Tu z reszta też.

Oparła się lepiej o bok kapsuły i zamknęła klejące się oczy. Tak bardzo chciała być znowu na Ziemi.

***

Ze letargu wybudziło Vegetę uderzenie w ramię. Zawsze miał problemy z zaśnięciem dzień po rozbudzeniu się z hibernacji i już od jakichś dwóch godzin trwał w męczącym stanie pomiędzy snem a jawą. Otworzył oczy i spojrzał na ciężar na swoim ramieniu: głowa niebieskowłosego wyjca każącego zwracać się do siebie Bulma przechyliła się na jego stronę, łaskocząc go lekko włosami w szyję. Próba strząśnięcia jej z siebie przyniosła tylko odwrotny skutek – osunęła się tylko troszeczkę niżej, przyjmując jeszcze wygodniejszą dla siebie pozycję. Po chwili, zanim zdążył ją powstrzymać, przerzuciła rękę przez jego brzuch i westchnęła przez sen. Oderwał od siebie prawą, nieuwieziona przez nią rękę i już miał ją z siebie zepchnąć, gdy coś go tknęło. Była ciepła i miękka, a jej włosy, mimo że przybrudzone błotem, pachniały przyjemnie.

Niech śpi. Przynajmniej się zamknęła.

Musiał przyznać, że jak na taką słabiznę, to twarda była z niej sztuka. Myślał, że zniechęci się podczas tej gonitwy po lesie i da mu spokój, ale wytrwale szła jego śladem, nie bacząc na tempo jakie im narzucił i gałęzie, specjalnie odgarniane przez niego tak, żeby przy powrocie na miejsce uderzały w nią, jeśli za bardzo zmniejszała dzielącą ich odległość.

Z resztą jej wysiłek i tak nie miał sensu, bo ten spacer po lesie nie miał żadnego celu. Vegeta wiedział, że nie znajdzie tam żadnego śladu rozwiniętej cywilizacji, ale po prostu lepiej mu się myślało w ruchu. Musiał zdecydować, co ma zrobić, ale nie bardzo mu to szło. Nawet teraz nie widział przed sobą żadnej możliwości oprócz siedzenia na tyłku i czekania, aż ktoś ze stacji na Biztz II łaskawie go stąd zabierze. Jeśli w ogóle dostali jego sygnał.

Bulma wymamrotała coś przez sen i zacisnęła dłoń na brzegu jego pancerza. Vegeta przewrócił oczami, ale poczuł, że i jego zaczyna brać sen. Zamknął z powrotem oczy i pozwolił, by miarowy oddech dziewczyny obok niego ukołysał go do snu.