Rozdział Trzeci: Bulma kontra dżungla

Bulma leniwie rozchyliła rozespane oczy i rozluźniła zaciśniętą na czymś twardym dłoń. Nie miała ochoty się podnosić, było jej tak ciepło i przyjemnie. Gdyby tylko te twarde coś pod jej policzkiem zechciało zrobić się trochę bardziej miękkie.

Zaraz.

Otworzyła szerzej oczy i spojrzała w górę, prosto na jabłko Adama znajdującego się za nią chłopaka. Drgnęło lekko gdy przełknął ślinę. Jak oparzona oderwała się od Vegety i pośpiesznie przepełzała na kolanach metr od niego. Kiedy? Jak? Ostatnie co pamiętała to wsparcie się na własnym(!) ramieniu i myślenie o tym, co zrobiłaby temu smokowi gdyby dostał się w jej ręce.

Nie przypominała sobie, żeby w którymś momencie przytuliła się do Vegety z zamiarem spędzenia całej nocy z głową na jego piersi. Głupi, niestosowny instynkt przetrwania! Tylko tego jej brakowało, klejenia się bezwiednie do buca którego nie cierpiała teraz najbardziej na świecie (zaraz po magicznym smoku, oczywiście). Potarła zaczerwienione policzki i wstała na nogi. Ognisko już dawno zgasło, z reszta nie było potrzebne, bo powietrze wokół znowu zrobiło się nieprzyjemnie duszne i przytłaczające.

Otrzepując ziemię z nóg, popatrzyła na śpiącego Vegetę. Nie ruszył się ani o milimetr z pozycji w jakiej był dotychczas, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała i lekko rozpostartymi nogami drzemał spokojnie, nie wyglądając już tak groźnie jak dotychczas. Kilka kosmyków włosów nad czołem oddzieliło się od reszty i delikatnie pochylało się w dół, nadając jego twarzy młodszy wygląd. Policzek mu zadrgał i głośno wypuścił powietrze przez nos. Bulma uśmiechnęła się do siebie i odwracając się, przejechała językiem po zębach. Przydałoby się je umyć. Ciekawe, czy gdzieś w pobliżu był strumyk podobny do tego, z którego wczoraj piła...

- Już na nogach, jędzo? - odezwał się za nią głos. Vegeta przetarł zaspane oczy i przeciągnął się porządnie, aż usłyszała jak coś strzeliło mu w karku.

- Tobie też dzień dobry, Vegeta - rzuciła sarkastycznie. - Myślałam, że zamiast spać będziesz w nocy na straży, pilnując żeby nic nas nie zażarło.

- Podczas gdy ty będziesz sobie odpoczywać? Chyba sobie kpisz. Z resztą - dodał, pokazując jej znacznie większe i ostrzejsze niż ludzkie zęby w złośliwym uśmiechu. - Nic nie odważyłoby się tu podejść.

Opierając się o kapsułę, podniósł się na nogi i popukał w jej białą powierzchnię. Potem bez wysiłku przepchnął statek tak, by stanął włazem do boku, wyciągnął zza pancerza mały biały pilot i nacisnął coś. Kapsuła otworzyła się, tym razem bezgłośnie.

- Ej, czemu nie powiedziałeś, że możesz ją otworzyć? - zapytała gdy wszedł do środka. - Nie musielibyśmy spędzać nocy na zewnątrz!

Przypomniała sobie teraz, że gdy wrócili do swojego niby-obozowiska, właz statku był zamknięty, chociaż Vegeta zostawił go tam otwarty gdy poszli w las. Najwyraźniej miał funkcję automatycznego zamknięcia się po jakimś czasie i założyła, że skoro padło zasilanie, to nie da się jej znowu otworzyć.

- I dać się tam zamknąć, jeśli nie byłem pewny, czy system podtrzymywania życia jest sprawny? - odpowiedział jej z wnętrza kapsuły. - Pomyśl trochę. Po za tym, i tak nie zmieścilibyśmy się tam razem. Noc na świeżym powietrzu nic ci nie zrobiła. - dodał, wychodząc.

- Mógłbyś mi ją po dżentelmeńsku odstąpić.

- Jak?

- Po dżentelmeńsku. Jak dżentelmen. Uprzejmy, dobrze wychowany człowiek - wyjaśniła, gdy uniósł brwi w zdezorientowaniu.

- To samo tyczy się ciebie.

- Nie. Dżentelmenami mogą być tylko mężczyźni.

- A kobiety?

- Kobiety powinny dżentelmenowi podziękować i skorzystać z jego uprzejmości.

- Zwyczaje na twojej planecie są bezsensowne. – powiedział i podniósł się z ziemi.

- Gdzieś się wybierasz? – zapytała z niepokojem w głosie.

- Myślałem o znalezieniu czegoś do jedzenia.

- Nie możesz mnie tu zostawić samej!

- W ciągu kilku minut chyba nic ci nie odgryzie głowy. Z resztą oszczędziłoby mi to problemu.

Bulma skrzywiła się obrażona i odwracając się do niego profilem, rzuciła wyniośle:

- A idź i nie wracaj.

Vegeta tylko pokręcił głową z obelżywym uśmieszkiem na ustach i poszedł w głąb lasu.

Dosłownie trzy minuty później wrócił z rękami pełnymi martwych papug, po pięć, sześć sztuk w każdej garści.

- Jak to zrobiłeś?

- Jestem bardziej użyteczny od ciebie, mała wiedźmo.

Rzucił papugi tuż koło jej nóg i usiadł obok. Wzdrygnęła się, gdy zaczął jednej po drugiej skręcać z chrzęstem karki. Było to obrzydliwe, ale na myśl o pieczonym drobiu Bulmie pociekła ślinka. Zbyt przerażona i oszołomiona wczoraj by czuć głód, teraz miała wrażenie, że żołądek przysechł jej do pleców. Zastanawiało ją, jak miała się pozbyć z ptaków piór, gdy poczuła paskudny swąd. Obróciła głowę i zobaczyła, jak Vegeta opala ręką papugę, bez trudu potem ściągając z niej resztki pierza. Bulma obiecała sobie przestać się dziwić. Tak czy inaczej, taki laser w dłoni to pożyteczna rzecz.

- Długo się uczyłeś, żeby umieć coś takiego?

- To? A co w tym trudnego?

- To dzięki tym rękawiczkom, tak? Wytwarzają jakieś pole czy coś?

Vegeta prychnął i rzucając papugę, ściągnął z dłoni rękawicę. Następnie wycelował odsłoniętą dłonią w stojące naprzeciw nich drzewo i strzelił, wypalając w nim dziurę wielkości pięści.

- To chyba znaczyło nie.

Z żalem popatrzyła na ostatnią papugę, nadal w pełnym opierzeniu. Miała piękne, błyszczące ciemnoróżowe pióra i czarny zakrzywiony dziobek.

- Trochę mi ich szkoda.

- Tego? – zapytał, potrząsając brutalnie truchłem ptaka. Jego przetrącona głowa zakołysała się obrzydliwie, trzymając się ciała tylko dzięki skórze. Bulma powstrzymała odruch wymiotny. – Przecież one i tak nic nie czują.

- Skąd wiesz? Może nie są tak skomplikowane jak my, ale na pewno miały jakieś swoje charaktery i upodobania.

- Gwarantuję ci, że nic nie poczuły. – warknął, odsłaniając białe zęby i wrócił do oprawiania ptaka. Widać było, że bawi go zastraszanie i onieśmielanie jej. Nie miała zamiaru dawać mu tej satysfakcji.

- Mógłbyś je dla nas upiec w ten sam sposób.

- Nas? A kto powiedział, ze się z tobą podzielę?

- Zepsują się w tym cieple jeśli zostawisz je na później.

- Skąd pomysł, że zostawię coś na później?

- No przecież nie zjesz tego wszystkiego na raz.

Papugi były wielkości kiepsko karmionego kurczaka, ale dwie w zupełności nakarmiłyby dorosłego mężczyznę.

- To? To jest dopiero lekka przekąska.

- Żartujesz sobie ze mnie.

- Nigdy nie żartuję w sprawie swojego żołądka. Lepiej idź i poszukaj jakiegoś drewna. Jeśli się dobrze spiszesz, może rozważę możliwość zostawienia ci paru kości do obgryzienia.

Gdy wróciła z naręczem patyków, pozostałych jeszcze z wczorajszego karczowania dżungli, Vegeta fachowo ułożył stosik i poustawiał ponadziewane na patyki ptaki. Widać było, że w przeciwieństwie od Bulmy miał wprawę w radzeniu sobie z dala od cywilizacji. Ona zaczynała panikować gdy zapalniczka nie chciała zapalić za pierwszym razem. Jednak miała szczęście, że jego statek postanowił zawieść akurat w pobliżu tej planety. Jakby nie patrzeć, był przydatnym towarzyszem, pomijając fakt, że był wyjątkowo niegrzeczny.

Papugi okazały się smakować prawie jak kurczak. Mięso było trochę trawiaste, ale była zbyt głodna, by narzekać na brak przypraw. Vegeta wbrew wcześniejszym groźbom odstąpił jej jedną sztukę, a sam pochłonął dziesięć pozostałych. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś radził sobie z jednym kurcza… papugą w minutę. I jak to się w niego wmieściło, nie miała pojęcia.

Wytarła zatłuszczoną rękę o najbliższą kępę trawy i popatrzyła jak ostatnia papuga znika w czeluściach jego gardła. Vegeta nie okazywał nawet najdrobniejszych oznak przejedzenia, wbrew przeciwnie, zabrał się jeszcze za wysysanie szpiku z najgrubszych kostek. Kości grubości jej palców łamały się w jego rękach jak zapałki.

- Moje też możesz sobie wziąć – powiedziała, podsuwając mu niedojedzone resztki swojej papugi. Nawet na nie nie spojrzał.

- Później poszukam czegoś większego. Tymi zdechlakami nie można się najeść.

- Niby co? Twojego apetytu nie nasyci nic mniejszego od niedźwiedzia?

- Niedźwiedzia?

- To takie wielkie włochate coś z ogromnymi zębami.

- A, to? Widziałem tu wczoraj kilka.

- Wczoraj? Kiedy? – zapytała, blednąc.

- Jak wracaliśmy tutaj z dżungli.

- I nic mi nie powiedziałeś?

- Po co? - spytał ze złośliwym uśmieszkiem, wstając. - Żebyś narobiła wrzasku i przylgnęła do mnie jak pijawka?

Dupek. Wiedział jak dzisiaj spała i będzie teraz jej to teraz ciągle wytykał.

Zerwał z pobliskiego krzaka wielki liść i wytarł w niego rękawiczki. Krew i tłuszcz schodziły z nich zaskakująco dobrze. Potem obrócił się na pięcie i zniknął za rzędem gęstych krzaków.

- Vegeta?

- Nawet się człowiek odlać nie może. - wychylił głowę sponad krzaków. - Czego chcesz?

- Co mam zrobić z tymi resztkami? - wskazała na kupkę pokruszonych kości.

- Nie wiem, co chcesz.

- Nie mogę ich tutaj zostawić, bo jeszcze zwabią tu coś.

- To zakop je gdzieś.

- Jak? Nie mam łopaty ani niczego podobnego. Rękami nie będę grzebać. Dopiero co udało mi się wyczyścić paznokcie.

Vegeta z plaskiem zasłonił sobie oczy i przeciągnął ręką po twarzy. Tracił już cierpliwość, ale mało ją to obchodziło. Nie mógł wymagać, że będzie siedziała cicho jak mysz pod miotłą i nie prosiła go o nic jeżeli mógł ją wyręczyć. To on był samcem alfa i do niego należało zajmowanie się takimi sprawami.

Machnięciem ręki wyrwał dziurę w ziemi i przewrócił oczami.

- Masz. Mam dość twojego ciągłego jęczenia. Idę się przejść.

Tym razem nie protestowała.

***

Bulma spotykanych przez siebie w życiu ludzi dzieliła na dwie kategorie: tych którzy mogli być jej na coś przydatni i tych, którzy nie. Jej nowy znajomy ku jej uciesze zaliczał się do tej pierwszej grupy w stu procentach: rozpalał ognisko, przynosił jej jedzenie, ogrzewał ją w nocy własnym ciałem... To znaczy promieniował w jej kierunku ciepłem, o. I postara się, żeby to już nigdy więcej się nie powtórzyło. Na pewno temu perwersowi spodobało się to, co stało się w nocy. Bulma była świadoma swoich wdzięków i jeśli na jego planecie nie panował jakiś pokręcony kanon piękna, w którym kobiety powinny być jak największe, albo wprost przeciwnie, suche i mdlejące, to powinna mieć się na baczności. A następnym razem położyć się z dala od niego, najlepiej ogrodzona ostrokołem.

Z ciekawością podeszła do kapsuły i zajrzała do środka. Wnętrze było sterylnie czyste i białe: w centrum znajdował się obszerny fotel, obity śliskim w dotyku materiałem, a przed nim rozciągała się konsoleta panelu sterowania. Bulmie zabłyszczały na ten widok oczy. Palce świerzbiły ją, żeby coś przycisnąć i zobaczyć, co się stanie, ale zdrowo-rozsądkowa część jej umysłu zganiła tą naukową. Tak, była gotowa zanurzyć swoje palce w zdobyczach obcych technologii i nauczyć się z niej ile tylko się dało, ale nie była pewna, czy Vegeta nie wściekł by się za to naruszanie jego prywatności. Kto wie, czy nie trzymał tam jakichś swoich osobistych rzeczy... Przyjrzała się dokładniej - wnętrze nie nosiło żadnych oznak jego bytności tam, ani jednego przedmiotu nadającego mu charakteru swojego właściciela. Żadnych ozdób, śmieci czy wydrapanych w plastiku rys. Czyli nie lubił się obnosić ze sobą, dobrze wiedzieć.

Zniecierpliwiona przejechała palcem po konsolecie, oglądając oznaczenia na przyciskach. W końcu zatrzymawszy się przy guziku z małym rysuneczkiem podobnym do oznakowania przycisku otwierania maski w samochodzie, zawahała się. Na boku kapsuły była niewielka płytka, która jak przypuszczała, była klapką osłony napędu kapsuły. Ale to by było za łatwe - zdziwiłaby się, jeśli w oddalonym o setki lat świetlnych świecie ludzie mieliby te same pomysły rozwiązań technicznych. Ech, raz kozie śmierć.

Wcisnęła szybko przycisk i z napięciem wytężyła słuch. Rozległo się kliknięcie i po wychyleniu głowy z kapsuły ujrzała, że płytka odskoczyła, trzymając się na zawiasach. Aha, czyli jednak wcale nie jesteśmy od siebie tacy różni!

Jak zadowolona kotka zsunęła się z trapu i uklękła przy napędzie, z brzuchem pełnym gorących bąbelków radości. Śliczności.

***

Otarłszy spocony kark, Vegeta odsapnął. Seria ćwiczeń dobrze mu zrobiła - mięśnie, nadal zesztywniałe po podróży w statku i ostatniej niewygodnie spędzonej nocy błagały o porządne rozgrzanie i rozciągnięcie. Przerwa od skrzeczenia tej wariatki z kolei kojąco wpłynęła na jego umysł. Napił się, ogołocił kilka drzew z owoców i był gotowy na kolejną konfrontację z kłopotliwą żmiją, osaczającą go gdy tylko pojawiał się w zasięgu jej wzroku. Czuł się nieswojo gdy wlepiała w niego te błękitne gały i pytała o wszystko. Co on, chodząca encyklopedia? Powinna pilnować swojego nosa, a nie próbować go przesłuchiwać. Gdyby chciał, już dawno by nie żyła. W swojej wspaniałomyślności pozwolił jej żyć, ale zaczynał mieć wątpliwości, czy dobrze zrobił.

Zamarł, wychodząc zza drzew zobaczył ją klęczącą przy otwartym napędzie kapsuły. Z uśmiechem na ustach grzebała w środku, zapominając o bożym świecie.

- Co ty robisz? - zapytał przerażony.

Zwróciła głowę w jego kierunku i posłała mu uśmiech.

- W końcu obiecałam ci, że spróbuję naprawić twój statek, pamiętasz?

- Nie kazałem ci go dotykać!

- Spokojna głowa! Nie myślałam, że zamontowane w nim układy będą aż tak podobne do tych stosowanych na ziemi. O te przewodniki tu na przykład, zupełnie takie same jak te, które tatuś zaprojektował do poprzedniego modelu poduszkowców!

- Czyli wiesz już co się zepsuło?

- Na razie zrobiłam tylko mały rekonesans, ale mam już pewne podejrzenia. Daj mi jeszcze godzinę czy dwie, a tyle nas tu będą oglądać! – wykrzyknęła, wymachując rękami tryumfalnie.

Vegeta mruknął coś bez przekonania i zaczął drążyć w ziemi czubkiem buta.

- Znalazłeś tam coś ciekawego? – zapytała nie odrywając wzroku od wnętrzności kapsuły.

- Gdzie?

- No przecież nie w tej ziemi, głuptasie. No podczas tej twojej małej przebieżki. Jeszcze nie zapuszczaliśmy się w tamtą stronę i jestem ciekawa, czy może jest tam coś wartego uwagi.

Chłopak wzruszył tylko ramionami.

- Nic ciekawego. Tylko więcej drzew i jakąś sadzawkę.

Bulma natychmiast straciła zainteresowanie obcymi osiągnięciami technicznymi.

- Gdzie? Jak głęboką?

- Jakieś osiem minut drogi stąd. Nie sprawdzałem głębokości, ale wydawała się raczej płytka.

Dziewczyna zerwała się na nogi i biegiem minęła go, jakby był powietrzem.

- Gdzie leziesz? – zapytał zastanawiając się, co ją ugryzło.

- Muszę się wykąpać! Wrócę za jakieś pół godziny!

- A statek?

- Nie ucieknie! – odkrzyknęła znikając za drzewami.

Sadzawka okazała się być jeszcze bliżej niż mówił Vegeta, a może to po prostu wizja czystej wody i odświeżonego ubrania tak ją uskrzydliła w drodze. Gdy dotarła na miejsce, prawie popłakała się ze szczęścia: położona w niewielkiej kotlince, około dziesięciometrowej średnicy sadzawka była wypełniona czystą, przejrzystą wodą, przez którą z łatwością można było dostrzec dno. Bulma bez zastanowienia zzuła buty i zrzuciła z siebie koszulkę. Błoto z łatwością zmywało się z tkaniny, pozostawiając tylko lekkie smugi na żółtym materiale, ale hej, była w kompletnej dziczy! Nie mogła oczekiwać, że Matka Natura podziała lepiej niż odplamiacz. Jeszcze odruchowo rozejrzała się wokół siebie by sprawdzić, czy nikt jej nie widzi i do bluzki dołączyły szorty i bielizna. Trochę było jej żal koronkowego stanika, który powinien być prany delikatnie i na pewno nie w niefiltrowanej wodzie, ale pocieszyła się, że po powrocie na Ziemie (bo to była już tylko kwestia godzin, od kiedy przekonała się, że opanowanie zasad pozaziemskiej techniki będzie bułką z masłem) kupi sobie taki sam, albo i lepszy. Gdy uporała się już z ubraniami i rozłożyła je do wyschnięcia na kilku jakby do tego stworzonych głazach stojących przy brzegu, przyszła pora na nią samą. Posiniaczone ciało zareagowało pomrukiem zadowolenia gdy zanurzyła się w ciepłej, ale rześkiej wodzie. Uważając, by nie skołtunić sobie włosów, powoli i dokładnie wymywała błoto i kurz z włosów, nucąc sobie pod nosem. Miała zamiar zostać tu tak długo, aż jej skóra pomarszczyłaby się jak u staruszki, a na ciele nie pozostała ani drobinka błocka.

***

Zapewnienia Bulmy co do łatwości naprawienia statku nieszczególnie uspokoiły Vegetę. Nie miał pewności, że nie kłamała co do swoich umiejętności tylko po to, żeby nie miał pretekstu do ukręcenia jej tego niebieskiego łebka, ale musiał pozwolić jej spróbować. Było to lepsze niż bezczynne czekanie na cudowne samonaprawienie się statku. Jeśli dobrze pamiętał, gdzieś w środku powinna być awaryjna skrzynka z podstawowymi narzędziami. Nigdy jej nie używał i nawet nie wiedział za bardzo jak, ale Bulmie, jeśli mówiła prawdę, powinna się do czegoś przydać. Skoro o diable mowa... Powiedziała, że wróci za pół godziny, tymczasem jak dla niego minęło już sporo więcej czasu. Zastanawiał się, w jakiej galaktyce wykształciły się tak słabe i bezużyteczne formy życia jak ona, niepotrafiące nawet zająć się samymi sobą i bojące się odrobiny brudu. Nie wyglądała jeszcze tak źle... No dobrze, wyglądała, ale to nie jego wina, że potykała się o własne nogi i więcej czasu spędzała w błocie niż na nich.

Dość już tej zabawy. Skoro powiedziała, że zajmie się statkiem, to niech się z tego wywiąże, a nie urządza sobie łaźnię. I zrobi to teraz, choćby miał ją wywlec z wody za włosy.

Zbiegł prowadzącą w dół ścieżką jej śladów i z bojowym zadaniem złapania ją za kark i zmuszenia do pracy znalazł się przed sadzawką. Stała po kolana w wodzie po drugiej jej stronie i naga, rozczesywała palcami splątane włosy.

Zobaczywszy go, natychmiast z piskiem rzuciła się pod wodę, zasłaniając rękami piersi. Gdy upewniła się, ze już niczego nie widać, wydarła się głośno:

- Kto ci pozwolił tu przyjść? Musiałeś przyleźć akurat do mojej sadzawki?

- Nie widzę na niej twojego imienia - rzucił lekko zmieszany.

- Przecież ci powiedziałam, że idę się wykąpać! To nie było zaproszenie! Miałam na myśli żebyś się tu nie zbliżał! - wrzasnęła, czerwieniąc się jak burak. - Odwróć się! I żadnego podglądania!

Vegeta przewrócił oczami i posłusznie stanął do niej plecami. Naprawdę sądziła, że nie miał niczego lepszego do roboty niż oglądanie jej nago?

- Już?

- Zaraz. Nie każdy jest hiperszybkim kosmitą z… z kosmosu jak ty.

- Nie każdy jest taką ślamazarą z zaściankowej planety jak ty – odszczeknął, kątem oka sprawdzając, jak jej idzie. Rzeczywiście, ślimak by ją przegonił. Nadal jeszcze nie uporała się z naciągnięciem na siebie przemoczonych majtek…

Uświadomił sobie, że się na nią gapi dopiero gdy wydała z siebie ogłuszający wrzask i chwyciła leżącą obok niej koszulkę, próbując zasłonić ile tylko się dało.

- Ty zboczeńcu! Zabroniłam ci podglądać!

Natychmiast odwrócił się i poczuł, jak zaczynają go piec policzki.

- Nie pozwalam ci się na mnie patrzeć!

- Jakbym miał taki zamiar. - odparł, mimowolnie splatając ręce na piersi.

- Tak?! Widziałam jak się na mnie gapiłeś, ty zdeprawowany małpiszonie!

- Zachowujesz się jakby ci się stała wielka krzywda.

Usłyszał plusk i odwrócił się. Całkiem już ubrana, ciskała w jego stronę znalezionymi na brzegu kamieniami. Nie dolatywały jednak nawet do połowy długości sadzawki.

- A nie stała się?! Ciekawe co ty byś zrobił jakbym zobaczyła cię bez ubrania!

- Możemy się zaraz przekonać.

- C-co robisz? – wyjąkała, gdy palec po palcu ściągnął z siebie rękawiczki i zrzucił pancerz.

- Próbuję być dżentelmenem.

- Dżentelmeni nie obnażają się w towarzystwie dam!

- No to nie do końca zrozumiałem twoją definicję tego słowa. – odparł, zdejmując buty.

Chwycił za brzeg swojego trykotu i przez rozciągnięty dekolt przełożył najpierw jedną, a potem drugą rękę. Bulma ze zgrozą patrzyła, jak zsuwa z siebie niebieski materiał, a gdy zjechał na wysokość bioder, odwróciła się gwałtownie.

- Już nie jesteś taka odważna? - zapytał, uwalniając stopę z ciasnej nogawki.

- Po prostu mam więcej przyzwoitości niż ty!

Vegeta zachichotał. Było z nią więcej ubawu niż przypuszczał.

Pozbywając się całego odzienia, wszedł do sadzawki. W końcu nie zrobił tego tylko po to, żeby dać jej pokaz. Początkowo była rzeczywiście dość płytka, ale po kilku metrach gwałtownie się pogłębiała. Zatrzymał się w miejscu, gdzie woda sięgała mu trochę powyżej pasa i zawołał do niej.

- W porządku, już możesz się odwrócić. Wszystkie miejsca naruszające twoje poczucie przyzwoitości są już pod wodą. Chyba, że nadal boisz się na mnie spojrzeć.

Ostrożnie odwróciła głowę sprawdzając czy jej nie oszukuje. Gdy przekonała się, że nie, zwróciła się do niego, i cała czerwona na twarzy, wrzasnęła, energicznie wymachując w ręce biustonoszem.

- Jesteś najbardziej odrażającą kreaturą jaką w życiu spotkałam! Zobaczysz, jeszcze ci się odpłacę, świnio! Tak cię urządzę, że już nigdy więcej nie odważysz się na mnie spojrzeć!

Mokre ubranie przyklejało się do jej ciała, przylegając szczególnie dokładnie w okolicach biustu. Musiał przyznać, że był to całkiem przyjemny widok.

Podpłynął do niej, czując, że dno pod jego stopami zniknęło, a woda stała się znacznie chłodniejsza.

- No, no, nie zmuszaj mnie żebym musiał do ciebie wyjść.

- A żeby coś cię tam ogryzło w ten arogancki tyłek i wciągnęło na dno, dupku!

Uśmiechnął się tylko złośliwie i zanurkował.

Nadal ciężko oddychając, Bulma wychyliła się nieco i spojrzała w głąb wody. Nie miała pojęcia, że było tu tak głęboko. Nie mogła dostrzec sylwetki Vegety przez wodę i zaczęła się trochę niepokoić. Minęły już prawie dwie minuty a on nadal się nie wynurzał. Gdy minęła kolejna, uklękła na brzegu i łapiąc się rosnących tam kęp trawy, przechyliła się mocno, usiłując go wypatrzeć pod wodą.

- Vegeta? - zwołała nieśmiało. - Przestań, to już przestało być zabawne! Słyszysz?

Powierzchnia wody nadal była niepokojąco gładka. A co jeśli jej słowa się spełniły? Ostatnio wszechświat wysłuchiwał jej życzeń, może nie dokładnie tak jak chciała, ale...

- Vegeta?

Nagle na dnie zaczęło coś świecić. Wychyliła się bardziej, żeby przyjrzeć się unoszącemu się szybko w górę blaskowi, gdy na taflę wody wydostał się ogromny bąbel powietrza i wybuchł, opryskując ją obficie zimną wodą. Powierzchnia zaroiła się od wypływających martwych ryb, a po nich z wody wyłoniła się przyklapnięta, mokra grzywa Vegety.

- Ty idioto! Już myślałam, ze się utopiłeś!

- Nie tak łatwo się mnie pozbędziesz. - odparł, wypluwając wodę i szczerząc się do niej wyzywająco.

Bulma wydała z siebie przeszywający okrzyk i ruszyła ku dżungli.

- Gdzie idziesz? - zapytał, odgarniając od siebie ryby.

- Byle dalej od ciebie! - wrzasnęła i zniknęła za drzewami.

***

Bulma aż cała wrzała z gniewu. Jak on śmiał?! Przecież kazała mu się odwrócić! Zboczeniec jeden. Maszerowała przez las, dysząc ze wściekłości. Jeszcze nikt w jej całym życiu tak je nie upokorzył. Nie miał prawa się tak na nią gapić! I jeszcze wcale tego nie żałował! Jak miała mu teraz spojrzeć w oczy? Nie było mowy żeby miała tam wrócić i żyć jak gdyby nigdy nic. I na dodatek nie miała pewności, czy nic głupiego nie przyszłoby mu do głowy. Wiedziała co mówiło się o żołnierzach i słabych, bezbronnych kobietach. Co prawda nie wyglądał na gwałciciela, ale przecież nikt nie ma takich rzeczy wypisanych na czole. Znając jego siłę, nie miałaby szans na obronienie się. Prędzej by umarła niż pozwoliłaby mu się dotknąć. Co prawda nieczęsto spotyka się szesnastolatków z tak wyrzeźbionymi sześciopakami… ale nie o to chodziło! Nie wróci tam i już! Już nigdy się do niego nie odezwie, choćby ją błagał na kolanach i proponował odstawienie prosto do domu. Albo zgodzi się na to i podstępnie ukradnie jego kapsułę, zostawiając go tutaj samego, żeby zgnił na tym galaktycznym zadupiu, żywiąc się robakami, ziemią i wspomnieniem widoku jej gołych pośladków. Nie! Myśl o czym innym, Bulmo! Pozytywne myślenie!

Przystanęła na chwilę, rozglądając się po lesie. Nie przypominała sobie, by widziała gdziekolwiek wcześniej takie fioletowe kwiatki. Musiała już sporo zawędrować. Pogrążona w myślach, straciła zupełnie poczucie czasu. Ile już szła? Godzinę? Pół godziny? Las wokół niej zdawał się robić coraz mniej znajomy, a coraz bardziej nieprzyjazny. Gdzie powinna teraz iść? Co powinna zrobić. Po głębszym zastanowieniu, pomysł ucieczki z dala od jedynej osoby, która mogła jej pomóc nie był chyba aż takim dobrym pomysłem, nawet jeśli ta osoba była zboczonym dupkiem.

Zrozpaczona, przysiadła na pobliskim kamieniu i wsparła głowę na dłoniach. Co teraz? Wracać? Zostać tutaj? I tak źle, i tak niedobrze. Lepiej umrzeć z głodu i zimna albo dać się pożreć jakiemuś zwierzakowi czy zmagać się z perwersyjnym kosmitą, niepotrafiącym uszanować nawet jej jednej prośby? No właściwie ta druga opcja nie brzmiała aż tak strasznie. Z dzikimi zwierzętami nie mogła dyskutować, a z nim, przynajmniej teoretycznie, tak. Może dałoby się to wszystko jeszcze jakoś naprawić. W końcu nie rzucił się na nią wtedy przy sadzawce, więc nie zrobiłby tego chyba i później, prawda? Trochę uspokojona, wstała z kamienia i spojrzała w kierunku, z którego przyszła. Oboje byli inteligentnymi istotami, zdolnymi do normalnej, dojrzałej rozmowy i dojścia do jakiegoś porozumienia. Co prawda do tej pory nie bardzo im to wychodziło, ale była gotowa nad tym popracować. Zwłaszcza przy kolejnej porcji pieczonej nad ogniskiem papugi.

Po jakimś czasie okazało się, że to, co wydawało jej się tą samą drogą, którą tutaj przybyła, nie do końca spełniało swoje kryteria. Niby wszystkie drzewa była dla niej takie same, ale tych, które w tej chwili mijała, na pewno wcześniej tu nie było. Wyglądały jakoś inaczej. Tak samo kwiaty, gęsto porastające krzewy i owijające się pędami wokół pni miały krzykliwy, niebieski kolor, prawie identyczny jak jej włosy. Płatki tych, które porastały okolicę w której rozbił się statek Vegety były w większości żółte i czerwone. To nie wróżyło zbyt dobrze.

- Niech to wszystko diabli! – wykrzyknęła wściekła. Sekundę później pożałowała swojej wybuchowości. Z gałęzi drzew ponad nią zerwały się ptaki i jak jeden mąż runęły w jej kierunku. Bulma instynktownie padła na ziemię, osłaniając głowę rękami. Gdy ten ornitologiczny atak ustał, ostrożnie podniosła się z ziemi i przyjrzała się sobie. Pięknie. Po prostu pięknie. Cały przód jej świeżo wypranego ubrania znów był pokryty mokrą ziemią. Wymruczała pod nosem wiązankę przekleństw i spojrzała w kierunku, w który odleciały ptaki. Las był tam wyraźnie rzadszy, a z pomiędzy drzew prześwitywało słońce. To było coś nowego – do tej pory Bulma przebywała w półmroku, bo gęste korony drzew skutecznie zasłaniały dostęp światła poszyciu leśnemu. Ruszyła w tamtą stronę i po kilkudziesięciu metrach, ku swojemu największemu zaskoczeniu, znalazła się na sporej polance. Przez głowę przebiegło jej pytanie, jak Vegeta mógł ją przeoczyć kiedy wczoraj wzniósł się w powietrze. Zduszone zostało jednak kolejnym ważnym szczegółem, jaki zauważyła: chatki. Sześć małych chałupek stało po przeciwnej stronie polany, tworząc półkole. Były byle jak polepione z gliny i szerokich liści palmowych, ale sprawiały wrażenie dosyć solidnych. Bulma, wiedziona ciekawością podeszła kilka kroków bliżej. Budynki wydawały się opuszczone.

Może wszyscy poszli na polowanie, pomyślała.

Wtem, z chatki najbliżej niej wybiegła jakaś postać. Bulma już była gotowa rzucić się do ucieczki, kiedy dostrzegła, ze był to tylko mały chłopiec. Dziecko miało brudne, sterczące włosy i najdziwniejszą skórę, jaką w życiu widziała. Jej szarozielony, upstrzony tu i ówdzie brunatnymi plamami kolor mógł być albo naturalnym przystosowaniem do terenu, albo wynikiem wyjątkowo namiętnej awersji do mycia się.

Dzieciak z ciekawością spojrzał wielkimi, żółtymi oczami w jej stronę i po chwili wahania wrzasnął przeraźliwie.

- Spokojnie! Nic ci nie zrobię! – odkrzyknęła Bulma, próbując przekrzyczeć jego wycie.

Mały dalej darł się wniebogłosy, dorzucając do tego jeszcze kilka bulgoczących słów. Sekundę później z chat wychyliło się kilkanaście głów o identycznie sterczących, szaroburych włosach.

Bulma ciężko przełknęła ślinę.

- Cześć.