Rozdział Czwarty: Sarkazm, błoto i dzikusy
Zręcznie przeskakując zwalony pień omszałego drzewa, Vegeta sięgnął po apetycznie wyglądający różowy owoc wiszący na rozłożystym krzaku. Rozerwał go na pół i uważnie powąchał miąższ. Wydawał się całkiem zjadliwy. I smakował całkiem przyzwoicie.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu miał chwilę tylko dla siebie, kiedy to nie musiał absolutnie nic robić i nikt nie zawracał mu głowy. Żadnych zadań, żadnych hałaśliwych towarzyszy opowiadających sobie nawzajem świńskie kawały, żadnych upierdliwych niebieskowłosych bab…
Ciekawiło go trochę, co się teraz działo z tą małą jędzą. Po ich scysji nad sadzawką wypruła gdzieś w las, zostawiając na jego głowie oprawianie ryb. I zjedzenie ich.
Nie było mu jej wcale szkoda – nikt nie kazał jej unosić się honorem i biec nie wiadomo po co w busz. Jakby stało się coś wielkiego. Widział ja nago, wielkie mu halo. Powinna się cieszyć, że to akurat na niego trafiła na tym zadupiu, a nie na dajmy na to, Nappę. Wtedy miałaby o wiele większe problemy niż to, że mignęły mu przed oczami jej cycki.
Wgryzając się w kolejny owoc, spojrzał na niebo prześwitujące przez gałęzie drzew. Niedługo zacznie się ściemniać. Doba na tej planecie trwała cholernie krótko – Sayianin nie zdąży się obejrzeć, a już robi się noc.
Vegeta ze wstrętem odrzucił następny owoc, tym razem zaopatrzony w wkładkę mięsną w postaci obrzydliwej, brązowej larwy siedzącej w pestce. Szkoda, że nie było tu Bulmy – narobiłaby krzyku gdyby nim w nią rzucił. Tu Vegeta trochę się zaniepokoił – nie było jej już jakieś trzy godziny, a jego delikatny słuch nie wychwytywał nigdzie odgłosu jej niezgrabnych kroków. Chyba nie zsunęła się z jakiegoś zbocza i nie skręciła sobie karku? To nie byłaby najszczęśliwsza sytuacja. Widać było, że szybko załapała co jak działa w jego statku i orientowała się, co można by zrobić, żeby zaczął z powrotem działać. W przeciwieństwie do niego, który w przypadku jakiejkolwiek usterki po prostu oddawał kapsułę mechanikom na najbliższym posterunku imperium Frezera i biorąc nową, nawet nie zastanawiał się, co tak właściwie się zepsuło.
Czyli wychodziło na to, że żeby wydostać się stąd, musiał znaleźć tą wiedźmę i zmusić ją do zajęcia się jego statkiem. I w miarę możliwości, zdjęcia jeszcze raz ubrania.
Radditz miał rację – baby to same problemy.
***
Grube sznury wpijały się jej boleśnie w nadgarstki i brzuch. Cudnie, po prostu cudnie. Stała teraz przywiązana do drzewa i obserwowała jak mieszkańcy osady krzątali się wokół wielkiego, glinianego kotła. To było jak w kiczowatym filmie o łowcach przygód: piękna heroina porwana przez dzikusów, chcących ugotować ją na kolację. Tyle, że ona sama przylazła do ich wioski, szanse na ucieczkę miała znikome, a jej heros włóczył się teraz pewnie po dżungli w poszukiwaniu jedzenia i cieszył się, że ma ją z głowy. Czyli jeśli sama szybko czegoś nie wymyślił, skończy jako kolacja dla tych błąkających się przy palenisku pokrak.
Wszyscy mieszkańcy wioski byli do siebie podobni - jednakowo brzydkie, brudne twarze, niżsi od niej o głowę, o żylastych, ale mocnych ciałach. Nie kłopotali się nawet postawieniem przy niej straży - po prostu przywiązali ją i poszli zajmować się szykowaniem posiłku.
Zdmuchnęła włażące jej w oczy włosy. Czyli to tak? Nie zginęła skręcając sobie karku koziołkując po urwisku, nie zaatakowało ją żadne dzikie zwierzę ani wygrażający jej co rusz porywczy kosmita, by teraz dać się ugotować jakimś prymitywom. Już zaczynała mieć chorego poczucia humoru wszechświata.
Przestępując z jednej zdrętwiałej nogi na drugą spróbowała się, po raz już trzydziesty chyba, wyszarpać ze sznurów. Dzicy nawet nie zwrócili na to uwagi, tylko dzieci, gapiące się na nią odkąd tylko ją pojmali, zaczęły coś po między sobą szeptać. W końcu jedno z nich, nie mogła rozpoznać jakiej płci, ostrożnie podeszło do niej i szczerząc brzydkie zęby, wbiło jej paluch w udo. Wierzgnęła, ale skubaniec uchylił się jej kopniakowi. Reszta dzieciarni zaśmiała się głośno. Ośmielony, dzieciak spróbował jeszcze raz, tym razem kierując się trochę bardziej na północ. Jednak teraz, doprowadzona do ostateczności, Bulma nie chybiła i zdzieliła gówniarza kolanem prosto w szczękę. Mały z wyciem odskoczył od niej i oddał cios, kopiąc ją w kostkę. Zabolało jak diabli. Z bólu zacisnęła powieki i pomasowała stopę o łydkę. Gdy znowu otworzyła oczy, zobaczyła jak zaalarmowani zamieszaniem wokół niej starsi zmierzali w jej kierunku. Dzieciaki gdzieś uciekły, pozostawiając ją samą z dorosłymi członkami plemienia. Pierwszy, który do niej podszedł wyciągnął zza przepaski biodrowej ostrze i podniósł je do niej. Skamieniała, ale wbrew jej obawom nie miał zamiaru zarżnąć jej jak prosiaka, ale przeciął tylko krepujące ją sznury. To nie zmieniło wcale jej sytuacji, nie licząc możliwości rozruszania kończyn. Przyprowadzili ją pod kocioł. Wyrywała się, ale dwaj trzymający ją pod ręce tubylcy byli zaskakująco silni jak na tak niewielkie rozmiary. Popchnęli ją w stronę żarzącego się paleniska i cofnęli się, robiąc miejsce dla kilku zajmujących się kotłem kobiet. Czyli co, nawet nie mieli żadnego szamana, który chciałby rytualnie złożyć ją w ofierze swojemu bogu? Byli tak prymitywni, że nawet nie mogli jej zapewnić bardziej spektakularnego końca niż wepchnięcie do kotła pełnego wrzątku? Fajnie, wspaniała Bulma Briefs, nadzieja swojego pokolenia i dziedziczka jednej z najlepiej prosperujących korporacji na świecie zostanie zjedzona przez bandę dzikusów. Jej matka i ojciec nie zauważą tego nawet, dopiero po kilku tygodniach wysyłając ekspedycję poszukiwawczą, która swoją misję zakończy porażką w okolicach Mt. Paozu, gdzie ostatnio była widziana. Potem rodzice urządzą jej symboliczny pogrzeb i założą fundację jej imienia, wspierającą zdolną młodzież z ubogich rodzin.
- Ała! - krzyknęła, odsuwając się od ognia. - Sparzyłam sobie przez ciebie ramię, śmierdzący barbarzyńco!
Dzikus, który ją pchnął, popatrzył na nią nienawistnie, jakby swoimi słowami wyrządziła mu osobista krzywdę.
Czując na ciele żar idący od płomieni tańczących wokół kotła, Bulma doznała osobliwego, surrealistycznego wrażenia, że to wszystko teraz przydarzało się nie jej, ale komuś innemu. Jakby patrzyła na tą scenę z boku, niby będąc widzem programu telewizyjnego o życiu dzikich plemion w amazońskiej puszczy, nadal praktykujących kanibalizm. Dawało jej to dziwne poczucie spokoju i siły, jakby śmierć wcale nie zaglądała jej w oczy. Ale jeśli miała już miała zginąć, to chociaż zrobi to z godnością.
Spojrzała w bulgoczącą toń w garze. Albo i nie, poprawiła się szybko w myślach, dziko szarpiąc się w rękach zastępujących jej drogę ucieczki Muddaków.
***
Nawet jeśli ta niebieska hetera naprawdę potrafiła naprawić jego statek, szukanie jej nie było warte zachodu, jaki się z tym wiązał. Idąc tu, Vegeta wlazł w jakieś kolczaste zarośla i wydarł sobie dziurę na rękawie. Te cholerne krzaki musiały być naprawdę ostre - materiał, z którego było zrobione jego ubranie nie powinien tak łatwo podać się kilku cierniom. Coś było wyraźnie nie tak z dżunglą i całą tą zaplutą planetą. Przystanął chwilę i przetarł czoło dłonią. Był na siebie zły, że tak szybko się tu męczył, ale niewielka ilość jedzenia i ciężkie, wilgotne powietrze robiły swoje.
Bulma zostawiła po sobie wyraźne, aż niedorzecznie widoczne ślady: połamane gałązki, przydeptana trawa, zerwane i porozrzucane kwiatki (czy ona nie wiedziała, że połowa tego cholerstwa mogła być trująca?) oraz zdobione fikuśnymi kółeczkami odciski jej butów. A także - Vegeta uśmiechnął się do siebie - ślady poślizgnięć i wywrotek. Albo chciała być znaleziona, albo była naprawdę beznadziejnym traperem.
Po pół godziny drogi jej tropem był pewny, że się zgubiła - ślady powtarzały się w wielu miejscach, kilkanaście razy zatrzymywała się na dłużej niż parę sekund. I tak dziwił się, że jej słabe nóżki zaniosły ją aż tak daleko od sadzawki. Idiotka nie wiedziała na co się naraża samotnie wybierając się w las. Ogólnie wykazała się idiotyzmem przybywając na tą planetę... Jak właściwie się tu dostała? Podczas ich pierwszego starcia powtarzała tylko, że nie przyleciała tu statkiem. Więc jak? Wspominała coś o jakimś smoku, ale nie miał pojęcia, co miała przez to na myśli. Powinien ją o to zapytać jak tylko ją znajdzie. Jeżeli jakoś tu dotarła, powinna móc też się stąd wynieść. Jeśli nie zrobiła tego do tej pory, to nie kłamała i nie wiedziała, jak się to stało albo nie chciała zdradzić się z tym przed nim. Chociaż w takim przypadku nie lazła by za nim, tylko zabrała się stąd gdy tylko odwrócił się do niej plecami.
Ślady przyprowadziły go w miejsce, gdzie las się przerzedził i panował znacznie mniejszy mrok niż w reszcie dżungli. Vegeta przeszedł jeszcze kilkanaście kroków i stanął przed małą wioską Muddaków. Czyli udało jej się dokonać czegoś sensowniejszego niż taplanie się w błocie.
Tubylcy krzątali się gorączkowo wokół paleniska na środku osady, wyraźnie poruszeni. Kilku stojących tuż przy wielkim, parującym garze mocowało się z czymś, pokrzykując wściekle. Tak jak przypuszczał, powodem ich zmartwień był nie kto inny niż Bulma, wymierzająca jasnymi nogami solidne kopniaki swoim oprawcom. Był prawie pod wrażeniem.
Niezauważony, po cichu zakradł się bliżej, pozwalając sobie na rozkoszowanie się widokiem wykrzywionej w wściekłości twarzy Bulmy. Muddakowie mieli spore problemy z przytrzymaniem jej - ich żylaste, krótkie ręce ledwo radziły sobie gdy rzucała się, usiłując ugryźć pierwszego dzikiego, który ośmieli się wyciągnąć do niej rękę. Gdy w końcu kopnęła w brzuch jednego z najbardziej rozwścieczonych jej oporem Muddaków, postanowił zakończyć to widowisko.
- Widzę, że dobrze się tam bawisz.
Kilkanaście par żółtych oczu i jedne niebieskie, wszystkie jednakowo zaskoczone, zwróciło się w jego stronę.
- Vegeta? Boże, tak się cieszę, że mnie znalazłeś! - zdołała wyrzucić z siebie Bulma między kopniakami i wierzgnięciami - Błagam cię, zrób coś z nimi!
Pokręcił głową i ruszył w stronę towarzystwa stojącego przy kotle. Dzikusy wymieniły między sobą nerwowe szepty i stanęły bliżej siebie, odgradzając go od Bulmy. Niewzruszony, podszedł bliżej.
- Nie dałaś sobie rady z tymi zwierzakami? Przecież są mniejsi od ciebie.
- Ale gdybyś nie zauważył, jest ich tu z dwudziestu! A ja jedna!
- Założę się, że mogli by mieć po pół metra wzrostu a ty i tak dałabyś się złapać.
Największy z dzikusów krzyknął coś rozwścieczony i rzucił w niego włócznią. Vegeta złapał ją w locie za grot i przełamał na dwoje. Potem, wywołując tym okrzyki zdziwienia wśród tubylców, którzy z osłupienia wypuścili z rąk swoja ofiarę i przyglądali mu się szeroko rozwartymi oczami, cisnął pocisk w kierunku pierwszej z brzegu chatki. Strzecha momentalnie zajęła się płomieniem. Muddakowie zamiast ratować swój dobytek, padli z przerażeniem przed nim, oddając mu cześć. Najwyraźniej uznali go za jakiegoś gromowładnego boga wojny.
Z pogardą zmierzył wzrokiem kulących się dzikich i podszedł do pozostawionej samej sobie Bulmy. Jednym ruchem rozerwał krępujące ją więzy.
- Zabieramy się stąd.
Chciała mu coś jeszcze powiedzieć, ale nie zważając na to przerzucił ją sobie przez ramię i z oszałamiającą prędkością wystrzelił w powietrze, wprawiając dzikusów w jeszcze większe osłupienie.
Chwilę potem przekonał się, że latanie w gęstej dżungli to nie najlepszy pomysł. Lawirowanie między drzewami nie byłoby wcale takie trudne gdyby nie piszczący, wymachujący nogami tobołek na jego ramieniu, co chwila obijający się o konary drzew. Zupełnie przypadkiem pozwolił, by uderzyła głową w następną mijaną przez nich gałąź. To powinno trochę ją przytemperować.
- Zatrzymaj się! Natychmiast! - wykrzyknęła, uderzając pięściami w jego bok.
- Czego znów chcesz?
- Nie możesz mnie tak trzymać jak wór ziemniaków. Pomóż mi zmienić pozycję.
Zatrzymał się w powietrzu i złapał ją mocno w talii, gdy ostrożnie zsunęła się z jego ramienia.
- Dobrze – powiedziała, odsapując i odgarniając grzywkę sprzed oczu. - A teraz wracaj tam i pozabijaj tych zafajdanych dzikusów!
- Już nie jesteś tak pacyfistycznie nastawiona do wszystkich żywych stworzeń jak rano? - zakpił szczerząc zęby.
- Te sukinkoty próbowały nie zjeść!
Vegeta roześmiał się i postawił ją na ziemi. Oparł się o najbliższe drzewo i z rozbawieniem obserwował, jak Bulma rzucała się dookoła, dramatycznie wymachując rękami.
- Jak oni śmieli, bagniaki jedne! Mnie, do kotła! Już ja bym im dała gdybyśmy byli u mnie. Nasłałabym na nich brygadę antyterrorystyczną i pozamykaliby ich w klatkach jak zwierzęta i przeprowadzaliby na nich badania i sama bym dopilnowała, żeby spędzili tam resztę swoich dni, pokazywani jako atrakcja w zoo! - wykrzyczała na jednym oddechu. - Mnie! Czemu im przyszło do głowy żeby mnie zjeść?!
- Widać się na tobie poznali.
Wściekła, wymierzyła mu cios w ramię.
- I czego się tak cieszysz? To wcale nie jest śmieszne! Mogłam tam zginąć!
- Ale ciągle żyjesz.
- Tak! - wykrzyknęła i uspokoiła się trochę, zdając sobie sprawę, co miał na myśli. - Tak. Żyję. - dodała zawstydzona, przygładzając zwichrzone włosy.
Nastała niezręczna cisza. Nie miała zamiaru mu dziękować za ten heroiczny czyn. W końcu sam do tego wszystkiego doprowadził. Jego obowiązkiem było to naprostować, nie musiała się mu za to kłaniać w pas.
- Chyba nie masz zbyt dużego doświadczenia w podróżowaniem z dodatkowych bagażem – przerywając ciążące milczenie, stwierdziła rozcierając obolałą głowę.
- Nie bardzo.
Nagle coś mokrego spadło na jej policzek. Sekundę później to samo przytrafiło się jej nosowi i powiece. Wytarła zaczynające łzawić oko i spojrzała w górę. W powietrzu przelatywały kropelki wody, co raz większe i większe, z szumem uderzające o liście. Nim zdziwiona uniosła rękę do góry, by sprawdzić, czy naprawdę zaczyna padać deszcz, woda lunęła na nich z nieba jakby ktoś otworzył klapkę w chmurach i chlusnął wiadrem wody.
Czyli cała jej kąpiel i jej upokarzający wynik były niepotrzebne. Wystarczyło żeby poczekała kilka godzin, a uniknęłaby świecenia nagim tyłkiem, wycieńczającej wędrówki przez obcy las i próby zaproszenia jej na kolację w roli dania głównego przez tubylców.
Uniosła obie ręce do góry, łapiąc ciężkie krople w dłonie. Woda miała dziwny, słodkawy aromat, przywodzący jej na myśl lawendowy odstraszacz na mole, który jej mama z uporem wkładała do szaf mimo jej ciągłych sprzeciwów. Zaczęła się śmiać, z początku cicho, by w końcu krztusić się histerycznym śmiechem i wodą, wpadającą do jej otwartych ust.
Vegeta patrzył na nią zbity z tropu, nie rozumiejąc jej nagłej zmiany nastroju.
- To takie głupie! - powiedziała mu, przekrzykując deszcz. - Chyba powinniśmy już wracać - dodała po chwili i rozejrzała się. - W którą stronę?
Wzruszył zrezygnowany ramionami i wolnym krokiem ruszył przed siebie, pozwalając, by ta nienormalna dziewczyna go wyprzedziła. Zastanawiał się, czy straciła rozum na dobre, czy to tylko chwilowa reakcja na ocalenie przed śmiercią. I nie mógł się zdecydować, która opcja byłaby lepsza.
***
Deszcz lał nieustannie od kilku godzin i Bulma miała nieprzyjemne wrażenie, że się zaraz rozpuści. Albo przynajmniej jej ubranie polegnie w walce z ciężkimi strumieniami deszczu i szwy trzymające materiał razem się rozejdą. Przestała się nawet przejmować butami - woda w nich chlupotała, a spod oblepiającego je błota nie dało się wychwycić ich pierwotnego koloru. Vegeta zdawał się w przeciwieństwie do niej nie odczuwać zmiany pogody - woda spływała po nim jak po kaczce, tylko przyklapnięte, mokre włosy miał w lekkim nieładzie.
Ziemia pod ich stopami zamieniła się w ogromną sieć maleńkich potoczków, płynących wartko między zaroślami. Dookoła pływało podtopione robactwo, trawa i drobne patyki, uderzające ich po kostkach gdy nie uważali. Nie widać było ani śladu ptaków: musiały pochować się przed wodą w gęstych gałęziach.
Bulma początkowo próbowała osłonić się trochę przed deszczem używając wielkich, rozłożystych liści podobnych do kapusty napotkanych po drodze, ale niewiele to dało, tylko zmęczyła się, walcząc z gałęziami o które się zaczepiały. Potem, zniecierpliwiona, dała sobie spokój. Deszcz był ciepły, więc chyba nie musiała martwić się o przeziębienie. Zdawało się, że jedynymi ofiarami ulewy będą jej buty i resztka godności.
Mimo tego, czuła się już o wiele lepiej. Atak histerii minął, pozostawiając tylko piekące policzki uczucie wstydu za każdym razem gdy natrafiała na wciąż dziwne spojrzenie Vegety, jakby spodziewał się, że znowu jej odbije. No i przez to, że widział ją dzisiaj nago. Starała się o tym jak najszybciej zapomnieć i najlepiej już nigdy przenigdy do tego nie wracać.
To zdarzenie jednak i uratowanie jej z rąk Muddaków pogłębiło na razie wciąż płytki alegoryczny dołek w którym zakopywali swój topór wojenny. Gdy zgłodniała sięgnęła po owoc z mijanego krzaku, Vegeta łaskawie oświecił ją, że te są niejadalne i rzucił jej (a raczej w nią) innym, całkiem z resztą smacznym. Od śniadania nic nie jadła, a że Muddakowie nie wpadli na pomysł nakarmienia swojej zdobyczy, z wdzięcznością zabrała się za ogołacanie krzaku. Owoce były wonne i słodkie, z dobrze schodzącą zielonkawą skórką. Balansując z ich górką usypaną na podwiniętej do góry jak fartuch koszulce, Bulma posuwała się powoli, próbując jednocześnie osłonić twarz przed zalewaniem wodą i najeść się. Vegeta opryskliwie odmówił, gdy zaproponowała mu jeden, ale szedł mniej więcej jej tempem, wyprzedzając ją tylko o trzy kroki i co jakiś czas sprawdzając, czy nigdzie się nie zgubiła po drodze. Była mu za to wdzięczna - stopy zapadały się jej w grząskiej ziemi i już kilka razy myślała, że żeby iść dalej, będzie musiała zostawić w błocie ugrzęźnięte buty.
Gdy dotarli w pobliże kapsuły, Bulma rzuciła się na przewalone, omszałe drzewo i po małej szarpaninie zdarła z siebie skarpetki i kiedyś żółte, teraz gliniasto-brunatne tenisówki. Poprzebierała zmarszczonymi od wilgoci, brudnymi palcami i dotknęła podeszw stóp - tak jak myślała, tu i ówdzie wykwitły odciski. Jęknęła i wciskając skarpetki do wnętrza butów wstała, bosymi stopami pokonując resztę drogi. Vegeta obrócił się i zmierzył wzrokiem buty w jej ręku.
- Nie boisz się, ze coś cie ugryzie? - zapytał z ze złośliwą nutą w głosie.
- Gówno mnie to obchodzi.
Jego brwi automatycznie powędrowały w górę.
- Co, nie słyszałeś jeszcze przeklinającej dziewczyny? - powiedziała, rzucając tenisówki pod kapsułę. Miała nadzieję, że spływająca z niej woda oszczędzi jej trochę roboty przy oczyszczaniu ich z błocka.
- Nie słyszałem jeszcze przeklinającej ciebie. Małe dziewczynki nie powinny tak brzydko mówić.
- Nie kiedy mają ku temu powody. - burknęła pod nosem. - Jak myślisz, długo jeszcze będzie padać?
- A bo ja wiem? Mam nadzieję, że niedługo - odparł, stając na jednej nodze i wylewając z buta strumyczek wody. - Nie bardzo mi się podoba perspektywa osuszania drewna na ognisko.
- To jakiś problem?
- Problem to nie zwęglić go podczas tego.
- To trudne?
- To czasochłonne. I nudne.
- No to proponowałabym ci już się za to zabrać – odparła słodkim głosem. - Przed osuszeniem trzeba najpierw drewno nazbierać.
- Nie, ty to zrobisz - uśmiechnął się kwaśno i dodał sarkastycznie: - Wczoraj dobrze ci to szło i nie chciałbym cię pozbawiać możliwości wykazania się w jedynej rzeczy, do której się możesz przydać.
- Ha ha. Bardzo śmieszne. Już zapomniałeś, że nadaję się też do innych rzeczy?
Vegeta posłał jej przeciągłe, taksujące spojrzenie i cmoknął z lekceważeniem.
- Do zjedzenia?
Nie do końca wiedząc, czy aby ma na myśli tylko jej wcześniejsze przygody z Muddakami, odparła:
- Potrafię naprawić twój statek, barbarzyńco.
- To, że rozpoznajesz pojedyncze kabelki nie oznacza, że dasz sobie radę z przywróceniem go do działania.
- Żebyś się nie zdziwił. Za kilka godzin dzięki mnie możesz być już daleko stąd.
- Co nie zmienia faktu, że to ty nazbierasz drewna.
Jak na zawołanie, deszcz ustał. Bulma uniosła rękę do góry sprawdzając, czy rzeczywiście krople mogły zniknąć tak szybko jak się pojawiły.
- Tego nie uczyli nas o lasach równikowych. Kiedy znowu spotkam swoją nauczycielkę geografii, wygarnę jej co myślę o japońskim systemie nauczania.
- No, już, już. Zabieraj się stąd. - pogonił ją Vegeta, strzepując z włosów wodę jak pies. - Patyki się same nie nazbierają.
Bulma chwyciła mokre buty i naciągnęła je z powrotem na nogi. Nie miała jednak zamiaru ryzykować pokaleczenia stóp o ostre kamienie i zarośla.
- Wiesz, chyba z mojego zostania z tobą wynikło dla mnie więcej złego niż dobrego.
Vegeta rzucił jej rozbawione spojrzenie.
- To tak samo jak w moim przypadku.
***
Osuszanie mokrego drewna rzeczywiście było czasochłonne. I bardzo nudne. Bulma prawie ucieszyła się, że ma do naprawy zepsuty statek, bo umarła by chyba z nudów przyglądając się jak Vegeta w skupieniu bierze do ręki każdy patyk i przesyła energię... albo cokolwiek to było na drewno, które zaczynało odparowywać z siebie wodę. To robiło wrażenie za pierwszym i może drugim razem, potem już tylko cichy syk pary działał jej na nerwy. Dopóki było jeszcze jasno, pracowała wygrzebanymi przez Vegetę z wnętrza kapsuły narzędziami (nie było tego wiele, ale podstawowe potrzebne jej znalazły się na szczęście w tej małej szarej skrzyneczce), starając się niczego nie zamoczyć. To było trudniejsze niż samo rozpracowywanie napędu kapsuły. Korciło ją, żeby wyciągnąć go na zewnątrz - to był zadziwiająco mały jak na takie zastosowanie silniczek - ale najpierw postanowiła sprawdzić, czy problem nie leży w przewodach, którymi był on przyłączony do reszty systemu. Z doświadczenia wiedziała, że wydające się skomplikowanymi usterki zwykle sprowadzały się do pękniętej uszczelki, poluzowanego kabla albo spalonego bezpiecznika.
Pozaziemska technologia po dłuższych oględzinach okazała się jednak trochę przerastać możliwości Bulmy, a przynajmniej jej zapewnienia o naprawieniu wszystkiego w przeciągu kilku godzin. Dwie zajęło jej same dojście na jakiej zasadzie mógł (bo nigdy nie można było być naprawdę pewnym bez dokładnej diagnostyki) być przyłączony napęd i co zasilało jakie części. Na jej szczęście kapsuła musiała być niedawno serwisowana, bo w układzie nie było brudu i bałaganu. Jeśli oczywiście ten silnik się jakkolwiek brudził. Wnętrze statku kosmicznego musiało być szczelne i próżniowe, więc z logicznego punktu widzenia nie miało być prawa tam kurzu. Chyba, że zajmujący się nim technicy byli partaczami. Ale to było wykluczone - wnętrze pod klapką było czyściuteńkie, a kable pedantycznie podłączone - żadnego walającego się przewodu czy słabo przykręconej śrubki. Serwisant musiał być ortodoksyjnym fachowcem.
- I co? – usłyszała głos Vegety zza swoich pleców. Aż podskoczyła, przestraszona jego bezszelestnym pojawieniem się.
- Nie skradaj się tak! - krzyknęła. - Dość już miałam dzisiaj atrakcji.
- Cokolwiek. Masz już jakiś pomysł jak to naprawić? - zapytał zaglądając do środka kapsuły.
- Ciągle nad tym pracuję.
- Czyli nie umiesz tego zrobić.
- Umiem, tylko daj mi trochę więcej czasu! - rzuciła, zawzięcie skupiając wzrok na kablach przed nią. - To nie takie hop siup. Elektronika to delikatna materia, do której należy podchodzić z uwagą i skupieniem, ale co ty możesz o tym wiedzieć? Jesteś tylko wrednym, brutalnym...
- Znowu zaczynasz? Wstaniesz teraz i pobiegniesz w las jak wtedy przy sadzawce, żebym musiał cię tu przytargać, tym razem wydzierając z paszczy jakiegoś zwierzaka? Tak przy okazji: to było bezdennie durne. To, że przez przypadek zob...
- Nie będziemy o tym rozmawiać! - przerwała mu, wymachując mu przed nosem palcem. - Siadaj na tyłku i zajmij się ogniskiem, a ja spróbuję naprawić statek na ile się da. Stanie nade mną wcale nie pomoże, więc bądź łaskaw się odpierdzielić!
Vegeta cofnął się mimowolnie, nieprzygotowany na taką reakcję. Postanowił dać sobie z nią spokój i wrócić do rozpalania ognia. Jeszcze brakowało mu, żeby znowu zaczęła histeryzować. Jej wcześniejszy wybuch śmiechu przeraził go nie na żarty – nie miał doświadczenia w radzeniu sobie z dziwnie zachowującymi się ludźmi, szczególnie babami. Rozpaczliwie zawodzących nad zabitymi mieszkańców podbijanych przez niego i jego kompanów po prostu wystrzeliwało się jak kaczki (krzyki drażniły wrażliwe sayiańskie ucho), a niestabilnych psychicznie żołnierzy służących w armii Friezy unikał jak ognia. Nigdy nie wiadomo było, czy w szale zabijania taki delikwent nie obróci się przeciwko swoim by nasycić żądzę krwi. Takie rzeczy się zdarzały, szlag, on sam nie raz musiał być siłą odciągany przez Nappę od maltretowanych w szale zwłok. Brzydził się tymi wspomnieniami. Był księciem i nie powinien się zachowywać jak spuszczone ze smyczy zwierzę. Jednak musiał przyznać, że dobry rozlew krwi raz na jakiś czas świetnie pomagał wyładować frustrację. Gdyby tylko rozlewające się wnętrzności nie brudziły tak bardzo munduru…
Poczuł pacnięcie w ramię i Bulma usiadła obok niego, z konsternacją patrząc na stertę patyków przed nim.
- Chyba już wystarczy.
- Co?
- Mówię, że już wystarczy. Patyków. Zamyśliłeś się i chyba zapomniałeś co robisz.
Rzeczywiście, przed nim leżała hałda suchego drewna, wystarczająca by upiec nad nią bawoła. Poirytowany, przesunął na bok połowę i podpalił drewno. Pogrążony w myślach nie zauważył, że już prawie się ściemniło.
- Co ze statkiem?
- Już sama nie wiem. – odparła, skubiąc paznokcie. - Wydaje się, że wszystko jest dobrze. Żaden kabel nie wygląda na przepalony, z napędem chyba też jest wszystko w porządku, nawet śrubki są podokręcane. Może to coś z systemem statku.
- Nie, system działał. To napęd nawalił.
- Jeśli tak mówisz… Jutro spróbuję go wyjąć i coś wymyślić. Dziś już nie mam na to siły.
- Wiesz, nie musiałeś mnie ratować. – zaczęła cichym głosem, nie patrząc na niego.
- Wiem. Dobrze sobie radziłaś z napędem. Nie mogłem pozwolić, żeby jakieś dzikusy zjadły moją szansę na wydostanie się z tej przeklętej zacofanej planety. - powiedział odwracając głowę, żeby nie dostrzegła głupiego rumieńca, który zaczął formować się na jego policzkach.
- Dziękuję.
Niepewny, czy czasami się nie przesłyszał, obrócił się do niej. Bulma, nieświadoma tego odsunęła się i ułożyła plecami do niego na przytarganych przez siebie kilku liściach palmowych. Chyba po raz pierwszy od kiedy ją spotkał nie była w nastroju do rozmowy. Po jakimś czasie przysunęła się bliżej do ognia i wyciągnęła ku ognisku bose stopy. Jej buty stały obok, susząc się przy ogniu.
- Zimno ci? – zapytał bezwiednie.
Nie odwracając się, potrząsnęła głową przecząco. Przez najbliższą godzinę leżała tak skulona, wciąż przytomna, jak mógł sądzić z jej nerwowego poprawiania się na legowisku i odgarniania co jakiś czas włosów za ucho. Najwidoczniej dopiero teraz doszło do niej, że otarła się o śmierć. Gdyby nie znalazł jej w odpowiednim momencie, już by nie żyła, zjedzona przez Muddaków. Vegeta widział już, jak oprawia się humanoidalną istotę. Sam nawet próbował kilka razy ręki czy nogi osobnika, który jeszcze godzinę wcześniej próbował się bronić. To było lepsze niż siedzenie na pustkowiu z pustym żołądkiem. Głodny Sayianin to zły Sayianin, zawsze powtarzał Nappa gdy jedli coś wyjątkowo paskudnego. Nie każda planeta na której miał nieprzyjemność się znaleźć była tak urodzajna jak ta. Tutaj wystarczyło sięgnąć ręką i jedzenie prawie samo pchało się do ust. Nie był zbyt wybredny - sayiański żołądek mógł znieść naprawdę wiele i już nie raz jedzone przez niego rzeczy o mało co nie przyprawiały go o odruch wymiotny. Ale brak jedzenia oznaczał brak siły, a brak siły... cóż, albo jadło to co się dało, albo od razu można było się położyć i umrzeć. Takie prawa panowały we wszechświecie i tylko jednostki dające sobie z tym radę mogły przetrwać.
- Czyli wiedziałeś, że ktoś tu mieszka? - odezwała się Bulma, wyrywając go z zadumy. - Co to w ogóle za planeta?
- Mudda III. A tam to byli Muddakowie. Kiepsko rozwinięte dzikusy, jak dążyłaś sama zauważyć.
- I nie powiedziałeś mi o tym? - podniosła się i spojrzała na niego.
- A pytałaś?
Bulmie tylko zwęziły się oczy w złości i zaczęła grzebać w popiele patykiem, na którym rano piekły się papugi.
- Skąd to wszystko wiesz? Znasz na pamięć każdą planetę we wszechświecie?
- Oczywiście, że nie, idiotko. Zanim wyszedłem z kapsuły na powierzchnię, sprawdziłem w bazie danych co to za miejsce i czy atmosfera pozwoli mi oddychać.
- Ale przecież napęd...
- Zasilanie awaryjne. Musi działać w takim wypadku. Inaczej było by bez sensu, gdyby ktoś, kto przeżył awarię statku wyszedł na zewnątrz i udusił się trującym powietrzem.
- No fakt - odparła Bulma i zamyśliła się, patrząc w jasny ogień. Położyła się z powrotem na swoim posłaniu i wsparłszy się na łokciu, zapytała:
- Jak myślisz, ta próba zjedzenia mnie mogła mieć coś wspólnego z kolorem moich włosów? No bo wiesz, tam rosły kwiatki takiego koloru, pachnące tak słodko i, bo ja wiem, pogrzebowo. Może uznali, ze jestem jakąś boginią śmierci i zjedzenie mnie dałoby im nieśmiertelność?
- Raczej byli po prostu głodni. Skąd ty bierzesz w ogóle takie pomysły? - odparł Vegeta z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Mam bogatą wyobraźnię.
Urażona jego brakiem fantazji, poprawiła liść zwinięty pod głową i zakryła oczy ramieniem.
- Obudź mnie jeśli wstaniesz wcześniej ode mnie. Mam jutro mnóstwo roboty. Jak szczęście będzie nam sprzyjało, pojutrze już nas tu nie będzie.
- Aha, wcześniej też tak mówiłaś.
- Odwal się.
Vegeta tylko uśmiechnął się pod nosem i dorzucił drewna do trzaskającego ogniska.
