Rozdział 5: Matka Natura jest mściwa
Bulmę obudziło kilka irytujących, ale niezbyt mocnych kopnięć w bok. Otworzyła jedno oko i spojrzała na biały but, który przerwał jej słodką drzemkę.
- Mówiąc wczoraj "zbudź mnie", nie miałam na myśli kopniaka.
Powyżej niej rozległo się parsknięcie.
- Wolałabyś wiadro wody?
- Nie masz wiadra – odparła, podnosząc się na nogi.
- To znalazłby się inny sposób.
Nie reagując na jego zaczepkę, nadal rozespana poczłapała w kierunku kapsuły. Dość się wczoraj obijała – dziś trzeba się ostro brać do roboty i znaleźć przyczynę awarii statku. Miała już serdeczne dość spania na ziemi i jeśli los by pozwolił, chciała już kolejną noc spędzić gdzie indziej niż w dżungli. Vegeta mówił coś o posterunku czy stacji i mogła się założyć o własny pokój, że będą mieli tam jakieś łóżko, pryczę nawet, byle wolną od mrówek i mokrej ziemi. Weszła do otwartej już kapsuły, otworzyła zasłoniętą wczoraj na noc klapkę od komory napędu i przypominając sobie gdzie wczoraj skończyła, chwyciła za śrubokręt. A, tak, miała wyjąć napęd i obejrzeć go dokładnie, a potem sprawdzić czy kable są całe przy złączeniach z panelem zasilającym system. Bez wyjęcia napędu nie dało się tam dokładnie zajrzeć – komora była malutka, rozmiarów odpowiadających reszcie statku. Ktoś o wielkich, niezgrabnych rękach nie mógłby pracować przy jej naprawie. Na szczęście ona była posiadaczką dwóch małych, zręcznych dłoni i nie stanowiło to dla niej żadnego problemu…
Błąd. Jak na tak mały silniczek, napęd był zaskakująco ciężki. Bulma sprawdziła jeszcze raz czy wszystko odłączyła, szarpnęła, szarpnęła znowu i nie uzyskała tym nic, no, może nadwyrężenie pleców. Spojrzała w stronę beztrosko rozciągniętego na trawie Vegety, z głową wspartą na ramieniu konsumującego nie wiadomo skąd wytrzaśniętą, podobną do banana roślinę.
- Mógłbyś mi pomóc to wyjąć?
- Sama sobie nie poradzisz? – zapytał, ale gdy w odpowiedzi dostał tylko wściekłe spojrzenie niebieskich oczu, podniósł się z ociąganiem. – Wyciągnięcie tego na zewnątrz nie narobi tylko więcej szkody?
- Położymy go na liściach, nic mu nie będzie.
Tak jak się spodziewała, Vegeta wyjął napęd jakby nie ważył więcej niż kartonowe pudełko. Ostrożnie położył go na rozłożonych koło kapsuły liściach, służących wcześniej Bulmie za posłanie i rzucił mu krytyczne spojrzenie. Mogła się założyć, że nigdy przedtem nie widział na oczy tego mechanizmu, dzięki któremu mógł się swobodnie włóczyć po galaktykach. Ziemscy inżynierowie daliby się pokroić za możliwość choćby dotknięcia napędu pozwalającego na przekroczenie prędkości światła. Ach, gdyby tylko mogła rozkręcić go na części pierwsze i po kolei dojść do zasad jego działania! Jej nazwisko już na zawsze byłoby wpisane w historię, a dzieci uczyłby się o niej w szkołach! Ale na razie trzeba było się skupić na rzeczach bardziej przyziemnych niż sława i przełomowe odkrycia. Jeśli nie uda jej się wydostać z tego zapchlonego miejsca, będzie mogła liczyć co najwyżej na wydrukowanie jej imienia w nekrologu lokalnej gazety.
Upewniając się, że napęd leży bezpiecznie na liściach, z dala od wilgoci i ziemi, zaparła się rękami o bok kapsuły i wsunęła głowę do komory silnikowej. Wystarczył rzut okiem i aż jęknęła, nie wiedząc czy śmiać się czy płakać. To było banalne.
- Potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia - powiedziała, wychylając się z wnętrza i odgarniając opadające na oczy włosy. - Już wiem co nawaliło.
- Co? - Vegeta z zaciekawieniem spojrzał jej przez ramię.
- Spójrz - wskazała na najgrubszy z przewodów łączących napęd z wnętrzem kapsuły. Chłopak przechylił się do przodu, żeby lepiej zobaczyć wnętrze komory napędu. - Widzisz ten biały kabel? Wydaje mi się, że to on łączy napęd z panelem sterowania. I to jest właśnie przyczyna twoich problemów.
Ów nieszczęsny przewód był przełamany u złącza i trzymał się razem jedynie na cieniutkim fragmencie izolacji.
Vegeta z warknięciem walnął pięścią w bok kapsuły.
- Przecięty! Te skurwysyny z Biztz chciały nie zabić!
- Nie byłabym taka pewna. Popatrz, kabel nie wygląda jakby go przecięto.
- A jak? - zapytał ze złością.
- Jakby... pękł. Po prostu pękł.
- Coś takiego miałoby pęknąć samo z siebie? Przecież on ma z pięć centymetrów średnicy!
- Właśnie to mnie dziwi - powiedziała, patrząc jak jej towarzysz ciska się gniewnie wokół statku. - Co najlepsze, był z tyłu, zakryty i żeby się do niego dostać, musiałam wyjąć cały napęd, więc nie ma szans, żeby ktoś mógł to zrobić niepostrzeżenie. I musiałby w dodatku wiedzieć jak się do tego zabrać.
- Więc co możesz z tym zrobić? - odezwał się, opanowując w końcu niespokojne nogi.
- Mogłabym spróbować go zastąpić jakimś innym, ale nie wiem, czy przy okazji nie zepsułabym czegoś jeszcze. Pozostaje więc chyba tylko odłączyć go i spróbować jakoś naprawić. Nie mam lutownicy ani niczego takiego, ale moje doświadczenie w skręcaniu kabli i twoje magiczne laserowe paluszki muszą nam wystarczyć. Ale może najpierw moglibyśmy coś zjeść? Nie mogę myśleć z pustym żołądkiem.
Vegeta przewrócił oczami w irytacji.
- Znowu się zaczyna. Ty nie potrafisz przeżyć ani chwili bez jęczenia i pokazywania jaka to ty nie jesteś biedna i delikatna. Nie jesteś na nogach więcej niż piętnaście pieprzonych minut i już umierasz z głodu.
- I kto to mówi, panie dziesięć-papug-w-dziesięć-minut. Mogę się założyć, że ty też nie pogardziłbyś dobrym śniadaniem.
Uwadze Bulmy nie umknęło, że na to jego prawa dłoń automatycznie powędrowała w kierunku brzucha. Mimo że zaraz się opamiętał, na jej ustach wykwitł uśmieszek.
- Dobra! Ty weź się za ten kabel a ja znajdę coś do jedzenia. - rzucił, zauważając wyraz jej twarzy.
- Poczekaj! Idę z tobą. - powiedziała wstając z kolan i bezwiednie wycierając ręce o spodenki.
- Po co?
- No pozwól mi, chcę zobaczyć jak polujesz.
- Z tym słoniowym chodem spłoszysz całą zwierzynę.
- Będę cicho, obiecuję!
Vegeta buntowniczo splótł ręce na piersi, ale widać było, że szala zwycięstwa w tym małym pojedynku przechyliła się na jej stronę.
- Nie powinnaś się teraz zajmować statkiem?
- Twoje ostatnie polowanie trwało mniej niż pięć minut. Tyle chyba mogę zmarnować?
- Coś wydaje mi się - odparł złośliwie - że nie bardzo ci się śpieszy do domu.
Bulma wypuściła tylko głośno powietrze przez nos i zmarszczyła brwi. Z nim po prostu nie dało się nie kłócić! Za każdym razem, gdy już jakoś im szło, musiał powiedzieć coś obraźliwego, złośliwego albo… albo takiego, że po prostu musiała się odgryźć. Skądkolwiek pochodził, na pewno nie miał zbyt wielu przyjaciół. Wrogów za to na pęczki. Normalni ludzie unikają takich wrednych typków, ale ona nie miała wyboru. I nie miała też zamiaru tak łatwo mu odpuścić.
- Pójdziemy teraz razem polować i koniec dyskusji! - wykrzyknęła, trochę bardziej władczym tonem niż planowała.
Wyraz samozadowolenia momentalnie zniknął z twarzy Vegety, ustępując na chwilkę zmieszaniu a w końcu złości. W przeciągu ułamka sekundy później stanął przed nią, prawie stykając się z nią nosem.
- Głupiutka mała dziewczynko, nawet nie masz pojęcia komu ośmielasz się rozkazywać! – warknął przez zaciśnięte zęby.
- Wiem, że jeśli nie znajdziemy czegoś do jedzenia w przeciągu następnego kwadransa, to będziesz sam sobie naprawiał swój stateczek! – odparła, nie dając po sobie poznać, że nie ważne jak bardzo chciała być dzielna, jego reakcja ją przestraszyła. - Głodna nie będę pracować!
Stali tak przez chwilę, on z mordem w oczach, ona, pozornie spokojna, ale wstrzymując oddech. Rzuciła krótkie, nerwowe spojrzenie jego lewej pięści, zaciskającej i rozluźniającej się niespokojnie.
Nagle, odsuwając się od niej na odległość wyciągniętej ręki, chłopak przekrzywił głowę i zmrużył oczy, przyglądając się jej przez chwilę intensywnie.
- W porządku. Pójdziesz ze mną i będziesz tak cicho, jakby cię tam nie było.
- Tak jest! – zasalutowała, próbując jakoś poluźnić atmosferę i wetknęła głowę do komory napędu.
Odłączyła przełamany przewód, pozbierała narzędzia i wrzuciła wszystko do wnętrza kapsuły. Vegeta w tym czasie wepchnął napęd z powrotem na miejsce i zamknął klapkę. Wychodziło na to, że wyciąganie go przed śniadaniem nie miało sensu, ale przynajmniej już wiedziała co się stało. To był naprawdę duży krok w kierunku ocalenia.
***
Na polowanie udali się na wschód, niedaleko trasy ich pierwszej wędrówki, tuż po jego pojawieniu się tutaj. Z dreszczem przypomniała sobie, że Vegeta mówił, że widział tam wcześniej niedźwiedzie... czy też odpowiedniki niedźwiedzi na tej planecie, ale nie odważyła się na żaden komentarz. Vegeta był w złym humorze, ale jednocześnie pozwolił jej ze sobą iść, więc powinna wykazać się zdrowym rozsądkiem i zamknąć buzię na kłódkę zanim zmieni zdanie i na kopach odeśle ją do naprawiania statku.
Dżungla wyglądała dzisiaj nadzwyczaj spokojnie. To był z reszta chyba pierwszy raz, kiedy Bulma naprawdę się jej przyglądała - nie ze strachem, próbując rozpaczliwie przypomnieć sobie którędy ma iść, wystrzegając się czyhających niebezpieczeństw i modląc o ocalenie. Teraz, powoli wędrując przez puszczę, przyglądała się kwiatom i drzewom, mijanym kolorowym owadom i ptakom, przeskakując wątłe strumyczki i omijając kolczaste zarośla, w jej głowie kołatał się tylko jeden wyraz: pięknie.
Do tej pory myśli o dżungli napełniały ją tylko gniewem i frustracją. Ale w tej chwili... Las był po prostu bajeczny: kolorowy, bujny, pełen życia. Była ciekawa czy lasy deszczowe na Ziemi były równie piękne na żywo jak ten tutaj. Uniosła głowę w górę i zobaczyła różowe papugi, takie same jakie jedli wczoraj rano. Bulma poczuła ukucie żalu - nie była i nie zamierzała zostawać wegetarianką, ale zabijanie zwierząt napawało ją wstrętem. Wiedziała, że mając wyrzuty sumienia z powodu zjedzenia zabitego na jej oczach stworzenia, jednocześnie w domu bezstresowo jedząc mięso kupione w sklepie ociera się o hipokryzję, ale nie mogła na to nic poradzić. Może po prostu kolorowe papugi nie powinny być zjadane? Coś tak ładnego chyba z złożenia miało być ozdobą, nie pożywieniem. Krowy na przykład nie są specjalnie urodziwe i może przez to mniej ich żal?
Musiała przyśpieszyć trochę kroku, żeby nadgonić Vegetę. Nawet ostrożnie krocząc po zasypanej gałązkami i mięsistymi liśćmi ziemi, bezszelestne poruszanie się było piekielnie trudne. Jednak dla jej towarzysza nie stanowiło to problemu. Niczym rasowy drapieżnik miękko stąpał po grząskim podłożu, doskonale świadomy swojego otoczenia. Bulma nie mogła zaprzeczyć, że czuła podziw dla jego umiejętności. Była ciekawa, jakiej rasy był on przedstawicielem i czy wszyscy jego pobratymcy są tacy jak on.
Nagle Vegeta zatrzymał się i kładąc jej rękę na ramieniu, bezgłośnie wskazał w górę. Tuż przed nimi na drzewie siedziało stadko małp podobnych do makaków, tyle że ogniście rudych. Nie zwróciły na nich uwagi, zajęte jedzeniem drobnych, czerwonych owoców z gałązek nad nimi i iskaniem swoich młodych.
- Są śliczne - wyszeptała Bulma z zachwytem.
Jedna z małpek zwróciła małą główkę w ich stronę i przeciągłym okrzykiem zaalarmowała resztę stada. Małpy natychmiast rzuciły się do ucieczki.
- Kurcze, nawet nie zdążyłam się im przyjrzeć! - jęknęła Bulma.
- To zaraz będziesz miała okazję zobaczyć je z bliska - rzucił Vegeta i z wyciągniętej jak pistolet dłoni strzelił pięć razy. Ani jeden strzał nie chybił - pięć małp z głuchym pacnięciem spadło na ziemię.
- Co robisz?! – wykrzyknęła łapiąc go za rękę.
- Przecież sama chciałaś zobaczyć, jak poluję - odparł zbity z tropu.
- Na ptaki!
- A co to za różnica?
- Jak to jaka? – zapytała ze złością, czując jak łzy zaczynają jej zbierać się w oczach.
- Jaka, powiedz mi, bo nie nadążam za tobą. - powiedział poirytowany, zbierając martwe małpy z ziemi.
- Przecież nie możesz porównywać jakichś głupich ptaków do małych, niewinnych małpek! One miały młode, nie widziałeś?
- Wielkie mi coś. Wiedziałem, że zabranie cię ze sobą na polowanie to zły pomysł.
Vegeta przerzucił sobie pęk małpich ogonów przez ramię i zostawił ją samą, w odrętwieniu stojącą na środku lasu.
Czy on naprawdę nie ma sumienia? Czy tam skąd pochodził, życie i moralność nie mają żadnego znaczenia?
Przezwyciężając ogarniające ją otępienie, powoli ruszyła za Vegetą, wpatrując się w nieruchome, martwe oczy kołyszących się w rytm jego kroków małp.
***
- Co masz zamiar z nimi zrobić? - zapytała, gdy dogoniła Vegetę niedaleko ich obozu.
- Jak to co? Oprawić i zjeść.
- Nie możesz tego zrobić!
- A to niby czemu? Przecież i tak są już martwe. Zostawienie ich w cieple żeby się zepsuły nie przywróci im życia.
- One... One mają takie same ogony jak twój! - zawołała łamiącym się głosem.
- Nawet nie waż się mnie porównywać do zwierząt - warknął. - Nie miałaś takich problemów moralnych kiedy kazałaś mi wracać do wioski Muddaków i pozabijać ich wszystkich.
- To nie było to samo! Oni najpierw próbowali mnie zabić! To była samoobrona!
- Tak, powtarzaj to sobie.
Nie odpowiedziała nic, siłując się z napływającymi do oczu gorącymi łzami.
- Twój płacz na nic się tu nie zda.
W odpowiedzi posłał mu tylko gniewne spojrzenie i przetarła oczy wierzchem dłoni.
- Znowu będziesz mi opowiadać o tym, że wszystkie zwierzątka mają świadomość i opłakujących ich teraz przyjaciół? - zapytał, rzucając małpy obok resztek ich wczorajszego ogniska i siadając obok, zupełnie jak dzień wcześniej, gdy oprawiał papugi. Wtedy jednak nie wydawało się to tak makabryczne.
- Nie masz żadnych wyrzutów sumienia, prawda?
- Takie jest życie: albo ty zabijasz, albo dajesz się zabić. Naprawdę nigdy niczego nie zabiłaś?
- Oprócz kilku robaków, nie. I nie mam zamiaru!
- Przyzwyczaisz się.
- Do czegoś takiego nie można się przyzwyczaić!
- Można. Wierz mi - powiedział cicho, zdzierając skórę z pierwszej małpy. Bulma całą siłą woli skupiała wzrok na jego twarzy, nie chcąc widzieć, co robią jego ręce. - Widziałem smarkaczy, beczących jak niemowlaki po swoim pierwszym trupie, którzy później z uśmiechem na ustach wyżynali kobiety i dzieci. Na twojej planecie na pewno też są tacy, dla których zabicie kogoś to jak pacnięcie komara.
Gdy nie odpowiedziała, dodał:
- Radziłbym ci jednak coś zjeść. Na następny porządny posiłek możesz liczyć dopiero jutro. Nie będę znowu polował tylko dlatego, że umyśliłaś sobie bawić się w wegetariankę.
- Obędę się.
- Jak sobie chcesz.
Nie marnując ani chwili więcej na czcze rozmowy z nią, Vegeta wrócił do rozprawiania się z mięsem. Bulma na to demonstracyjnie odwróciła się do niego plecami i wróciła do naprawiania statku. Co jakiś czas jeszcze pociągała nosem, aż w końcu zupełnie się uspokoiła i skupiła tylko na grzebaniu w kablach. Oczywiście, wciąż obrażona, nie poprosiła go o pomoc przy wydobyciu na zewnątrz napędu tylko zaczęła sama się z nim szarpać. Na to Vegeta bez słowa podszedł do niej, jednym ruchem wyciągnął napęd i wrócił na swoje miejsce przy wygasłym palenisku.
Przez następną godzinę nie odezwali się do siebie ani słowem, i szczerze mówiąc, Vegecie wcale to nie przeszkadzało. Nigdy nie należał do gadatliwych, a teraz miał wrażenie, że przez te dwa dni powiedział więcej niż przez cały ostatni miesiąc. Hm, „powiedział" to chyba złe słowo. Raczej „wywarczał". Doskonale wiedział, że nie jest najłatwiejszym kompanem, ale ta mała wiedźma wyzwalała w nim najgorsze cechy. Gardził słabością i użalaniem się nad sobą, a ona nie była niczym innym niż mażącą się bez przerwy słabizną. Nawijała jak najęta, ciągle miała o coś pretensje albo głupie zachcianki. I ta afera o małpy!
Widział, jak jej plecy drgały konwulsyjnie gdy ciszę przerywał jakiś bardziej obrzydliwy dźwięk towarzyszący rozprawianiu małpy. Czy jej rasa była aż tak słaba i delikatna? Przecież nie byli wegetarianami - dzień wcześniej widział, jak ze smakiem zajadała się pieczonym mięsem. Czyli to sam fakt zabijania był problemem. Więc kto to robił za nich? Mieli niewolników?
To było bardzo prawdopodobne. Sądząc po jej jasnej skórze i delikatnych dłoniach nie przepracowywała się. Wspominała coś o swoim ojcu... Tak, że był wynalazcą. Czyli możliwe, że należała do jednej z tych wysoko rozwiniętych ras, które tak mocno oparły się na technologii, że ich ciała stały się wątłe i słabe.
Był pewien, że gdyby ścisnął mocniej jeden z tych szczupłych, bladych nadgarstków, usłyszałby chrupnięcie kości. Ale nie, nie zrobiłby tego - ona i jej drobne, zwinne dłonie są mu potrzebne. Uśmiechnął się do siebie. W innych okolicznościach miałby dla nich więcej zastosowań... Ale na razie niech skupi się na naprawianiu statku. Później pomyśli co ostatecznie z nią zrobić.
Nagle poczuł na plecach mrowienie. Początkowo zlekceważył je, nie przeszkadzając sobie w uczcie, ale gdy wzrok Bulmy zaczął mu powoli wypalać dziury w pancerzu, rzucił za siebie ogryzaną kość i odwrócił się gwałtownie.
- Co?!
Spłoszona odwróciła wzrok i wzruszywszy ramionami, wróciła do grzebania w komorze napędu.
Zanim nawet skończył kolejną porcję mięsa, znów poczuł na sobie jej wzrok.
- Co?! - wykrzyknął rozeźlony.
- Nic - odparła szybko, czerwieniąc się. - T-tylko... - zająknęła się. - Chyba... Chyba niepotrzebnie się tak na ciebie rzuciłam - nerwowo obróciła śrubokręt w ręce. - Robisz wszystko, żeby utrzymać nas tu przy życiu, a ja... Ja tylko ciągle zrzędzę i wydzieram się na ciebie.
- Dobrze, że w końcu to zauważyłaś.
- Mówię poważnie. Gdyby nie ty, już dawno bym tu umarła.
- Tylko się tu znowu nie rozpłacz. Skończ już z tymi sentymentalnymi bzdurami bo się porzygam. Lepiej bierz się z powrotem za naprawę statku jeśli naprawdę chcesz mi się jakoś odwdzięczyć.
Uśmiechnęła się blado i z westchnięciem wróciła do naprawy.
Vegeta z niedowierzaniem pokręcił głową i wgryzł się w kolejne małpie udko. Naprawdę, niech szlag trafi baby z ich huśtawkami nastrojów.
***
Na dobrą sprawę, wcale nie jest tu aż tak źle, pomyślał Vegeta rozciągnięty leniwie między korzeniami ogromnego, rozłożystego drzewa. Było ciepło, nic nie musiał robić, ptaki śpiewały a jedzenie samo pchało się w ręce. Z chęcią zostałby tu trochę, niestety wiedział, że za jakiś czas zaczęliby go szukać. Frieza nie odpuściłby tak łatwo swojej ulubionej małpce. Właściwie to niepotrzebnie martwił się czy ktokolwiek odebrał jego S.O.S. Prędzej czy później i tak zaczęliby go szukać, żeby sprawdzić czy aby nie umyśliło mu się uciec. Może zajęłoby to kilka tygodni, ale i tak w końcu przywlekliby go za włosy przed oblicze Jaszczura i ukarali za niesubordynację. Istniało też niewielkie prawdopodobieństwo, że Nappa i Radditz zainteresowaliby się jego zniknięciem. No, przynajmniej Nappa, bo ten długowłosy dupek zauważyłby pewnie jego brak dopiero wtedy, kiedy zabrakłoby kozła ofiarnego biorącego na siebie winę za nieudane misje przed Friezą. Vegeta wbrew sobie czuł się odpowiedzialny za ich porażki. Był księciem, i do diabła, chociaż rozporządzając tymi dwoma idiotami czuł, że ten tytuł nie jest tylko fikcją, jakimś starym wspomnieniem z poprzedniego życia.
Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, co ma być, to będzie. Już dawno nauczył się brać to, co daje los i korzystać z nadarzających się okazji. A że jest okazja się polenić – czemu nie?
- Coś się stało?
To pytanie wybudziło go z półsnu, w jakim się znajdował. Odemknął jedno oko i podrapał się po policzku.
- Dlaczego pytasz?
- Bo jeszcze tu jesteś. Zwykle nie wytrzymujesz w moim towarzystwie więcej niż dwudziestu minut, a tu już mija chyba trzecia godzina i nie wygląda na to, żebyś się gdzieś wybierał.
- Mam sobie iść?
- Nie! Nie, zostań.
Rozbudzony, Vegeta zdecydował się jednak wstać. Nie miał wprawy w nicnierobieniu, wiec jeśli sen odszedł, nie było sensu dalej leżeć. Przeciągnął się i podszedł do Bulmy, nucącej sobie pod nosem przy pracy.
- Jak ci idzie?
- Bardzo dobrze. Wszystko jest tak jak przewidywałam. Ach, jestem genialna! – westchnęła i uśmiechnęła się do siebie.
Kiedy tylko odszedł, nucenie stało się coraz głośniejsze, aż w końcu przekształciło się w śpiewanie na cały głos.
- ...fe-e-e-el, yeah you ma-a-a-ade me feeeel, shiny and neeeew! Like a vir...
- Co ty robisz?
- Śpiewam, nie słychać? Nie lubisz Madonny?
- Możesz się zamknąć? To nie brzmi jak śpiew, tylko jak krzyki agonii.
- Wcale, że nie! - zaprotestowała. - Z resztą to jedna z tylko dwóch rzeczy, które mi nie wychodzą.
- A druga?
- Gotowanie.
- Czyli jestem tu uwięziony z płaczliwą babą, która nawet nie umie gotować? Ty naprawdę jesteś bezużyteczna!
- Bezużyteczna? To może się zamienimy? Ty trochę popracujesz, a ja poleżę i pogapię się w niebo? Co ty na to?
Vegeta mruknął coś tylko, pokonany. Pokręcił się przez chwilę wokół kapsuły, jakby nie wiedząc czym się zająć, aż w końcu wszedł do środka. Zaintrygowana, Bulma podniosła się z ziemi i zajrzała tam. Vegeta na kolanach obszukiwał jakiś schowek, wywalając jego zawartość na zewnątrz.
- Czego szukasz?
- Nie interesuj się.
Uchyliła się, gdy o włos nie została trafiona czymś białym. Przedmiot z plaskiem wylądował na ziemi. Była to pojedyncza słuchawka z przyczepionym różowym szkiełkiem. Zaciekawiona, podniosła ją i pokazała chłopakowi.
- Co to jest?
- To? - zapytał, rzucając krótkie spojrzenie na przedmiot w jej ręku. - Skauter.
- To znaczy?
- Komunikator. Można nim też wychwytywać sygnał przebywających na powierzchni istot i oceniać ich siłę.
- Naprawdę? - zapytała, oglądając urządzenie. - To dlaczego go nie używałeś, tylko sam przeszukiwałeś dżunglę?
- Bo nie działa – powiedział, podnosząc się z klęczek i wyjmując go z jej ręki. - Przestał działać jak tylko wyruszyłem z posterunku. Ci skurwiele chyba naprawdę chcieli mnie zabić. Pęknięty kabel to na pewno też ich sprawka.
- Może mogłabym... - zaczęła, wyciągając rękę do skautera.
- Nie mogłabyś - odparł leniwie, rzucając urządzenie za siebie. Skauter odbił się od konsolety i wpadł za siedzenie.
- A dlaczego nie?
- Zajmij się statkiem. Nie chcemy żebyś się rozpraszała, prawda?
- Mam już dość naprawiania go. Już od kilku godzin bez przerwy ślęczę nad tymi przewodami i wszystko zaczyna mi się mylić. Przejdźmy się trochę, muszę rozprostować kości.
- Znowu chcesz gdzieś leźć? Mało ci na dziś przechadzek? I jeszcze wlec mnie ze sobą?
- A czemu nie możesz zabrać ze mną? Siedzisz tu już bez ruchu tyle czasu. Nie znudziło ci się patrzenie jak walczę z kablami? Pilnujesz żebym czegoś nie zepsuła?
- Sama powiedziałaś, że będę ci potrzebny do naprawiania statku.
- Zawołałabym cię gdybym potrzebowała pomocy. Ale jestem wdzięczna, że zostałeś! - dodała, widząc, że jej kompan powoli zaczynał się denerwować.
Oparła się niedbale o kapsułę i ziewnęła.
- Przydałoby się też znaleźć coś do jedzenia. Ale tym razem może trzymajmy się drobiu, co?
- Przecież powiedziałem, że nie będę już dziś polował. Było jeść wcześniej. Jak jesteś głodna to sama sobie coś znajdź. Nie obchodzi mnie to.
- Skąd taka stanowczość? - zakpiła.
- Nie wnerwiaj mnie, już wystarczająco dużo się dziś nasłuchałem twojego jęczenia. Powinienem...
- Skręcić mi kark, wiem - przerwała mu znudzonym głosem. - Ale nie zrobisz tego, bo jestem zbyt cenna.
- Nie przeceniaj swojej wartości. Bez ciebie poradziłbym sobie lepiej niż z tobą.
- W porządku! Ty jesteś wspaniały, a ja bezużyteczna. Cudnie. A teraz rusz się, niedługo zajdzie słońce - spojrzała na niebo. - Czy tylko mi się tak wydaje, czy dni tutaj naprawdę są takie krótkie?
- Byłyby dłuższe, gdybyś nie marnowała ich na gadanie.
***
Na cel swojej wędrówki wybrali owo nieszczęsna sadzawka, które dzień wcześniej przyczyniło się do tylu kłopotów. Bulma chciała przemyć twarz i ręce (nie planowała w najbliższej przyszłości żadnych kąpieli. Jedno upokorzenie jej wystarczyło), a nie bardzo ufała wodzie zbierającej się w kałużach. Ty razem jednak droga się trochę przedłużyła – Bulma była w doskonałym nastroju, nie było w niej już ani śladu wcześniejszej histerii z powodu małp i spokojnym, spacerowym krokiem przemierzała las, co chwila przystając by popatrzeć na rośliny albo powąchać kwiaty.
Vegeta szedł za nią naburmuszony, z rękami splecionymi na piersi i znudzona miną. Najchętniej zostałby w obozie, ale wypuszczenie jej samej w dżunglę i tak skończyłoby się tym, że musiałby tu przyjść i uwolnić z jakichś krzaków, obronić przed dzikim zwierzęciem albo zebrać jej szczątki gdyby obsunęła się gdzieś i skręciła sobie kark. Męczyła go ta zabawa w jej ochroniarza i chwilami sam miał wielką ochotę ukrócić swoje cierpienia z nią. Tylko jakoś nie potrafił się do tego zabrać...
Nieświadoma jego morderczych myśli, Bulma z zachwytem skakała od krzaku do krzaku i upajała się słodkimi zapachami kwiatów. Zdążyła już co nieco zjeść, więc jak na razie nic więcej nie było jej potrzebne do szczęścia...
Zatrzymała się nagle i pociągnęła nosem. Wiedziona intensywną, niebiańską wonią nagle stanęła przed cienkim, wysokim drewkiem. Samo w sobie nie było zbyt interesujące, ale uwagę jej zmysłów przykuło pnącze oplatające drzewko. Ciemnoturkusowe, o szerokich liściach w kształcie serc, wiło się aż pod koronę drzewa. Na samym zaś jego końcu pysznił się ogromny, kobaltowo niebieski kwiat. To od czerwonego pręcika wystającego z jego kielicha roznosił się ten wspaniały, ciężki zapach.
- Czujesz? - zapytała wyraźnie niezainteresowanego botaniką Vegetę.
- Yhym.
- Yhym? Naprawdę tylko tyle masz do powiedzenia? Czyż to nie jest najcudowniejsza roślina jaką w życiu widziałeś? - złożyła ręce w zachwycie. - Zerwij go dla mnie!
- A co po ci on?
- Bo jestem próżną i chciwą dziewczynką. Jesteś mi to winien. No, nie daj się prosić!
- Nie będę sobie zawracał głowy twoimi zachciankami!
- Och proszę! Przecież zerwanie go to dla ciebie pestka! - zatrzepotała rzęsami. - Jesteś przecież taki silny i sprawny...
- Dobrze! Już dobrze. Zerwę ci go, tylko przestań paplać!
Unosząc się do góry, naszła go myśl, ze ta koszmarna dziewucha okręciła go sobie dookoła palca i nawet przeciw temu nie protestował. Jeszcze dwa dni temu za takie zachowanie zmiótł by ją z powierzchni ziemi. Ostatni raz, kiedy dał się tak komuś omamić... Cóż, to była przykra historia i chciał jak najszybciej o niej zapomnieć. Nie miał zamiaru dać się wciągnąć w głupie gierki następnej babie. Zerwie jej tego chwasta i na tym koniec jego dobroci.
Gwałtownym ruchem chwycił za kwiatek i zaskoczony, wrzasnął przeraźliwie. Przez jego dłoń przeszedł potworny, palący ból, jak gdyby włożył ją do wrzątku. Lądując niezgrabnie na ziemi, chwycił się za nadgarstek i spojrzał na rękę - biel rękawiczki była przyprószona czerwienią drobnego, wonnego pyłku. Jęknął przez zaciśnięte zęby i spróbował zedrzeć rękawicę z ręki. Ocierający o skórę materiał tylko przysporzył mu więcej ogłupiającego bólu i zostawił ją tam, gdzie była. Skupiony na swojej agonii, nie zauważył, jak spanikowana Bulma podbiegła do niego, blada jak ściana.
- Na Boga, Vegeta, co się stało?
- Ten jebany kwiatek był trujący! - rzucił przez zęby.
- Jak to trujący?
- Pyłek... ...rrrrwa... - wycedził, trzymając przed sobą sparaliżowaną bólem rękę jak granat. To nie miało prawa przejść przez rękawiczkę! Dreszcz przeszedł go na myśl co by się stało, gdyby nie miał jej na ręce.
- Pokaż mi to.
Vegeta tylko warknął na nią i odwrócił się do niej plecami. Zacisnął jeszcze mocniej zęby, prawie na granicy popękania i pociągnął za biały materiał. Kolejna fala bólu przysłoniła mu oczy czerwoną mgiełką gdy spróbował uwolnić opuchniętą teraz rękę ze skażonej rękawicy. Ściągnięcie jej było zadaniem ponad jego siły. Zbluzgał samego siebie i oparł czołem o najbliższe drzewo. Zachowywał się jak ostatnia ciota! Powinien zedrzeć to cholerstwo, a nie pieścić się ze sobą jak mała dziewczynka. Ależ miałby z niego teraz ubaw Radditz gdyby tu był. Zawsze uważał, że Vegeta wciąż miał w sobie ślady książęcego wymuskania i stroił fochy jak baba gdy coś go bolało.
- Wszystko będzie okay! - dobiegł go drżący głos Bulmy.
- Co to znaczy okay? - Zwrócił głowę w jej kierunku, nie wiedząc na co ma większą ochotę – wyć z bólu czy zabić to przeklęte niebieskie stworzenie przez które tak cierpi.
- Okay, czyli, że będzie dobrze - odparła, podchodząc bliżej.
- Nie będzie dobrze! - krzyknął, wściekły stając naprzeciw niej. - Wszystko co złe spotyka mnie przez ciebie! Zamiast siedzieć na dupie i zająć się tym co trzeba, zawsze masz jakiś inny genialny pomysł! Mam dość! Powinienem się ciebie pozbyć z chwilą kiedy cię zobaczyłem! Wiedziałem ze będą z tobą same kłopoty! Jeśli jeszcze raz o coś mnie poprosisz, skręcę ci kark!
- W porządku. W takim razie nie będę prosić - stwierdziła i bez pytania przyciągnęła do siebie jego rękę. Niewzruszona jego zduszonymi syknięciami z bólu, bardzo powoli zdjęła rękawiczkę, uważając, by samej nie dotknąć części pyłku i przyjrzała się jego dłoni. Była czerwona i spuchnięta jak balon, a na opuszkach palców pojawiła się pokrzywka.
- Powinniśmy spróbować ją czymś wytrzeć.
- Żeby zrobiło się jeszcze gorzej? Nie ma mowy!
- To chociaż znajdźmy jakąś wodę żeby to przemyć.
Ciągnięty przez las za nadgarstek czuł się jak opatrywany przez opiekunkę dzieciak ze stłuczonym kolanem. Mimo to pozwolił Bulmie zaprowadzić się do najbliższego strumyka i pod wodą przetrzeć piekącą rękę zerwanym z najbliższego krzaku liściem.
Woda rzeczywiście przyniosła mu ukojenie - ból zelżał, a palce zaczęły go mrowić.
- Było mi pozwolić od razu sobie pomóc. Zostawienie tego na ręce dłużej na pewno by ci nie pomogło.
- Zamknij się.
- Tylko to potrafisz powiedzieć? Zachowujesz się ja dzieciak, wiesz? Nie oczekuję podziękowań, ale mógłbyś okazać trochę wdzięczności i przestać się o wszystko dąsać.
- Nie dąsam się.
- Aha - Skwitowała i puściła jego nadgarstek. Przysiadła na zwalonym pniu i oparłszy brodę na ręce, powiedziała:
- Coś mi się widzi, że Matka Natura mści się na tobie za zabicie tych małp. I papug. Od tego czasu ciągle przytrafiają się nam jakieś przygody. Ta dżungla jest pechowa.
- Problem z przygodami leży nie w naturze - Vegeta wyciągnął rękę z wody i zlustrował ją dokładnie. - ale w tobie. I to ty przyciągasz katastrofy jak magnes, w dodatku nie na siebie, a na mnie. To samo dzieje się wokół ciebie na twojej planecie czy tylko tutaj los skazał mnie na towarzystwo najbardziej pechowej istoty w galaktyce?
- Nie jestem pechowa!
Vegeta przewrócił tylko oczami i sięgnął po wrzuconą przez Bulmę do wody rękawiczkę.
- Zostaw ją, może jak poleży tu trochę to pyłek się wypłucze.
- Nie zostawię jej tutaj!
- Czemu nie, to tylko rękawiczka.
- Nie mam zamiaru zostać bez rękawiczek w tym błocie.
- A ty co, boisz się zarazków?
- Po prostu nie lubię brudu.
- Nie przesadzaj. Daj mi drugą. No daj, przecież nie będziesz chodził w jednej rękawiczce - wyciągnęła do niego rękę. Po chwili wahania, Vegeta z niechęcią ściągnął rękawiczkę i wręczył ją jej. - Proszę, tu będzie bezpieczna - powiedziała, wciskając rękawicę w tylną kieszeń szortów. - A drugą zabierzemy jak będziemy wracać znad sadzawki.
- Nie idziemy tam. Jeśli potrzebna ci woda, to skorzystaj z tej tutaj. I posłuchaj mnie uważnie: koniec z twoim rządzeniem się. Od teraz robisz to, co ja uważam za słuszne. I jeżeli jeszcze choć raz zaproponujesz lub chociaż wspomnisz o pójściu do lasu, zabiję cię. I to nie jest przenośnia. Będziesz tu siedzieć i cieszyć się, że pozwoliłem ci żyć, zrozumiano?
- Jak to? A jeśli jednak zostaniemy tu dłużej?
- To. Tu. Zostaniesz - wycedził przez zęby. - Powiedziałaś, że to dzięki mnie jeszcze żyjesz. Jak chcesz, żeby tak zostało, to rób co ci każę.
- Będziesz mnie pilnował? - zapytała, biorąc się pod boki.
- Przywiążę cię do statku, jeśli będzie trzeba. Lian tu nie brakuje. NIE! - krzyknął zanim zdążyła zaprotestować. - Zamknij się! Ani słowa więcej!
- Nie będziesz mi rozkazywał!
- Albo się dostosujesz, albo zostawię cię tu samą. Dobrze wiesz, że sobie nie poradzisz beze mnie.
- Nie zostawisz mnie. Kto zająłby się wtedy statkiem?
- Prędzej czy później i tak zaczną mnie szukać. Nie jesteś mi niezbędna - odparł mrużąc oczy. - Więc jak będzie?
- Jesteś dupkiem.
- Bardzo możliwe. Skoro już wyjaśniliśmy sobie wszystko, panie przodem.
- Dziewczyna z wściekłością wyrwała z kieszeni jego rękawiczkę i cisnęła nią w niego. Zareagował zanim zdążył pomyśleć i chwycił ją poparzoną ręką.
Bulma uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy usłyszała za sobą okrzyk bólu.
***
- Zostaw to, i tak już nic nie widzisz.
- Właśnie, że widzę. Ale nie zaszkodziłoby, gdybyś dorzucił jeszcze kilka patyków do ogniska.
- Zostaw to, bo coś zepsujesz.
- Jeszcze tylko kilka...
Podszedł i wyrwał jej śrubokręt z ręki. Oburzona, podniosła się z klęczek.
- Dobrze! Pozwól mi tylko przykręcić pokrywę. Nie chcemy żeby coś wlazło do środka, prawda?
Z niechęcią oddał jej narzędzie.
- Gdybyś mi pozwolił skończyć, to moglibyśmy już zacząć lutować kable. Mam nadzieję, że potrafisz operować tym swoim laserem tak, żeby tego wszystkiego nie spalić?
- Nie obrażaj mnie takim bezsensownym pytaniem.
- No dobrze. Czyli zostawiamy to na jutro?
- Tak.
Bulma schowała narzędzia do kapsuły i usiadła przy ognisku. Oparłszy się o bok statku, bezwiednie zaczęła zeskrobywać błoto z butów – nadawały się już tylko do wyrzucenia.
- Przepraszam za ten kwiatek – powiedziała, gdy Vegeta dołączył do niej przy ognisku. Ułożył się na ziemi z rękami za głową i zamknął oczy. - Ale skąd miałam wiedzieć że będzie trujący?
- To już nieważne - odparł i zakrył twarz ramieniem, chroniąc się przed jasnym światłem ogniska.
- Jak tam twoja ręka?
- Przeżyję.
- Pokaż - ujęła w rękę jego dłoń i przyjrzała jej się uważnie. - Łał, opuchlizna już prawie całkiem zeszła. Twój organizm naprawdę dobrze radzi sobie z takimi rzeczami.
Gdy nie odpowiedział, poczuła się nieswojo. Co prawda miał powody, żeby być na nią obrażony, ale cisza jak zwykle jej ciążyła. Nie to żeby bez przerwy musiała coś mówić, ale po prostu chciałaby z nim w końcu porozmawiać tak naprawdę, bez krzyków i złośliwości. Nadal nie widziała, kim dokładnie jest, chociaż spędzili ze sobą już prawie trzy dni. Dni pełne dziwnych zdarzeń i ciągłych zagrożeń. Do tej pory uważała, że zbieranie Smoczych Kul będzie jej najbardziej dziwną i niebezpieczną przygodą. A teraz? Będzie opowiadać swoim wnukom jak na obcej planecie wpatrywała się w zielone niebo?
- Denerwuje mnie ten kolor.
- Dlaczego? - zapytał Vegeta zsuwając trochę ramię z twarzy i odsłaniając jedno ciemne oko.
- Na Ziemi niebo nocą jest granatowe albo czarne, a w dzień niebieskie. To drzewa i trawa są zielone i tak powinno być.
- A co to za różnica?
- Duża. Może dla ciebie, skoro bywałeś już w innych światach to nic, ale ja jestem przywiązana do niebieskiego nade, a zielonego pode mną. Tak w ogóle to Ziemia... - zamyśliła się. - Ziemia jest piękna. Nazywają ją błękitną planetą, wiesz? Na zdjęciach zrobionych z kosmosu jest wielkim niebieskim globem z zielonymi kontynentami, otoczonym białymi obłoczkami chmur.
- Czyli jednak podróżujecie po kosmosie?
- Nie całkiem. Udało się nam się wysłać ludzi w przestrzeń kosmiczną, ale nie postawiliśmy stopy dalej niż na księżycu naszej planety. Dalej posyłamy tylko sondy. Wiesz, większość społeczeństwa nie wierzy w istnienie pozaziemskich cywilizacji. Ja z resztą też nie byłam do końca przekonana. No ale teraz, kiedy przedstawiciel obcej rasy siedzi ze mną przy jednym ognisku... - zaśmiała się cicho. - To trochę samolubne przekonanie, że tylko na Ziemi istnieje rozwinięte życie.
- Więc jednak jesteście zacofaną rasą z zaściankowej planety.
- Wcale nie! Na razie skupiliśmy się po prostu na ulepszaniu naszego życia i rozwijaniu technologii potrzebnych nam tu i teraz. A jesteśmy już na bardzo wysokim poziomie. Kiedy już osiągniemy wszystko, co sobie założyliśmy, na pewno uda nam się opracować sposób na podróżowanie między galaktykami. Wcale niewykluczone, że stanie się to dzięki mnie. Jako pierwsza istota ludzka miałam bliski kontakt z obcą technologią. Kiedy już wrócę do domu, spróbuję to wykorzystać w swojej pracy. Tatuś i tak już pracuje dla NASA nad projektami ulepszania silników do sond – Bulma ożywiła się i wyprostowała. - Wiesz może jak daleko jest stąd do Mlecznej Drogi?
- Gdzie?
- Do Mlecznej Drogi. To galaktyka, w której znajduje się moja planeta. No tak, pewnie macie na nią swoją własną nazwę.
Chwyciła z kupki chrustu patyk i zaczęła rysować układ słoneczny.
- Widzisz, tu jest Ziemia. Przed nią są jeszcze Merkury i Mars, a za nią We...
- Przecież już ci mówiłem, że nie znam map kosmosu. Nawet mnie nie interesuje gdzie leży twoja planeta.
- Twoja strata. Ziemia robi wrażenie: wielkie, wielomilionowe miasta, niezdobyte dzikie góry, błękitne, prawie bezkresne oceany, pustynie, stepy, dżungle takie jak ta... Chociaż lasów tropikalnych mam już dość na całe życie... Ludzie są w większości mili i bardzo różni, z wyglądu i kulturowo. Mamy setki narodów, dziesiątki religii, różne kolory skóry, włosów, oczu...
- I pewnie tysiące wojen.
- Niby jest wiele konfliktów z tego powodu... ale życie byłoby nudne gdybyśmy byli tacy sami, nie uważasz?
Vegeta wzruszył ramionami i splótł ręce za głową.
- A jak wygląda twoja?
- Co moja?
- Twoja planeta.
- Nie muszę ci nic mówić.
- No dalej, co mamy innego do roboty?
- Możemy pomilczeć.
- Ej, to nie fair! Ja już ci o swojej opowiedziałam. Mów albo nie dam ci spokoju! Proooszę!
- Dobrze! Tylko zamknij się już.
Zamknął oczy milczał przez dłuższą chwilę.
- Była... czerwona – zaczął w końcu, marszcząc brwi jakby usilnie szukał w pamięci obrazów swojej ojczyzny. - Ziemia, niebo, morze... Wszystko w najróżniejszych odcieniach czerwieni.
Bulma już miała zapytać, co ma na myśli mówiąc była, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
- To nie była przyjazna, urodzajna kraina jak ta. Stolica znajdowała się na bardzo suchym, prawie pustynnym skalistym terenie, graniczącym z morzem... Czasami, podczas sztormu, stojąc na tarasie pałacu można było poczuć na twarzy słone krople z uderzających o klify fal...
- Mieszkałeś w pałacu?
Zagryzł usta, zdając sobie sprawę, że powiedział więcej niż miał zamiar.
- Służyłeś tam? - drążyła Bulma.
Vegeta skrzywił się i usiadł.
- Oczywiście że nie. Byłem księciem.
- Byłeś?
- Technicznie rzecz biorąc wciąż nim jestem.
Bulma szeroko otwartymi oczami popatrzyła na niego w zdumieniu. W żadnym stopniu nie pasował do jej wyobrażenia o ludziach królewskiej krwi.
- A jak to się stało, że już tam nie mieszkasz?
- To długa historia.
- Nie krępuj się, mamy całą noc.
- Nie mam nastroju na opowieści - uciął i dorzucił gałęzi do ogniska.
- A gdzie mieszkasz teraz?
Wzruszył ramionami.
- W różnych miejscach. Zależy gdzie zostanę wysłany ma misję.
Nagle pożałowała, że zaczęła go wypytywać. Ten temat wyraźnie należał do drażliwych i resztki dobrego humoru, jakie do tej pory okazywał, uszły z niego jak z przekłutego balonu.
Przysunęła się do niego bliżej i uśmiechając się, powiedziała:
- Może... może jeśli znudziłoby ci się kiedyś to co robisz, mógłbyś przylecieć na Ziemię. Spodobałoby ci się tam. I mógłbyś zatrzymać się u mnie. Mam wielki dom, a rodzice na pewno nie robiliby żadnych problemów.
- Nie sądzę, żeby to kiedykolwiek się stało. - odparł, spoglądając na nią z posępnym uśmiechem.
- A co, nie macie tam jakiś urlopów albo coś?
- To nie działa w ten sposób.
Niby na znak zakończenia całej tej rozmowy Vegeta oparł się lepiej o statek i sennie zwiesił głowę na pierś.
Było coś przykrego w tym widoku, jakby poruszenie tej kwestii raniło go tak samo jak wspomnienie jego planety. Bulma chciała powiedzieć coś podnoszącego na duchu, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Z resztą jakie słowa mogłyby mu pomóc? Z tego co mówił wychodził obraz osieroconego księcia, strąconego do pozycji najemnika. Żadne „przykro mi" by tego nie zmieniło.
Zsunęła się trochę niżej i oparła głowę o jego ramię. Rzuciła okiem, czy nie wściekł się za to, ale nie – dalej wpatrywał się w ziemię przed sobą, zanurzony w myślach.
- Jak myślisz, uda nam się stąd wydostać?
- To zależy tylko od ciebie.
- Czyli nie masz już nadziei na to, że ktoś odebrał twój sygnał?
- Nie. Już by tu przylecieli.
Bulma ziewnęła.
- Jestem już taka zmęczona tym miejscem. Chcę w końcu wrócić do swojego świata.
Vegeta wcale nie był taki pewny, czy chce wracać do swojego.
