A/N: Rozdział szósty miał być ostatnim, ale mój słowotok znowu dał o sobie znać i musiałam podzielić go na dwie części. Hura?

Rozdział Szósty: Początek końca

Mimo że za posłanie służyła mu goła ziemia, Vegecie naprawdę dobrze się tutaj spało. Należał do ludzi śpiących płytkim, niespokojnym snem, zasypiających tylko na tyle godzin, ile było konieczne do zregenerowania sił. Tu zaś, kiedy nie miał nic do roboty i wiedział, że to on jest najniebezpieczniejszą istotą w promieniu kilkudziesięciu kilometrów (jeśli nie na całej tej zapyziałej planecie), sen był rozrywką, a nie tylko drażniącą koniecznością. Niestety, coś od rana chodziło mu po głowie. I bynajmniej nie była to myśl.

Poczuwszy ruch we włosach, zerwał się i z werwą potrząsnął głową. Z obrzydzeniem popatrzył na leżące na ziemi przed nim cztery mieniące się żuki, zanim z plaskiem zniknęły pod podeszwą jego buta. Robactwo było jednym z punktów na długiej liście rzeczy, które wywoływały u niego obrzydzenie. Robaki wyzwalały u niego gorącą chęć długiej kąpieli dekontaminacyjnej i szorowania się aż do krwi. Brzydził się wszystkiego co miało chitynowy pancerz i więcej niż dwie nogi. Albo brak nóg. Podciągali się pod to także przedstawiciele podobnych do owadów ras, które miał nieprzyjemność spotkać w swoim krótkim, acz intensywnym życiu.

Bulma już od rana grzebała w statku - całkowicie pochłonięta długimi, białymi kabelkami leżącymi przed nią, nie zauważyła jego opresji. Gdy w końcu dostrzegła, że już wstał, powitała go promiennym uśmiechem.

- Cześć. Jak ci się spało?

- Normalnie - odparł, dyskretnie przeciągając palcami po włosach. Wciąż miał wrażenie, że coś w nich siedzi.

- Bo ja nie mogłam spać. Obudziłam się tuż po świcie i wzięłam do roboty. Gdybyś mi wczoraj nie przeszkodził, to już bym skończyła. Ale jest dobrze, bardzo dobrze.

- To znaczy?

- To znaczy, że możemy już zabierać się za lutowanie kabli.

- Dasz mi najpierw coś zjeść?

- Jeśli dzięki temu przestaniesz być taki drażliwy, to dżungla jest twoja.

- Dzisiaj już nie będziesz histeryzować jak zabiję jakieś zwierzę?

- O, nie przejmuj się mną - machnęła ręką, nawet na niego nie spoglądając. - Ja już jadłam. Złap sobie co chcesz, byle szybko. Mamy przed sobą tyle pracy!

Vegeta popatrzył na nią podejrzliwie. Praktycznie bił od niej blask podniecenia i zapału – błyszczącymi oczami pożerała napęd i otaczające go kable... Czy ta płytka na górze nie była wczoraj przykręcona? Mógł przysiąc, że nie mówiła wcześniej nic o zaglądaniu do samego napędu. Problem leżał w przewodach, prawda?

- Czy stało się coś o czy nie wiem?

- Czemu pytasz?

- To coś... to powinno tak wyglądać? I jesteś dzisiaj jakaś taka... dziwna?

- Znaczy się w dobrym humorze? - zaśmiała się. - Słońce świeci, wieje wietrzyk, może dzisiaj nic nie będzie próbowało nas zeżreć... Czemu się nie radować? To co, idziesz coś zamordować?

- Tak. Nie zepsuj niczego kiedy mnie nie będzie.

- Postaram się trzymać z dala od kłopotów.

Kiedy się odwrócił, dotarło do niego, że nie odpowiedziała na jego pytanie... Do diabła z tym - to ona ma się znać na technice, nie on!


Dziwna. Bulma potrząsnęła głową, patrząc jak Vegeta znika w gąszczu. Sam był dziwny z tym swoim podejrzliwym spojrzeniem, jakby oczekiwał, że zaraz rzuci w niego śrubokrętem i eksploduje! Vegeta był naprawdę okropnie rozpraszający. Normalnie bałaby się zostać sama, ale teraz to było tylko na jej korzyść. Poza tym, teraz nawet apokalipsa nie zepsułaby jej humoru. Nie kiedy w ręce miała narzędzia, przed oczami pozaziemską elektronikę a w głowie tysiące pomysłów. Niby powinna zając się tylko tym złamanym kablem, ale nie mogła się powstrzymać. Przecież godzinka czy dwie opóźnienia w naprawie statku jej nie zbawią. A korzyści z liźnięcia kosmicznych technologii będą niepomierne! Najchętniej napchałaby sobie kieszenie kondensatorami i chipami, żeby potem w domu móc je rozbebeszyć i przebadać, ale jeśli chciała kiedykolwiek opuścić tą planetę, musiało jej wystarczyć tylko oglądanie. Vegeta zabiłby ją gdyby dowiedział się, że grzebała w napędzie. Ale on nie zauważyłby niczego nawet gdyby wyjęła połowę części. Prostaczek. Nie to co ona. Może i była roztrzepana, leniwa, niecierpliwa i... no, miała kilka wad, ale gdy chodziło o pracę, mimo swojego młodego wieku była prawdziwą profesjonalistką. I nieodrodną córką swojego ojca. Tatuś byłby zachwycony mogąc przebadać taką kosmiczną kapsułę...

Nagle zalała ją fala smutku. Tatuś. Ależ za nim tęskniła! I za mamą też. Ciekawe czy już zauważyli, że jej nie ma. Chyba wolałaby, gdyby tak nie było. Po co mieliby się martwić, jeśli już niedługo do nich wróci? I czy powinna im mówić co się jej przytrafiło? Uwierzyliby?

Oparła głowę na rękach i westchnęła. Kto by pomyślał, że zwykła wakacyjna przygoda przerodzi się w walkę o powrót do domu. Miała tylko znaleźć kilka kryształowych kul, wypowiedzieć życzenie i cieszyć się towarzystwem najdoskonalszego chłopaka na świecie. Tymczasem siedziała tu, z potarganymi włosami, brudem po paznokciami i nie mytymi od trzech dni zębami, zastanawiając się, czy barbarzyńca którego dostała za kompana da radę nie poprzepalać kabli przy pierwszej próbie naprawienia ich. To wszystko było takie frustrujące! Z drugiej strony powinna się chyba cieszyć – była wciąż żywa, mimo że w ciągu tych kilku dni otarła się o śmierć więcej razy niż przez całe swoje życie. No i miała jedyną w swoim rodzaju okazję zobaczyć inny Świat. Jupi. Że też nie mogła trafić na jakąś cywilizowaną planetę, z hotelami i bieżącą wodą!

Nucąc pod nosem Bulma nie musiała nawet odwracać się, żeby sprawdzić czy szelest za jej plecami zwiastuje powrót jej kompana - mocny zapach świeżej krwi nawet dla kogoś o niezbyt wyczulonych zmysłach jak ona był sygnałem, że łowy się udały. O dziwo, nie miała już do niego pretensji o zabijanie, a jej wczorajsze zachowanie wydało jej się upokarzająco dziecinne. Była tylko ciekawa, czy jej nowy stosunek do polowań utrzyma się gdy już wróci do domu i do paczkowanego mięsa.

- Oho, co tak szybko? Wszystko co żywe uciekło na twój widok?

Gdy nie odpowiedział, odwróciła się, z zaskoczeniem nie zauważając żadnego zmasakrowanego zwierzęcego truchła. Chyba doszli do konsensusu - ona tolerowała jego barbarzyństwo, a on oprawiał swoją zwierzynę z dala od jej wzroku. Szkoda tylko ze wypracowali ten system na sam koniec swojej znajomości. Bo to, jeśli dopisze im szczęście, będzie ostatni posiłek na tej planecie.

- Nie zapytasz jak mi idzie?

- Zapewne fantastycznie - mruknął.

- Hej, nie przesadź z tym entuzjazmem bo jeszcze ci zaszkodzi! Wydawało mi się, że chcesz się stąd wydostać równie mocno jak ja.

- Chcę.

- Nie bardzo to widać. Ale za to widzę, że nie wytrzymałeś długo bez rękawiczek - rzuciła okiem na jego ręce. - Naprawdę chcesz ryzykować kolejne poparzenie?

- Już są czyste. Były, zanim nie ubrudziłem ich krwią.

Zniesmaczona popatrzyła, jak otarł uwalane posoką dłonie o trawę.

- Cokolwiek. Jak długo będziesz zdolny nimi precyzyjnie operować, tak będzie mnie interesowało co zrobisz ze swoimi rękoma.

Vegeta wzruszył tylko ramionami i wziął kęs z krwistego kawału mięsa trzymanego w rekach.

- Surowe mięso?

- Jestem głodny.

- Fuj. Nawet nie próbuj mnie częstować.

- Nie miałem takiego zamiaru.

- Pośpiesz się z jedzeniem - powiedziała podnoszą się na nogi. - a jak wrócę, możemy już zabierać się za lutowanie.

- A ty gdzie leziesz?

- Nie bój się, nie zapomniałam jeszcze twojego barwnego przemówienia o tym, że jeśli odejdę choćby na krok, skręcisz mi kark i tak dalej, i tak dalej. Wybacz, ale muszę iść na stronę.

- W pobliżu jest wystarczająco dużo krzaków.

- Jeszcze czego! Dziewczyna musi mieć trochę prywatności. Z łaski swojej pozwól mi zachować te resztki godności i odwieś swoje tyrańskie zasady na pięć minut.

Vegeta przez chwilę przyglądał się jej przenikliwie. Na tyle przenikliwie, że opróżnienie pęcherza przestało wydawać się aż tak ważną sprawą...

- Idź.

To było nieoczekiwane.

- Przydałoby się też się trochę obmyć... - spróbowała, obserwując jego reakcje. - Głupio będzie mi pokazać się mieszkańcom wysoko zaawansowanej technicznie planety cała utytłana w błocie.

- To czy będziesz czysta nie zrobi im różnicy - odparł grobowym głosem.

- Ale mi zrobi! I już naprawdę nie mogę wytrzymać tego brudu. Cała się lepię...

- Jeśli musisz - odparł, wracając do swojego mięsa.

- Jesteś pewien?

- Chcesz iść czy tylko nadwyrężasz moją cierpliwość?

- Nie! To jest, tak! Już idę. Obiecuję, że za dziesięć minut wracam!


Zrywając kolejny liść, Bulma postanowiła, że kiedy już wróci do domu, sprawdzi, kto wymyślił papier toaletowy i będzie co roku świętować jego urodziny. Przeklęta natura!

Przypominały jej się czasy kiedy będąc małą dziewczynką jeździła z rodzicami na biwaki. Tata upierał się, żeby nie brali ze sobą żadnych kapsułek, a tym bardziej tych z przenośnymi domami. Mówił, że od czasu do czasu ludzie powinni wrócić do natury. Tyczyło się to także ubikacji. A raczej jej braku. To były miłe wypady, ale Bulma czuła się mieszczuchem do szpiku kości i z czasem stykanie się z naturą przestało ją bawić, więc już od kilku dobrych lat wykręcała się od tych wycieczek. Teraz trochę tego żałowała - miałaby większe pojęcie jak przetrwać w dziczy. Rodzice nadal co jakiś czas wybierali się w plener, a ona w tym czasie zazwyczaj siedziała do późna w salonie, w piżamie oglądając telewizję i rozrzucając popcorn po kanapie. Im była starsza, tym mniej uroku widziała w spaniu na ziemi i załatwianiu się pod krzaczkiem. To była czynność niewygodna i upokarzająca sama w sobie, a świadomość tego, ze ktoś jest w pobliżu na pewno by jej nie pomogła. "Wystarczająco dużo krzaków", też coś! Dobrze ze udało jej się obejść jego głupie nakazy... A tak właściwie to sam się poddał. To było dziwne. Szczerze mówiąc, Wiedziała, że ładna buźka i trzepotanie rzęsami może wiele zdziałać, ale nie podejrzewała się o aż taki wpływ na ludzi, a na pewno nie ma takiego nerwusa jak Vegeta. To nie mógł być przypadek. On... On coś kombinował, nie potrafiła jeszcze tylko powiedzieć, co dokładnie... A może to po prostu była przypadłość chłopców w jego wieku? Jakiś wewnętrzny przymus zaimponowania dziewczynie... Normalni chłopcy jeździli rowerem na jednym, kole, rozwalani przystanki albo przepuszczali kobiety w drzwiach, a w jego przypadku szczytem możliwości było zrezygnowanie z zrobienia sobie naszyjnika z jej kręgosłupa. To wiele by tłumaczyło. Miała nadzieję, że nie wyobrażał sobie za dużo - jedno drobne ustępstwo na pewno nie zmieni jej zdania o nim. Miał paskudny charakter, spore zaległości w materii kontaktów międzyludzkich i maniery jaskiniowca. I kto by pomyślał, że taki barbarzyńca może mieć królewskie korzenie? Jego byli poddani pewnie sami go wykopali z pałacu gdy dowiedzieli się, że taki społecznie nieprzystosowany, samolubny arogant ma być ich władcą.

Prostując z jękiem plecy, Bulma zadecydowała, że kiedy już zostanie jednym z przywódców świata, ustanowi Międzynarodowy Dzień Sedesu. Tuż zaraz po dniu Papieru Toaletowego. Społeczeństwo ją pokocha za dwa kolejne dni wolnego w roku.

Przeciągnęła się jeszcze raz i popatrzyła w niebo: jego czysta zieleń powoli nabierała szarej barwy - niechybne zbierało się na deszcz. Po co więc miała gdziekolwiek chodzić, jeśli woda sama do niej przyjdzie? To jest to! To znak od Wszechświata, że powinna zostać na miejscu, zrobić to, co ma do zrobienia i wynieść się stąd jak szybko się da!

Bulma opłukała ręce najbliższej w kałuży (królestwo za mydło!) i żwawym krokiem pomaszerowała do obozu, zamierzając wykorzystać chwilową (bo na pewno nie permanentną) dobra wolę jej towarzysza niedoli i skończyć to, co powinno już być zrobione już wczoraj.

Tak jak podejrzewała, Vegeta skończył już jeść i kręcił się przy napędzie, zapewne sprawdzając, czy nie kłamała z tym pracowaniem od samego świtu. Jakby miał jakieś pojęcie o technice!

- Możesz sobie darować... - przerwała, zdając sobie sprawę z tego, co widzi. - Co ty robisz?

Jego ręce tylko mignęły bielą i błękitem, splatając się w obronnym geście. Przez chwilę miała wrażenie, że tylko się przewidziała, ale wyraz jego twarzy dobitnie potwierdzał, że naprawdę grzebał przy napędzie.

- Nic.

- Przecież widziałam.

- Tylko się przyglądałem.

- Rękami?

- Ta kapsuła i jej zawartość to moja własność i nie muszę ci się tłumaczyć z tego, co z nią robię.

- Twoja własność? A nie tego, dla kogo pracujesz?

- Jest na pewno bardziej moja niż twoja, więc zamknij się. A co to, odechciało ci się już kąpieli? - powiedział lekceważąco, zmieniając temat na mniej dla niego niewygodny.

- Rozmyśliłam się. Mam ważniejsze rzeczy do uporania się niż trochę piachu we włosach.

- Więc jednak?

- Co "więc jednak"?

- Jednak jest coś ważniejszego dla ciebie niż ty sama?

- Altruista się znalazł. Jeśli miałabym oceniać, to ty z nas dwojga jesteś bardziej zapatrzony w siebie.

- Tak sądzisz?

- Tak właśnie sądzę.

- No i masz rację.

Bulma otworzyła usta i zamknęła je z powrotem. Nie na taką odpowiedź była przygotowana.

- Nie będziesz się bronił?

- Po co, skoro to prawda? Jedyną istotą we Wszechświecie, która mnie obchodzi, jestem ja sam.

- Nieprawda. Pamiętam, że jesteś sierotą, ale na pewno jest ktoś, kogo los ma dla ciebie znaczenie.

- Na co mi ktoś taki? Żeby tylko utrudniać sobie życie? Jedyne co... Po co ja w ogóle z tobą o tym mówię?

- Wiesz, w sytuacjach kryzysowych rozmowa to zdrowy odruch - rzuciła okiem na napęd. Wyglądał tak, jak w chwili gdy go tu zostawiła. Moze Vegeta nie potrafił albo nie dążył niczego zrobić. - Jasne, lepiej pomil... Aghhhh!

Ściana deszczu bez ostrzeżenia lunęła na nich z nieba. Bulma pochyliła się nad napędem, bezskutecznie próbując go jednocześnie popchnąć i osłonić od deszczu. Ze złością zwróciła się do Vegety, nieruchomo jak posąg przyglądającemu się jak dziewczyna siłuje się z kapsułą:

- Nie stój tak tylko pomóż mi go schować do środka! No dalej, rusz się!

Ponaglony, bez pośpiechu wciągnął napęd do kapsuły. Poirytowana jego opieszałością, Bulma osłoniła oczy przed siekającym deszczem. Tak, tylko tego jej brakowało! Nagle coś ją tknęło.

- Kable!

Chwyciła leżący dalej na liściach pęk przewodów. Niech to szlag!

Były mokre, ale woda nie dostała się chyba jeszcze pod izolacje. Czym prędzej wrzuciła je go kapsuły. Jeśli uda jej się je szybko osuszyć, może nic i nie będzie. Tylko czym?

- Widziałeś gdzieś moją kurtkę? - zapytała, lustrując ziemię dookoła nich.

- Nie pilnuję twoich rzeczy.

- No jasne.

Rozejrzała się i bez trudu wyśledziła jaskrawą pomarańcz swojej kurtki... leżącej na ziemi i nasiąkającej brudną, błotnistą wodą. Kiedy wzięła ja do ręki, straciła wszelką nadzieję.

- Kur...de! - wykrzyknęła, ciskając ją z powrotem na ziemię. Dysząc ze wściekłości, podeszła do chroniącego się przed deszczem pod rozłożystym drzewem Vegety i dźgnęła go palcem w ramię.

- Dlaczego nie schowałeś napędu? Przecież widziałeś, ze zaraz zacznie padać!

- Ty też doskonale o tym wiedziałaś.

- Zapomniałam o napędzie! I o tym, że leży na ziemi zupełnie nieosłonięty.

- To czemu ja miałbym o tym pamiętać?

- Bo miałeś go przez cały czas na widoku! Powinno ci przyjść do głowy, że zmoknie! Uch! To wszystko twoja wina.

- Tak, i to ja przywołałem deszcz.

- Wcale bym się nie zdziwiła.

- Przestań już jęczeć. Zaraz przestanie padać, kable wyschną i dalej będziesz mogła się z nimi bawić.

- To nie zabawa, to walka o przetrwanie.

Deszcz ustał, tak jak przewidział Vegeta, po kilku minutach. Powietrze stało się bardziej rześkie, ale i chłodniejsze, na tyle, żeby nagie ramiona Bulmy pokryły się gęsią skórką. Było jej tym zimniej, że całe jej ubranie przemokło i przylepiło się do ciała. Nie było nawet sensu zakładać kurtki - wyglądała nawet gorzej od reszty jej ubrań. Zarzuciła ją na wierzch kapsuły, licząc, że rozłożona może szybciej wyschnie.

- Głupi deszcz, po co w ogóle zaczynał padać skoro nie trwał nawet dziesięciu minut?

- Nie wiem, może żeby cię zdenerwować - powiedział Vegeta, nawet nie próbując ukryć, że bezwstydnie gapił się na jej doskonale widoczne pod mokrą koszulka piersi. Zaczęła żałować, że zostawiła zniszczony stanik gdzieś w lesie, nie widząc już sensu ciągania go ze sobą, skoro już do niczego się nie nadawał.

Zgarbiła plecy, bezskutecznie próbując zasłonić się ramionami i rzuciła mu oburzone spojrzenie. Czy on naprawdę nie miał za grosz przyzwoitości? Gdy w końcu raczył przenieść wzrok wyżej, wbrew jej oczekiwaniom nie speszył się. To ona pierwsza musiała odwrócić wzrok.

- Czas w końcu zająć się kablami - powiedziała, chcąc skierować jego zainteresowanie na nieco bezpieczniejsze tory. - Te spod spodu wydawały się całkiem suche. Możemy od nich zacząć.

- To znaczy, że są już gotowe?

- Tak. Możesz otrzepać parę liści z wody? Nie będziemy przecież siedzieć na mokrej ziemi.

Kiedy jej prymitywne stanowisko pracy było już gotowe, a narzędzie pracy w postaci znudzonego nastolatka usadowione tuż obok niej, nie pozostało nic innego niż wziąć się do pracy.

- I to zajęło ci tyle godzin? - Vegeta wziął do ręki jeden z cienkich przewodów - Parę kabelków?

- Jest ich dwadzieścia trzy. Na wypadek gdybyś nie umiał liczyć, powiem ci, że to duża liczba - uśmiechnęła się złośliwie. - Musiałam je wyrównać i dopasować, a to trochę trwa. Oczywiście mogłabym to zrobić na odwal, a potem rozbić się na jakiejś zapyziałej, dzikiej planecie, ale tego chyba nie chcemy, nie zgodzisz się?

- Nie rozumiem jak rozcięcie kabla, wyjęcie z niego przewodów i poprzycinanie ich mogło zająć ci aż trzy dni. To powinno być skończone w ciągu dwóch, góra trzech godzin.

- Bo ty akurat się na tym znasz! Powinieneś się cieszyć, że trwało to tylko tyle. Nawet nie wiesz jakie mamy szczęście, że w tej pożal się Boże skrzyneczce z narzędziami był drut do lutowania. Bez tego musiałabym zachodzić w głowę co zrobić. Nie wiem, musiałabym chyba zdrapywać metal z kapsuły i... to nawet nie jest metal, prawda?

- Myślisz, że wiem z czego to jest zrobione?

- Ty naprawdę nic nie wiesz o technice! O lutowaniu pewnie też nie masz zielonego pojęcia?

- Oczywiście, że nie. Jestem wojownikiem, nie serwisantem.

- To nic. Zaraz się nauczysz.

Wbrew przewidywaniom, lutowanie szło im zaskakująco sprawnie. Vegeta okazał się wyjątkowo pojętnym uczniem, a perfekcja, z jaką operował laserem (czy też energią, czego dowiedziała się od niego w międzyczasie) zasługiwała na medal. Nie uszkodził do tej pory ani jednego kabla, i co więcej, wykonywał polecenia Bulmy lepiej niż gdyby sama to robiła.

Pomiędzy jednym kablem a drugim, Bulma przeciągnęła zesztywniałe od przebywania w jednej pozycji plecy i zwróciła się do swojego kompana:

- Nie masz wrażenia, że ciągle robimy to samo? Wstajemy, mordujesz jakieś niewinne stworzenie na śniadanie, kłócimy się, naprawiam statek, idziemy się przejść, spada na nas jakieś nieszczęście, znowu się kłócimy i znowu naprawiam statek. Trochę monotonne, co?

- A co innego mamy do roboty?

- Możemy porozmawiać. Wczoraj całkiem nieźle nam to szło.

- To raczej ty nawijałaś, ale ja udawałem, że słucham.

- Dobrze więc - włożyła mu do reki następny przewód. - Wymyśl temat, który by cię zainteresował.

- Jeszcze nie spytałem cię jak się tu dostałaś.

Bulma uśmiechnęła się sama do siebie i pokręciła głową.

- Nie wiem czy jest sens ci mówić. I tak mi nie uwierzysz.

- Usłyszałem od ciebie już tyle bezsensownych rzeczy, że jedna mniej nie sprawi mi różnicy. No dalej, zaskocz mnie.

- Ok, tylko potem nie mów, że nie ostrzegałam - odetchnęła głęboko i popatrzyła na niego z powagą. - Przeniósł mnie tu z Ziemi magiczny smok.

- Smok?

- Tak. Wiem że to brzmi niedorzecznie i wierz mi, ja też ledwo mogę w to uwierzyć. Widzisz, na Ziemi istnieje legenda o Boskim Smoku, który, jeśli odnajdziesz siedem magicznych smoczych kul, spełni twoje życzenie. Kiedy znalazłam na swoim strychu jedną z nich i dowiedziałam się do czego służy, postanowiłam odnaleźć resztę. Gdy już mi się udało i wypowiedziałam swoje życzenie, coś poszło nie tak i przeniósł mnie tutaj.

O dziwo Vegeta nie wydawał się być specjalnie zaskoczony tym co mówiła.

- W porządku. Załóżmy, że ci wierzę. A o co go poprosiłaś?

- O nic. - rzuciła szybko, odwracając od niego wzrok.

- Nie mogłaś poprosić o nic. No, mów.

- To nie twój interes.

- Ach! - westchnął teatralnie i wyszczerzył zęby - Wstydzisz się powiedzieć? Zażyczyłaś sobie coś, co nie przystoi takiej grzecznej dziewczynce jak ty?

- Nie mierz wszystkich swoją miarą. Nawet nie chcę wiedzieć co tam sobie ubzdurałeś w tym swoim pokręconym umyśle. Nie powiem ci i już.

- Dobra, i tak mnie to nie interesuje. Ale to nie miało nic wspólnego z rzuceniem cię w dziką dżunglę na zacofanej planecie?

- Oczywiście, że nie... trzymaj kabel prosto, jak będziesz się tak wiercić, to nigdy nie skończymy... Ten przeklęty jaszczur nie zrozumiał co powiedziałam i zanim się obejrzałam, leżałam twarzą w błocie na środku lasu tropikalnego. Kilka godzin później pojawiłeś się ty i resztę historii już sam znasz. Przyciśnij tu.

- Czyli krótko mówiąc, trafiłaś tu na własne życzenie?

- Nie do końca... ale tak to chyba można ująć...

Vegeta parsknął złośliwym śmiechem.

- I z czego się śmiejesz?

- Mogłem się tego spodziewać. Jesteś chodzącą katastrofą.

Krzywiąc się na jego słowa, wstała i wyjęła z wnętrza kapsuły dwie garści dużych, okrągłych owoców.

- Skąd je masz?

- Przyniosłam sobie rano. Pusty żołądek nie może przeszkadzać mi w pracy. Naprawimy statek jeszcze dzisiaj, nieważne jak bardzo będziesz mi dokuczał. Chcę już być w domu. I nie marudź, podzielę się z tobą - podstawiła mu przed nos różową śliwkę. - Widzisz jak o ciebie dbam?

- Będziesz mnie karmić? Chyba sobie żartujesz.

- Albo będziesz jadł tak, albo wcale. Nie możesz sam jeść, bo nie wolno ci poruszać kablem.

Vegeta skrzywił się.

- Wolisz przyglądać się jak sama jem? W porządku.

Przez chwilę wydawało się, że chciał coś odpowiedzieć, ale zamiast tego naburmuszony tylko zwiesił głowę. Po chwili kątem oka popatrzył na kołyszący się przed nim błyszczący, różowy owoc.

- Daj mi to.

- Grzeczny chłopiec.

Oczy zwęziły mu się w irytacji, ale przechylił się i wziął spory kęs. Zgodnie z prawem złośliwości przedmiotów martwych, owoc eksplodował sokiem, zalewając mu cała brodę i skapując na pancerz.

- Ty i twoje genialne pomysły - wymamrotał Vegeta.

- Nic się nie stało, to zaraz wyschnie. Pokaż, wytrę cię.

Gdy tylko jej palce musnęły jego twarz, wzdrygnął się jak oparzony.

- Spokojnie, przecież nic ci nie zrobię.

Mruknął coś, ale nie protestował, gdy znowu spróbowała go wyczyścić.

- Nie lubisz jak narusza się twoją prywatną przestrzeń, co?

- Nie.

- Ale nie przeszkadza ci to w naruszaniu mojej? Mówię o gapieniu się na mnie.

- Skoro jest na co popatrzeć, to czemu nie.

Bulma nie wiedziała, czy uznać to za zniewagę czy komplement.

- Więc jak daleko jest stąd do tej stacji kosmicznej? - zagadnęła, po raz kolejny próbując ominąć niebezpieczne tereny. Nie czuła się specjalnie komfortowo, kiedy Vegeta poruszał te tematy. Wydawał się dosyć nonszalancki w tej kwestii, a ona, cóż... Jej wiedza ograniczała się do czytanych z wypiekami na twarzy romansideł i oglądania z mamą łzawych melodramatów.

- Do Biztz? Niecałe dwie godziny drogi przy standardowej prędkości.

- I ta stacja jest w tym samym układzie słonecznym?

- Nie, w sąsiednim.

- Czyli w tym nie ma innych żołnierzy? To dlatego tak długo musimy czekać? Chociaż z drugiej strony, dwie godziny to nie tak dużo. Już dawno by tu byli... A tak w ogóle to ile tu jest planet? może mają problem z lokalizacją, w końcu nadałeś sygnał jeszcze w przestrzeni.

- Ten układ słoneczny ma sześć planet, wszystkie różnią się tylko numerami.

- Czyli istnieje też Mudda I, II i IV?

- I V i VI, tak.

- A czemu nie są nazwane?

- Są skatalogowane przez dodanie numerów do nazwy układu planetarnego. Tylko dwie z nich są zamieszkane, z resztą przez słabo rozwinięte formy życia. Nie ma na nich żadnych wartościowych surowców i nikt nie zawracał sobie głowy, żeby wymyślać im nazw.

- No to nie jesteście zbyt kreatywni.

- Przynajmniej udało nam się wygrzebać z naszego grajdołka, w przeciwieństwie do niektórych.

- Hej, już ci mówiłam, że moja planeta jest bardzo zaawansowana technicznie. Po prostu nie czujemy potrzeby opanowywania kosmosu. Hm, mówiłeś przecież, że nie znasz map kosmosu.

- Przeglądałem plany tej galaktyki przed przylotem. Standardowa procedura.

- I zawsze podróżujesz sam?

- To był już ostatni kabel - powiedział, ignorując jej pytanie.

- O Boże, masz rację! Okay, teraz ostatnia część. Złącz to, powoli, powoli! Uważaj żeby nie przepalić...

- Wiem jak korzystać z moich własnych rąk! Dalej?

- Jeszcze troszkę. Jeszcze, jeszcze... Już! Pokaż - Bulma fachowym okiem zmierzyła kabel. -

- Idealnie. Teraz nie ruszaj się. Serio, mogłabym cię zatrudnić w naszym laboratorium w charakterze żywej lutownicy.

- Bardzo śmieszne. Lepiej zajmij się przyłączeniem kabla.

- Już się robi. Módl się żeby wszystko pasowało.

- Musi pasować. Sterczymy nad tym jednym głupim kablem cały dzień, aż dziw bierze, że to mogło aż tyle zająć.

- Już ci mówiłam, że przewody to delikatniejsza rzecz niż myślisz. Zazwyczaj nie pieszczę się z nimi aż tak bardzo, ale skoro od tego maleństwa zależy moja przyszłość, to wiesz, ostrożność nigdy za wiele. Istnieje oczywiście spore prawdopodobieństwo, ze jednak napęd nie zadziała, ale musimy być dobrej myśli. W końcu nieźle się na tym napracowaliśmy, nie? Dobra, wtyczka założona. Przenieś go teraz do środka! No pośpiesz się!

- Zaraz, myślałem ze to delikatna materia... - sarknął Vegeta, wsuwając serce statku do środka.

- Och, cicho bądź i nie drażnij się ze mną! Posuń się! - przepchnęła się pomiędzy nim a komorą napędu i drżącymi z przejęcia rękoma chwyciła kabel.

- Teraz trzymaj kciuki...

Powoli i ostrożnie wpasowała kabel w gniazdo i pociągnęła nim lekko, sprawdzając, czy dobrze się trzyma.

- Och! Pasuje! - wykrzyknęła. - Jesteśmy uratowani!

- Nie ciesz się tak zanim nie sprawdzimy, czy kabel działa.

- Oczywiście, że działa! Włącz zasilanie.

W napięciu obserwowała, jak Vegeta znika we wnętrzu kapsuły. Wstrzymała oddech i... usłyszała ciche, jednostajne buczenie. Napęd działał.

- Tak! Udało się! - krzyknęła, wymachując rękami. - Jestem genialna! Ge-nial-na! - wyśpiewała.

Bulma chyba nigdy przedtem nie czuła się szczęśliwsza. Wróci na Ziemię, znowu zobaczy rodziców, znajomych, ludzi w ogóle! Pójdzie na studia, przejmie Korporację i zrobi z niej największą, najbardziej wpływową firmę na całej kuli ziemskiej. Pal licho idealnego chłopaka, grunt, że znowu będzie mogła nosić ładne, i przede wszystkich czyste ubrania i dopilnuje, żeby już nigdy, przenigdy nie mieć do czynienia z jakimkolwiek lasem. Wyrzuci nawet wszystkie rośliny doniczkowe z domu. Mama może trochę protestować gdy spróbuje tknąć jej ogród zimowy, ale czego nie robi się dla swojej cudem ocalonej jedynaczki...

- Bulma...

- Jestem najgenialniejszą nastolatką pod słońcem! - śpiewała dalej, odstawiając taniec radości. - Możesz już zacząć mnie wielbić, pozwalam ci.

- Bulma...

- Wiem, nie podoba ci się fakt, że to ja uratowałam nam skóry, ale właśnie dokonałam niemożliwego i...
- Bulma!

- Co?

- To gówno przestało działać.

Stanęła jak porażona, nadal z nogą i rękami zawierzonymi w powietrzu.

- Co?

- Napęd przestał działać.

Vegeta miał rację. Z komory napędu wydobywała się tylko martwa cisza, głośniejsza od jakiegokolwiek słyszanego przez całe je życie huku. Nie dowierzając, na drżących nogach dowlokła się do kapsuły i odsunęła klapkę. Cisza.

- Nie - powiedziała cicho, dotykając napędu. Był zimny i martwy, tak jak ona będzie zostając tu.

- To było do przewidzenia - dobiegł ją beznamiętny głos Vegety.

- Nie! - powiedziała głośniej, uderzając pięścią w bok kapsuły. - Nie! Nienienienienie!

- Cóż, najwyżej zostaniemy tu dłużej. - powiedział Vegeta, wzruszając ramionami.

- Na dłużej? - wykrzyknęła zranionym głosem. - Jak możesz o tym tak spokojnie mówić? Nie mogę tu zostać! Nie zostanę tu ani minuty dłużej! Muszę się stąd wydostać!

- Przestań tak panikować. Przecież sama mówiłaś, że istnieje możliwość, że nie będzie działać.

- Przecież działał! To wszystko twoja wina! - wycelowała w niego palcem. - Zepsułeś coś i przez to statek nie chce działać!

- Nic nie zrobiłem!

- Tak? Sabotujesz naszą ucieczkę stąd od samego początku!

- O ile wiem, to ty grzebałaś w napędzie.

- To ty popsułeś statek! Przyznaj się, coś popsułeś bo chcesz tu zostać! - wykrzyczała, łapiąc go za ramiona. - Nie możesz mnie karać pobytem tutaj, bo twoje życie jest do niczego!

Po chwili puściła go i opadła na kolana.

- To wszystko było na nic! Teraz zostaniemy tu do końca życia!- zapłakała. - Już nigdy nie zobaczę rodziców! Nigdy nie wyjdę za mąż, nigdy nie będę sławna! Zgniję tu i zjedzą mnie robaki!

- Uspokój się!

- Jak, kiedy już wiem, że tu umrę! Nie chcę umierać! Jestem za młoda i za ładna! Tyle życia przede mną i wszystko zmarnowane! Ja chcę do domu! Nie mogę, nie mog... - wykrztusiła i zaniosła się płaczem.

- Przestań się drzeć!

Na to Bulma zaczęła łkać jeszcze głośniej, histerycznie łapiąc powietrze.

Przestała, gdy biała dłoń z głośnym pacnięciem spotkała się z jej policzkiem.

- Opanuj się! Twoja histeria nam nie pomoże!

- U...uderzyłeś mnie - wydukała wstrząśnięta.

- I poskutkowało, jak widzę.

- Podniosłeś na mnie rękę!

- Co miałem robić? Inaczej byś się nie zamknęła.

- Nie musiałeś mnie bić!

- Ledwo cię dotknąłem!

- Ledwo? Na pewno mam siniaka!

- Nie masz.

- To zaraz będę miała.

- Podnieś się i przestań zachowywać jak dziecko - powiedział, łapiąc ja za nadgarstki i podciągając na nogi. - Gdybyś była kimkolwiek innym, już dawno skróciłbym twoje cierpienia

- To czemu tego nie zrobisz? I tak chcesz żebym tu umarła!

- Idiotko, zastanów się! Na co mi jesteś martwa? Przecież nie tak dawno uratowałem cię od śmierci w kotle Muddaków.

- To było przedwczoraj! Nie możesz oczekiwać, że do końca życia będę ci wszystko wybaczać tylko dlatego, że chciałeś mieć przy życiu swojego osobistego mechanika! Teraz zostaniemy tu już na zawsze!

- Nie sądzę żebym zdołał wytrzymać aż tak długo w twoim towarzystwie.

Bulma wrzasnęła i jak szalona zaczęła okładać go pięściami.

- Jesteś... najgorszą... - wydyszała między ciosami schrypniętym głosem. - ...kreaturą...

- Przestań, zanim zrobisz sobie krzywdę - powiedział rozbawionym głosem, nawet nie próbując odparować gradu ciosów. - Nie przydasz mi się ze złamaną ręka.

- Prędzej umrę... niż znowu ci... w czym...kolwiek ...pomogę!

- Zmienisz zdanie prędzej niż myślisz. Dość - chwycił jej rękę, gdy zmieniła taktykę i paznokciami drasnęła mu skórę na szyi. - Przestaje mnie już to bawić.

- Żałuję, że cię spotkałam! Wolałabym umrzeć niż zostać tu z tobą jeszcze choćby przez moment! - rzuciła, rozpaczliwie próbują wyrwać ręce ze stalowego uścisku.

- Radziłbym ci cofnąć te słowa. Może minąć sporo czasu zanim...

Przerwał i spojrzał w górę.

- Słyszysz?

- Co mam znowu słyszeć? - zapytała, nadal siłując się z jego rękami.

- Bądź cicho!

Uspokoiła się i wytężyła słuch. Po chwili wychwyciła to, o czym mówił Vegeta - w powietrzu rozlegało się cichutkie świszczenie. Z sekundy na sekundę stawało się co raz głośniejsze.

- Co jest?

Vegeta puścił ją i osłaniając oczy od słońca, utkwił wzrok w niebie.

- Niech to szlag.

Po chwili Bulma ujrzała to, co co tak zwróciło jego uwagę: trzy punkciki na niebie, powoli robiące się coraz większe i większe, i większe...

- Vegeta, co... Aaargh!

Krzyknęła i osłaniając głowę padła na ziemię gdy w pobliżu rozległ się huk. Powoli opuściła ręce i popatrzyła w górę - Vegeta nie ruszył się z miejsca ani o krok.

- Co to było? - zapytała, podnoszą się szybko z ziemi.

Zamiast odpowiedzieć, Vegeta ruszył biegiem w stronę z której rozległ się huk, Bulma bez wahania rzuciła się za nim w pościg, ale nie przebiegła więcej niż dwustu metrów gdy stanęła jak wryta – przed nią rozciągały się trzy kilkumetrowe kratery, a w nich trzy kapsuły.

- Odebrali twój sygnał! - wykrzyknęła uradowana. - Słyszysz Vegeta? Jesteśmy uratowani!

Radość uszła z niej gdy zobaczyła jego twarz. Bynajmniej nie malowała się na niej ulga.