K/A: Pisanie całości miało mi zająć około miesiąc i nie przekroczyć piętnastu tysięcy znaków, a rozwlekło się na... No, o wiele dłużej. Mam jednak nadzieję, że czytanie tego przyniosło wam choć trochę przyjemności.
Rozdział siódmy: Nowa nadzieja
Bulma mogła przysiąc, że słyszała zgrzyt zębów Vegety, gdy stojąc na krawędzi krateru z mieszaniną złości i wstrętu wpatrywał się w leżącą w nim kapsułę. Wszystkie trzy statki były identyczne do tego, w którym przybył trzy dni temu.
Nim zdążyła zapytać czemu nie cieszy się na ich widok tak jak ona, włazy statków otworzyły się z sykiem. Lekko spanikowana ukryła się za jego plecami i z uczuciem deja vu patrzyła jak z kapsuł wyłaniają się przybysze. Gdy ich ujrzała, zrozumiała skąd wzięło się w nim tyle niechęci do przybyłych, i co więcej, gorąco podzielała jego odczucia.
Pierwszy z nich był wielkim, niebieskoskórym drabem o długim pysku i rybich nozdrzach. Pancerz, który nosił przypominał ten, jaki miał na sobie Vegeta, ale był ciemniejszy i bardziej wycięty, a krótki trykot pod spodem odsłaniał potężne ramiona i łydki. Potwór podrapał się po długich czarnych dredach i ziewnął, odsłaniając krzywe, żółte kły, które wystawały mu spomiędzy mięsistych warg nawet kiedy je zamknął. Zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto mógłby bezinteresownie pomóc jej wrócić do domu. Jego towarzysz prezentował się niewiele lepiej – był niski, siny i obły i przypominał Bulmie oślizgłą larwę. Ku jej uldze, trzecia kapsuła nie miała pasażera.
Vegeta cofnął się, popychając kryjącą się za nim oniemiałą dziewczynę, zanim przybyli zdążyli ich zauważyć. Bulma złapała się go, próbując nie stracić równowagi.
- Vegeta, znasz ich? To twoi znajomi?
Skrzywił się, słysząc to ostatnie słowo i przyłożył sobie palec do ust, ciągnąc ją dalej w głąb lasu. Nie zrobili nawet pięciu kroków gdy z kraterów rozległo się wołanie.
- Ej, aleś nam narobił kłopotów, Vegeta! Ledwieśmy cię znaleźli na tym zadupiu!
Bulma skuliła się za nim, przeklinają w duchu, że nie był wyższy.
Kosmici jeden po drugim wylewitowali z kraterów i wylądowali kawałek przed nimi, z ciekawością rozglądając się w okół.
- Byśmy byli szybciej – odezwał się mniejszy z nich, którego nosowy głos słyszeli wcześniej i popukał w różowe szkiełko swojego skautera. - Ale były straszne problemy z lokalizacją. Jakbyś się normalnie pod ziemię zapadł! Wyładowania jakieś w mgławicach normalnie czy co?
- Nie tłumacz mu się, Jobo. Niech się cieszy że w ogóle zechcieliśmy ratować jego tyłek. - rzucił niebieski. Był wyraźnie rozdrażniony przybyciem tutaj. - Wysłali maleństwo same z maleńką misją i sobie nie poradziło?
- Pieprz się, Faaz. Misja została wykonana o czasie. I tak zrobiłbym ją sam ze związanymi rękami lepiej niż wy we dwóch. To nie moja wina, że na waszej stacji macie takie gówniane kapsuły.
Olbrzym zwany Faazem obnażył w grymasie zęby, ale złość przeszła mu, gdy dostrzegł błysk błękitu za plecami Vegety.
- A co to za stworzonko tam chowasz?
- Nie twój interes.
Faaz uśmiechnął się na to i okrążył ich, wpatrując się w dziewczynę.
- No patrzcie, patrzcie! Przygruchałeś sobie już kurewkę, co? I to jaką egzotyczną! Dać smarkatemu wolną rękę a tylko dupy będzie miał w głowie.
- Jest tu gdzieś burdel? - żywo zainteresował się Jobo. - Gdzie?
- Nie rób sobie nadziei, Jobo. Ten gnojek nie powiedziałby nam nawet gdybyśmy mu za to zapłacili. Taki z niego wredny mały sukinsyn.
- No ale teraz jest nam winien za samą fatygę. Podzielisz się tą laleczką z kumplami, nie?
- Oddaj mi pilota do kapsuły - wycedził Vegeta, ignorując zupełnie mniejszego kosmitę.
- No daj spokój, należy nam się!
- Nie będę dwa razy powtarzał.
Kosmici wymienili spojrzenia. W końcu Faaz z ociąganiem sięgnął za pancerz i wyciągnął pilot. Ważył go jeszcze przez chwilę w ręce i od niechcenia rzucił go Vegecie.
- Masz i się ciesz.
Jobo pokręcił głową.
- Normalnie co to się porobiło z tą młodzieżą. Nawet nie podziękuje za pomoc. Jeden szybki numerek...
- Zamknij się, Jobo – warknął jego towarzysz.
Jobo zrobił urażoną minę, ale nic już nie powiedział.
Sparaliżowana strachem, Bulma nerwowo przenosiła wzrok od jednego mężczyzny do drugiego. Czy naprawdę słyszał to, co słyszała? Czy oni... Nie, musiała źle ich zrozumieć... Nagle coś sobie uświadomiła i rzuciła zrozpaczone spojrzenie na kapsuły. Były tylko trzy.
- Nie zostawisz mnie tu, prawda? - drżącym głosem zapytała Vegetę.
Faaz zaśmiał się.
- Nie ma zmartwienia, maleńka. Ja mogę cię zabrać ze sobą.
Na to Bulma zadrżała i mocniej przylgnęła do Vegety. Ten z warknięciem strząsnął ją z siebie i brutalnie chwytając jej nadgarstek, pociągnął za sobą po zboczu krateru jak szmacianą lalkę. Nim zdążyła stawić jakikolwiek opór, przywlekł ją do trzeciej kapsuły i pchnął w jej kierunku. Mrucząc pod nosem przekleństwa, przycisnął kilka guzików na pilocie i kapsuła otworzyła się.
- Właź – rzucił przez zaciśnięte zęby.
- Ale tu nie ma wystarczająco dużo miejsca dla dwóch...
- Właź! - powtórzył, tracąc cierpliwość.
Przestraszona, wgramoliła się do środka. Nie wiedziała co ma teraz zrobić – usiąść w fotelu? Po co, skoro i tak nie umiała sterować kapsułą? A gdzie miał podziać się Vegeta? Tu stanowczo nie było miejsca dla dwóch osób. Niby co? Miała odbyć swoją pierwszą podróż kosmiczną siedząc mu na kolanach? Nie ma mowy.
Skołowana, odwróciła do niego głowę, czekając na jakieś instrukcje. W odpowiedzi tylko gniewnie przewrócił oczami i wskazał brodą przestrzeń za fotelem. Była tam podłużna półka, mogąca pomieścić człowieka niewielkich rozmiarów, jeśli oczywiście skulił się odpowiednio. Bez dalszych pytań wdrapała się się tam i spróbowała wygodnie ułożyć. Było ciasno, a półka była zimna. Zdusiła jęk gdy przytknęła rozgrzaną skórę do lodowatego metalu i obciągnęła na sobie szorty. Przez chwilę przez myśl przeszło je, żeby wrócić się po kurtkę, ale dała sobie z tym spokój.
Gdy już się ułożyła, do wnętrza wszedł Vegeta. Nie zwracając na nią uwagi, usadowił się w fotelu i zajął się ustawieniami na konsolecie. Bulma głośno wciągnęła powietrze kiedy właz zamknął się, a wnętrze kapsuły rozjarzyło się ostrym, sztucznym światłem.
Wychylając się zza zasłaniającego jej widok fotelu, po raz ostatni popatrzyła na skrawek Muddy widoczny przez małe, czerwone okienko kapsuły. Więc tu kończy się jej przygoda? Patrząc z szerszej perspektywy, przyniosła jej ona niewiele ponad komplet zniszczonej odzieży i obdartą skórę na łokciach i kolanach. To miał na myśli Smok, kiedy błędnie zinterpretował jej życzenie? Przeniesienie jej na obcą planetę miałoby sens, gdyby była to wysoko rozwinięta, cywilizowana metropolia, której mieszkańcy nauczyliby ją czegoś i za jej sprawą nawiązali kontakt z Ziemią. Byłaby wtedy prekursorką współpracy Ziemi z innymi planetami – to powinno być przeznaczenie kogoś o jej inteligencji i pochodzeniu. Zamiast tego jej życie było teraz zależne od dwóch prymitywnych barbarzyńców. Nie ważne jak bardzo się starała, ale nie widziała w tym żadnego sensu.
Jej ciąg myśli został przerwany, gdy cały statek zaczął delikatnie wibrować. Niespokojna, na łokciach przeczołgała się na swojej półce bliżej w stronę konsolety, żeby zobaczyć co się dzieje za sterami.
- Jeszcze raz kopniesz mój fotel i wyrzucę cię stąd. - powiedział Vegeta nie odwracając się do niej.
- Przepraszam. Co się dzieje? Gdzie lecimy?
- Siedź cicho. Lecimy na Biztz II.
- Z nimi? Kim oni są? Proszę, nie mów, że lecą tam z nami!
- Kazałem ci się zamknąć!
Nie widziała jego twarzy, ale spięte ramiona i sztywny kark przemawiały do niej mocniej niż jakikolwiek grymas. Było widać, ze pomysł udania się gdzieś z tymi dwoma dziwadłami podobał mu się równie mocno jak jej..
- Proszę, Veg...
Vegeta ze złością walnął pięścią w konsoletę i wnętrze kapsuły wypełniło się słodkawym, dławiącym gazem. Światło przygasło i jej uszy dobiegł głos z głośników za nią:
- Wprowadzenie w stan hibernacji za trzy, dwa...
- Hibernacji? Dlaczego...
- Jeden. Stan hibernacji aktywowany.
.
Ze snu wyrwał ją wstrząs. Chociaż właściwie chyba najpierw się obudziła, a potem poczuła szarpnięcie. Nie była pewna, głowę miała ciężką i z trudem mogła skupić myśli. Podniosła się ostrożnie – jej całe ciało było dziwnie otępiałe i rozlazłe.
Nie czekając na nią, Vegeta prędko opuścił kapsułę. Zsunęła się na jego miejsce i rozprostowała kark – więc byli już na miejscu? Z mapy na ekranie przez nią wynikało, że są na Biztz II, dwunastej planecie układu planetarnego Ozoion. Nigdy o takim nie słyszała, a nawet jeśli, to pewnie pod inną, ziemska nazwą. Teraz żałowała, ze nigdy nie interesowała się astronomią – nie miała pojęcia jak daleko mogła być od Ziemi.
- Nie wyłazisz? - warknął Vegeta zaglądając do kapsuły.
Bulma niezgrabnie wygramoliła się z wnętrza, nieprzygotowana na to co czekało ją na zewnątrz. Z chwilą gdy postawiła stopy na powierzchni, kolana się pod nią ugięły – nagle jej ciało stało się tak ciężkie, że nogi nie dawały sobie rady z utrzymaniem go prosto, a płuca nie nadążały z przyjmowaniem ważącego tonę powietrza. Łapiąc szybkie, płytkie oddechy, pochyliła się i oparła rękami o kolana. Co się z nią działo? Czyżby to było przeciążenie podróżą kosmiczną? Nadal pochylona, katem oka dostrzegła swoich 'wybawców'. Przyglądali jej się, na poły rozbawieni i zniesmaczeni jej słabością. Wyprostowała się z trudem i próbując opanować oddech, nadludzkim wysiłkiem szybkim marszem pokonała dystans od lądowiska do pobliskiego budynku, starając nie zwracać uwagi na idących za nią kosmitów. Zignorowała też grubego, żółtego wartownika, stojącego przy drzwiach budynku. Puścił do niej oko i uśmiechnął się paskudnie kiedy go mijała. Vegeta stał obok, zniecierpliwiony jej opieszałością. Grubas zmierzył obydwoje wzrokiem i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Bulma posłusznie podążała za Vegetą długim, jasno oświetlonym, białym korytarzem. Początkowo przypominał sterylne pomieszczenia laboratorium chemicznego jej ojca, ale gdy przyjrzała się bliżej, dostrzegła, że farba na metalowych ścianach łuszczyła się, a gołe miejsca zaczynała brać rdza. Objęła się pokrytymi gęsia skórką ramionami, nie tylko z zimna, choć nie było tu więcej niż piętnaście, szesnaście stopni. Ich kroki dudniły po wytartych, metalowych płytach pokrywających podłogę a nagie żarówki migotały co jakiś czas, zupełnie jak w thrillerach science fiction. Ale to wszystko było niczym w porównaniu do niepokoju jaki odczuwała patrząc na idącego przed nią chłopaka. Vegeta miał być jej szansą na ucieczkę do domu, bronić ja przed grożącymi niebezpieczeństwami, a tymczasem zabrał ją w miejsce pełne podłych szumowin i na dodatek zaczął praktycznie ignorować jej istnienie. Nie wiedziała, dlaczego nagle stał się taki wrogi w stosunku niej. Już tak dobrze im szło, ale musieli pojawić się ci barbarzyńcy i zepsuć wszytko to, co udało im się osiągnąć w ciągu ostatnich trzech dni. Nigdy nie zachowywał się tak, jak by sobie tego życzyła, ale teraz wprost ziało od niego nienawiścią. Co takiego zrobiła, żeby sobie na to zasłużyć?
Chciała zrównać z nim krok, ale za każdym razem kiedy się zbliżała, przyspieszał. Dlaczego tak się zachowywał? Chciała zobaczyć jego twarz i przekonać się że jest zły na ich sytuację, nie na nią. Chciała, żeby powiedział jej, że jest bezpieczna, że z nim nic jej nie grozi. Dlaczego nie był pewny siebie kiedy nareszcie tak bardzo tego potrzebowała? Sfrustrowana, złapała go za rękę i zmusiła, żeby przystanął i na nią spojrzał.
- Vegeta, błagam, zwolnij trochę. Co się ze mną dzieje? Czuję się jakbym ważyła tonę.
- Na Muddzie było mniejsze przyciąganie – odparł, nie patrząc na nią. - Jesteśmy na miejscu.
Zatrzymali się przed wielkimi, ciężkimi drzwiami.
- Muszę coś załatwić. Nie patrz nikomu w oczy i nie odzywaj się, zrozumiano?
- Tak.
Gdy drzwi się rozsunęły, Bulma nagle zapomniała o strachu. Przed jej oczami rozciągał się rozświetlony hangar, pełen kapsuł, dźwigów i dziwnych maszyn. Zafascynowana, patrzyła jak ludzie w szarych uniformach uwijali się dokoła maszynerii, majstrowali przy kapsułach i dyskutowali nad planami urządzeń, nie zwracając na nich najmniejszej uwagi. Było ich niewielu biorąc pod uwagę rozmiary hali, sam hangar zaś był równie obskurny jak reszta stacji, ale po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła się trochę jak w domu. Może i nie oni przypominali ludzi, ale gdyby zmrużyła oczy, obraz nie różniłby się wiele od tego, co widziała na co dzień w domu. Prawie oczekiwała, że zza którejś z kapsuł wyjdzie jej ojciec, uśmiechnięty i łagodny, pytając, czy nie wie kiedy obiad będzie gotowy, bo smakowite zapachy z kuchni dochodzą już nawet do pracowni.
Do rzeczywistości przywołał ją głos Vegety, pytającego któregoś z pracowników o kierownika. Ten najwyraźniej go usłyszał, bo powolnym, bujającym się krokiem przyczłapał do nich i z sennym uśmiechem kiwnął Vegecie. Był przygarbionym, pomarszczonym staruszkiem o zielonkawej skórze, z długą białą peleryną przypiętą do szarego pancerza.
- Aaach, podporucznik Vegeta. Szybko do nas wróciłeś.
- Ten szmelc który mi daliście rozsypał się zanim zdążyłem opuścić sąsiedni układ słoneczny.
- Naprawdę? Byłem pewny, że jest w pełni sprawny. - starzec zamyślił się głęboko. - Nie mam pojęcia co mogło się tam zepsuć.
- Posz... - zdążyła powiedzieć Bulma zanim poczuła, jak jej stopa rozpłaszcza się, miażdżona przez but Vegety.
- Zostanę tu, dopóki moja poprzednia kapsuła nie będzie gotowa do odlotu. - kontynuował Vegeta, nie zważając na bezowocne próby uwolnienia nogi przez zaciskającą z bólu zęby dziewczynę. - Mogę nie mieć tyle szczęścia kiedy wasz następny śmieć przestanie działać.
- Jak sobie pan życzy, podporuczniku. Do jutra powinna być już gotowa.
- Punkt piąta ma być już sprawna.
- Moja ekipa zajmie się nią tak szybko jak to tylko możliwe. Jeszcze tylko poproszę o skan.
Vegeta wziął od niego niewielką, cienką tabliczkę i przyłożył do niej rękę. Miejsce gdzie zetknęła się z powierzchnią rozjarzyło się niebieskim światłem i zgasło, zostawiając dokładny wzór jego nagiej dłoni, mimo że nadal miał na sobie rękawiczkę.
- Twoja przyjaciółka tu ma niezwykle piękną strukturę kości - powiedział kierownik, odbierając od niego urządzenie.
- Dziękuję? - odpowiedziała niepewnie Bulma. To był chyba najdziwniejszy komplement jaki słyszała.
- To niespotykana w tych stronach rasa. - ciągnął kosmita, kompletnie ignorując reakcję dziewczyny. - Można by za nią sporo dostać na rynku. To jakaś krzyżówka Atlestian?
- Zachowaj swoje uwagi dla siebie. - uciął Vegeta.
- Oczywiście. Mogę czymś jeszcze służyć?
- Możesz mi zejść z oczu
Starzec kiwnął mu uprzejmie i swoim śmiesznym krokiem odszedł w kierunku grupki naukowców.
- Wychodzimy – Vegeta pchnął ją do drzwi.
- Nie musisz mnie tak szarpać - zaprotestowała przechodząc przez próg. - Czemu nie dałeś mi skończyć?
- Miałaś nie odzywać się bez pozwolenia.
- Przepraszam, chciałam tylko pomóc. Bycie grzecznym to tu grzech?
- Grzeczność nie pomoże ci tu przetrwać.
Zamilkł, gdy minęło ich dwóch kosmitów. Czując na sobie ich lustrujące spojrzenia, Bulma przysunęła się bliżej do Vegety i złapała go za rękę. Żołnierze zarechotali widząc to.
- Na co się gapicie? - Vegeta warknął na nich i wyrwał się z jej rąk. Gdy kosmici zniknęli za zakrętem, złapał ją za ramiona i przycisnął do ściany.
- Przestań tak robić! Nie rozumiesz? Im bardziej będziesz im pokazywać, że chcesz ze mną zostać, tym bardziej będą starali się cię ode mnie zabrać, byleby zrobić mi na złość!
- Nic na to nie poradzę! To nie moja wina, że się boję! Przecież możesz się nimi zająć. Widziałam jak się ciebie boją. Jesteś od nich o wiele silniejszy, prawda?
- Nie będę dla ciebie nadstawiał karku. Nie jestem na swoim terenie i nie mam zamiaru z nimi zadzierać przez twoją głupotę. Więc siedź cicho i się nie wychylaj, a wyjdziesz z tego cało. To, co groziło ci na Muddzie to nic w porównaniu z tym, co może cię spotkać tutaj.
Bulma spuściła oczy w zawstydzeniu i zagryzła usta.
- Przepraszam – wymamrotała.
Vegeta puścił ją w końcu i westchnął głęboko. Rozejrzał się po korytarzu, zastanawiając się nad czymś.
- Chodź – złapał ją mocno za nadgarstek (Bulma pomyślała, że jeśli nie przestanie tak się z nią obchodzić, jej ręce staną się jednym wielkim siniakiem) i pociągnął za sobą.
- Gdzie idziemy?
- Tam gdzie przestaniesz zwracać na siebie uwagę.
Za najbliższym zakrętem wspięli się na górę po schodach kilka pięter. Na każdej klatce schodowej było wielkie okno i Bulma mogła zobaczyć jak planeta wygląda na zewnątrz. Nie było tam za wiele do oglądania: na krajobraz składała się głownie goła, ciągnąca się w nieskończoność równina. Tam, gdzie kończyły się mury bazy, kończyła się cywilizacja. Czyli to było to samo co i na Muddzie, minus roślinność.
- Więc to jest ta stacja Biztz II? - zapytała Bulma, zsuwając jego rękę ze swojego nadgarstka na dłoń – tak było o wiele wygodniej być ciągniętą po schodach.
- Tak.
- Inaczej ją sobie wyobrażałam.
- A czego się spodziewałaś? Marmurowych posadzek i komitetu powitalnego?
- Może. Ale na pewno nie tych wszystkich strasznych ludzi. Miałam nadzieję, że to tylko ty jesteś taki nieprzyjazny. Kto by pomyślał, że okażesz się najmilszą osobą jaką spotkam w kosmosie.
- Radziłbym ci mnie nie przeceniać. Nawet mnie nie znasz.
- Wiem, że nie jesteś tak straszny jak oni - odparła, rozglądając się wokół nerwowo i jeszcze mocniej zaciskając w ręce jego dłoń. Nagle straciła zainteresowanie krajobrazem na zewnątrz i wbiła w niego wzrok, pytając z paniką w głosie:
- I nie masz zamiaru mnie sprzedać, prawda?
- Nie. I tak idiota, który zdecydowałby się cię kupić, zaraz by tego pożałował. Jesteś nie do zniesienia.
Uśmiechnęła się blado i rozluźniła trochę.
- Czy tu zawsze jest tak ciemno?
- To ostatnia planeta tego układu. Słońce praktycznie tu nie dociera.
- To po co wybudowali tu tą bazę?
- Ten kwadrant to zaścianek wszechświata. Ale jest na trasie przelotowej pomiędzy dwiema największymi galaktykami Imperium. Faaz jest taki wkurwiony bo tkwi tu już z dziesięć lat. Coś spieprzył i przenieśli do najgorszej dziury we wszechświecie. Nie dziwię się. Za sam wygląd powinni go tu zesłać.
- Czyli znałeś już ich wcześniej?
- Byłem tu już dwa razy.
Wspinaczkę po schodach skończyli na piątym piętrze. Korytarz był sporo węższy od tego na dole i cały usiany był drzwiami, symetrycznie umocowanymi wzdłuż ścian co kilka metrów. Gdy mijali jedne z nich, ktoś wypadł z jednego z pokojów, prawie zderzając się z nimi. Tym razem była to kobieta. Co do tego Bulma nie miała żadnych wątpliwości. Była ruda, bardzo wysoka i dość tęga, ale przy tym muskularna. Zielony pancerz z trudem mieścił jej obfity biust, prawie wylewający się górą. Gdyby Bulma miała kiedykolwiek opisać Walkirię, to wyglądałby właśnie tak jak ona. Z zaskakującą jak na jej rozmiary zwinnością ominęła ich i przysunęła się do ścian, robiąc im miejsce. Początkowo nie zwracała na nich uwagi, ale wystarczył jeden rzut oka na Vegetę i jej twarz wypełniła się szczerym zdumieniem.
- A kogo to moje piękne oczy widzą? Vegeta? A niech mnie, to naprawdę ty! Kopę lat! Słyszałam, że byłeś tu niedawno, ale się z tobą rozminęłam. Kto by pomyślał! Gdy ostatnio cię widziałam, byłeś jeszcze słodziutkim chłopcem, a teraz proszę, już prawie mężczyzna! - uderzyła dłońmi o potężne uda. - Och, nie pamiętasz mnie? To nic, ważne że ja pamiętam ciebie. Ciebie i tego wielkoluda z wąsikami. Nieźle się z nim bawiłam kiedy ostatnim razem zahaczyliście o nasz mały zakątek. No, ale widzę, że jesteś zajęty, nie będę przeszkadzać. - zmierzyła Bulmę wzrokiem. - Ładniutka. Przekaż Nappie gorące buziaki ode mnie!
Pomachała mu jeszcze na pożegnanie i kołysząc krągłymi biodrami opuściła korytarz.
- Kto to był? - zapytała w końcu Bulma, odprowadzając nieznajomą wzrokiem aż do samych schodów.
- Nie mam zielonego pojęcia.
Przeszli jeszcze pół korytarza zanim Vegeta zatrzymał się przed jednymi z drzwi i otworzył je, wpisując kod na panelu na ścianie obok.
- Co za idioci. Nawet nie zmienili hasła.
- Nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam tyle komplementów jednego dnia. - Bulma oparła się o ścianę. - Tyle, że żaden z nich nie był na miejscu. To tak jakby powiedzieć świni, że będzie smakowitym hamburgerem.
- Nie rozumiem ani słowa z tego co mówisz.
- Nieważne - powiedziała wchodząc za nim do pokoju. - Za długo by tłumaczyć. Czasami zapominam, ze nie jesteś z Ziemi. Jak to jest, ze jesteś taki podobny do mojej rasy, kiedy inni przypominają mi bardziej zwierzęta?
- Nie przypominam cię pod żadnym względem.
- Oczywiście, że nie wyglądasz jak ja. Ja jestem wyjątkowa - poprawiła zalotnie włosy. - Ale gdybyś przeszedł się ulicą, nikt nie zauważyłby różnicy, No, może oprócz tego ogona.
- Zostaw mój ogon w spokoju.
- Przecież nie mówię, że jest zły. To bardzo ładny ogon... jak na ogon. To twój pokój?
- Nie mój, mówiłem ci, ze jestem tu drugi raz. Zatrzymałem się tutaj cztery dni temu, wracając z misji. Zaczynało brakować paliwa w kapsule, wiec zostawiłem ja tutaj i wziąłem nową. To był błąd. Powinienem zaczekać aż zserwisują moją i byłbym już na miejscu.
- W domu?
- W mojej bazie.
Pokój utrzymany był w tym samym stylu co reszta stacji – biały, zaniedbany i ciasny, a za jedyne meble służyło wąskie łóżko na metalowym stelażu, stojąca na przeciw niego szafka i zlew. Żadnych okien, ozdób czy śladów zamieszkania.
- Trochę tu pusto.
- Nikt nie używa tych pokoi. Stali mieszkańcy bazy to niewiele ponad dwadzieścia osób, łącznie z mechanikami.
- To czemu jest taka wieka?
- Dla przejezdnych. Bywa tu tłoczno. Poprzednim razem byłem tu kiedy krążownik Friezy wracał z C73. Pięciuset żołnierzy o mało co nie rozniosło bazy.
- Kim jest Frieza?
Vegeta nie musiał odpowiadać na to pytanie, bo Bulma straciła nim wszelkie zainteresowanie gdy zobaczyła swoje odbicie w wiszącym nad zlewem lustrem. O mało co nie krzyknęła na swój widok.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że jest ze mną aż tak źle?
- Wyglądasz niewiele gorzej niż na początku.
- Zapewniam cię, że na co dzień wyglądam tysiąc, nie, milion razy lepiej. Jak mogą prawić mi komplementy kiedy wyglądam tak paskudnie?
- Może już dawno nie widzieli niczego ładnego.
- Uważasz, że jestem ładna?
- Widziałem ładniejsze.
- Uważasz ze jestem ładna!
Vegeta tylko fuknął zniesmaczony i usiadł na szafce..
- Och, nie bój się, jeden mały komplement nie przewróci mi w głowie.
- Wydawało mi się, ze miałaś już ich na dziś dosyć.
- Nawet najsłodsze słowa od tych... Tych szumowin nie są warte splunięcia. Wyglądają jak zwierzęta i tak się zachowują.
- Większość z żołnierzy nimi jest.
- No to mam szczęście, że na ciebie trafiłam.
- Patrząc z twojej perspektywy, nie różnie się wiele od nich.
- Nie mów tak.
- Ostrzegałem cię - nie znasz mnie. Zajmuję się dokładnie tym samym co oni.
- Co gorszego niż strzelanie do małp możesz robić?
- Głownie konkwistę.
Wytrzeszczyła oczy ze zgrozy.
- Podbój - wyjaśnił, biorąc wyraz jej twarzy za niezrozumienie. - Przylecieć, wyrżnąć mieszkańców i nie zabrudzić się przy tym za bardzo. Potem urzędnicy zajmują się sprzedażą planety, albo jeśli ma jakieś znaczące złoża surowców, zakłada się kolonię i buduje kopalnie i rafinerie.
Bulmę przeszedł dreszcz. Mówił o tym tak spokojnie, jakby to była praca w biurze! Oni, on zajmował się na co dzień zabijaniem ludzi i sprzedażą ich ziemi!
- Nie patrz tak na mnie. Takie jest życie tutaj i tego nie zmienisz.
- I godzisz się na to?
- Nie ma innego wyboru. Z reszta już przywykłem i wcale mi to nie przeszkadza. Są o niebo gorsze rzeczy do robienia w życiu niż podbój planet.
- A ta misja, tą z którą cię wysłali? - zapytała. Czy kiedy go spotkała i powierzyła mu swój los, był ledwo co po dokonaniu ludobójstwa?
- Głupota. Miałem udać się na planetę, prawdopodobieństwo bogatych złóż kilku cennych minerałów i pobrać próbki.
- To była zamieszkała planeta?
- Pytasz się czy kogoś tam zabiłem? Nie, nie była zaludniona. - oparł głowę o ścianę za nim i potarł palcami nasadę nosa. - Wysyłać mnie na drugi koniec wszechświata z takimi pierdołami. Powinienem robić ważniejsze, sensowniejsze rzeczy.
- Jak zabijanie ludzi?
- Czemu się tego tak uczepiłaś? Jestem żołnierzem. Walczę, zabijam, podbijam. Czego się spodziewałaś, że ratujemy zagrożone ekosystemy?
- Nie.
- Dobrze. I nie waż mi się tu płakać.
- Dlaczego myślisz, że miałam takie zamiar? - w tej chwili czuła więcej gniewu niż żalu.
- Bo wyglądasz jakbyś miała się zaraz położyć i umrzeć.
- Jestem po prostu zmęczona.
- To przez hibernację. Twoje ciało nie jest przyzwyczajone do stanu stasis – podniósł się i ruszył ku drzwiom. - Zostań tu. Wrócę za jakiś czas.
- Nie zostawiaj mnie samej! - Bulma zerwała się na nogi.
- Zamknę za sobą drzwi. Nikt oprócz mnie tu nie wejdzie.
- Obiecujesz?
- Tak.
- Vegeta? - zawołała zanim zniknął za drzwiami.
- Tak?
- Wracaj szybko.
.
Bulma pochyliła się nad kranem i przyłożyła usta do strumienia wody. Już prawie zapomniała jak dobrze smakuje przefiltrowana, metalicznie pachnąca woda z kranu. Gdy wyprostowała się i przyjrzała się sobie dokładniej w lustrze, okazało się, że wygląda jeszcze okropniej niż wydawało się jej wcześniej. Jej włosy były nieświeże i posklejane od błota, a ochlapanie twarzy wodą tylko rozmazało brud na niezdrowo bladej twarzy. To, co widziała w lustrze, nie było nią. To nie była Bulmą Briefs, śliczna, uśmiechniętą , pewną siebie dziewczyna w drogich ciuchach. Ta brudna, zmęczona twarz z wystraszonymi oczami należała do kogoś innego. Nie do niej. Bulma odkręciła kran do oporu i wsadziła głowę pod wodę. Była upiornie zimna, ale nie obchodziło jej to. Z werwą szorowała twarz i włosy płynem z dozownika wiszącego przy zlewie. Chciała zmyć z siebie brud, zmęczenie, strach i to okropne, lepkie uczucie, jakie zostawiły na jej skórze te wszystkie lubieżne spojrzenia, jakimi była taksowana odkąd się tu pojawiła. Woda strużkami spływała po jej plecach, mocząc ubranie, ale zignorowała to. Kiedy skończyła i palcami rozczesywała splątane włosy, odsunęła się od lustra, starając się już więcej w nie nie patrzeć.
Zrezygnowana, spojrzała na łóżko. Jeszcze dzień wcześniej oszalałaby z radości na jego widok, ale teraz bała się zamknąć oczy. Po chwili wahania usiadła na nim, dając ukojenie drżącym nogom. Nie mogła się jednak przemóc i położyć - każdy odgłos dochodzący z zewnątrz sprawiał, że podskakiwała ze strachu i z napięciem obserwowała drzwi, spodziewając się, ze lada chwila ktoś spróbuje się wedrzeć do środka. Widziała ich spojrzenia i starała się nie myśleć o tym, co kryło się za tymi krzywymi uśmiechami i zmrużonymi oczami. W końcu, nie mając już siły dalej się powstrzymywać, zaczęła płakać – przez cały ten czas myślała, że jeśli wydostanie się z Muddy, to najgorsze będzie już za nią i już wszystko skończy się dobrze. Skąd miała wiedzieć, że później wcale nie będzie lepiej? Tak bardzo chciała wrócić do domu, tak bardzo się bała! Dlaczego Vegeta nie powiedział jej co ją tu może czekać? I dlaczego zostawił ją samą? A co jeśli jednak ją tu zostawi albo komuś sprzeda? Miał rację, nie znała go, i choć bardzo chciała mu zaufać, nie wiedziała, czy może. On... On mimo wszystko był dobry, prawda? Nie pozwoliłby jej skrzywdzić. Może i zabijał ludzi, ale ją przecież lubił. Chyba ją lubił, a przynajmniej lubił na nią patrzeć. Taką miała nadzieję. Od kiedy tu przybyli, nie wspomniał co będzie dalej, jaki jest jego plan. Jeśli w ogóle miał jakiś plan.
W końcu, osłabiona strachem, płaczem i zmęczeniem, przytuliła głowę do materaca i zasnęła lekkim, niespokojnym snem.
.
Przechodząc przez białe korytarze, Vegeta bił się z myślami. I co teraz miał z nią zrobić? Na Muddzie był zbyt upojony wolnością żeby pomyśleć co będzie jak już wróci. To było nie do zniesienia. Zawsze, ale to zawsze miał jakiś plan. Vegeta już dawno nauczył się analizować każde swoje posunięcie, planować każdy ruch. Dzięki temu nadal był żywy. Dlaczego teraz tego nie zrobił? Powinien ją tu zostawić i nie zawracać sobie więcej głowy. Nie był za nią odpowiedzialny, nie miał z nią nic wspólnego. Nie obiecywał jej, że zabierze ją do domu. Nie było żadnej umowy, sama zadeklarowała się, że naprawi statek, nie było mowy o niczym więcej. Przecież nie może wziąć jej ze sobą!
Gdyby byli na jakiejkolwiek większej stacji, z czystym sumieniem mógłby ją tu zostawić. Była bystra, szybko wkręciłaby się do którejś z ekip technicznych i pracowała na siebie, żyjąc spokojnym życiem szeregowego poddanego Imperium Koldów. Mógłby wtedy od czasu do czasu zostawać tam na dłużej i...
Gdybanie było bez sensu. Tutaj mechaników i tak był nadmiar. Jeśli ją zostawi, skończy jak wiele innych bezbronnych rozbitków w takich miejscach. Nazywali je zjawami – złamane istoty o pustych oczach i zhańbionych ciałach, przemykające w cieniu, z dala od żywych mieszkańców stacji. Były zazwyczaj łupami, porywanymi z pobliskich planet albo niewolnikami, zostawionymi przez swoich właścicieli zatrzymującymi się na stacjach, kiedy ich wartość stawała się niższa od kosztów przetransportowania ich na planety kupieckie. Zostawały więc i zajmowały się najgorszymi pracami, żywiąc się resztkami i kryjąc się po kątach, byle z dala od stacjonujących tam żołnierzy, którzy traktowali je jak swoje zabawki. Na dużych stacjach była jeszcze jakaś kontrola, ale tam, gdzie oko władz rzadko zaglądało, zjawy były zdane na łaskę swoich dręczycieli. Ten właśnie los czekałby Bulmę gdyby ją zostawił. Erteka, kierownik stacji miał rację – można by dostać za nią sporą sumę na targu niewolników, ale najbliższy z nich był tak daleko, że mieszkańcom Biztz II na pewno nie chciałoby się fatygować. Zostawiliby ją dla siebie.
Żołądek Vegety mimowolnie ścisnął się na sama myśl o tym co by z nią zrobili. Widział, co działo się ze słabymi zostawionymi na pastwę losu i nie chciał, nie potrafił sobie wyobrazić jej takiej. Było w niej tyle tego głupiego uporu i żądzy życia!
Faaz i jemu podobni umarliby ze szczęścia mając taką zabawkę... Vegeta odwrócił się, słysząc za sobą kroki. O wilku mowa.
- Hej, Vegeta! - Faaz pewnym krokiem zmierzał w jego stronę, uśmiechając się prawie przyjaźnie
- Czego chcesz?
- Zawrzyjmy układ - odstąpisz mi tą swoja laleczkę jak już się nią nacieszysz, a kiedy już z nią skończę, obiecuję odesłać ją tam skąd ją wziąłeś i zapłacić za wszystko. Co mi tam, będę hojny. I tak dalej będzie warta swojej ceny. Założę się, że jest równie słodka i soczysta miedzy tymi ślicznymi udami jak się wydaje...
- Ona nie jest na sprzedaż.
- Jest twoja? To ją wypożyczę. Dobrze ci zapłacę. I tak nie mam pojęcia skąd możesz mieć wystarczająco dużo pieniędzy na kupno własnej dziwki.
- Moje finanse nie powinny cię obchodzić. Potrafię zadbać o siebie na tyle, żeby było mnie stać na co mi się podoba.
- Z tego co wiem, mobilni żołnierze nie mogą mieć własnych niewolników.
- Kto tak powiedział? Ty? Jesteś tylko brzydkim jak noc nieudacznikiem, którego zesłano na jakieś zadupie żeby tam zgnił i nie psuł widoków. Jesteś nikim Faaz, i nie masz absolutnie żadnej wiedzy o tym, co dzieje się poza tą zabitą dechami dziurą. I nie sądzę żeby coś miało się zmienić w tej materii do końca twojego bezwartościowego życia.
- Och, jasne, że liczę się mniej niż cenna małpeczka Friezy. - zachichotał Faaz. - Słyszałem o tobie kilka plotek. Na pewno nasz pan dobrze ci płaci za twoje usługi.
- Na twoim miejscu cofnąłbym te słowa. -Vegeta zacisnął dłonie w pięści.
- Bo co, poskarżysz się Lordowi?
- Bo wepchnę ci je z powrotem do gardła. Zastanów się, Faaz, jesteś już w czarnej dupie nawet bez poprzetrącanych gnatów. Kaleka na niewiele się przyda nawet tutaj. Ale śmiało, nie krępuj się. Możemy zobaczyć, czy jesteś równie silny w walce jak w gębie.
Poziom siły Faaza nie przekraczał trzystu jednostek i obaj doskonale wiedzieli, że w starciu z Vegetą nie miałby żadnych szans. Jedyne co mógł zrobić, to jak pies obnażyć zęby w złości i wycofać się.
- Masz coś jeszcze do powiedzenia? Tak myślałem. A teraz zejdź mi z oczu, patrzenie na ciebie uszkodzi mi wzrok.
- Radziłbym ci pilnować tej twojej gołąbeczki - Faaz złośliwie wyszczerzył brzydkie zęby. - Nie jestem tutaj jedynym, który już od dawna nie miał kobiety. I nie każdy najpierw zapyta cię o zdanie.
- Dzięki za troskę. Poradzę sobie.
- Taak, na pewno. - rzucił kosmita na odchodnym.
Słowa Faaza przypieczętowały to, czego Vegeta najbardziej się obawiał. To zaczynało się już robić nudne. Już słyszał słowa Radditza gdy wszystko się wyda: "Wystarczy jedna egzotyczna cipka a już robisz się miękki. Albo twardy, mówiąc dokładniej!". Niech szlag trafi resztki jego sumienia. To będzie ostatnia głupia, dobra rzecz którą zrobi w swoim życiu.
.
Kiedy Bulma otworzyła oczy, pierwsze co ujrzała to Vegeta, opierający się o stolik na przeciwko łożka i wpatrujący się nią ze zmarszczonym czołem. Podniosła się szybko, mając nadzieję, że nie było po niej widać, że płakała.
- Nie słyszałam jak wchodziłeś. Od dawna już tu jesteś?
- Niezbyt długo.
Zauważyła, że zmienił brudne ubranie – nowy trykot był ciemniejszy od poprzedniego, a pancerz mniej zabudowany.
Przetarła zaspane oczy i wyprostowała obolałe plecy – drzemka na twardej pryczy nie była wiele lepsza od nocy spędzonej na gołej ziemi. Spała na boku, więc wilgotne włosy po tej stronie przykleiły się jej do twarzy. Skoro były jeszcze mokre, to nie mogła spać więcej niż dwie godziny. Czuła się trochę lepiej niż przed zaśnięciem - jej ciało musiało przyzwyczaić się już do grawitacji. Wciąż czuła się, jak gdyby miała głowę pełną waty, ale płuca już nie buntowały się za każdym oddechem.
- Te smocze kule – Vegeta zapytał niespodziewanie. - Jak je odnalazłaś?
- Więc jednak mi uwierzyłeś? - Bulma uśmiechnęła się i przesunęła w bok, robiąc mu miejsce na łóżku. Zawahał się, ale po chwili usiadł obok niej. - Czemu pytasz?
- Jestem ciekaw, po prostu.
- Skonstruowałam specjalny radar. Widzisz, Smocze Kule wydzielają specyficzne promieniowanie, które można wyśledzić jeśli opracuje się... Ale ciebie przecież nie interesuje technika. W wielkim skrócie – zbudowałam radar pokazujący gdzie się znajdują i podróżowałam po świecie, znajdując jedną po drugiej.
- Długo ci to zajęło?
- Kilka miesięcy. Miałam fundusze i czas, więc całkiem prędko mi poszło. Aż dziw bierze, że tak szybko to zrobiłam.
- Sama?
- Tak.
- Ci twoi rodzice chyba jednak aż tak o ciebie nie dbają, skoro pozwolili ci na samotne włóczenie się po planecie.
- Odczep się od moich rodziców. Ufają mi.
- I reszcie twojego świata też?
- Umiem sobie poradzić. Mój świat jest o niebo bezpieczniejszy od twojego.
- Jeśli tak mówisz – odparł znudzony.
Bulma uśmiechnęła się i odgarnęła włosy za ucho. To był Vegeta, którego jej brakowało.
- A o co byś poprosił gdybyś dostał to jedno życzenie tylko dla siebie?
- Ty nie powiedziałaś o co prosiłaś.
- Nadal nie mam zamiaru.
- No to jesteśmy kwita. - uśmiechnął się krzywo i wstał na nogi. - Czas na nas. Za chwilę kończy się zmiana w hangarze. Musimy jeszcze znaleźć mapę twojej galaktyki i...
- Więc wracam do domu?
- Zaoferowałaś, że pomożesz mi wydostać się z Muddy. Odwdzięczam się.
- Ale przecież mi się nie udało!
- Chcesz się stad wydostać czy nie?
- Nie będziesz miał przez to kłopotów?
- Kłopoty z pewnością dopadną mnie jeśli zostaniesz tu jeszcze choćby godzinę dłużej. Przyciągasz je jak magnes.
- Taki już mój urok.
.
Mieli dokładnie dwanaście minut na zejście na dół, dostanie się do hangaru i uruchomienie statku zanim zacznie się nocny obchód korytarzy. Vegeta żałował, że nie przemyślał wszystkiego wcześniej – musiał naprędce sprawdzić którędy najbezpieczniej będzie iść, by pozostać niezauważonym i wypytać dyskretnie któregoś z mniej rozgarniętych mechaników gdzie dokładnie mieszczą się śluzy, z których stratowały kapsuły. Ka ich korzyść był stan budynku – monitoring bazy swoje najlepsze czasy miał już dawno za sobą, a praktycznie połowa kamer nie działała, wisząc pod sufitami tylko dla zasady.
Nie byłoby żadnego problemu, gdyby chodziło tylko o niego, ale Bulma z jej powolnym, głośnym chodem i irytującą niezdarnością nie pasowała do tego teoretycznie sprawnego planu.
- Nie możesz iść ciszej?
- To nie moja wina, ze tenisówki mi ślizgają się po tej podłodze.
- Pośpiesz się, musimy zdążyć zanim przyjdzie nocna warta.
- Warta?
- Patrolują korytarze. Jakby było tu czego pilnować. Prędzej!
Dziewczyna zacisnęła zęby i zrobiła to, o co prosił tylko po to, żeby nie wyrobiła się na zakręcie i upaść. Głuchy dźwięk jej upadku rozszedł się echem po pustym korytarzu.
- Niech to szlag, zawsze musisz narobić kłopotów.
- Przecież st...
Vegeta chwycił ją za ubranie i wepchnął we wnękę drzwi.
- Kto tam jest? - rozległ się głos.
- Tylko ja! - odkrzyknął Vegeta, podchodząc do wychodzącego z klatki schodowej wartownika. Było za wcześnie! Pieprzony nadgorliwiec się znalazł.
- To znaczy kto?
- Podporucznik Vegeta, kwadrant drugi, planeta F318.
- Planeta Friezy? - wartownik zapytał zdumiony.
- Tak.
- Łał. To co tu robisz?
- Zadaję sobie to samo pytanie.
- Heh. Ale serio, technicy już skończyli zmianę, nie powinno cię tu być.
Vegeta otworzył usta, żeby odpowiedzieć gdy poczuł ciepłą dłoń przesuwającą się po jego boku.
- Zwiedzamy - powiedziała Bulma słodkim głosem i stając za nim, oparła głowę o jego ramię. - To chyba nie jest zabronione?
Wartownik popatrzył najpierw na nią, potem na niego i uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Dobra, tylko pośpieszcie się. Wszyscy będziemy mieli kłopoty jeżeli ktoś jeszcze was tu zastanie.
- Wielkie dzięki – odwzajemniła uśmiech i biorąc Vegetę za rękę, pociągnęła go dalej korytarzem..
- Nie potrzebowałem twojej pomocy! - wszeptał, kiedy oddalili się już od żołnierza.
- Ale się przydała, prawda?
- Nie mamy czasu na przekonywanie się kto ma rację. Musisz się stąd zabrać zanim ten idiota skojarzy, że nie jesteś prostytutką. To nie był przekonywujący występ.
- Jakbyś coś o tym wiedział.
- Zdziwiłabyś się.
Tak jak myślał, drzwi hangaru nie były blokowane na noc. Tak samo jak system nawigacji statków.
- Szukałem w bazie danych twojej planety. Lista rozwiniętych technologicznie planet nie należących do imperium Koldów, biorąc pod uwagę to, ze nie masz pojęcia kim jest Frieza, jest zawężona.
- To pokaż mi je!
- Już.
Strona po stronie, Vegeta przesuwał mapy na ekranie, patrząc na skupioną nad migającymi przed nią układami planetarnymi Bulmę. Łuna monitora odbijała się w jej jasnych oczach, rozświetlając wyraz determinacji na jej ładnej twarzy. Przez chwilę, dosłownie kilka sekund miał ochotę zrezygnować. Wystarczyłoby unieść dłoń i oddać jeden malutki strzał, a zostałaby tutaj, z nim... To nie mało sensu. Już podjął decyzję.
- Stój! Cofnij do tej poprzedniej! - wykrzyknęła, machając ręką. - To ta!
- Jesteś pewna?
- Tak, to Mleczna Droga! I Układ Słoneczny!
- S318. Daleko.
- Ile może zająć mi podróż?
- Nie wiem, kilka dni. To nic, w hibernacji nawet nie poczujesz upływu czasu.
- Znowu zasnę? A co jeśli coś nawali?
- Hibernacja wyłącza się automatycznie jeśli coś nawali w systemie statku, żeby pilot mógł ustawić koordynaty do lądowania awaryjnego. Nic ci nie będzie.
- Na pewno?
- Módl się o to.
Podeszli do śluzy – wysokiej metalowej konstrukcji na której tuż przy ziemi wisiała w zaczepach kapsuła. Szczęście im sprzyjało – nie było w niej jego starej kapsuły, tylko któraś z zapasowych. Jeśli nikt nie zwróci uwagi, jej zniknięcie mogą odkryć nawet dopiero po kilku dniach.
Vegeta przez konsoletę na śluzie otworzył statek i wszedł do środka, żeby ustawić koordynaty. Tak jak myślał, kapsuła wyglądała na rzadko używaną.
- Moja oferta jest nadal aktualna - dobiegł go z zewnątrz głos Bulmy.
- Jaka oferta?
- Że jeśli kiedyś jakimś cudem będziesz w okolicach Ziemi, mógłbyś mnie odwiedzić. Pytaj o Korporację Kapsuła. Każdy na Ziemi o niej słyszał. To jedna z największych firm na świecie.
- Twój ojciec tam pracuje?
- Nie, jest jej właścicielem.
- Gotowe - Vegeta wyszedł na zewnątrz i splótł ręce na piesi. - Wystarczy, że zdejmę blokady ze śluzy i możesz lecieć.
- Mam jeszcze tyle pytań! Jeszcze tylu rzeczy chciałabym się o tobie dowiedzieć!
- Nie wiem czy byłby to dobry pomysł.
Uśmiechnęła się tylko i wyciągnęła do niego rękę.
- Tak żegnamy się na Ziemi.
Powoli podał jej dłoń pozwalając, by zacisnęła na niej swoje drobne palce i potrząsnęła nią delikatnie, trochę dłużej niż wydawało mu się to konieczne.
- No to byłoby chyba tyle.
- Tak. Wiesz, że znajdę cię i zabiję jeśli nie odeślesz kapsuły natychmiast po przybyciu na swoją planetę?
- Wiem – odparła nie kryjąc uśmiechu. W końcu, z lekkim ociąganiem rozluźniła palce i wypuściła jego rękę, która natychmiast powędrowała do piersi, splatając się z drugą w jego zwyczajowej postawie.
- Spływaj i żebym już nigdy więcej nie musiał cię oglądać.
- Liczę na to tak samo mocno jak ty.
Wrócił do konsoli i wcisnął przycisk uwalniający kapsułę z zaczepów. Gdy tylko puściły, włączył się alarm.
- Kurwa!
Prawie jednocześnie z alarmem, do hangaru wpadł wartownik.
- Hej, miałeś ją bzyknąć, a nie oddawać jej nasze kapsuły! Wiesz ile taka...
Nie dokończył, gdy Vegeta w ułamku sekundy znalazł się przy nim i chwytając go za kark, miotnął nim o ścianę. Nim upadł na ziemię, Vegeta już był z powrotem przy kapsule.
- Na co jeszcze czekasz? - ponaglił Bulmę. - Uciekaj póki możesz!
Dziewczyna rzuciła się do kapsuły i już miała do niej wejść gdy zatrzymała się w pół kroku, odwróciła gwałtownie na pięcie i zanim Vegeta zdążył zareagować, podbiegła do niego i przycisnęła swoje usta do jego własnych. Zszokowany, szeroko rozwartymi oczami wpatrywał się w jej własne, szczelnie zamknięte i tylko drgającymi niebieskimi rzęsami zdradzającymi, że to działo się naprawdę. Nim spróbował odwzajemnić pocałunek, oderwała się od niego i biegiem wskoczyła do kapsuły. Nie czekając ani chwili dłużej, wprowadził sekwencję startu i wcisnął guzik. Kapsuła wystartowała z hukiem, zostawiając po sobie tylko powiew gorącego powietrza.
Za sobą usłyszał tupot kilkunastu par nóg i nerwowe okrzyki tłoczących się w drzwiach żołnierzy.
- Podporucznik Vegeta!
To było do przewidzenia, pomyślał odwracając się powoli. Nie ma jak to sobie utrudnić życie.
Epilog:
Lądowanie, zgodnie z tym co wprowadziła do systemu, odbyło się na polu, jeśli się nie myliła, niedaleko miejsca, z którego zabrał ja Smok. Kapsuła wbiła się w ziemię z impetem, ale o dziwno w jej środku poczuła tylko mały wstrząs. Lekkim krokiem zeszła po trapie i wychodząc z krateru jaki powstał w okół kapsuły, zważyła pilot w dłoni. Cudnie byłoby ją zostawić dla siebie, ale przecież obiecała. Wzdychając ciężko, wcisnęła start i z żalem patrzyła, jak statek unosi się w powietrze. Vegeta powinien być zadowolony.
Chyba będzie jej go brakowało. Nie spotkała jeszcze nigdy kogoś takiego jak on. Był inteligentny, samolubny, wybuchowy i władczy, zupełnie jak... jak ona. Ale w gruncie rzeczy całkiem dobrze jej się z nim współpracowało. I przekonała się, że pod tą gburowatą powłoką kryło się dobre, choć trochę dzikie serce. Dotknęła swoich ust – to co zrobiła to był impuls, trochę teatralne zakończenie ich znajomości. Dziewczyna potrzebuje trochę dramatyzmu, prawda? Będzie miała co opowiadać swoim wnukom. A może nawet napisze książkę. „Jak Bulma spotkała swoje przeznaczenie – wspomnienia z wyprawy po idealnego chłopaka". Szkoda tylko, że Smok jej nie zrozumiał i go nie spotkała...
Nagle zamarła.
Nie. Nieee... Smok... się pomylił, prawda? Przejęzyczyła się i wysłał ją w dzicz, żeby spróbowała prawdziwego, trudnego życia. Nie trafiłaby tam z innego powodu, co nie? Przecież on chciała księcia z bajki, nie źle wychowanego, gburowatego kosmitę! ...Księcia.
Krzyknęła i zamachała w kierunku kapsuły, będącej już tylko malutkim punkcikiem na niebie.
- Wracaj! Wracaj tu, ty bezużyteczna kupo złomu!
Krzyczała tak długo, aż statek zniknął z jej oczu. Nogi obsunęły się pod nią. To nie powinno tak się skończyć!
Ktoś do niej zawołał, ale nie zwróciła na to uwagi. Jak mogła się tak pomylić? Jak?
W akompaniamencie okrzyków przybiegła do niej niska, krępa kobieta w żółtym, brudnym fartuchu. Jej zaczerwieniona twarz od wysiłku twarz wyrażała troskę.
- Słyszałam krzyki. Czy coś się stało? Mogę ci w czymś pomóc, dziecko? – zapytała zaniepokojona.
Bulma wytarła ręką oczy i spojrzała jeszcze raz w niebo.
- Nie, już nikt nie może mi pomóc.
Wykąpana, najedzona i ubrana w czystą, ciepłą piżamę, Bulma leżała w swoim łóżku, wsłuchując się w tykanie stojącego na nocnym stoliku budzika. Myliła się, jej rodzice zauważyli, że zniknęła. Kobieta, która ja znalazła pozwoliła jej skorzystać ze swojego telefonu i kiedy skontaktowała się z rodzicami, nie minęło nawet pół godziny i byli na miejscu. Okazało się, że już wieczorem, tego samego dnia kiedy zniknęła dzwonili do niej, a kiedy za piątym razem nadal nie odpowiadała, postawili na nogi całą japońska policję. W czasie gdy ona próbowała zaprzyjaźnić się z kosmitą, na Ziemi przeczesywano lasy i rzeki w jej poszukiwaniach.
Kiedy rodzice tylko ja ujrzeli, na przemian płacząc i śmiejąc się tulili ją do siebie tak mocno, że aż bolało. Nikt nie kazał jej niczego wyjaśniać, a kiedy jakiś detektyw chciał ją przesłuchać, tata stanowczo jak nigdy sprzeciwił się, uprzejmie podziękował za okazana pomoc i kazał mu zostawić ja w spokoju. Dopiero kiedy dotarli do domu bardzo spokojnie zapytał ją co się stało. Bulma była zbyt zmęczona żeby wymyślać historyjki i zbyt uradowana ich widokiem by móc kłamać im prosto w oczy, wiec powiedziała prawdę. Nie była pewna czy uwierzyli, ale żadne z nich nie zapytało o więcej niż im powiedziała. Potem odprowadzili ja do jej pokoju, utulili do snu i wyszli, pozwalając jej wreszcie odpocząć i zebrać myśli. A nie chciała tego zrobić. Podczas całego tego zamieszania, jakie wywołał jej powrót nie miała czasu myśleć o tym co się stało, ale teraz , leżąc w ciszy sam na sam ze swoimi myślami.
Nie mogła uwierzyć, że była taka głupia. Patrząc z perspektywy czasu, los dawał jej wszystkie możliwe znaki, a ona jak ostatnia idiotka niczego nie zauważyła. Nie, nie mogła powiedzieć, żeby była zakochana w Vegecie – nie była nawet pewna czy go lubiła. Ale istniało prawdopodobieństwo, ba, było pewne, że gdyby spędziła z nim więcej czasu, poznała go lepiej, coś dobrego mogłoby się wydarzyć. Gdyby tylko poznali się w innych okolicznościach! Gdyby miała jeszcze jedną szansę...
Przecież ja miała. Miała! Zgodnie z legendą Smocze Kule odzyskiwały moc już rok po wypowiedzeniu życzenia. Wystarczyło odczekać tylko rok, a spotka się z nim znowu!
Tak, odnajdzie Kule jeszcze raz i poprosi, tym razem najprościej i najdokładniej jak się da, by to Vegeta znalazł się na jej planecie. I zaczną wszystko od początku. Następnym razem... Następnym razem będzie inaczej – bez krzyków, kłótni i walki o wyrwanie się z obcej planety. Następnym razem poznają się na spokojnie, tak jak sobie to wymarzy.
Nie wiedziała jeszcze jak bardzo się myliła.
Koniec.
