5.

Wstałem, skoro świt (właśnie dochodziła dziewiąta) i po dokonaniu codziennej toalety, starannie zaścieliłem łóżko, po czym ruszyłem do mojej małej kuchni, by zrobić sobie śniadanie. Mamusia zawsze mówiła, że śniadanie, to najważniejszy posiłek dnia i nie powinno się wychodzić do pracy o pustym żołądku. Dlatego, jak każdego ranka, zrobiłem sobie jajka po benedyktyńsku (moje ulubione), zieloną herbatę (podobno dobrze robi na trawienie, choć smakuje, jak trawa…) i grzanki. Posilony na ciele, szybko uwinąłem się z porządkami, bo nie lubię mieszkać w chlewie i oceniwszy w lustrze swój wygląd, jako dość schludny (w porównaniu Bobbym, byłem masterem czystości!), zdecydowałem, że czas zająć się sprawą mojej pierwszej i jak dotąd jedynej klientki.

Jako, że po ostatnim biznesie pozostał mi tylko stary van, miałem przynajmniej auto, które nie rzucało się w oczy (no, może poza naklejką I LOVE D.C., umieszczoną na zderzaku- daję słowo, że nie wiem, skąd się tam wzięła!), co, dla takiego speca jak ja, było rzeczą niebagatelną. W naszym fachu, niewidzialność, to podstawa sukcesu! Tak więc, odpaliłem silnik i ruszyłem do pierwszego miejsca, jakie mi przyszło na myśl- do biblioteki miejskiej…

Spytacie pewnie, po jakie licho? Pomyślcie sami… Kiedy opowiadałem wam o moim biurze, zapewnie zauważyliście, że nie posiadam komputera. Co prawda, miałem kiedyś laptopa, ale poległ on śmiercią tragiczną, gdy mamusia, podczas jednej ze swoich wizyt, nieopatrznie upuściła na niego garnek z gorącą zupą. Miałem kupić sobie nowego, ale po fiasku z Otisem i remoncie biura… Sami wiecie… W każdym bądź razie, już dawno odkryłem, że w Internecie można znaleźć wiele ciekawych informacji, stąd moja wycieczka.

Godzinkę później, siedziałem już w mało wygodnym, bibliotecznym krześle i logowałem się na Google, celem inwigilacji pana Pavarottiego. Powiecie, czemu nie skorzystałem z jednej z tysięcy kafejek internetowych, jakie są w mieście? To proste, po jakiego grzyba mam płacić za coś, co tutaj mam za darmo? W końcu, nie jestem milionerem, żeby wyrzucać pieniądze w błoto. Po drugie, jak na razie, budżet tej sprawy był, najłagodniej mówiąc, ograniczony, przynajmniej do czasu, aż odnajdę tego Guido i odzyskam pieniądze, które ukradł Trudy.

Jak zapewne się domyślacie, po kilku godzinach przed monitorem, miałem jedno wielkie NIC. Facet zwyczajnie nie istniał, a skoro tak, to będzie ciężej niż się spodziewałem. Tu potrzeba było speca większego kalibru i tak się świetnie składało, że znałem takiego, a dokładniej mówiąc, taką…

Niewiele myśląc, opuściłem bibliotekę, uważając, by nie dostrzegła mnie Hilda, miejscowa szefowa, której wisiałem dwie książki. Fakt, mogłem je po prostu dziś oddać, ale musiałbym zapłacić słoną karę za przetrzymywanie, a znacie zawartość moich kieszeni. Wykorzystując więc swoją detektywistyczną wiedzę o ukrywaniu, cichcem przemknąłem do wyjścia, tuż pod wielkim nosem Hildy i popędziłem na parking, gdzie właśnie pojawiła się policjantka sprawdzająca parkometry. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego… Nim zdążyłem dolecieć do samochodu i wytłumaczyć kobitce powód swego spóźnienia, wypisała elegancki, żółty papierek i wetknęła mi go za wycieraczkę.

-„ Świetnie! Tylko mandatu mi teraz brakowało!"- pomyślałem, chowając nakaz zapłaty do kieszeni.-„ Może mój spec coś na to poradzi…"

Z kwaśną miną, ponownie odpaliłem silnik i skierowałem się na Pennsylvania Avenue, gdzie od rana urzędowali moi najlepsi przyjaciele…

Z trudem pokonałem gigantyczny korek na rogu Alabama i Branch Ave., ale wreszcie wyjechałem na luźniejszy odcinek drogi i już bez problemu dotarłem do siedziby FBI, by zasięgnąć rady najlepszych ekspertów w tej dziedzinie.

Powiecie, kiepski z ciebie detektyw, skoro prosisz o pomoc, a ja wam na to: KTO PYTA, NIE BŁĄDZI( tak mówi mamusia). Zanim więc znów powiecie coś głupiego, uprzedzę was, że prosić o pomoc, nie jest rzeczą złą, gorzej, gdy nie prosimy o nią wcale, bo kiedyś może się okazać, że już na to za późno.

Tak, czy inaczej, zaparkowałem mój samochodzik na publicznym parkingu (znowu) i ruszyłem po przepustkę. Nawet taki dobry współpracownik jak ja, musi ją mieć…

Kwadransik później, stylowo udekorowany identyfikatorem stwierdzającym, że jestem tam gościem (Też mi coś! To jest moje drugie biuro!), nacisnąłem guzik trzeciego piętra i pojechałem zobaczyć się z moją ekipą…

TBC