8.

Od Trudy wyszedłem po godzinie, uzbrojony w nowe informacje ( tak a propos, okazało się, że masuje również na mieście!) i ciasteczka owsiane, które upiekła wczoraj wieczorem, a którymi hojnie mnie obdarowała na odchodnym. Muszę przyznać, że początkowo patrzyłem na nie podejrzanie ( jakoś nie dowierzam tej „zdrowej" żywności, bo z reguły smakuje, jak wióry), jednak po spróbowaniu jednego, doszedłem do wniosku, że są całkiem smaczne - taka mieszanka migdałów, owsa (ma się rozumieć), rodzynek i czegoś jeszcze (nie wiem, czego, ale smakuje nieźle!). W każdym razie, jechałem teraz w miejsce, gdzie moja klientka po raz pierwszy spotkała tego drania i pogryzałem owe ciasteczka. Zwykle nie jadam w samochodzie, bo to niezdrowo i się strasznie brudzi, ale tym razem nie potrafiłem się oprzeć. Zanim dojechałem na miejsce, torebka była pusta, a ja rozczarowany. Przydałoby się więcej…

Parkując przed sklepem ze zdrową żywnością, w którym Trudy natknęła się na Guido, sięgnąłem do portfela i wyjąłem drobne na parkometr, kalkulując na oko, ile zajmie mi ta wizyta. Drugi mandat nie był mi potrzebny, więc tym razem, dla bezpieczeństwa, wrzuciłem 25 centów więcej i spokojnie wszedłem do środka.

Lokal nie był duży, ale całkiem dobrze zaopatrzony, sądząc po zapchanych towarem półkach. W dawnych czasach, raczej bym się na tym nie dorobił, bo to wszystko drogie, jak nie wiem co, a moi klienci cenili tani produkt.

-„ Kurczę!"- przyszło mi na myśl, -„ Muszę przestać patrzeć na wszystko z punktu widzenia handlarza, bo w końcu, jestem detektywem, co nie?"

Odciągnąwszy myśli od tak przyziemnych spraw, jak pieniądze, śmiało podszedłem do ekspedientki, stojącej samotnie za ladą. Wyglądała na znudzoną, bo ziewała głośno, nie zawracając sobie nawet głowy, by zatkać usta ręką. Była jak ziewający orangutan, po popołudniowej drzemce…

-„ Dzień dobry pani!"- zacząłem grzecznie, wyciągając z kieszeni fotkę Guido. –„ Czy zna pani może tego mężczyznę?"- zapytałem i podsunąłem ją jej pod nos.

-„ A pan co, glina?"- zapytała podejrzliwie lustrując mnie wzrokiem. Ludzie nie byli zbyt gadatliwi, gdy przyszło do rozmowy ze stróżami prawa.

-„ Skąd!"- odparłem szybko, postanawiając nie ujawniać mojej profesji. To było, jak zadanie pod przykrywką (nareszcie!). –„ Ten facet, Guido, uwiódł moją nieletnią siostrę i zostawił ją z brzuchem…"- wymyśliłem na poczekaniu licząc, że współczucie dla biednej „siostry" zrobi swoje i babeczka się rozgada. O dziwo, udało się!

-„ Jaki on tam Guido!" – zaprzeczyła. –„ Toż to Benny Swift!"- powiedziała. –„ Mówisz pan, że zrobił dzieciaka jakiejś smarkuli i nawiał?"- spytała.

-„ Mojej siostrze…"- sprostowałem. Chwała Bogu, że byłem jedynakiem, bo nie wiem, co bym zrobił kolesiowi, który tak potraktowałby moją krewniaczkę!

-„ To kiepsko…"- powiedziała sprzedawczyni. –„ Ten Benny czasem tu przychodzi, ale nie widziałam go już z miesiąc, albo lepiej."

-„ A przypadkiem zna pani jego adres?"- spytałem z nadzieją w głosie. Byłoby kapitalnie, gdyby znała!

-„ A gdzie tam!"- odpowiedziała szybko, ale po chwili zastanowienia dodała: -„ Zaraz, zaraz… On chyba kiedyś płacił u mnie kartą, to może coś się dowiemy!"- stwierdziła zadowolona i sięgnęła pod ladę, gdzie w wielkim kartonie, trzymała rachunki. Zważywszy na porządek, jaki tam panował, to cud, że znalazła tak prędko.

-„ Moje akta zawsze będą starannie prowadzone!"- pomyślałem, patrząc na ten chaos i zniszczenie. Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy nie potrafią utrzymać odrobiny porządku. Przecież organizacja, to podstawa! Weźmy na przykład takiego Bobby'ego… Niby taki agent, a na biurku istny chlew… Jak on może pracować w takich warunkach? Dobrze, że ma uporządkowaną żonę, bo by zginął w otchłaniach swoich śmieci. Wiem, wiem… On zawsze powtarza, że wie, gdzie co jest, ale dla mnie, jego biurko zawsze pozostanie bajzlem.

Cholibka! Znowu się rozgadałem! Wracając do sklepikarki… Jakoś wyłgałem od niej kopię rachunku, zapewniając, że znajdę Benny'ego i pomszczę siostrę, na co nalegała Ernestyna (sprzedawczyni, kapujecie?). Jak się bowiem okazało i ona kiedyś padła ofiarą niewdzięcznika, który także porzucił ją w odmiennym stanie i uciekł z jej bratem. Żądna więc zemsty na okrutnikach jemu podobnych, bez większego problemu zrobiła, o co prosiłem.

Zadowolony z dobrze wypełnionego zadania, znów zasiadłem za kierownicą i wróciłem do biura FBI, by podzielić się nowymi informacjami. Było, jak za starych, dobrych czasów…

TBC