9.

Droga na Pennsylvania Ave., zajęła mi krócej, niż przypuszczałem. Gdzie to napisać, że o tej porze nie było tu zwyczajowych korków? Szok w trampkach!

Dojechałem więc bez szwanku ( i kolejnego mandatu, dzięki Bogu) i ponownie zaparkowałem przed budynkiem Hoover'a. Patrząc na ten moloch, muszę ze smutkiem stwierdzić, że jak na faceta z takimi zasługami dla państwa, uhonorowali go najbrzydszym budynkiem w mieście. Wstyd… Tym nie mniej, nie przybyłem tu podziwiać (lub krytykować) architektury. Moja wizyta była iście profesjonalna i dlatego czym prędzej znów udałem się na górę, zahaczywszy uprzednio o biuro d./s. przepustek ( irytujące, że muszę tam latać wte i wewte, ale jak mus, to mus…). Po raz drugi, tego dnia, dałem się więc obszukać, oddałem moją nową spluwę ( fajowa nazwa, co nie?) do depozytu i wjechałem na górę…

W biurze panował zamęt. Chłopaki, co prawda, wrócili już z terenu, ale sądząc po strojach, znów zamierzali wyjść. Na mój widok pokręcili tylko głowami z niedowierzaniem, a od strony biurka Bobby'ego i Mylesa, padło jedno słowo:

-„ Nieprawdopodobne…." - oczywiście, powiedział to Crash, bo któżby inny?

Znowu zacząłem się zastanawiać, o co im chodzi, ale jako profesjonalista, musiałem pozbyć się zbędnych przemyśleń i załatwić, co trzeba ( z mandatem włącznie). Jak tylko dziewczyny pożegnały chłopaków, podszedłem bliżej i zacząłem rozmowę…

-„ Jak zwykle, Sue, twoja rada okazała się strzałem w dziesiątkę!"- powiedziałem pełnym uznania i wdzięczności głosem. Pani Hudson jest jedną z najmądrzejszych (zaraz po mamusi) kobiet, jakie znałem i za każdym razem, kiedy jej słuchałem, dobrze na tym wychodziłem, dlatego cenię sobie jej zdanie.

-„ Dziękuję, Howie!"- odparła z uśmiechem i dodała: -„ Rozumiem, że coś znalazłeś?"

-„ W samej rzeczy!"- odpowiedziałem zgodnie z prawdą. –„ Pokręciłem się trochę po mieście i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy…"

-„ My też."- wtrąciła się Tara. –„ Jednak najpierw, twoja kolej."

-„ No, dobra!"- zgodziłem się i powoli zacząłem wykładać im wszystko, czego się właśnie dowiedziałem. Słuchały z zainteresowaniem, jak opowiadam o Ernestynie- mścicielce porzuconych i swojej przykrywce (w tym miejscu wspomnę tylko, że tak bardzo zaczęły się śmiać, że Tara musiała iść do łazienki- biedaczka, chyba ma kłopoty z pęcherzem…). Tym nie mniej, powiedziałem im o fałszywym nazwisku Guido, bądź Benny'ego, jak kto woli i pokazałem kopię rachunku, udostępnioną przez Ernestynę. Na koniec zapytałem: -„ A co ty znalazłaś, Taro?"

Pani Manning uśmiechnęła się szeroko i odparła:

-„ Najpierw muszę ci powiedzieć, Howie, że jestem pod wrażeniem…"- zaczęła. –„ Jak na początkującego, poszło ci wcale nienajgorzej!"- pochwaliła mnie, a Sue i Lucy kiwnęły głowami. Moje ego, w tym momencie, osiągnęło szczyty! Komplement z ust takich ekspertów, to nie byle co!

-„ Bardzo dziękuję!"- powiedziałem skromnie, rumieniąc się z lekka. Ach, jak przyjemnie jest być docenianym!

-„ Teraz konkrety."- usłyszałem znowu z jej ust. –„ Wygląda na to, że twoja klientka nie była pierwszą kobietą, jak dała się podejść Benny'emu, który, tak na marginesie, naprawdę nazywa się Vernon Prescott, ale używa kilkunastu różnych nazwisk. To zawodowiec, poszukiwany w szesnastu stanach!"- stwierdziła, pokazując mi wydruk z jego kartoteki.

-„ Dwa lata temu, naciągnął pewną milionerkę i rozpłynął się w powietrzu, zabierając jej pół miliona dolarów."- odezwała się Sue. –„ Policja w Los Angeles szukała go od tego czasu, ale porządnie się zaszył. Widocznie, skoro znów wypłynął i wrócił do zawodu, skończyły mu się pieniądze, a to oznacza, że możemy go spróbować złapać…"

-„ Niezła robota, Howie…"- odezwała się Lucy. –„ Twój świstek może być przełomem w sprawie!"

Byłem wniebowzięty. Jeśli uda nam się zamknąć faceta, klienci będą się pchać drzwiami i oknami do mojej firmy! Zadowolony z życia, zostawiłem im rzeczony świstek, celem sprawdzenia adresu i ewentualnego przygotowania akcji i już miałem się pożegnać, kiedy (nareszcie) przypomniał mi się mandat…

-„ Eeeee, dziewczyny?..."- zacząłem niepewnie, nie chcąc psuć atmosfery, ale musiałem coś z tym zrobić. Nie stać mnie było teraz na karę w wysokości 50 dolców (mam wydatki!).

Spojrzały na mnie uważnie i nie musiałem mówić nic więcej…

-„ Ile tym razem?"- zapytała Lucy. ( No, dobra! Teraz już wiecie, że kilka razy… no, kilkanaście… mi się zdarzyło. Wielka mi rzecz! Ciekaw jestem, czy wam nie?).

Wyjąłem mandat z kieszeni i podałem pani Adison.

-„ Zadzwonię do Jordana, ale nie będzie zadowolony…"- powiedziała, wspominając swego męża, który czasem pomagał mi w kłopotach.

Jak mówi przysłowie, prawdziwych przyjaciół, poznajemy w biedzie… W takich chwilach wiem, kto jest moim przyjacielem. Na moją ekipę zawsze mogę liczyć!

TBC