12.

-„ Piszcząca Trudy jest twoją klientką?"- zachichotał Jack, kiedy wspomniałem jej nazwisko.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że to właśnie moja ekipa przesłuchiwała ją w sprawie słynnego chłopaka- terrorysty, któremu tak nieopacznie kupiła kiedyś samolot! SZOK!

W każdym razie, Jack zachichotał, a Sue jak zwykle przywołała go do porządku. Nieładnie, że sobie żartował z tej słodkiej dziewczyny, tak ciężko doświadczonej przez los. Nie on jeden zresztą, bo po chwili, na głowie Bobby'ego wylądowała ręka Tary (dziewczyny są świetne!).

-„ Cicho bądź, Crash, albo policzymy się w domu…"- zagroziła mężowi, który natychmiast spokorniał pod wpływem jej spojrzenia (i rączki chyba też).

-„ Ałłł, luv! Nie musiałaś!"- jęknął, pocierając miejsce, gdzie go trafiła.

-„ A ty nie musiałeś głupio komentować. Obaj z Jackiem, jesteście czasem jak dzieci!"- powiedziała, wspominając wypowiedź, którą rzucił chwilę temu.

-„ Już dobrze, skarbeńku! Przepraszam!"- ukorzył się Bobby, patrząc z czułością na ciężarną żonę.

-„ Nie mnie, Crash…"- mruknęła, znacząco kiwając głową w moją stronę.

-„ Sorki, Howie! Trudy na pewno jest bardzo miłą i interesującą osobą."- przyznał.

-„ Tak jest!"- odparłem.–„ Jest miła, piękna i bardzo zdolna!"- dodałem, podświadomie stając na pozycji jej obrońcy. Chyba mam do niej słabość, chociaż, sądząc z tych wszystkich kryminałów, jakimi się ostatnio zaczytywałem, nie mogło wyniknąć z tego nic dobrego. W każdej z tych książek, babka, która prosiła detektywa o pomoc, okazywała się albo kochanką jakiegoś mafioza, który groził później bohaterowi, albo sama była nie lepsza i próbowała ukatrupić swego wybawcę. Rokowania nie były pomyślne, ale doszedłem do wniosku, że może nie będzie tak źle. Może moja klientka nie wbije mi noża w plecy, albo nie zabije z mojej własnej broni (to by była chyba najgłupsza śmierć, jak mogłaby mnie spotkać!), przynajmniej, taką miałem nadzieję…

Otrząsając się z upiornych wyobrażeń odnośnie mojego końca (oby nie nastąpił on szybko!), wielkodusznie przyjąłem w imieniu Trudy przeprosiny męskiej części drużyny i delikatnie przypomniałem, że jestem tu w określonym celu. Gdzieś tam, przyczaił się Vernon Prescott alias Benny Swift, alias Guido Pavarotti i musieliśmy go złapać…

-„ Racja!"- powiedziały zgodnie dziewczyny (dziwicie się pewnie, że mówię o nich 'dziewczyny', choć to mężatki, ale tak jakoś mi wygodniej i bardziej swojsko…).

W każdym razie, nareszcie wszyscy wzięliśmy się w garść i przystąpiliśmy do omówienia istoty tego spotkania. Debatowaliśmy dobrą godzinę, analizując zdobyte informacje i planując kolejne posunięcie. By Vernon nie zniknął z horyzontu wraz ze swoją równie niebezpieczną żonką i pieniędzmi mojej biednej Trudy, należało szybko go unieszkodliwić. Oskarżenie go o wyłudzenie pieniędzy od Trudy (o innych babkach nie wspomnę), byłoby trudne, bo jego prawnik mógłby twierdzić, że sama mu dała ( i pewnie w części miałby rację, co nie zmienia faktu, że facet ją oszukał!), dlatego potrzebowaliśmy przyznania się do winy, i dlatego właśnie, obmyśliliśmy diaboliczny plan. Obmyśliliśmy prowokację…

Rekonesans drużyny, przyniósł sporo pożytecznych informacji, łącznie z telefonem „Guido", podstępnie wyłudzonym od jego dziadka- sklerotyka, co bardzo ułatwiało nam sprawę. Do tej akcji potrzeba było kogoś, kto spędził dużo czasu na ulicy, tak więc ja- Howie Fines, Prywatny Detektyw- zostałem filarem owej prowokacji, a moja ksywka brzmiała „Wróbel" (wolałbym, co prawda, zostać sokołem, albo coś takiego, ale najlepsze ptaki chłopaki zabrali dla siebie :-( ).

Następnego dnia, po zajęciu przez ekipę dogodnych pozycji obserwacyjnych wokół domu i jego okolicy, równo o dziesiątej rano, chwyciłem za słuchawkę i wykręciłem numer „Guido", po czym, najspokojniej jak umiałem, powiedziałem do niego:

-„ Wiem, co zrobiłeś, kolego, wiem o tobie wszystko…".

Tak zaczęła się nasza akcja pod kryptonimem „O czym ptaszki śpiewały" (Mój pomysł. Fajny, co nie?)

TBC